Niezbadane są wyroki ojca Google i ścieżki, po których do mnie dochodzicie. Skoro to jednak wychodzi, jest warte odnotowania. Nawet jeśli na pytania, które stawiacie odpowiedzieć nie umiem. 


Hasła, które wpisujemy w wyszukiwarkę to ciekawa sprawa. Czasem jest śmiesznie, czasem absurdalnie, a czasem strasznie. Szczęśliwie omija mnie ruch osób, które w sieci szukają seksu, przemocy albo sensacji. Nigdy nie chciałam mieć milionów czytelników- chciałam mieć takich, którzy trafiają tutaj w konkretnym celu, a nie szukają końca internetu i okazji do tego, żeby rzucić hejtem. Po co więc tu przychodzicie? O co pytacie?


1. O toksycznych ludzi

To najczęściej wyszukiwane hasło. O to czemu są, skąd się biorą i jak od nich uciec. Nie ma łatwych odpowiedzi, a mam wrażenie, że sporo osób takich szuka. Kiedy natrafia na pierwsze komplikacje otwiera kolejne okno. Wiele podpowiedzi znajdziesz tutaj i tutaj, ale nie spodziewaj się instrukcji w 3 punktach do zrealizowania w 3 minuty. W życiu nie jest tak jak w grze na tablet: nie wystarczy kliknąć odinstaluj, żeby problem przestał istnieć. 


2. O to czemu się przejmujemy

Innymi ludźmi, życiem i tym co o nas pomyślą. Czemu są tacy, którzy się nie przejmują? Jak się takim stać? Nie wiem i nie podpowiem, oraz szczerze, tak całkiem to nie polecam. Nie ma sensu przejmować się każdym i wszystkim, ale postawa, w której nie ma choć krztyny dbałości o to co od świata dostajemy i jak nas widzą, wydaje się być odrobinę psychopatyczna. 

O tym jak przystopować z zamartwianiem się opiniami przeczytasz tutaj


3. O to jak nie mieć kaca

Pojęcia nie mam, ale wiem, że kac to znak od ciała, że się przesadziło. I dobrze go słuchać. Być może dla wielu osób kac jest zasadnicznym hamulcem, który powstrzymuje przed wpadnięciem w nałóg. 

Powiem Wam szczerze, że warto przyglądać się takim sytuacjom w naszym życiu kiedy z jakiś powodów ten kac: po alkoholu, po seksie, po innych życiowych baletach, zaczyna się pojawiać częściej. W ogóle warto być na siebie uważnym. Lepiej mieć kaca niż brak hamulców, który nas poprowadzi prosto w ramiona nałogu. A o tym więcej tutaj


4. O to czemu ludzi cieszą się ze szkody innych

Serio znacie takich? Współczujcie im, a potem idźcie swoją drogą. To musi być strasznie smutne życie, w którym nie znajduje się innych powodów do radości i trzeba cieszyć się z tego, że komuś nie wyszło. Moja życiowa dewiza to: "życzę Ci najlepiej jak mogę, kimkolwiek jesteś i cokolwiek Ty o mnie myślisz. Niech Ci się wiedzie". Wierzę, że dobra myśl to najbardziej ergonomiczna forma myśli. Nie mam siły i energii na to, aby komuś źle życzyć, a jeśli ktoś tak robi to chyba najbardziej szkodzi sam sobie. To wraca. 


5. O słowa pocieszenia

Myślę, że faktycznie to jest dobre miejsce by ich szukać. Od czasu do czasu wszystkim nam ich potrzeba. Jeśli Tobie dziś też, zajrzyj proszę tutaj


6. O to dlaczego żyjesz przeszłością

To jest pytanie dla Ciebie, a nie dla mnie. Sam sobie odpowiedz, sama poszukaj powodów. Faktem jest że najlepszym miejscem do życia nie jest ani przeszłość, ani przyszłość, ale tu i teraz. Tu warto szukać. Więcej tutaj. 


