W dół rzeki

/
0 Komentarzy
Bywają takie dni, tygodnie, kiedy wewnętrzne światło, które nas prowadzi, nasz ogień, czy jak kto woli „drive”, napęd, który wyrywa nas ze snu co rano, przygasa i ledwo majaczy za horyzontem. Nic nas nie pcha do przodu, przeciwnie; mamy wrażenie, że wózek który przyszło nam ciągnąć jest tak ciężki, tak wyładowany bagażem codzienności, że po prostu nie sposób ruszyć z miejsca. Niektórzy nazywają taki stan „dołkiem” inni spadkiem nastroju,  jeszcze inni wspominają o wypaleniu.

Czasami tak po prostu bywa; że się idzie w dół rzeki, że się zawadza o krzaki, spóźnia, gramoli i nieudolnie pokonuje metr za metrem. Gwiazdy na niebie niby te same, ale w nas coś się tłucze, smuci i nie daje spać.   Czasami trzeba się pobłąkać po ostępach, odpuścić sobie  buty na wysoki połysk.
Czasami samo "być", to już jest bardzo dużo.

Nie codziennie jest się bohaterem.  W szale codziennej wydajności i efektywności, zapominamy, że fizycznie i psychicznie, w wakacje, od święta, raz na jakiś czas, warto puścić te wszystkie „muszę, powinienem, zostało do zrobienia”. Siedzieć i się gapić. Smucić,  jeśli jest czym, uronić łzę, poczuć  żal, że coś nie wyszło, zrobić miejsce na to co będzie, oczyścić pole dla radości.  Zostawić za sobą maski; dobre miny do złej gry, uśmiechy od parady. Niech sobie płynie: ten nastój, ta rzeka uczuć: niech się zmienia jak chmury na niebie, niech niesie to wiatr, niech muska to cisza. 
Przyszło to i pójdzie.


Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)