Natura i życie

/
2 Komentarzy
W programie o Indianach żyjących prawie tak samo jak dziesięć tysięcy lat temu; kobieta o sprawnych dłoniach formuje wałek z gliny i lepi miskę. Potem wyłuskuje z kolby ziarno kukurydzy; za pomocą prymitywnych narzędzi robi z nich niedoskonałą mąkę -  przesiewa przez sito – upiecze chleb. Kilka patyczków i nici i już mamy warsztat tkacki. Stąd będzie pochodzić ubranie i koc na łóżko. Cykl przyczynowo – skutkowy jest jasny: widać skąd bierze się to czym człowiek żyje, czego używa na co dzień, czym się okrywa w chłodną noc.
Tak żyli kiedyś ludzie. Niekoniecznie dziesięć tysięcy lat temu. Moja babcia tkała len, zbierała go najpierw z pola - potem w wyniku jej pracy przemieniał się w twarde płótno. Kto z nas wie dziś jak wygląda len – roślina? Kto odróżni żyto od prosa? Kto wie czym różni się jajko kaczki od jajka gęsi? Jak  robi się ser, masło? Kto w ogóle zawraca sobie takimi sprawami głowę??
Powiecie:  nowoczesność. Oczywiście. Nie chcę nikogo namawiać do porzucenia cywilizacji, zrzucenia tkanego mechanicznie odzienia i rozpoczęcia nowego życia w samowystarczalnym, dzikim stadle. To mit i utopia. Cywilizowany  świat dociera już wszędzie – wpycha się szparami nawet tam gdzie go nie chcą. Przelewa się przez obręb glinianej miski, bulgocze jak ocean w sztormowy dzień, wszędzie go pełno -  nie ma przed nim ratunku. Niedługo nie będzie dzikich ludzi. Wszyscy zostaną ucywilizowani i ubrani w hawajskie szorty.
Czy jednak widzimy jeszcze w ogóle jakiś związek między żywym życiem, między tym co nas otacza, a nami samymi, naszą codziennością? Czy wiemy chociaż w przybliżeniu, gdzie rosło zboże, z którego piecze się nasz chleb, jak wygląda roślina, której zawdzięczamy bawełnianą bluzkę, gdzie pływały ryby, które trafiają na nasz stół? Zamknięci w szklanym świecie coraz rzadziej zdajemy sobie sprawę z tego skąd pochodzi wszystko to co jest nam niezbędne do codziennej egzystencji: jak przysłowiowe dzieci z miasta, odpowiadamy, że mleko bierze się ze sklepu.
Z zadumy nad tymi zmianami w naszej współczesnej spostrzegawczości, albo raczej z zapędzenia w ślepy zaułek rozwoju powstają różne ruchy „eko”, „slow life”. Tworzą się społeczne komitety rolników, którzy zaopatrują w wyhodowane własnoręcznie warzywa mieszkańców sąsiednich wiosek, a nie jakiegoś bezimiennego konsumenta, dwa dni jazdy tirem stąd.  Ludzie zaczynają się zastanawiać i wyciągać wnioski.
Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ istnieje zauważalny związek między naszym stylem życia i jego jakością. Tak jak nie wiemy skąd pochodzą nasze buty, ani kto je szył -  tak często nie widzimy związku między naszym samopoczuciem, a tym co jemy, co czujemy, jakich wyborów dokonujemy, jakimi ludźmi się otaczamy, jak oddychamy, odpoczywamy itp.   Staliśmy się głusi na siebie. Pozwalamy się zatruwać złym emocjom, a potem ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie mamy siły żyć.  Otaczamy się ludźmi, którzy niczym wampiry wysysają z nas dobrą energię, karmią wątpliwościami, aby po dłuższym czasie dojść do wniosku, że tak naprawdę nie wiemy już o co nam w życiu chodziło i jakie mieliśmy marzenia. Pochłania nas praca ponad siły, umysłowy hazard walki o pozycję, miłość, szacunek, a wszystko to na moment przed mitycznym szczytem, który ma nam dać upragnione szczęście spada w otchłań jak kula toczona przez biednego Syzyfa.
Dobre, radosne, spełnione życie to nie bajki o złotym runie  - które mogą zdobyć tylko wyjątkowi śmiałkowie. One tak jak ziarno na chleb rosną na żyznej glebie, wymagają pielęgnacji, podlewania, nawożenia, terminowych zbiorów i pracowitej obróbki. Smakowite chrupiące bułeczki o zniewalającym zapachu nie spadają z nieba o świcie. Pyszny ser  nie zmaterializował się cudownie na półce supermarketu.  Recepta na nasze smutki i problemy to uważność i powrót do wiedzy o tym  co jest co i skąd się bierze. Przebudzenie z lunatycznego snu. Otwarcie na to, że wiele spraw leży w naszych rękach – a już prawie wszystkie w naszych umysłach.
Jeśli nie odzyskamy świadomości naszego związku z naturą i nie odszukamy na nowo ścieżki do tego co nam w duszy gra czeka nas smutna przyszłość. Nie trzeba czarodziejskiej kuli aby się o tym przekonać.


Zobacz również

2 komentarze:



  1. Mnie sie to zupełnie luźno skojarzyło z tym, że jeśli ktoś pracuje, gotuje, może tka, szyje lub mieli, to niekoniecznie jest kurą domową. Opisałaś te 'pierwotne' czynności w taki dziki - a może po prostu naturalny - sposób. Wilczyce domowe ;) Lubię gotować, lubię takie 'zwykłe', nijakie dni, czasem się przerażam, że w moim wieku to niestosowne, a Ty mnie uspokoiłaś, pozdrawiam :D

    napisał: aniooool 2011/06/13 19:34:22

    "....... Staliśmy się głusi na siebie. Pozwalamy się zatruwać złym emocjom, a potem ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie mamy siły żyć. Otaczamy się ludźmi, którzy niczym wampiry wysysają z nas dobrą energię, karmią wątpliwościami, aby po dłuższym czasie dojść do wniosku, że tak naprawdę nie wiemy już o co nam w życiu chodziło i jakie mieliśmy marzenia..... " Ten fragment jest jednym z moich ulubionych fragmentów z tekstów umieszczonych na tym blogu.
    Tylko jak to jest.. którzy są tymi "wampirami" a którzy nie? czy od razu wiemy "kim są na prawdę "??

    napisał: julka_malamala 2011/07/12 22:44:25

    OdpowiedzUsuń
  2. Ci którzy tylko biorą - nie od razu niestety to widać :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)