7. O to jak wieść życie, które nie boli

Nigdy i nigdzie -  nie da się. Życie to rzeka, trochę sinusoida, trochę górek i dołków, ucieczka przed każdym zranieniem, unikanie cierpienia za wszelką cenę, odwracanie się plecami od sytuacji, które mogłyby być niekomfortowe - to nigdy nie wyjdzie. 

Nie wierzę, że cierpienie uszlachetnia, bo czasem i łamie, ale jednak nie warto gonić za utopią. Rozczarowanie będzie nieuchronne i ono też boli. 



A Ty? Jak trafiłeś/trafiłaś na manufakturę? Na jakie pytanie chciałabyś znać odpowiedź? 





Zachorowalność na nowotwory w Polsce rośnie i dziś na te złośliwe, choruje rocznie około 160 tysięcy osób. Ogółem na świecie -  jest to ponad 14 milionów zachorowań. Tymczasem ciężka choroba to jest nadal tabu. Nie umiemy o niej rozmawiać, nie wiemy jak wspierać osoby chore i czego nie mówić, żeby nie zaszkodzić. 


Ten tekst planowałam od dawna, postanowiłam jednak poczekać z nim na ostateczne wyniki moich badań. Jakiś czas temu dostałam tak jak wielu chorych w Polsce karteczkę, na której napisano "nowotwór" i skierowanie do chirurga onkologa. 

Usunięto mi guza, który w badaniu histopatologicznym okazał się być niezłośliwym. Temat jest zakończony. 

Mogę odetchnąć i mogę o tym powiedzieć publicznie. Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? Wstydziłam się, bałam? Nie. Nie chciałam tej wiadomości ujawniać właśnie dlatego, że nie potrafimy, a raczej większość osób nie potrafi wspierać czy mądrze rozmawiać o chorobie. 

Wiedziała o tym garstka osób, o których na końcu tego tekstu.

Jakie wsparcie wcale nie wspiera? 


Czego nie mówić osobom chorym na nowotwór? 

Temat jest szeroki, ale chciałabym dziś opisać 3 typy reakcji, które mnie osobiście najbardziej irytowały i które potwierdzają inne osoby, które znalazły się w sytuacji podobnej do mojej. 

STRACH

Ludzie boją się choroby, a nowotwór, rak, to jest już w ogóle absolutne tabu.

Do dziś pamiętam sytuację, która zdarzyła się gdy miałam 9 lat i trafiłam do szpitala z żółtaczką. Zabrano mnie na badania i w poczekalni usiadła koło mnie jakaś pani. Kiedy usłyszała na co choruję, przesiadła się krzesło dalej. 

Podobnie reagujemy na chorobę nowotworową, chociaż może nie zmieniamy krzesła, to czasem mam wrażenie że na samą myśl o tym, że to kogoś spotkało chcemy się schować do mysiej dziury i udawać, że nas nie ma. 

Reagujemy strachem, który zamiast wsparcia dajemy osobie chorej. Mój "ulubiony" dialog z tego okresu to taki, w którym osoba zapytała mnie czy się boję, po czym nie czekając na odpowiedź dodała, że ona by chyba oszalała ze strachu, że umrze. 

Dla wszystkich, którzy głównie się boją mam złą wiadomość. I tak umrzecie. Wszyscy umrzemy i niespecjalnie jest od tego ucieczka. Nigdy nie wiadomo co nas w życiu spotka. 

Dobrze jednak pamiętać, że wiele nowotworów okazuje się niezłośliwymi, wiele tych złośliwych dobrze się leczy. Strach nikomu w niczym tu nie pomaga. Ani nie chroni przed chorobą, ani jej nie zmniejszy. 


BAGATELIZOWANIE I ZAPRZECZANIE

Ludzie tak bardzo boją się ciężkiej choroby i tak mocno wypierają, że ona komuś obok się przytrafiła, że często po prostu nie są w stanie przyjąć do wiadomości tego faktu. 

