Jednak jestem feministką

/
8 Komentarzy
Nie byłam nigdy na manifie, nie spaliłam swojego stanika, ani nie porzuciłam tradycyjnej formy rodziny. Oczywiście popieram od zawsze ideały takie jak równość kobiet i mężczyzn w życiu zawodowym i politycznym, podział obowiązków domowych, ale jakoś ten mój feminizm mało wojujący.
Czytałam wczoraj w Wysokich Obcasach, list kobiety, która zajmuje się z wyboru domem; odwiedzam fora o ciąży i macierzyństwie, chodzę do pracy i zastanawiam się nad tematem, który coraz częściej do mnie wraca  - chociażby z racji mojego stanu i zmieniającej się sytuacji rodzinnej.
Wniosek?  Tak, mamy przesrane. Z każdej strony jesteśmy rozdzieranie przez dylematy których nie powstydziłaby się antyczna tragedia: no bo jak wybrać między pracą zawodową, a dziećmi; między rozwojem własnym a miłością, między spełnieniem własnym, a męża, między wolnym czasem, pasjami a tym co TRZEBA, POWINNO  SIĘ, MUSI, WYPADA ???
Irytuje mnie nasze Państwo; bezmyślność urzędników i polityków, którzy prowadzą akcje promujące wysyłanie dzieci do przedszkoli -  kiedy miejsc nie ma; nakłaniających do rozmnażania, kiedy nie ma ze strony rządu żadnego wsparcia dla rodzin z dziećmi, do pracy zawodowej kobiet, kiedy jawnie się je dyskryminuje i głośno się z tego śmieje nie tylko w kuluarach, ale co gorsza także na wizji.
Przykłady? Proszę bardzo.
Zarabiamy mniej, pracujemy więcej łącząc życie zawodowe z domowym i musimy podwójnie udowadniać, że się nadajemy, że warto dać nam szansę i że nie zrujnujemy pracodawcy swoim  ewentualnym chorobowym i macierzyńskim.
Kobiety na oddziale patologii ciąży w dużym mieście leżą na korytarzu i mają do dyspozycji 2 toalety na 50 leżących - cóż remont, brak miejsc, rozłożone bezradnie ręce.
Za dobrą opiekę nad rodzącą, także w naszym mieście stołecznym; trzeba zapłacić grube pieniądze - bo inaczej zależy jak się trafi. Dobre renomowane szpitale przyjmują głównie "swoje" pacjentki, które płaciły za prywatne wizyty lekarzom ze szpitala, opłaciły położną, pojedynczą salę i poród rodzinny, inne są przyjmowane w miarę wolnych miejsc, których przeważnie nie ma. Pewnie, że można trafić dobrze i za darmo - ale można też fatalnie: czasem żal, trauma i strach pozostają do końca życia.
W dzielnicy Warszawy gdzie mieszkam jest około 125  tyś mieszkańców. Miejsc w państwowych żłobkach jest… 120. Czyli na każdy tysiąc mieszkańców przypada mniej więcej jedno.. Dzielnica nie największa i nie najnowocześniejsza , ale i tutaj jak grzyby po deszczu wyrosły nowe osiedla gdzie mieszkają głównie młodzi -  rozmnażający się ludzie.  To prawda, Warszawa jest specyficzna -  bogata, młoda, nowoczesna.  Jest też przeważnie oddzielona od bogactwa rodziców i babć, którzy mogliby się dziećmi charytatywnie lub mniej zająć.
Co więc pozostaje kobiecie z dzieckiem, która po 5-6 miesiącach macierzyńskiego ma do wyboru: zależność finansowa od męża, partnera jeśli go ma; prywatne przedszkole, żłobek za 1300 zł miesięcznie lub nianię za ok. 1700 zł? Przy czym średnia pensja kobiety w Warszawie wynosi pewnie około 2000-2500?
Decydować się na założenie rodziny aby obserwować łaskę jaką robi nam służba zdrowia, obojętność lekarzy, kolejki do nich, zatkane prysznice i brudne toalety na porodówce?  
Znosić uszczypliwość szefów, obleśne spojrzenia i pytania na rozmowach kwalifikacyjnych o dzieci, plany rodzinne i ilość wolnego czasu po godzinach? Co z tego, że to nielegalne?
Pytania bez dobrej riposty, na które odpowiadamy przeważnie sobie same, w zaciszu domowego ogniska - wygrażając pięścią w kierunku telewizora..
Kobiety mają gorzej -  takie są fakty. 
Nie piszę tego, aby wyładować niepotrzebne frustracje.  Jestem bardzo mało sfrustrowana, przeważnie euforycznie zachwycona życiem i wyraźnie stępiły mi się w ciąży pazurki. Same się opiłowały; tylko czasem wystawiam jeden lub drugi i obnażam wściekłe kły.  Mam zaufanie do siebie, życia i wiem, że sobie poradzę. Właściwie to moje dzisiejsze pisanie to taki niemy gest w kierunku wspomnianego już odbiornika, którego czasem w swojej niezaprzeczalnej bezradności potrzebuję.
Piszę to też, może zwyczajnie po to aby zwrócić uwagę na to, że w głębi duszy, nawet jeśli nie mówimy tego głośno, nie rzucamy mięsem ani nie palimy bielizny;  w zaciszu swojego domu albo na gwarnej ulicy miasta; wszystkie jesteśmy feministkami…


