Wakacje na talerzu

/
2 Komentarzy


W ostatni weekend, z racji podwójnej niedyspozycji: mojej i rudowłosego urwisa, czas spędzaliśmy głównie w przestrzeni domowej. Czytałam magazyny, kartkowałam książki, opowiadałam dwudziesty raz o tym, że kot ma ogon, a krowa dzwoneczek na szyi. Było fajnie, mimo że nuda wisiała w powietrzu i unosiła się pomiędzy drobinkami kurzu, które wirowały w okolicach okna, kiedy wyszło słońce.

Czytałam głównie o podróżach; tych bliskich i tych bardzo dalekich; oglądałam zdjęcia, jeździłam palcem po mapie i myślałam sobie gdzie pojechałabym najpierw, gdyby jedynym kryterium wyboru była moja chęć -  a za nią stałyby nieograniczone niczym możliwości.
W tym globtroterskim śnie zauważyłam pewien nowy podróżniczy trend. Coraz mniej mówi się i pisze o  tym co stanowiło do niedawna kwintesencję turystyki: mianowicie o zabytkach, punktach do absolutnego, obowiązkowego odwiedzenia, a coraz więcej skupia na tym, aby z podróżowania czerpać zmysłową, radosną przyjemność. Służy temu czas, brak pośpiechu, unikanie miejsc stricte komercyjnych, poszukiwania autentyczności w ludziach i miejscach, które się odwiedza. Bardzo ważne, dla wielu osób wręcz kluczowe staje się również doświadczanie nowości kulinarnych i swoista turystyka gastronomiczna. Slow life -  czyli życie bez pośpiechu, bez napięcia i nerwówki, zawitało i tutaj i jak chyba nigdy wcześniej zaprasza nas do tego, aby zwolnić, zatrzymać się i zamiast zaliczać kolejne atrakcje, po prostu doświadczać będąc w pełni tam gdzie się jest.

Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale jeszcze niedawno jedzenie; np. w hotelach, pensjonatach było wyłącznie średniej klasy dodatkiem do pokoju, a powracający z voyagy turyści opowiadali głównie o piramidach, zdobytych szczytach, czy nurkowych osiągnięciach.  Dziś zaczyna być zupełnie inaczej. I z jednej strony jest to trend lekko niepokojący, a z drugiej, dla mnie osobiście, bardzo ciekawy. Bo czy zwykła sałatka z kozim serem może dać większe doznania niż gotycka katedra? Czy słodkie, dojrzałe mango można pamiętać bardziej niż stylowe uliczki miasta? Kiedy się nad tym głębiej zastanowić to wydaje się, że jednak tak. I nie ma w tym nic zdrożnego.
To co widzimy wpływa na nas połowicznie, w dużej masie rozpływa się i traci wyrazistość - zwłaszcza w dzisiejsze kulturze nadmiaru i hiperstymulacji wzrokowo - słuchowej; to co czujemy, czego doświadczamy za pomocą zmysłów -  idzie potem z nami w dalsze życie i wraca często: w marzeniach, wspomnieniach, snach.

Moje wrażenia z Korfu, które odwiedziliśmy kilka lat temu dotyczą przyrody i jedzenia. Zabytków nie pamiętam. Było stare miasto, były jakieś arkady, pod którymi piliśmy kawę, reszta rozmywa się w ogólne pozytywne wrażenie. Pamiętam za to świetnie fetę i pieczone bakłażany, które pochłanialiśmy kilogramami. Feta pachniała orzechowo, była lekko słona, zwarta, nie rozpadała się jak jej polska podrobiona siostra; smakowała tak, że sama oliwa i trochę pokrojonych niedbale warzyw wystarczało na królewski posiłek. Zjedliśmy jej wtedy przez tydzień tyle, ile w Polsce pewnie przez trzy lata.  Z Paryża, który oczywiście jest urzekający, obłędny, i nastrojowy, świetnie pamiętam małe bistro, w którym właściciel podnosił do góry stolik, żebyśmy mogli usiąść. Ich „menu dnia” składało się z sałaty, kawałków świeżej bułki, cebulowej zupy i makaronu carbonara, który chociaż mało francuski smakował tak, że do dziś dostaję śliniotoku na  jego wspomnienie. Z Madery świetnie pamiętam wino: lekko słodkie, ciężkie, o pięknym lekko brązowym odcieniu i targ warzywno - owocowy,  którego bogactwo i feeria barw oszałamiała jak mało co, na tej skądinąd nadzwyczaj pięknej wyspie.

Można by tak wymieniać, wyliczać, ale chyba tak po prostu jest: że najbardziej z podróży pamiętamy to co, nas bezpośrednio dotyka i porusza; a zmysł smaku to wyjątkowo wrażliwy instrument. Cudownie jest odkrywać gdzie nas poprowadzi; szukać autentyczności, prostoty, dawać się prowadzić za nos cudownym aromatom, wchodzić tam, gdzie stołują się tubylcy; wracać do domu z  naręczem ziół i pomysłów.
Tego Wam na ten kolejny, długi wakacyjny weekend życzę! Korzystajcie i dbajcie o siebie! Pogody i apetytu!




Zobacz również

2 komentarze:

  1. Trafne spostrzeżenia. W sumie o katedrach można poczytać i pooglądać albumy, natomiast atmosfery czy smaku nie da się doświadczyć inaczej niż osobiście. Zależy oczywiście co komu pasuje. Mi np. mało zostaje w pamięci z wizyt w muzeach, podczas gdy klimaty czy budowle bardziej mi zapadają w pamięć.

    napisał: anetacuse 2012/08/14 22:24:36

    OdpowiedzUsuń
  2. a mi jeszcze zapachy i muzyka zapada w podróży głęboko w pamięć zmysłów... Pamiętam taki hotel w Czechach na trasie powrotnej z Italii. Wraz z moją grupą siedziałam w jadalni, gdy z głośników popłynął mój ulubiony wówczas utwór z filmu "Once"... Oniemiałam i jedzenie stanęło mi w przełyku. Z różnych (niekulinarnych) powodów :-)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)