"To na pewno nic poważnego". "A może to pomyłka". "A byłaś u innego lekarza?". "Moja ciocia miała takie coś i potem się okazało, że samo zniknęło."

Bagatelizowanie i zaprzeczanie irytuje równie mocno jak wyolbrzymianie sprawy. 


RADY i ZALECENIA

To jest punkt, który mnie osobiście najbardziej powstrzymywał przed publicznym powiedzeniem, że mi coś dolega. Kiedyś już to zrobiłam i podobnie jak inne osoby, które w sieci obserwuję, dostałam całą litanie rad i zaleceń od ludzi, którzy, żeby nie było, nie mają nic wspólnego z leczeniem, ale za to uważają za swój obowiązek mówienie wszystkim wokół tego, czego się sami dowiedzieli, lub w co wierzą. 

Tu pojawia się cała sfera nieufności wobec akademickiej medycyny, o której nie chcę się tu rozpisywać, bo to temat na zupełnie osoby post, który powstanie. 

Rady pojawiają się bo chcemy dobrze - to jasne. Nikomu nie zarzucam złej woli. 

Zanim jednak zaczniesz komuś radzić czy podrzucać informacje na temat ewentualnego leczenia, zastanów się: 

-  Czy ta osoba naprawdę prosiła Cię o radę? 
- Czy gdyby chciała, naprawdę nie dotarłaby do wiedzy, którą chcesz jej przekazać? 
- Czy dyskredytacja standardowego leczenia na serio komuś pomaga? 
- Wreszcie, czy każdy nie ma prawa wybierać po swojemu? 

Pisano do mnie różne rzeczy: żeby nie robić badań, bo np. biopsja może zaszkodzić i pobudzić nowotwór do rozrostu, że koniecznie taka albo inna kuracja, bo komuś tam pomogła. Pamiętam komentarze u nieodżałowanej Chustki, której wprost pisano, że źle zrobiła decydując się na takie, a nie inne leczenie, że powinna była uciekać ze szpitala i leczyć się wyłącznie alternatywnie, że sama siebie zabija itp. 

Kochani, nawet jeśli w to wierzycie -  do czego macie prawo - nie narzucajcie w taki sposób nikomu tej swojej prawdy. To nie działa. To osłabia i irytuje zamiast wspierać. To absolutnie nie jest ematyczne. 


Jak wspierać osoby chore na nowotwór? 

Wbrew pozorom to wcale nie jest takie trudne, nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy ani być urodzonym dyplomatą. Wystarczy być, nie uciekać, pytać o to czego potrzeba, wspierać w codzienności, okazać odrobinę empatii, słuchać tego co osoba, która choruje mówi. 

Jeśli nienawidzi owsianki, albo kaszy jaglanej, to nie zmuszaj jej do jej jedzenia, "bo to ważne". Jeśli ma problemy ze snem, nie gadaj głupot o tym, że sen to zdrowie i "musisz spać", tylko pomóż się odprężyć. 

Nie współczuj, nie biedol, tylko działaj. 

Uśmiechaj się, pielęgnuj swój spokój, pomagaj w codzienności. Umycie przysłowiowej podłogi czy przygotowanie obiadu znaczy nieraz dużo więcej niż wymyślne projekty pomocy, których się nigdy nie zrealizuje. 


A co jeśli to ja jestem chora, jak sobie pomóc? 

Szukaj mądrego wsparcia, idź do psychologa specjalizującego się w pomocy osobom chorym, bądź aktywny, aktywna, nie zamykaj się w czterech ścianach. 

Dla wielu osób choroba to moment graniczny, w którym miały okazję zmienić swoje życie. Dla innych po prostu ważna lekcja o tym, że nie jesteśmy nieśmiertelni i że nie zrobiono nas z żelaza. 

