Voyage, voyage

/
0 Komentarzy
Wojciech Eichelberger pisał kiedyś, że mądrzy ludzie siedzą w domu. Nie uciekają z samotności czterech ścian, nie uwalniają uczuć i strachów na wolnym powietrzu, żeby pofrunęły w eter i nie zawracały im głowy; nie zagłuszają siebie muzyką z megafonów w centrach handlowych i nie rozmieniają w rozmowach o niczym prowadzonych przy okazji nowych, miałkich znajomości.
Mówi się jednak także, że podróże kształcą.  Cztery ściany naszych ukochanych domów bywają często ciężką klatką z grubą kłódką, okna nie wpuszczają świeżego, ożywczego powietrza, a znajomy kontur widoków za szybą nie stymuluje, nie pociesza, ale usypia i umacnia w ospałości.
Miłośnicy domowych pieleszy – Ci nie wyruszający w świat nigdy, albo prawie nigdy – są jak drzewa z zastygłymi w ziemi korzeniami. Nie ruszają się z miejsca z obawy, z lenistwa, z wygody – nie lubią zmian -  boją się nowego, przerasta ich organizacja, pakowanie, nowe wyzwania, nowe sprawy.
Globtroterzy przeciwnie – żyją w wiecznym zawieszeniu – ich korzenie są jak macki ośmiornicy, które czepiają się stałego lądu, albo przynajmniej gałązki -  gdziekolwiek się znajdą. Wszędzie czują się dobrze, oddychają pełną piersią; jak kameleon zmieniają ubarwienie w zależności od otoczenia, rodzaju światła i wymogów podłoża. Kolorowi i szarzy; wszędzie są u siebie.
Ja jestem z tych co po środku. Tęsknię za światem zewnętrznym z mojego ukochanego domu, oglądam się za siebie kiedy zamykam drzwi przed podróżą, boję się i cieszę  jednocześnie.
W podróżowaniu i odkrywaniu świata jest coś nierzeczywistego i mistycznego. Żyjąc w swoim grajdołku, myślimy że nic poza nami nie istnieje, że to co kończy się za widnokręgiem jest prawdziwym końcem, inne perspektywy i obrazy nie przychodzą nam do głowy.  Odkrywając niekoniecznie dalekie, nowe lądy widzimy, że nasza własna rzeczywistość jest tylko jedną z miliona współistniejących rzeczywistości, że widnokręgów są tysiące, a to samo słońce zachodzące na tym samym niebie może wszędzie wyglądać inaczej.
W podróżowaniu najpiękniejsi są ludzie i chwile zamarudzenia nad nowym; zachłyśnięcia się widokiem i byciem, zapominanie o sobie i swojej prywatnej drodze, uczucie zagubienia i odnalezienia się jednocześnie. Patrząc na garnki na płocie, albo szare od zmierzchu jezioro oddajemy się swoistej medytacji; oddaleniu od spraw banalnych, zapominamy o trudach i rzeczach, które do tej pory stawialiśmy na piedestale pierwszeństwa.
Niedawno wróciłam do domu, a już tęsknię za nowym.  Podróżowanie wciąga jak trójkąt bermudzki -  nakręca i wzbogaca. Codzienność przyprawiona wspomnieniami smakuje lepiej, a przyszłość z obietnicą kolejnych voyagy nadaje kolorytu i przyśpiesza krążenie jak dobre czerwone wino.
A Was Kochani, gdzie najłatwiej spotkać?  W domu, na szlaku, czy także po środku?


Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)