Kiedy mniej znaczy więcej

/
5 Komentarzy
Dawni filozofowie piszący o życiu pełnym sensu i o tym jak osiągnąć szczęście nie przewidzieli, że spełnienie w XXI stanie się synonimem słowa „posiadam”. Cały nasz świat zdominował przesyt i pragnienie posiadania więcej. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze czy dobra materialne, ale także o liczbę znajomych w portalu społecznościowym, zadań do wykonania w kalendarzu, osiągnięć, tytułów, dowodów naszej wielkości, czy przyjaciół, którzy przychodzą na nasze urodziny.
Słowo „ średnio”, albo „umiarkowanie” przestało się liczyć, bo dziś znaczenie ma tylko „dużo”, albo jeszcze lepiej „najwięcej”. Tworzymy więc rankingi najbogatszych, najlepszych, najciekawszych i najbardziej pożądanych. Sami nie możemy zawsze znajdować się w czołówce, więc czujemy się przez to niespełnieni, nieszczęśliwi i nie dość usatysfakcjonowani.
Zeszłoroczny kryzys niewiele nas nauczył, bo ciągle pragniemy aby nasze życie wypełniały rzeczy i wydarzenia. Ciągle chcemy żyć ponad stan i płacić za bycie wyjątkowym. Tymczasem badania pokazują, że konsumpcja i  coraz to nowe osiągnięcia wcale nie czynią nas szczęśliwszymi. Im więcej rzeczy kupujemy, im bardziej łączymy swoje zadowolenie z posiadaniem, tym mocniej czujemy się zależni od przedmiotów i tych okoliczności życia, na które nie do końca mamy wpływ i tym bardziej poddajemy się wszechobecnej presji posiadania coraz to więcej i więcej.
Najczęściej w pułapkę posiadania i  kompulsywnej konsumpcji wpadają ludzie, którzy doświadczyli pewnych deficytów emocjonalnych lub ekonomicznych w dzieciństwie.  Jeśli rodzice ustawicznie powtarzali nam, że znaczenie ma  tylko to jakie oceny przynosimy do domu, jaką pozycję zajmujemy w społeczeństwie, jak bardzo się nas szanuje za to co mamy i kim jesteśmy – jeśli miłość jaką otrzymywaliśmy była miłością warunkową, to bardzo prawdopodobne, że jako dorośli będziemy  budować nasze poczucie własnej wartości i poziom satysfakcji z życia na takich właśnie fundamentach.
Kompulsywnym stosunkiem do pieniędzy, pracy i rzeczy kompensujemy sobie często brak spełnienia w innych życiowych obszarach.  Potrzebujemy regulacji i równowagi emocjonalnej, ale dostarczając sobie ciągle nowych podniet i zajmując swój umysł nowymi sprawami, tak naprawdę nigdy nie jesteśmy w kontakcie z tym co czujemy.  Kupując, doświadczamy chwilowego spełnienia i zadowolenia, ale jeszcze szybciej niż satysfakcja przychodzi znudzenie i rozczarowanie, które należy szybko zneutralizować. I tak kręci się błędne koło.
Zagonieni i otoczeni niepotrzebnymi rzeczami i ludźmi czujemy się „kochani i ważni”. W ciszy moglibyśmy usłyszeć nasze lęki – tymczasem chaos i zgiełk zagłuszają je bardzo skutecznie.
Prawdziwe szczęście i zadowolenie nie zależy od rozmiaru portfela, nie mierzy się metrażem nowego mieszkania, ani liczbą koni w silniku nowego auta. Lepiej jest mieć jednego prawdziwego przyjaciela niż 100 znajomych, przed którymi nie możemy pokazać swojej prawdziwej twarzy. Lepiej jeździć do pracy rowerem z uśmiechem na twarzy, niż płakać nad swoim zmarnowanym życiem za kierownicą Lexusa.
 Czasami mniej znaczy więcej -  bo prawdziwa radość i prawdziwe szczęście mogą dać sprawy małe i proste. Pod warunkiem, że umiemy się na nie otworzyć, pod warunkiem, że usłyszymy pod szumem świata swój prawdziwy, wewnętrzny głos, pod warunkiem, że dopuścimy do głosu nasze prawdziwe - nie tylko komercyjne pragnienia.


Zobacz również

5 komentarzy:

  1. Poruszył mnie dzisiejszy wpis. Ale prawdą jest, że albo jesteś najlepszy albo nie ma cię wcale. Ludzie zapoznają się ze wszystkim tak pobieżnie, że nawet nie mają szansy poznać się na jakości, dlatego tak łatwo nadrobić ją ilością.

    napisał: wildfemale 2010/10/22 03:03:37

    OdpowiedzUsuń


  2. Wildfemale, czyja to jest prawda, o której mówisz? Może to tylko Twoje przekonanie?

    A co do materii, to spotkałam się z opinią, że lepiej płakać w audi niż w seicento... Coś w tym jest, jakby nie było;)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/10/22 10:55:51

    OdpowiedzUsuń


  3. To może ja jeszcze dodam tylko , że ważny jest jeszcze oprócz marki auta powód placzu:)
    Bycie najlepszym to pułapka - dlaczego ma mnie nie być jeśli jestem średniakiem? Bo nie wygrywam wszystkiego i ze wszystkimi? Przecież nie można być najpiękniejszym, najmądrzejszym, najbogatszym, najzdolniejszym we wszystkich dziedzinach - nie jesteśmy cyborgami - a już na pewno nasze predyspozycje i miejsce w ogólnoludzkim rankingu zmienia się z wiekiem; starzejąc się ustępujemy w penych dziedzicnach miejsca młodszym.
    To prawda , że wiekszość ludzkiej masy woli ilośc niż jakość, ale mamy też to szczęście, że możemy szukać i wybierać ludzi, którzy zadadzą sobie trochę trudu, aby zajrzeć poza okładkę:)

    OdpowiedzUsuń
  4. A może najlepiej to mieć ramię do wypłakania się (niekoniecznie płci przeciwnej)?

    Bycie najlepszym jest wielkim obciążeniem, zresztą widać to ze skali uzależnień u tych najlepszych ...
    Mnie się podoba - niezbyt popularna - opcja porównywania się z samym sobą, bo porównywanie się z innymi sprowadza się, prędzej czy później, do konkluzji, że zawsze znajdzie się ktoś i lepszy i gorszy (cokolwiek to znaczy) ode mnie. I co to znaczy? Ano nic:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/10/22 12:05:07

    OdpowiedzUsuń
  5. sowa: Ja nie wiem, nie mam wglądu;) Widocznie w takim środowisku się obracam. (I nie pytaj mnie, czy sama je sobie wybrałam czy po prostu nie umiem z niego wyjść.)

    napisał: wildfemale 2010/10/23 19:16:55

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)