Choroba świetnie weryfikuje nasze relacje i poziom empatycznego człowieczeństwa. Jeśli kogoś nie stać na bycie obok Ciebie, czy choćby telefon i uśmiech, to świetny moment na to, aby zrzucić klapki z oczu i pożegnać się z mrzonkami o przyjaźni czy choćby dobrych relacjach. 

Takie porządki w życiu też dobrze robią. 

Głowa do góry!

***

Dziękuję wszystkim osobom, które wspierały mnie w moich trudnych chwilach i których myśli i obecność są po prostu bezcenne -  nawet jeśli są daleko. 
Takich ludzi wokół siebie Wam życzę. 
Dużo zdrowia! 

***



Opowiadałam o niej jako o książce na wakacje, ale równie dobrze nadaje się na jesień. Na tą kolorową, kiedy szuramy stopami po liściach i na tą gdy leje i nie chce się wyściubiać nosa za drzwi domu. Pasuje do herbaty i gorącej czekolady. Do pierwszej kawy. Do myśli o odejściu i o tych o zostaniu. Do szarlotki i zupy z dyni.
Ta książka pasuje do mądrych kobiet, które nie chcą w życiu zadowalać się tym, że jest "jakoś". Które mają odwagę by mówić "sprawdzam".
Sprawdź czy pasuje do Ciebie.
Koniecznie!
https://manufaktura-radosci.shoplo.com



Czujesz się totalnym pechowcem, albo przynajmniej kimś kto po prostu nie ma w życiu szczęścia? Wydaje Ci się, że przychylne wiatry wieją wszystkim tylko nie Tobie? Posłuchaj tej historii. 


Przytacza ją J.K Rowling, autorka opowieści o Harrym Potterze w książce "Baśnie Barda Beedlee'a", a ja tu ją w skrócie opowiem. 

Lojalnie uprzedzam, że jeśli przeczytasz ją nie tylko głową, ale i sercem, może zupełnie zmienić Twoje myślenie o sobie i swoim życiu. 

Jeśli nie jesteś na to gotowy, nie zawracaj sobie głowy szczęściem. 


Fontanna Szczęścia

W pewnym miejscu istniała magiczna fontanna, która raz do roku wpuszczała za swój mur wybrańca, który mógł obmyć się w jej wodach i od tej pory żyć już zawsze długo i szczęśliwie. 

Wokół muru gromadziły się tłumy, bo ludzie mają to do siebie, że zwykle szczęścia szukają właśnie na zewnątrz i liczą na to, że ktoś im po prostu je da. 

Tym razem w tłumie oprócz zwykłych śmiertelników były też trzy czarownice, bo musicie wiedzieć, że nawet największa magia nie jest w stanie nikomu dać szczęścia. 

Jedna z nich zapadła na chorobę, której nikt nie był w stanie wyleczyć, druga straciła cały majątek i różdżkę, a trzecia cierpiała z powodu niespełnionej, nieszczęśliwej miłości. 

Dogadały się one, że spróbują wejść za mur we 3 i kiedy pojawiła się szczelina, złapały się za ręce i pnącze, które pojawiło się zza muru wciągnęło je do środka. Pech albo szczęście sprawiło, że o szatę jednej z nich zahaczył się smętny rycerz, który także zalazł się po stronie szczęśliwej fontanny. 


Droga do szczęścia

Po początkowej konsternacji cała czwórka ruszyła przed siebie i napotkała pierwszą przeszkodę. Była to ogromna glista, której nie dało się ani pokonać mieczem, ani obejść. Powiedziała ona do nich:"Zapłaćcie mi smakiem swojego bólu". Kiedy jedna z czarownic w desperacji zaczęła płakać, glista spiła jej łzę i odeszła. 

Cała czwórka poszła dalej. Teraz musieli wspiąć się pod górę. W połowie jej zbocza były wyryte słowa: "Zapłaćcie mi owocem swojej pracy". Zostawili w tym miejscu monetę, ale to nic nie dało. Mimo, że szli dalej, nie przybliżali się do szczytu, a jedynie opadali z sił. 

