Samo życie

/
2 Komentarzy


Zmieniał je jak samochody, co sezon, chociaż właściwie nawet częściej. Gdy zaczynał dostrzegać jakiś ślad uczucia; jakieś zaognienie relacji, albo kiełkujące szybko jak rzeżucha ziarnka zaangażowania, potrafił zniknąć z dnia na dzień, w pół słowa. Nie odbierał telefonu, robił kamienne miny, nie było do niego dostępu, nie znajdował czasu. 

W młodości marzył o aktorstwie; teraz ćwiczył się w roli życia. Nigdy nie tęsknił za bliskością i uznawał to za dar losu i swoją największą zaletę. Żył jak chciał i to mu wystarczało. Nie przewijał, nie układał się, nie zawierał sojuszy, nie chadzał do terapeuty. Związki wszystko komplikują - mawiał. Po co to komu; te kłopoty na własne życzenie, te fochy i odchodzące wody. Brzydził się tym jak brudną ścierką, pilnował się bardzo, żeby nawet nie dotknąć. 
Miał pieniądze, miał władzę, dni jak linijka, godziny ułożone w terminarzu. Dom, o który dbała pani X.  Dwa razy w tygodniu sprzątanie i prasowanie; koszule w garderobie, pralka opróżniona, nieskazitelny porządek i elegancka muzyka. Życie wykrochmalone jak kołnierzyk; zapięte spinką w kolorze ochry. 
One przychodziły i odchodziły, zwabione jego manierami, gładką skórą, lekkim zarostem i nowym bmw w kolorze stali. Zwykle nie opierały się długo. Złapane w mocne sidła oddawały się mu z przekonaniem, że oto spotkały tego na którego czekały. Wierzyły, że Los się odwrócił, a uśmiech szczęścia zaświecił złotym zębem. Zawsze były piękne, zawsze młode. Wybierał takie, których nie trzeba się wstydzić w towarzystwie. Zabierał na wakacje, zapraszał na weekend; odprężał się przy nich i odradzał. 

To było pewnej nocy. Był sam.  Narzeczona sezonu została odstawiona na boczny tor, kolejnej jeszcze nie znalazł. Obudził się i poczuł jak wnętrzności palą go żywym ogniem; jak serce staje w pół drogi, jak ktoś odcina mu tlen, opuszcza zasłony. Poczuł, że  umiera. Obudził się o świcie: żył. Leżał na podłodze w kałuży swoich własnych odchodów, skostniały z zimna, oniemiały ze strachu; ledwo żywy ze zdziwienia.  Wezwał pomoc, z trudem sięgając po telefon.  W szpitalu spędził miesiąc. Kiedy wyszedł -  sprzedał dom, auto, spieniężył firmę i to na co pracował całe życie. Wyjechał.


Kpili, że zwariował.


Co z nim się stało? Jak żył, co zrobił?  Mówią, że wyjechał daleko, inni, że mieszka pod miastem. Nie chodzi na bankiety, nie farbuje włosów, pięćdziesiątka stuknęła mu niespodziewanie i nie zrobiła na nim wrażenia. Napisał listy do wszystkich kobiet, które skrzywdził. Przeprosił. Którejś nocy, na stacji, spotkał Ją i  zanim dostrzegł jej kolor oczu, już wiedział, że się zakochał. 

Same banały powiecie.  Tak, banały, od których bolą zęby. Proste, zwykłe życie. Miłość, radość i spokój.


Znalazł to, czego nawet nie szukał. 

 Ilustracja: keepcalm-havecoffee.tumblr.com


Zobacz również

2 komentarze:

  1. Życie właśnie składa się z takich banałów. A po przeczytaniu tak się jakoś cieplej na sercu zrobiło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowny truizm:) Czyli jest w tym mądrość, że w życiu przeważnie musi nam się przytrafić coś złego, żebyśmy zmienili własną optykę świata? Ania G

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)