O końcu świata, choć tak naprawdę o początku

/
5 Komentarzy


Nosił wąsy jak ojciec i dziadek, jowialnie zaokrąglony niczym Mikołaj. Swój chłop – mówili Ci którzy go dobrze nie znali. Zdawał się miły i łagodny, stąpał powoli, jak niedźwiedź na dwóch nogach, mruczał coś pod nosem, wsiadał do auta ciężko; daleki od entuzjazmu, bliski płaczu, zamyślony. 


Kiedy wstępował w mury biurowca coś się w nim zmieniało. Jego powierzchowność zaczynała spóźniać się i zostawać w tyle za gestykulacją, głos stawał się szorstki i nieprzyjemny, włosy jeżyły się na ciele; generał na wojnie o lepsze życie.

No bo przecież miał o co walczyć.  Ojciec hodował jabłka. Głaskał je po obłych brzuchach, doglądał drzew, chodził po sadzie jak pan na włościach, dumny i onieśmielony  jednocześnie. Nie raz widział jak staruszek głaskał suchą korę, jak gładził pnie; dałby głowę, że rozmawiał z kimś w sadzie, że chodził od drzewa do drzewa, jak od sąsiada do sąsiada, opowiadał, gestykulował, wyjaśniał. Kłaniał się kiedy wchodził do sadu, kłaniał się kiedy wychodził; drzewa odwzajemniały tę jego miłość i rodziły jak nigdzie indziej. Jabłka z ojcowskiego podwórka pachniały lasem i czułością; takich nie miał nikt.

Ale ludzie się z niego śmiali. Syn dziwaka. Prosty chłop. A on chciał czegoś więcej. Jakiejś przyszłości, jak mówił. Chciał poznać świat, poznać ludzi, robić coś co się liczy, zarabiać, wydawać polecenia, być kimś.

Więc walczył. Pan na wojnie, generał od ścinania głów, najlepszy, najsilniejszy, najbardziej zdeterminowany.  Wysyłali go na misje bez ratunku, dawali sprawy beznadziejne, czuł się wyróżniony tym zaufaniem, harował od rana do świtu. 

Kiedy już nie mógł to spał dzień lub dwa, wyjeżdżał na tydzień, aby na trzeci dzień wrócić do pracy, bo nie mógł w gruncie rzeczy bez niej żyć.  Ludzie się go bali. Nigdy nie wiedzieli co kryje się pod jego uśmiechem, czy zaraz nie wybuchnie, czy nie rzuci wiązanką przekleństw, których nie powstydziłby się ojcowski pomagier, co to pił przez tydzień, żeby potem tydzień pracować na kacu, z nadzieją na kolejny bal.  Kantorek w którym urzędował, zwany rzeczowo gabinetem, był jak szklana klatka, która drżała kiedy wpadał we wściekłość. Im bardziej się bał, tym głośniej krzyczał, im mocniej nie wiedział co będzie, czy sobie poradzi, czy sprosta, tym silniej ulegał wzburzeniu, tym mocniej pieklił się i rzucał jak raniony zwierz.

Aż kiedyś, w dzień jak co dzień, kiedy nic zupełnie nic nie wskazywało na to, że coś się stanie, przyszli do niego: szarzy, eleganccy, opanowani i cisi; zabrali kluczyki od służbowego auta, kazali wstać, spakować się, podziękowali za współpracę. 

Nawet nie krzyknął. Oniemiały, zdumiony, pełen strachu, który był tak silny, że zaklajstrował mu usta, napłynął do oczu, zakołysał nim jak statkiem, który zaraz utonie.

Pojechał do ojca, na wieś.  Na stacji kupił gruby sznur, trzy i pół metra, osiemnaście pięćdziesiąt. Splot był mocny, żeglarski, lekko sztywny, jak wykrochmalona kapota.  Poszedł prosto do sadu, usiadł pod drzewem, zawiązał pętlę, ciężkie dłonie manipulowały sprawnie, sam nie wiedział skąd wie co robić.  

Kiedy wstawał, żeby zakończyć to co mu się ostatecznie rozsypało, to głupie życie, o które tak walczył, tak harował, to kłamstwo, które go zaprowadziło aż tutaj, z powrotem w miejsce, z którego przyszedł; zobaczył starego ojca, o lasce, który wolno szedł w kierunku sadu. Pokłonił się jak miał w zwyczaju, oparł o drzewo, przeżegnał, pogładził korę, oberwał suche listki, wypowiedział słowo, lub dwa, uchylił czapki i poszedł dalej, tak od drzewa do drzewa. Podszedł do ojca, a ten uśmiechnął się do niego, wziął z jego rąk sznur, pogładził go po policzku, poklepał po dłoni i powiedział:

 - Skąd wiedziałeś, że potrzeba sznura?  Tu zobacz, wiatr połamał gałęzie, płot opadł, trzeba zabezpieczyć, obwiązać, schyl się , o tutaj.

Zrobił co kazał, a potem poszli razem do domu. Stary nie pytał, a on nie opowiadał.  

Kiedy ojciec umarł, przejął sad i tak jak on chodził, doglądał i gładził. Zapuścił brodę, schudł, zmężniał. Mieli go za dziwaka, ale nie dbał o to. 

Jabłka z jego drzew pachniały miodem i miłością; przyjeżdżali po nie z daleka,  a on żył w zdrowiu i spokoju.

Zrozumiał, że to czego zawsze szukał, było tuż obok, za progiem, zrozumiał też, że musiał pójść na około żeby to wszystko odnaleźć.


Zobacz również

5 komentarzy:



  1. Bajka?!

    napisał: sobietaka 2012/04/25 20:40:12

    Ładne :)

    napisał: lady.kari 2012/04/25 21:42:42

    Piękne :-)

    napisał: Gość: iwoska, dynamic-78-8-81-20.ssp.dialog.net.pl 2012/04/26 20:21:04

    Ładnie napisane:)
    Zastanawiam się tylko nad morałem tej bajki. Zdaj się na los? Idź bezwolnie przez życie, a osiągniesz spokój i zdrowie?

    napisał: sowa_nie_sowa 2012/04/27 07:16:22

    OdpowiedzUsuń
  2. YYY zupełnie nie wiem skąd takie wnioski Sowo.... Bezwolnie? Morał taki, że bohater nie był w stanie docenić tego co dostał na początku, musiał przeżyć coś w życiu, żeby się od nowa odnaleźć. Ale na pewno nie był zdany na los... Jakoś go on prowadził, ale to on podejmował decyzję, jakby nie było.

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, a co mi tu nie pasowało;)
    Skróciłam sobie bajkę i odniosłam się do drugiej połowy;)
    Jest ok, teraz morał jest dla mnie inny:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2012/04/27 12:01:50

    OdpowiedzUsuń
  4. Wystraszylam sie tego sznura!
    Piekne
    :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna historia. Aż mam łzy w oczach.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)