Zewnątrzsterowni

/
16 Komentarzy
Jak siebie oceniasz? Co o sobie myślisz? Czy Twoją wartość we własnych oczach podbijają sukcesy, a dewaluują porażki, czy jest to stan w miarę stały?  A może zmienia się to wszystko jak w kalejdoskopie; buja się, kiwa i wystarczy jedno słowo, gest, żeby cała misternie stawiana konstrukcja rozpadła się w drobny mak?  
Na tym polega "zewnątrzsterowność" -  czyli jak pisze Agnieszka Spólna w magazynie SLOW, ocenianie siebie tylko na podstawie tego, jak naszą przydatność i adekwatność oceniają inni. 


Oceniać uwielbiamy. Innych, siebie, sytuacje. Ocena to bariera, za którą czasami trudno o porozumienie; zamyka oczy, przykłada do percepcji klapki, określa raz na zawsze, co jest dobre, a czym lepiej sobie nie brudzić rączek.

Ocena jednak to wyłącznie ocena: wyraz woli i myśli osoby oceniającej. Słowa, gesty, miny.  Nic więcej, nic mniej. Czy jeśli ktoś mówi o śniegu, że jest czerwony, to zmienia jego fizyczne właściwości i formułę?  Czy śnieg przestaje być śniegiem, jeśli ktoś powie, albo napisze w niewybrednych słowach, że wcale nim nie jest?  Oczywiście, że nie. 

Osoby o niskim poczuciu własnej wartości są często ogromnie podatne na manipulacje, których dokonuje w nich zewnętrzna ocena. Jeśli usłyszą, że są super; puchną jak balon, puszą się i lśnią odbitym blaskiem, jeśli ktoś inny uzna, że są jednak tacy sobie, balon pęka jak bańka mydlana, a oceniany spada w czeluście głębokie jak Rów Mariański. 

To co o mnie myślisz, jest Twoją sprawą; a nie obiektywną prawdą o mnie. Mogę wysłuchać Twoich opinii, mogę coś z nich dla siebie zabrać, ale mogę także uznać, że nie mają one ze mną nic wspólnego. To nie Twoja opinia mnie krzywdzi -  bo to ja sama  -  siłą lub bezwładem swoich emocji sprawiam, że coś do siebie dopuszczam, albo coś od siebie oddalam. To ja  -  jako autonomiczna jednostka steruję sobą i swoim samopoczuciem i  mam moc, aby pozostawało ono w sporym stopniu niezależne od zewnętrznych okoliczności, a już z całą pewnością wolne od wpływu przypadkowych słów czy ocen, wypowiadanych przez osoby, które spotykam. 

Zewnątrzsterowność jest niebezpieczna - bo to tak naprawdę zupełny brak sterowności. Jak osiągnąć harmonię w życiu, kiedy ciągle przychodzi nowa burza, nowy sztorm, nowy wiatr nas pcha w zupełnie nieodkryte jeszcze miejsce?  

Bądź sterem, żeglarzem, okrętem - mówi powiedzenie. Nie daj sobą rzucać o burtę, ani ustawiać po kątach. Decyduj i bądź świadom tego, co do siebie dopuszczasz. 
Ocena jest tylko oceną. Zdecyduj, co z nią zrobisz. 





Zobacz również

16 komentarzy:

  1. Bardzo fajny post.
    Ale jak wypracować w sobie z kolei tę wewnątrzsterowność? Łączy się to bardzo z poczuciem własnej wartości, a tego także brak...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba wracać do źródeł; do tego kim się jest i za co się siebie lubi albo nie... I pamiętać, że jesteśmy wartościowi - nawet jeśli nie wszystko nam się w życiu udaje. O poczuciu wartości obiecuję jeszcze napisać :)

      Usuń
    2. Pozwolę sobie na wtrącenie się: w tym kochaniu/lubieniu za coś kryje się właśnie pułapka. Że trzeba być najpierw kimś, czyli coś osiągnąć, jakoś się konkretnie zachowywać, coś robić, żeby być wartym miłości.
      Dziecko się rodzi i je kochamy za to, że jest, a nie za to że się ładne urodziło czy że mało płacze.
      Może tak samo kochajmy siebie...? Bez stawiania sobie warunków:)

      Usuń
    3. Dzięki za odpowiedzi.
      Ja to wszystko WIEM, ale nie potrafię tego POCZUĆ... Wiem, jakie myślenie o sobie jest mądre i jakie powinno się mieć dla własnego dobra, ale w głębi to poczucie własnej wartości tak naprawdę jest bardzo małe. Mogę próbować myśleć o sobie dobrze, ale wiem, że to jest tylko naskórkowe, mam poczucie udawania i oszukiwania siebie, bo w tej głębi nic się nie zmienia.

      Usuń
    4. O bezwarunkowej miłości tu mowa, oczywiście. Anonimowy; mówisz o klasycznym konflikcie między wiem, co trzeba, a czuję i robię zupełnie odwrotnie. Nie ma na to recepty; jednego sposobu,który by zadziałał, ale można pracować nad swoimi przekonaniami ( o sobie , świecie, wartości ) i dokonywać zmiany. To się nie robi w dzień lub dwa; często przydaje się przewodnik ( terapeuta, coach, przewodnik duchowy, uważny przyjaciel ) ale na pewno warto się starać bo to praca u podstaw; praca dla siebie :) Pozdrawiam raz jeszcze.

      Usuń
    5. Dziękuję.
      Pozdrawiam również.