Kiedy morale podupadło już na tyle, że gotowi byli się poddać, jedna z czarownic otarła pot z czoła i dodała im otuchy. Kiedy krople potu upadły na ziemię, napis nagle zniknął, a szczyt zdał się być na wyciągnięcie ręki. 

Po chwili ujrzeli fontannę. Aby do niej dość, należało jeszcze pokonać strumień, w którym dostrzegli napis: "Zapłaćcie mi skarbem swojej przeszłości". Mimo, że próbowali go przepłynąć, przeskoczyć nic to nie dawało. Noc się zbliżała i gorączkowo myśląc, wreszcie wpadli na to o co chodzi. 

Nieszczęśliwie zakochana czarownica, wyjęła z pamięci wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych ze swoim kochankiem i wrzuciła je do strumienia. Woda porwała je czym prędzej, a oni lekko i bez problemów przeszli przez strumień. 

I tak oto dotarli do fontanny, która miała jednemu z nich dać szczęście. 

Inspirowane krążącą w internecie grafiką. Działa!!!



Kto się wykąpie w zaczarowanej fontannie? 

Zanim zdecydowali, kto dostąpi zaszczytu wejścia do fontanny, chora czarownica, wyczerpana długą wędrówką i emocjami, padła właściwie bez życia. W szlachetnym odruchu chcieli ją wrzucić do cudownej wody, ale protestowała i nie dawała się ruszać. Wtedy druga z czarownic nazbierała ziół, wrzuciła je do menażki rycerza i dała jej do wypicia. Chora cudownie powstała, a co więcej zniknęły nie tylko znużenie i zmęczenie, ale wszystkie objawy choroby, które ją tu przywiodły. 

Nie potrzebowała już cudownej fontanny, podobnie jak ta, która nagle odkryła swoje lecznicze talenty i świadomość, że dzięki temu darowi bez trudu odzyska utracony majątek. 

Rycerz wskazał fontannę nieszczęśliwie zakochanej, ale ta pokręciła głową głową. Strumień, do którego wrzuciła wspomnienia, obmył ją z żalu i trosk. Pojęła, że jej ukochany był obłudnikiem i krzywdzicielem, i że los uwalniając ją od niego, wcale jej nie skrzywdził, a wyświadczył jej przysługę. 

Pozostał więc rycerz. 

To on wykąpał się w cudownej fontannie i kiedy z niej wyszedł, rzucił się do stóp tej, która dopiero co pozbyła się wspomnień nieszczęśliwej miłości i poprosił ją o rękę. 

Cała czwórka żyła odtąd długo i szczęśliwie. 

I choć może to przeczuwali, to nie mówili głośno, że wody fontanny, wcale nie były zaczarowane. 


Co sobie z tego weźmiesz? 

Weź co chcesz, ale pamiętaj: Jeśli chcesz mieć w życiu szczęście, nie uciekniesz od bólu, a musisz go wyrazić, nie uciekniesz od pracy, bo pot to nieodłączna część ludzkiego życia, nie możesz żyć tylko wspomnieniami -  jeśli są Ci one ciężarem - wrzuć je do strumienia i idź dalej. 

Żadna magiczna fontanna nie da Ci tego, co możesz sobie dać sam. 


****
Bajka na podstawie "Baśnie Barda Beedle'a" J.K.Rowling - Media Rodzina 

*****

Inspirujące historie, znajdziesz także w moich "Bajkach o życiu".
Do zobaczenia TUTAJ.




Są takie sytuacje w życiu, o których prawie każdy jasno myślący człowiek może powiedzieć, że są daremne. Związki, w których ona/on daje ciągle "ostatnią szansę". Rozniecanie ogniska, które już dawno się nie pali, a co gorsza zamokło. Przekonywanie kogoś kto nawet nie ma intencji słuchania, a co dopiero zrozumienia. 


