Może kloszardzi, a może anioły

/
3 Komentarzy
Kiedy już całkiem upadłam na duchu, poszłam do  wioskowego wróża. Papierosa trzymał w kąciku ust i dmuchając śmierdzącym dymem prosto w moje nozdrza, pieprzył głupoty o weselnej wódce i wozie, w którym się koło urwać mogło, ale nie urwało, skutkiem czego („Bogu dziękować, na tacę dać”) ; po tym świecie chodzę rok kolejny.   

Otępiała patrzyłam prosto we własne buty i uciekłam stamtąd szybko, zostawiając na stole zmięty banknot na „czystą  flaszkę” co to sobie jej zażyczył. 

Za progiem owionął mnie zapach zimy i mokrej słomy; kruki na płocie stroszyły skrzydła i naśmiewały się z mojej naiwnej wiary, z moich dziewczęcych tęsknot za tym, że ktoś mi to moje marne życie rozrysuje jak mapę; da wskazówki, powie gdzie iść, rozbroi strachy popołudnia, ukołysze serce jak łódkę. 

Szłam poboczem i przeklinałam własne pomysły. Ostatni autobus pojechał dawno temu; ostatnie promienie słońca ginęły za horyzontem.  Godzina na piechotę, jak dobrze pójdzie. Szarówka brudna jak podeszwy butów, światła aut, co pędziły nie wiadomo gdzie i jednostajny szum lasu, który rósł tu obok. 

Nawet się nie bałam. Byłam tylko wściekła. Zła jak osa, wkurzona jak szerszeń, któremu ktoś nieopatrznie wszedł w paradę. Zaczepił mnie jakiś, co się zapytał „czy panienkę może odprowadzić”, ale moje spojrzenie musiało być wystarczająco wymowne. Ominął mnie łukiem, machnął ręką, poszedł gdzie zamierzał. 

Na rogatkach złapałam autobus; zziębnięta weszłam do domu. Wyjrzałam przez okno; światła miasta szkliły się i otulały ciepłym blaskiem zakamarki cienia, połyskiwały w kałużach, zbierały w rogach domów, zaglądały do okien.  Stałam tak i myślałam; o moim życiu pełnym porażek, o wierze, która mnie zawiodła, o strachu, który wyparował w drodze do domu jak przegotowana za długo zupa. 

I wtedy to zobaczyłam:  podarty bilbord; jak paczwork; składanka słów; jak okruchów na stole; kilka warstw farby, przebijających przez siebie nawzajem. „Weź życie w dłonie, jesteś tego warta, stań i zobacz idź, gdzie prawo prowadzi, do środka”  Literowałam i składałam, potem chwyciłam za pędzel, za kartkę, wymalowałam, przepisałam, dygocącymi dłońmi zbierałam w siebie i brałam tam, gdzie potrzebowałam najbardziej. Tego szukałam.

Po chwili  znów wyjrzałam przez okno i zobaczyłam tylko dwóch mężczyzn, co zdzierają warstwę po warstwie, aż zostaje jeden napis, jedno słowo, paczka liter, jak cukierków. JESTEŚ.

Może to byli kloszardzi, a może anioły.  A może cuda chodzą po świecie, jak zdarte z płotu słowa i tylko my, głusi i głupi patrzymy w buty, zamiast przed siebie?



Zobacz również

3 komentarze:

  1. Podziwiam Twoją wrażliwośc i umiejętność obserwacji.
    Czy podoba Ci się stwierdzenie " to nie ciało ma duszę, ale dusza ciało"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ula, M. dziękuję :)
    Czy podoba mi się to stwierdzenie? Hm,czuję w nim pewną sztuczność, bo czy coś, musi coś posiadać, czy coś musi nad czymś panować? Stawiałabym raczej na równowagę:) w końcu, nie bez powodu, mamy stronę materialną ( ciało) i duchową ( duszę, ducha, jak zwał tak zwał :)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)