3 rzeczy, które wpędzają nas w nerwicę

/
8 Komentarzy



Są takie rzeczy, które sprawiają, że pod koniec dnia jesteśmy jak wydrenowany pień drzewa. Nie ma w nim ani życia, ani energii, jest za to masa napięć. Coś z nimi trzeba zrobić, no chyba że chcemy do reszty oszaleć. 


Zaczęło się od tego, że przyglądając się swoim aktywnościom dojrzałam takie, bez których spokojnie można żyć. Zaobserwowałam też z boku reakcje własne i innych ludzi na to, co nas powszechnie otacza. 

Kiedy kolejny dzień skończyłam z bólem głowy i poczuciem, że jeszcze trochę i oszaleję, zmniejszyłam liczbę bodźców. Odcięłam się od informacji i dyskusji. Wypisałam z forów, grup, wyłączyłam powiadomienia, wyciągnęłam z kontaktu wtyczkę od telewizora, oraz zmieniłam stronę startową w przeglądarce internetowej. 

Od tego momentu naprawdę lepiej mi się żyje. Co nas, co mnie tak drenowało? Te 3 małe rzeczy...


Powiadomienia

To jest zło. Zło wcielone, które odrywa nas od życia i powoduje, że naprawdę nie potrafimy się skupić, skoncentrować na zadaniach, odpoczynku czy choćby spokojnym jedzeniu. 

Zobaczcie ile rzeczy nas zewsząd atakuje: dźwięk włączony w komputerze, który powiadamia gdy przyszła nowa wiadomość, trzeba zainstalować aktualizację, czy gdy "wykryto zagrożenie". 

Powiadomienia z Facebooka, Instagrama czy innych aplikacji. 

Dzwonek w telefonie. Sygnał SMS. Kalendarz, który pika. Ekspres do kawy, który musi poinformować 8 razy, że niedługo skończy się kawa. 

Tysiąc innych, które sprawiają, że jesteśmy ciągle poddenerwowani, albo w stanie permanentnej gotowości. 

Trzeba mieć świadomość, że to się prawie nigdy nie kończy. Kilkanaście godzin na dobę spędzamy "w pogotowiu". To koszmarnie rozprasza i stresuje. 

Odłączyć się nie da, ale można przynajmniej wyłączyć dźwięk, powiadomienia i wyrobić w sobie nawyk sprawdzania istotnych dla nas informacji kilka razy na dobę, a nie za każdym razem gdy zabrzęczy powiadomienie. 

Ja ocuciłam się i pozmieniałam ustawienia aplikacji gdy po raz kolejny przerwałam zabawę z dzieckiem, albo ważne zadanie bo telefon poinformował mnie, że "Magda Gessler prowadzi transmisję na żywo" i "XYZ właśnie polubił Twoje zdjęcie". Naprawdę można żyć bez tej wiedzy. Więcej: Żyje się lepiej. 



Informacji może być za dużo. Od informacji można się uzależnić...

FOMO


FOMO – z angielskiego: „fear of missing out” to strach przed tym, że ominie nas ważna informacja czy wydarzenie. W wolnym tłumaczeniu to ogromny lęk przed utratą ważnej informacji. I tu zaczynają się schody: bo co jest naprawdę ważne? 

Większość informacji, które przyswajamy każdego dnia nie ma bezpośredniego związku z nami i jest nam w gruncie rzeczy niepotrzebna. To tak zwany chaos informacyjny, który nas zalewa i obciąża. Czasem wydaje się nam, że MUSIMY to wiedzieć, że bez szczegółowej orientacji w polityce, życiu innych osób, czy nawet szeroko rozumianym świecie zawodowych zainteresowań zostaniemy niedoinformowani i powiększymy rzeszę ignorantów. 

