Naczynia połączone

/
4 Komentarzy

Budzę się w nocy. Patrzę w okno, które spowija szarość. Jeszcze spektakl dnia się nie rozpoczął, jeszcze pajęczyna nocy trzyma w szachu całe światło południa. Za moment, za chwilę, ciężka kurtyna ruszy i zabałagani ciemność. Kotary będą się podnosić i zwijać,  słońce wyjdzie zza widnokręgu, ptaki zaśpiewają pieśń na wejście. Ale jeszcze nie teraz, cierpliwości, jeszcze chwila.
Z zamyślenia wyrywa mnie cienki głosik, który woła krótko:
 - Mami!
- Tu jestem  - odpowiadam.
-  (Ch)oć! -  mówi głosik.
Podnoszę się i idę. Przytulamy się i zasypiamy. Mała noga leży na moim biodrze; pięta jak barometr obecności.
Minęły ponad dwa lata, a my ciągle jesteśmy jak naczynia połączone. Przeczuwam kiedy się obudzi, budzę się kiedy zapłacze, słyszę jej piśnięcie z kilku metrów i przeczuwam jej humory i niedyspozycje.
Ten związek jest niesamowity i wzruszający. Metaforycznie ciągle siedzimy i patrzymy w tę samą stronę. I chociaż ja już od dobrych kilku miesięcy spoglądam czasem na boki; to miękkie „Mama oć” – szybko przywołuje mnie do porządku. 





Zobacz również

4 komentarze:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)