Źródła siły

/
1 Komentarzy
Granica między mocą, a słabością bywa płynna jak lawa; dziś przenosimy góry, jutro stoimy u ich stóp i z nieśmiałością patrzymy na zamglone szczyty. Gratka to mieć taki poziom wewnętrznej równowagi, który pozwala na zachowanie złotego środka: poziomu satysfakcji z siebie i świata, który może nie wspina się na naszej skali mocy pod same chmury, ale i nie opada gdzieś w okolice depresyjnych dołów. Aby taki poziom utrzymać, musimy mieć wsparcie: w kimś, w czymś, w samym sobie.

Jak słusznie zauważa Małgośka Szumowska, reżyserka, wiele kobiet szuka źródła swojej siły w mężczyźnie. Nie jest to domena tylko kobieca: mężczyźni również wspierają się na czyimś ramieniu, czerpią nie ze swoich źródeł. Generalnie człowiek już tak ma, że lubi prowadzić lekko pasożytniczy tryb życia. Tak jest łatwiej, prościej. Tylko co jeśli źródło, z którego piliśmy wysycha? Związek się kończy, partner odmawia dalszego niesienia naszej sprawy, dziecko odchodzi z domu, rodzic umiera?

Wielu dorosłych mówi i pisze: „moja córka, syn: moja radość, moje szczęście itp.” O mężach, żonach, partnerach: „moja miłość, moje kochanie, moja druga połówka”. Podpieramy się innymi ludźmi jak bluszcz kijkiem; lokujemy w nich nasze spełnienie, naszą radość. Oczywiście częściowo zawsze będziemy z nich czerpać, życie to nie solówka w jazz studio, gorzej jednak, jeśli będzie to jedyne źródło, a w sobie będziemy nosić przerażającą, ziejącą czernią pustkę.
Siła, którą mamy w sobie jest wieczna; jeśli o nią dbać, pielęgnować i doglądać, posłuży nam przez całe życie. Ten skarb jest bezcenny, bez niego nie da się mierzyć z przeciwnościami losu, walczyć o swoje, dobrze wybierać, wieść pogodnego, szczęśliwego życia. Człowiek nie może żyć bez wody; nie może także funkcjonować, jeśli nie dba o swoje energetyczne centrum, lub umieszcza całą elektrownię zasilającą na zewnątrz; poza sferą swoich rzeczywistych wpływów.

Kiedy przypominam sobie najbardziej kryzysowe momenty w swoim życiu, przywołuję na myśl tamte uczucie i emocje; pamiętam dokładnie wewnętrzne przekonanie, które mnie trzymało na nogach. Coś w środku, głęboko, mówiło mi, że jakoś to będzie. Oczywiście szukałam sztucznych podpórek, wierzyłam, ze ktoś poniesie mnie choć chwilę; pomoże przetrwać, albo załatwi za mnie to co jest do zrobienia. W ostatecznych rozrachunku zawsze zostawało mi moje źródło, mój skarb: to on dawał mi nadzieję kiedy świat się walił, a ludzie jak to ludzie; zawodzili i szli swoją drogą.

Stare przysłowie mówi: „umiesz liczyć, licz na siebie” i  jak to bywa z tego typu zdaniami, mieszka w nim trochę banału i dużo prawdy. Na to co mamy w środku, jak bardzo inwestujemy w swoją moc, we własne siły; mamy zasadniczy wpływ. Albo  o siebie  dbamy, utrzymujemy ekologię życia i myślenia, albo zostawiamy siebie ugorem i sprawiamy, że źródła wysychają. To co na zewnątrz bywa jak chmury na niebie: dziś są, jutro ich nie ma. Czy można mieć pretensje do słońca, że nie świeci? Do dziecka, że dorasta, odchodzi i idzie swoją drogą? Do partnera, że nie chce być kijem oplatanym przez bluszcz i szuka powietrza, przestrzeni gdzie indziej? Inwestycja w siebie, nawet jeśli mało trafiona, pozostawia zawsze ziarenko, w naszej skrzyni skarbów. Jeśli zawiedziemy sami siebie; możemy się potem w rewanżu sami zaskoczyć. Budując swoją moc nadajemy naszym przekonaniom inny wymiar, oczyszczamy nasze źródło, które nie raz i nie dwa się nam przyda; robimy rzeczy o zasadniczym znaczeniu.

Bez mężczyzny, kobiety, męża,  rodziców, przyjaciół da się żyć. Bez siebie samego, z wiecznym głodem w środku, jest bardzo ciężko.


Zobacz również

1 komentarz:

  1. bardzo wazne i jakze prawdziwe. Kazdy od bluszczu chce odpoczac, co by sie nie udusic!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)