Indianie o takim rodzaju spraw straconych, beznadziejnych, ale ciągle uprawianych z zajadłością i pasją godną lepszej sprawy mówią jako o jeździe na "martwym koniu". 

Co zrobić jeśli okaże się, że właśnie to robimy? 

Gdzie jest ten moment na "dość"? 

Jazda na martwym koniu brzmi makabrycznie, to prawda. Nie mniejszą jednak makabrę robimy nieraz ze swojego życia. 

Może to jest ten moment by powiedzieć "basta"? 


Dlaczego jeździsz na martwym koniu? 

Doktor Robert Cooper, u którego po raz pierwszy przeczytałam o metaforze martwego konia, mówi, że jesteśmy absurdalnie uparci i to wcale nie wtedy, kiedy trzeba. 

Jeśli zdarzają się nam sytuacje beznadziejne, to zamiast z konia zsiąść, uznać jego śmierć i dać mu zasłużony święty spokój my robimy co innego. 

  • Kupujemy mocniejszy bicz- jak się mocniej uprzemy, przyciśniemy, to może ruszy, nie?! 
  • Oświadczamy z wyższością: zawsze jeździliśmy tak na tym koniu (więc w domyśle: MUSI się dać) 
  • Idziemy na trening, do księdza, coacha, wróżki, lekarza czy psychologa, żeby udoskonalić swoje umiejętności jeździeckie i lepiej zrozumieć konia (mądrego wsparcia ZAWSZE warto szukać, ale nie po to, aby nam posłużyło do wyparcia faktów. Koń jest martwy i nikt tego nie zmieni ) 
  • Zwołujemy komisję medyków i specjalistów celem zbadania martwego konia (no przecież MUSI coś wreszcie zadziałać) 
  • Idziemy w inne miejsca: jedziemy w świat, do znajomych, korporacji, do pierwotnych ludów, żeby zobaczyć jak tam jeżdżą na martwych koniach 
  • Jak nic nie działa to zaprzęgamy wreszcie więcej martwych koni z nadzieją, że dzięki temu wreszcie ruszymy z miejsca*

Czy to nam się podoba czy nie, są sprawy daremne i je należy zostawić. To nie klęska, to właśnie jest zwycięstwo. 




Naucz się odpuszczać

Nauka odpuszczania to ważna i niedoceniana umiejętność, która tonie we wszechobecnym "nigdy się nie poddawaj". 

Poddanie wcale nie oznacza klęski. Oznacza ustąpienie z pola bitwy, szukanie innych rozwiązań i próbę innych środków. 

Robić w kółko to samo i oczekiwać innych efektów -  to jest prawdziwe szaleństwo - mówił Einstein. 

Dlatego jeśli ta sprawa, o której teraz myślisz jawi się Ci całkowicie daremną, nic nie działa, a nawet jeśli, to efekty są niewspółmierne do wysiłku, już dziś zsiądź z konia. 

Ten już nie ożyje, ale przecież to nie jest ostatni koń na świecie. Na martwym nigdzie nie zajedziesz. 

To co? Dasz mu wreszcie spokój? 

***


Książka dostępna TUTAJ. 


*Na podstawie "Zejdź sam sobie z drogi" Robert Cooper


Kiedy boli noga albo brzuch idziemy do lekarza, nikt z tym specjalnie nie dyskutuje. Kiedy boli dusza, albo zwyczajnie, nie układa nam się, latami tkwimy w marazmie, przechodzimy przez życiowe zawirowania... no właśnie. Wtedy mówimy często: muszę to wytrzymać, tylko słabi się łamią. Istnieje wiele mitów na temat pomocy psychologicznej i psychoterapii. Przyjrzyjmy się im. Ta wiedza także ratuje życie! 


Piszę o sprawach życiowych i psychologicznych od 8 lat i liczba komentarzy, które dotykają tego tematu idzie w tysiące. Wielu z Was pisze do mnie również prywatne wiadomości i otrzymuje odpowiedź, że polecam psychoterapię, terapię grupową, czy po prostu pomoc psychologa. Często odpowiadacie: to nie dla mnie, albo: byłam, byłem, ale to mi nie pomogło.