Zobacz również

8 komentarzy:

  1. Z każdej strony jesteśmy rozdzieranie przez dylematy których nie powstydziłaby się antyczna tragedia: no bo jak wybrać między pracą zawodową, a dziećmi; między rozwojem własnym a miłością, między spełnieniem własnym a męża, między wolnym czasem, pasjami a tym co TRZEBA, POWINNO SIĘ, MUSI, WYPADA ???"

    Z tego co wyżej, to uważam, że tylko to pierwsze jest najtrudniejsze do pogodzenia... z resztą jest zdecydowanie łatwiej:)
    Piszesz, że kobiety mają gorzej. Myślę, że mężczyźni, przynajmniej ci odpowiedzialni, też lekko nie mają we współczesnym świecie... Ja bym tam facetem dzisiaj nie chciała być.
    O czymś świadczy też fakt, że to my żyjemy dłużej;)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/04/08 10:14:26

    OdpowiedzUsuń
  2. Mysle, ze maja źle wszyscy co chca miec dużo, a nie chca wybierac.Kobieta feministytka
    bo chce miec prace,kariere,nie chce siedziec w domu a jednoczesnie chce miec dzieci,atrakcyjnego meza. Tak samo ma facet,ktory chce miec atrakcyjna ,inteligentna zone(partnerke) jak rowniez dzieci, o ktore chce dbac jak najlepiej i z nimi przeywac.Jemu jest rowniez nie mniej pod gorke.Doba ma 24h i trzeba wybierac cos kosztem innego albo dobrze glowkowac(optymalizowac) badz urodzic sie naprawde bogatym.
    A generalnie panstwo popiera zdecydowanie model facet pracuje,kobieta rodzi i wychowuje. A dlaczego -bo facet nie urodzi wiec kobieta,ktora sie decyduje powinna dostawac na dzien dobry konkretne przywileje do panstwa,np zdecydowanie mniejszy podatek i rozne pomocy przy wychowaniu dziecka.

    napisał: life.is.illusion 2010/04/08 11:05:51

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszesz: "Przy czym średnia pensja kobiety w Warszawie wynosi pewnie około 2000-2500?"

    Do licha! Dopiero to mi uświadomiło, jak bardzo przepłacamy Paniom pracującym w naszej firmie działającej w podwarszawskiej miejscowości. :-)

    A tak serio - oczywiście trudno do nich przykładać miarę przeciętności, ponieważ są wybitnymi fachowcami w swoich dziedzinach - czego szczerze życzę wszystkim Paniom czytającym te słowa.

    napisał: testeq 2010/04/08 11:40:56

    OdpowiedzUsuń
  4. same sobie jestesmy winne i same możemy tylko sobie pomóc, niestety wiekszość z nas właśnie ogranicza sie tylko do warczenia na telewizor. Nie wynika to tylko z naszej słabości, ale bardzo często z przeświadczenia o bezcelowości dziłałań tzw " kopania sie z koniem". Sama warczę na odbiornik widząc niektórych polityków , ale coraz czesciej zdarza mi sie wygrażać widząc Panie Feministki -" walczące o równouprawnienie". Ten zwrot jest nieadekwatny do tego co chcemy osiągnąć , mężczyzna to nie wróg , to ma być partner na płaszczyźnie wielu zadań , domowych , biznesowych , politycznych, a wiele kobiet o tym zapomina. Zamiast wykorzeniać stereotypy juz w domu same je pielegnujemy wychowując naszych synów, podsycamy je manifami , krzykami, publicznym braniem pod skrzydła wszystkich uciskanych, wydajemy sie śmieszne w tej naszej szarpaninie, nic dziwnego , że nie tylko mężczyźni nie mają szacunku do działań feministek ale także kobiety nie wiedzą o co im chodzi. A sprawy żłobków, przedszkoli , uczciwego traktowania w pracy i wsparcia dla rodzin pozostają nadal w rękach mężczyzn, którzy nawet przy najlepszych intencjach o wielu aspektach nie mają pojęcia. Z doświadczenia wiem że kiedy słyszy sie publicznie tekst "baby do garów" można zamiast w sposób emocjolany spokojnie zapytać dlaczego i wytłumaczyć swój punkt widzenia , ale może mnie jest łatwiej , bo mam u boku męża , który w wielu kwestiach się ze mną zgadza i publicznie wspiera w takich dyskusjach, na forum rodzinnycm i przyjaciół odnosimy nasze małe feministyczne sukcesy- ja domowa feministka i mój przyjaciel MĄŻ.
    Fajnie, że znalazłaś się na głównej ,będę zagladać , miło bedzie radośnie ładować akumulatory :))

