Wakacje, Kreta i rybka w akwarium

/
2 Komentarzy
Kreta -  tu śpieszą się tylko turyści. 


Nawet Bóg odpoczywał w niedzielę, więc wakacje i czas na oderwanie od codzienności to wcale nie luksus dostępny zamożnym, ale nieodzowny element codzienności. Pracujemy, spalamy się, wydatkujemy nasz potencjał energetyczny – i zapominamy czasem o tym, że długi wobec siebie także należy spłacać o czasie, bez niepotrzebnej zwłoki. Inaczej przyjdzie nam słono zapłacić odsetkami na naszym życiu i zdrowiu. Syndrom wypalenia dopada nie tylko przemęczonych biznesmenów, nie omija rutyniarzy, chodzących wiecznie tą samą drogą, czy matek żyjących w takt mantry codzienności.

Współczesne wakacje nieco się zdegenerowały. Jak słusznie zauważa Wojciech Eichelberger  - dzisiejszy człowiek odpoczywa i podróżuje jak rybka w akwarium -  wiecznie we własnym sosie i środowisku.  Nawet na koniec świata latamy klimatyzowanym samolotem, nocujemy w przypominającym domowe standardy hotelu, bez względu na szerokość geograficzną jemy takie same, angielskie śniadanie.  

Prawdziwy odpoczynek to coś więcej niż ładne widoki, estetyczne miejsca i poprawne jedzenie. 

Aby zresetować mózg od codzienności i odpocząć naprawdę trzeba poczuć nowe wszystkimi zmysłami. Nastawić się na słuchanie, wąchanie, czujność wobec otoczenia, która pomiesza się z ciekawością: wreszcie otworzyć serce na uczucia i ludzi, których przyjdzie nam spotkać.


Świat jest ok! 


Media kreujące obraz świata jako miejsca niebezpiecznego i nieodgadnionego, w którym trudno będzie nam sobie poradzić samodzielnie, napędzają nasz strach i obawę przed samodzielnym podróżowaniem. Warto zdać sobie z tego sprawę przed wyruszeniem w drogę. Świat – nawet ten egzotyczny -  przeważnie jest miejscem przyjaznym turyście – wystarczy tylko mieć oczy szeroko otwarte i zachować niezbędną wszędzie ostrożność. 

A jeśli wolimy pojechać z biurem podróży?  Zorganizowana, masowa turystyka może nam dostarczyć pozytywnych wrażeń. Trzeba tylko zejść z uczęszczanej przez wszystkich ścieżki i poszukać własnych, oryginalnych doznań. 

Zgubić w uliczce gdzie suszy się pranie, a lokalni mieszkańcy siedzą na schodach i kłócą się z sąsiadami.  A nade wszystko nie dać nabić się w butelkę organizowanych od a do z pobytów, podczas których prawdziwe życie  tylko miga w oknie autokaru jak migawka.


Tydzień na Krecie


Tydzień na Krecie to za mało, żeby powiedzieć, że poznało się wyspę. Dlatego napiszę, że zobaczyłam  tylko jej dwa oblicza. Przeciwstawne i różne, jak dwie siostry -  aż trudno uwierzyć, że spokrewnione.

Pierwsze oblicze to wybrzeże w okolicach Chanii – i same miasto. Piękne, misterne, ale także tłoczne i pełne zamętu. Trudno tu znaleźć chwilę spokoju. Aż strach pomyśleć co będzie tam za miesiąc kiedy sezonowi goście napłyną jak ryby na tarło. Samo wybrzeże jest jak pocztówka posklejana z patchworku. Zabałaganione, zabudowane bez planu, bez ładu -  pełne hotelików, nastawionych na turystów tawern, sklepików z ręcznikami, pocztówkami i piwem. Jeśli ktoś tylko to na Krecie widział to wiele stracił.

Drugie oblicze to góry, przez które jechaliśmy na turystyczną lagunę Krety – Elafonissi.  Laguna jest bajkowa, lekka jak pianka na letnim cieście, radosna i pocztówkowo piękna; ale góry, które trzeba pokonać to już inna historia.

Elafonissi - bajkowa laguna


Prowadzą tam dwie drogi -  szczerze polecam tę dłuższą. Zajmuje dwa razy tyle czasu, ale dostarcza niezapomnianych wrażeń. Osioł zajrzy Wam do samochodowego okna, kozy przydrepczą i spojrzą w oczy z nadzieją na jakiś smakołyk – na przestrzeni wielu kilometrów górskiej, krętej drogi nie spotkacie zupełnie nikogo.

Jechaliśmy tak i podziwialiśmy przepaście, odmęty dzikiej zieleni -  górskie wioski -  często opuszczone, zakopane w krajobrazie tak nierealnym i pięknym, że zapierał dech w piersiach. Myślałam o ludziach, którzy w nich żyli i żyją -  czasem mignęła w oknie jakaś twarz – starsze kobiety w czerni na progu,  życie tak diametralnie różne od tego jakie znamy -  że aż nierzeczywiste.

Tą drugą Kretę zabrałam ze sobą  - pod powiekami -  bo na zdjęciach wyszła spłaszczona i powleczona jakimś półprzezroczystym filtrem. Zupełnie jakby duchy przeszłości, które stały w opuszczonych drzwiach domów, zazdrośnie chciały zachować ją dla siebie. Jakby obawiały się, że urealnione na zdjęciach przestaną istnieć jeszcze bardziej.  Kłaniam się im aborygeńskim zwyczajem i dziękuję, że mogłam to wszystko zobaczyć.


Na targu w Chanii

Osioł zaglądał nam przez okno. Gdzieś w kreteńskich górach. 









Czy podróżując, naprawdę trzeba robić tak dużo? Czy nie wystarczy być? 





Droga  w górach. Naprawdę kręta. 




Zobacz również

2 komentarze:

  1. Dzięki za przypomnienie wspomnień z Krety.
    Byliśmy tam jeszcze jako rodzina dwuosobowa. ;-)
    Ciekawe, jak by tam było z dwulatkiem?
    PS Piszę po razy n-ty, dziewczyno masz wielki talent do opisywania rzeczywistości - zewnętrznej i wewnętrznej! :-)

    napisał: mammasta 2011/06/09 11:18:19

    OdpowiedzUsuń
  2. Z dwulatkiem pewnie inaczej ale na pewno tak samo fajnie:) byle nie w sezonie - mnie perspektywa tego co było w ilości 3 razy tyle ludzi przeraża aż włosy dęba staja:) że też niektorzy tak lubia:)
    Co do Twoich komplementów to bardzo za nie dziękuję:) Twoje słowa są dla mnie bardzo ważne bo nie zawsze wierzę, że to co mam tu do powiedzenia jest aż tak dobre żeby się tym publicznie dzielić. Jak każdy czasem w siebie wątpię bardziej niż w innych:) Dlatego jesteś dla mnie jak zresztą kilka innych osób, które czytają i czasem się odezwą bezcenna :) Bardzo Ci dziękuję raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)