Uczta naszego życia

/
2 Komentarzy
Jakie są najlepsze sposoby na udany weekend?  U mnie czytanie, gotowanie, jedzenie, muzyka, spacery, dużo wolności, mało planów, robienie tego, na co akurat przyjdzie ochota. 

Książki czytam różne; czasami sama daję się zaskoczyć i wybieram coś, czego się nie spodziewałam, o czym nie słyszałam i co przez zupełny (nie) przypadek wpada mi w ręce. 

Tak było z książką Pauli Butturini, "Uczta naszego życia", którą znalazłam na wyprzedaży w Świecie Książki i w zeszły weekend przyniosłam do domu. Autorka jest amerykańską dziennikarką, a książka to biograficzna opowieść o różnych, momentami tragicznych kolejach losu. Buttorini była korespondentką w Europie Wschodniej, w czasach, w  których walił się w gruzy komunizm. Została dotkliwie pobita w Pradze w czasie zamieszek, potem spadł na nią kolejny cios: 3 tygodnie później, jej mąż, również korespondent, został postrzelony w Rumunii i ledwo uniknął śmierci. Jakby tego nie było dosyć, po rekonwalescencji zapadł na ciężką depresję, która była skutkiem i swoistym rykoszetem wcześniejszych trudnych przeżyć. W tym samym momencie, matka autorki przegrywa walkę z własną wieloletnią depresją i odbiera sobie życie.  Aby uporać się z chorobą i naprawić życie, które wypadło ze zwyczajnych torów, małżonkowie pojechali do Włoch, w których się poznali, zakochali, i spędzili najlepsze miesiące swojego życia. O dziwo, remedium na pourazowy stres i ciężką depresję stały się nie tabletki, które nie potrafiły naprawić roztrzaskanej duszy, ale zwyczajność i codzienność: między innymi jedzenie.

To książka o depresji i pożywieniu, o tym, jak w obliczu sytuacji, które są nie do zniesienia, można złapać się ostatniego żagla ratunkowego: którym jest TERAZ, ta chwila, która właśnie trwa, to co będzie za godzinę, za dwie, najdalej wieczorem. 
Butturini wielokrotnie powtarza, że kiedy nie miała już sił, myślała tylko o tym, żeby dotrwać do obiadu, do kolacji, żeby wytrzymać jeszcze tylko ten jeden dzień. Terapią okazało się być chodzenie na targ, krojenie, mieszanie, jedzenie, które było łącznikiem ze światem normalności, który zabrało ze sobą pasmo tragedii.

To co wydaja się być najważniejsze, kiedy świat wali się nam w gruzy, to zachować w jak największym stopniu, to co łączy nas z normalnością. To sprawdziło się w tej historii, sprawdza się w życiu.  Kiedy trudno jest przetrwać, kiedy nie wiadomo jak sobie radzić, to trzyma nas przy zdrowych zmysłach siekanie warzyw na obiad, lepienie ciasta na pierogi, spacer, który składa się z  pojedynczych kroków, wymuszona aktywność wokół najprostszych spraw, które są jak cuma, ciągnąca nas w kierunku brzegu. 

Rytuały codzienności pomagają przetrwać najgorsze, sprawiają, że mija czas, który leczy i zabliźnia największe rany. Niedoceniana zwyczajność jest remedium na niezwyczajne nieszczęście, które czasem nas spotyka. Jest też przyprawą do szczęścia, które może pachnieć pomarańczą, domowym rosołem czy iglastym lasem, do którego chodziliśmy w dzieciństwie. 

Jeśli lubicie jeść, kochacie Włochy i ciekawi Was jak wychodzi się z opresji, która czasami zwala z nóg, poszukajcie "Uczy mojego życia".  Ja przeczytałam z przyjemnością. 







Zobacz również

2 komentarze:

  1. Zgadza sie - ja też w najgorszym momencie mojego życia, po śmierci syna,chwyciłam cumę codzienności ( ale też i duchowości, tu muszę lojalnie dodać ) i przetrwałam.
    Teraz wiem, że przetrwam wszystko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, że czas leczy rany. Każdy z nas tego czasu potrzebuję więcej lub mniej w zależności od tego co nam się w życiu złego przytrafia.
      Pozdrawiam, Monika

      Usuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)