    napisał: milka1st 2010/04/08 11:44:52

    OdpowiedzUsuń


  5. Ja od dawna jestem feministką :). Też nie paliłam staników i nie byłam na manifie; to przecież feministki nie czyni. Mój głośno deklarowany feminizm wywołuje uśmieszki na twarzach mężczyzn, zażenowanie u kobiet. I zaprzeczenie; ja nie, ja nie potrzebuję być feministką.
    Niestety, jak długo większość kobiet będzie mówiło: jestem za uprawnieniem, partnerstwem ale NIE JESTEM FEMINISTKĄ nie, nie, nie, jakby to było coś złego (a głównie chodzi w tej wypowiedzi o uznanie mężczyzn), jakby same nie korzystały z tego co wywalczyły emancypantki/sufrażystki/feministki tak długo niczego nie zmienimy. Możemy sobie machać pięścią do telewizora - nikt nas nie usłyszy.

    napisał: dwiesroki 2010/04/08 13:51:59

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale kobieta polska jest ,jak ruski czolg. Silna,nie do zdarcia i prze do przodu nie zwazajac na przeciwnosci. A ja nie chce juz dawno byc kobieta polska, albo ruskim czolgiem (jak kto woli). Chce by kobieta europejska,czyli taka,gdzie za ciezka prace bede adekwatnie wynagradzana, a w domu od meza,zamiast spontanicznego kwiatka od czasu do czasu, dostane realna pomoc bez podtekstow i ostatencyjnosci w gestach. Ale ,zeby tak bylo, tego mezczyzne musi wychowac kobieta europejska, a nie ruski czolg.


    Do pana, ktory "przeplaca" swoje pracownice. Podany przyklad pensji to fakt, nie wiem czy w Warszawie, ale u mnie w Trojmiescie tak. Ja mam staz 29letni w zawodzie, jestem cenionym pracownikiem,ale nie przeszkadza to moim pracodawcom wycenic moja prace na 2000 netto bez zadnych dodatkow. Praca niewdzieczna, bo stresujaca i w ciaglym napieciu i pospiechu.Ale nie moge narzekac,bo wybralam "niezaleznosc", juz kiedy mialam 18 lat. Z tej zaleznosci,gdyby nie zarobki meza, ktory zajmuje sie tylko praca i dom go juz nie obchodzi , mam tylko satysfakcje,ze mimo wieku,jeszcze mnie gdzies chca. Ale nawet nie mysli o tym,by za te pieniadze utrzymac sie samej w wielkim miescie.

    napisał: czarne_wino 2010/04/08 14:16:56

    napisał: czarne_wino 2010/04/08 14:11:01

    OdpowiedzUsuń
  7. @czarne_wino: Ja nie "przepłacam" swoich pracownic - nasza firma płaci za ich fachowość i kreatywność. Nie jest łatwo, ponieważ kobiety nie walczą tak silnie o swoje wynagrodzenia, jak mężczyźni, więc przełożeni muszą dbać o sprawiedliwe określanie ich pensji niezależnie od tego, czy się upominają czy nie.

    napisał: testeq 2010/04/08 18:43:10

    OdpowiedzUsuń
  8. A dla mnie to wygląda jednak bardziej na dyskryminację rodzin niż samych kobiet... bo z czego wynika że kobiety mniej zarabiają? Przede wszystkim z ryzyka, że mogą pójść na urlop macierzyński. Bo mężczyzna na taki urlop nie pójdzie, pracodawca tego raczej nie zrozumie a państwo też mu nie pomoże. Właściwie to dyskryminacja ojców.

    A gdyby tak, jak w Szwecji, połowę urlopu na dziecko przyznawać ojcu? Matka może wziąć 6 miesięcy, ojciec drugie 6 - jeśli ojciec nie weźmie, to drugie 6 przepada. Gdyby pracodawcy zaczęli się z tym liczyć, sytuacja byłaby inna.

    Co do sytuacji w szpitalach, i kwestii żłobków i przedszkoli - to po prostu wszystko jest niedofinansowane. Żeby dofinansować, trzeba skądś wziąć forsę - tylko skąd? Podnieść podatki? Zabrać komu innemu - i jeśli tak, to komu? Albo poprosić Brukselę o pomoc - podejrzewam że będzie ciężko jako jedyny kraj w którym nie było recesji. Może to kwestia tego co jest najważniejsze - rodziny dla tego państwa najwyraźniej takie nie są. Ale co jest, skąd wziąć?

    napisał: nudniejszy 2010/04/09 02:48:23

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)