Coś Wam powiem: nie potrafię wymienić więcej niż 3 nazwisk obecnych ministrów, ani nie wiem co istotnego zdarzyło się przez ostatni tydzień w europejskiej polityce. Nie znam też najnowszych plotek ze świata szołbizu, a czasem z zaskoczeniem konstatuję, że ktoś z moich dalszych znajomych ma 2 czy 3 letnie dziecko, a ja o tym nie wiedziałam. 

I wiecie co? Da się z tym żyć. Nie musimy wiedzieć wszystkiego. 

Informacja o tym, że w USA z 7 piętra spadł samochód osobowy (autentyk) obecna w polskich mediach nie dotyczy tak naprawdę NIKOGO z nas. Ilu z nas ją jednak konsumuje? 

Jeśli chcemy przeżyć w jako takim zdrowiu psychicznym nasze życie, musimy odłączać się od większości informacji, które się nam serwuje. 




Chcesz mieć rację czy relację? Nie ma sensu nawracać całego świata na siłę...


Udowadnianie swoich racji

O tym już było, więc tylko w paru słowach. Udowadnianie wszystkim wokół: w internecie, w życiu, w pracy, że jesteśmy najlepiej poinformowani, znamy się na wszystkim i zawsze mamy coś do powiedzenia na każdy temat to prosta droga do tego, aby wiecznie żyć w stanie konfliktu i stresie. 

Nie mogę uwierzyć, że ciągle są ludzie, którzy spędzają godziny na tym, aby udowadniać innym swoje racje. Tacy "nawracacze" za wszelką cenę. To mało istotne w jakim temacie: czy chodzi o religię, politykę, aborcję, wychowanie, karmienie piersią, noszenie w chuście, jeżdżenie na łyżwach, wychowanie kota czy wegetariańską kuchnię. 

Jesteśmy różni i nie ma takiej prawdy, która byłaby "strawna" dla wszystkich. Mogę przedstawić swoje stanowisko, ale szkoda mi życia na bieganie tam i z powrotem po to aby przekonywać tych, którzy nawet nie chcą słuchać, a gdzie tam do usłyszenia. 

Pamiętaj: daj sobie spokój z nawracaniem na siłę innych i unikaj dyskusji z osobami, które to robią. Wiem, że nie ze wszystkimi jestem w stanie się spotkać w moim rozumieniu świata -  nie marnuję więc czasu i energii na czcze dyskusje. 

Świat ma nam do zaoferowania wiele rzeczy, które dzieją się poza konfliktem, poza światem niedotyczących nas informacji, poza FB, Instagramem i aplikacją do liczenia kalorii. Jeśli dajemy się temu opanować zbyt mocno, tracimy całą radość. 

Nie daj się. Nie dajmy się. Szkoda życia. 


Zamiast czytać serwisy informacyjne, lepiej czytać książki.
Na przykład TĄ!
KLIK





Zobacz również

8 komentarzy:

  1. Świetny tekst! Dwom pierwszym rzeczom raczej się nie daję, ale trzecia ostatnio mnie pochwycila i refleksje mam podobne jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo trafia we mnie i do mnie! Dziękuję i życzę miłego dnia! ps. Właśnie zmieniam ustawienia w aplikacjach ��

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że nie przeczytałam tego wieczorem, jak byłam "wydrenowana"-ale cieszę się, że od rana mogę wchłonąć mądry przekaz-dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  4. A co zrobić jeśli mamy takiego nawracacza w domu? I wręcz terroryzuje
    on wszystkich ciągłym przekonywaniem,że wie wszystko najlepiej albo wymaga,żeby robić wiele rzeczy tak jak on sobie to wyobraża? Nie dopuszcza żadnej innej prawdy oprócz swojej,a jakikolwiek sprzeciw wywołuje agresję?

    OdpowiedzUsuń
  5. Ta dam... No właśnie?! Chyba trzeba się temu głośno przeciwstawić. Oczywiście starać mówić spokojnie, tłumaczyć w jaki sposób to działa na nas, itd. To jest największa sztuka przeżyć takich nawracaczy, bo oni czasem chyba tylko na tych wszystkich rozumach zjedzonych jadą...

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)