W rozmowach pojawia się wiele mitów na ten temat. Temat jest w gruncie rzeczy nowy -  (kto 20 lat temu chodził na terapię?!) i ciągle jednak oklejony etykietką "tabu". 

Warto ją zdjąć i warto w trudnych momentach i przy życiowych zawirowaniach korzystać z mądrego wsparcia. 

Jakie mity powtarzają się najczęściej? 


1. Terapia jest dla świrów

Albo dla naprawdę ciężko zaburzonych ludzi. Można by to określić też hasłem: "nikt normalny nie chodzi na terapię". 

Jeśli tak myślisz, muszę Cię rozczarować. Po pierwsze uważam, że nikt z nas, naprawdę nikt, nie jest w takim sensie "normalny". 

Okresowo wszyscy potrzebujemy wsparcia. Nie zawsze jesteśmy je w stanie dostać od bliskich i przyjaciół, bo oni po prostu  często nie potrafią go dawać, albo dają tak jak umieją - czyli słabo. Poza tym w spojrzeniu na siebie i swoje kłopoty przydaje się czyjś dystans - a tego naszym najbliższym z oczywistych względów brakuje. 

To tak jak ze złamaną nogą: może i się zrośnie bez chirurga, może od tego nie umrzesz, ale efektem braku pomocy może być ból przez wiele lat, albo trwałe zmiany, bo coś zrosło się nie tak jak trzeba. 

Żałoba, choroba, rozwód, kryzys, problemy w pracy, czy nierozwiązane problemy z dzieciństwa to są historie, które na jakimś etapie życia dotkną większość z nas. Na depresję czy inne zaburzenia psychiczne zachoruje w ciągu całego życia statystycznie co najmniej co drugi z nas. Czy to znaczy, że jesteśmy nienormalni? 

Nie, to oznacza, że jesteśmy ludźmi, a ludzie mają swoje problemy. 

Nie zaczniesz nowego rozdziału, jeśli w kółko czytasz poprzedni. 

2. Terapia to opcja dla bogaczy. Nie mam pieniędzy = nie ma terapii

Większość osób, które negują możliwość pójścia na terapię mówi o tym, że ich na nią nie stać. Fakt: psychoterapia jest kosztowna, szczególnie ta prowadzona intensywnie i prywatnie, ale to nie jest jedyna opcja. 

Pomoc psychologiczna w ramach poradni zdrowia psychicznego jest bezpłatna i wcale nie czeka się na nią latami. NFZ refunduje wiele opcji leczenia, w tym nawet wielotygodniowe turnusy terapeutyczne zorganizowane na zasadzie pobytowej (sanatorium). 

Oczywiście wybór jest mniejszy i trudniej o elastyczność, ale absolutnie nie jest tak, że nie uzyskamy żadnej pomocy. Tak mówią zwykle osoby, które nie próbowały tego zrobić, albo bardzo mocno bronią się przed taką pomocą. 

Pamiętaj: Jeśli chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie, znajdziesz wymówkę. 

Terapia to inwestycja w nas samych i nasz komfort życia. Nawet jeśli trzeba na nią wydać pieniądze, to one nam się zwrócą. Tego co terapia niestety nie da nam nowa sukienka ani buty. One poprawiają nastrój na chwilę. Tak samo jak nowe paznokcie czy wyjście do kina. 


3. Terapia trwa latami

Bywa, że trwa ale naprawdę nie musi. Zasadniczo, jeśli przychodzisz z konkretnym problemem i nie wybierasz psychoanalizy, to naprawdę może się skończyć na kilku spotkaniach. Uzyskasz wsparcie, wzmocnisz się, nabierzesz mocy i pójdziesz dalej. 