      Usuń
    6. Ja to świetnie rozumiem Anonimowy, bo dopóki moja głowa była odcięta od ciała, to też wszystko TYLKO wiedziałam, a nic nie czułam.
      Mnie oprócz tego o czym mówi Manufaktura bardzo pomogła praca z ciałem, polecam taką drogę:)

      Usuń
  2. Polecam ksiazke "Cztery umowy".

    http://www.dobreksiazki.pl/b2046-cztery-umowy.htm

    OdpowiedzUsuń
  3. "Czy Twoją wartość we własnych oczach podbijają sukcesy, a dewaluują porażki, czy jest to stan w miarę stały?"
    A na czym polega wartość we własnych oczach? Najczęściej również na opiniach, tyle tylko, że bardziej własnych (a one własne też są tylko częściowo, bo skądś się w naszej głowie wzięły).
    Ale to są cały czas opinie, jestem taki a taki. Czy ktoś nam to mówi, czy my sami tak o sobie twierdzimy, są to opinie, a nie fakty.
    Bo fakty są takie, że raz w jakiejś sytuacji zachowam się tak, a drugi w podobnej już inaczej. Raz coś zrobię, a drugi raz mi się nie chce. Raz jestem radosna, a innym razem czarna rozpacz mnie ogarnia. To jaka ja jestem naprawdę? Leniwa czy pracowita, opanowana czy szalona, jestem optymistką czy wręcz przeciwnie?
    Kiedyś to bardzo dobrze wiedziałam, jestem taka i taka, pewnik. Teraz wiem, że żyłam w złudzeniu na swój własny temat, bo bałam się zobaczyć swój tzw. cień. A jak go poznałam, to runęła cała ta wiedza o mnie i moja wcześniejsza pewność. Za to pojawiło się coś zupełnie mi nieznanego: pokora.

    Jest takie ćwiczenie: pomyśl, że tracisz wszystko co masz - co Ci zostaje i czy czujesz się dalej tak samo jak wcześniej, kiedy byłeś otoczony rodziną, materialnymi zasobami, miałeś stanowisko, pozycję w świecie, byłeś zdrowy itd. Tracisz wszystko, ale zachowujesz poczucie własnej wartości - co to znaczy w tej sytuacji? Na czym go opierasz?
    Ciągle sobie zadaję to pytanie: co jest tym moim rdzeniem...?

    OdpowiedzUsuń
  4. Sowo,
    wartość o której piszę, jest wartością "bezwzględną" i odnosi się do tego, że cokolwiek się dzieje, cokolwiek o mnie mówią; cokolwiek sam nieraz o sobie myślę, to mimo wszystko pozostaję człowiekiem wartościowym, godnym szacunku, i nie muszę bez przerwy przeprowadzać akcji pt. zasłużyć na wsparcie i miłość, i udowadniać swojej nieustannej wobec bliźnich przydatności. Bo co to za poczucie własnej wartości, które opiera się na pozycji zawodowej, rodzinnej itp? A jeśli to stracę to co, nie mam żadnej wartości? Sterowność, jest potrzebna, w końcu nie stoimy w porcie.. Chodzi o to, żeby stery trzymać we własnych rękach, a nie oddawać codziennie komu innemu..
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest to co wychodzi z tego ćwiczenia.
      I stąd moje pytanie: co jest tą wartością bezwzględną, na czym ją opieram?
      Bo ja dalej nie wiem...

      Co do sterowności to oczywiście generalnie się zgadzam, natomiast pomiędzy "codziennie oddawać komu innemu", a "stery trzymać we własnych rękach" jest morze możliwości.
      Lubię trzymać kierownicę w rękach, ale czasem lubię być pasażerem;)
      Tak sobie myślę, czy w życiu nie chodzi bardziej o odpowiednie (czyli zdrowe dla nas) proporcje, a nie trzymanie się skrajności...?

      Usuń
    2. Ja ją opieram na tym, że generalnie siebie lubię, szanuję i nie biorę tego co zewnętrzne za wyznacznik tego czym sama jestem.
      Oczywiście, to chyba niemożliwe ( albo bardzo trudne) , żeby opinia świata nie obchodziła nas nawet w 1%. Ale pasażerem w sensie sterowności - i oddawania mocy decydowania o mnie i moim samopoczuciu być nie chcę. Chociaż jak słusznie zauważasz, najważniejsze to trzymać się z daleka od skrajności :)

      Usuń
    3. Nie, nie miałam na myśli, że to fajne jak ktoś pociąga za moje sznurki i jak pociągnie, tak ja się czuję;)
      Raczej to, że ja zawsze bardzo mocno trzymałam swoje stery, bo chyba bałam się, że jak je na chwilę wypuszczę z ręki, to stracę kontrolę nad swoim życiem. A takie ściskanie to też nie jest zdrowe, podobnie jak zależność od opinii innych, więc jeden diabeł;)
      A z tą opinią świata, to myślę, że to jest tak, że każdego mniej lub bardziej obchodzi, z tym, że te zdrowsze jednostki lepiej sobie z tym radzą (czyli nawet jak nimi mocno zachwieje, to potrafią wrócić do pionu).
      Jakby nie było, chyba najważniejszy jest dystans do siebie i akceptacja, bo w niej mieści się wszystko, nawet to, że mogę lubić siebie, ale nie lubić jakiegoś swojego zachowania (co często wrzucamy do jednego worka).

      Usuń
    4. Żeby była jasność: miłość własna i poczucie własnej wartości nie oznaczają, że jesteśmy wobec siebie zupełnie bezkrytyczni :)

      Usuń
    5. Dokładnie tak, a z kolei krytyka siebie nie powoduje, że czujemy się bezwartościowi i kółko się zamyka:)

      Usuń
  5. ciekawy post i ciekawa dyskusja. to poważny problem w czasach gdy każdego można dopaść na forach i oceniać do woli...

    teatralna

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)