Na oparach

/
2 Komentarzy


W Tradycyjnej Medycynie Chińskiej istnieje pojęcie „czi”. Definiuje się je jako „substancję, z której wszystko się składa”, w materialnej postaci jest esencją, która daje życie. Odpowiada za funkcjonowanie organizmu, jego odporność na choroby, stres, jego równowagę lub jej brak. 

„Czi przedurodzeniowe” -  to swoista baza energetyczno – genetyczna, którą dostajemy od rodziców. Zależy między innymi od ich stanu zdrowia, emocji, od tego jak przebiega ciąża, jakie życie rodzice wiodą przed poczęciem.  Nie można bez niego żyć -  jest jak paliwo, w które zostaliśmy wyposażeni na całe życie. Przedurodzeniowe czi jest gromadzone w nerkach i każdorazowo zużywa się w czasie życia.  Nie możemy go „doładować”, uzupełnić, nie możemy odzyskać tego co już zużyliśmy, ale mamy wpływ na to, jak szybko zużywają się nasze zapasy. 

Deficyt

Jeśli odżywiamy się byle jak, stosujemy używki, niedosypiamy, przepracowujemy się, spala nas stres i złe emocje, organizm nie jest w stanie czerpać energii z innych źródeł -  tylko z przedurodzeniowego czi.  Jeśli czerpiemy wiecznie z kapitału, którego nie można odbudować, a który odpowiada za nasze być albo nie być, to zachowujemy się jak głupiec, który rąbie na bezludnej, pustynnej wyspie jedyną jabłonkę, która rodzi jabłka.

Tradycyjna Medycyna Chińska ma ponad trzy tysiące lat i ciągle, z wielkim powodzeniem jest wykładana, nauczana i praktykowana w wielu prestiżowych ośrodkach. Można więc powyższą teorię przyjąć lub wyśmiać, można szukać innych koncepcji funkcjonowania człowieka, ale abstrahując od nazw i teorii, większość z nas czuje i wie, że istnieje w nas coś, co sprawia, że mamy siły do funkcjonowania, coś co zapala w nas iskierkę dnia,  co sprawia, że nasza skóra, oczy i myśli,  błyszczą i budzą się codziennie do życia. Wiemy również jak to się dzieje, że tracimy to wszystko, wiemy i widzimy, kiedy zaczynamy chorować, przestajemy mieć ochotę wstawać rano z łóżka, dopada nas zniechęcenie, marazm i kiedy miga nam w głowie symboliczna, ostrzegawcza lampka. 

Największą porażką współczesnego świata i współczesnego człowieka, jest chyba właśnie to, że przestał słuchać i odpowiadać na wszystkie wysyłane mu przez organizm sygnały alarmowe. Bo on wie, że go boli, jest świadom, że niedomaga, ale bierze aspirynę, paracetamol i robi co planował. Istnieją antydepresanty, istnieje alkohol, można iść zatańczyć się w nocnym szale, można machnąć ręką na swoje wątpliwości, złość, niedomagania.

Można. Tylko pamiętać należy o cenie, jaką przyjdzie za to zapłacić. 


Dbaj o siebie

Cynicy mówią, że na coś trzeba umrzeć, że przecież nie wiadomo, czy jutro przyjdzie, więc trzeba cisnąć życie jak cytrynę; eksplorować, czerpać garściami, robić wszystko to co nas w danej chwili pociąga i zachwyca bez oglądania się na bolącą główkę.  Tylko czy aby na pewno chodzi o to, aby robić to wbrew i na złość swojej wewnętrznej harmonii, swojemu organizmowi, swojemu zdrowiu?

Jeśli wyczerpiesz swoje zasoby  -  twoja skóra przestanie błyszczeć, twoje serce zwolni, lub histerycznie przyśpieszy, jeśli zaprzesz się sam siebie, trudno będzie wrócić do tego co było, a nawet gdyby się udało, może to kosztować wiele łez bólu i wysiłku.   

Możesz przyjmować koncepcje wschodu i zachodu, możesz nie przyjmować niczego, ale wiesz dobrze, kiedy jedziesz „na oparach”. Zobacz to czerwone światełko, które miga przed tobą, usłysz co chce ci powiedzieć.   

Nie licz na cud, licz na siebie. 




Zobacz również

2 komentarze:

  1. udanego weekendu:)
    harmonia baaardzo wazna w zyciu:)

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak liczyłam na cud :(
    Też miłego weekendu życzę!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)