Oczywiście jeśli twoje problemy narastały w ciągu wielu lat i trafiasz do gabinetu psychoterapeuty czy psychologa  wieku lat 40, to naiwnością jest oczekiwać, że rozwiążesz wszystkie w półtora miesiąca. 

Moi znajomi psychoterapeuci opowiadają, że zdarzają się klienci, którym wydaje się, że jeśli problem z którym przyszli nie został rozwiązany po jednej, dwóch czy trzech sesjach to znaczy, że terapia nie działa. To nie tak. Ważne tematy w naszym życiu potrzebują czasu, ale nie zniechęcaj się tym. Czas i tak minie: czy zaczniesz, czy nie. 

Moja rada: poczytaj o szkołach psychoterapii i dopasuj pomoc do swoich potrzeb. Są nurty, które z założenia nastawiają się na długą relację terapeutyczną, są też takie, w których raczej ma być krótko i zwięźle. Warto to sprawdzić, zanim się zacznie. 



Ważne, aby nie zaprzeczać, że mamy problem...


4. Psycholog to to samo co psychoterapeuta

Nie, to nie to samo. Psycholog to osoba, która ukończyła studia psychologiczne: udziela wsparcia psychologicznego, diagnozuje problemy psychologiczne, ale nie prowadzi psychoterapii. 

Psychoterapeuta oprócz studiów kończy kilkuletnią szkołę psychoterapii (w różnych nurtach), sam przeszedł własną terapię i działa w oparciu o bardzo szczegółowe zasady terapeutyczne. 

Do psychoterapeuty warto iść np.: z depresją, zaburzeniami odżywiania, problemami relacyjnymi czy innymi życiowymi trudnościami. 

UWAGA! Ani psycholog, ani psychoterapeuta nie wypisze recepty. Może to zrobić tylko lekarz psychiatra. 


5. Terapeuta to jest czarodziej, który mnie naprawi, powie mi co mam robić

Terapia ma moc i wielu ludziom naprawdę odmieniła życie. Ale to nie jest zmiana, która dzieje się gdzieś tam bez udziału zainteresowanego. To nie jest tak, że pójdziesz, usiądziesz, a ktoś Ci powie: Pani zrobi tak, albo tak, a tego to Pani nie robi. Takie podejście jest niewłaściwe i traktowane w wielu szkołach terapii jako kardynalny błąd. 

Terapeuta Cię nie zaczaruje, ani nie odczaruje, ale pomoże Ci przeanalizować i własnoręcznie rozwiązać Twoje problemy. 

Da trochę dystansu i narzędzi do zrozumienia mechanizmów. To naprawdę trudno zrobić samemu, kiedy w kółko jesteśmy w matni swoich przekonań, wiecznie tych samych dróg i jak tramwaj jedziemy po torach od jednej zajezdni do drugiej. 

UWAGA: Terapia to jest wzięcie odpowiedzialności za siebie i za jakość swojego życia, a nie przerzucenie jej na terapeutę. Tak jak w przypadku leczenia chorób fizycznych: lekarz nie może Ci zagwarantować, że wyzdrowiejesz, jeśli nie stosujesz się do zaleceń, nie bierzesz leków, czy nie możesz rozstać się ze złą dietą... 



Terapeuta nie powie Ci "jak żyć?!". 

6. Terapia to ból, syf i łzy

Tego też często ludzie się boją, zwłaszcza jeśli trzymają wszystko pospinane spinaczem i najbardziej boją się "rozlecieć". 

Oczywiście, że terapia to nie są wyłącznie "heheszki" i miłe pogaduszki przy kawusi, dotykamy w końcu czułych strun i problemów, ale większość osób, które z terapii skorzystały, po sesji, sesjach czuje głównie ulgę i radość z odzyskanego spokoju. 

Im bardziej boimy się zajrzeć w swoje zakamarki, tym bardziej powinniśmy to zrobić. 

Tymczasowo może i zaboleć, ale to jest trochę tak jak zerwanie plastra. Przecież nie będziesz z nim chodzić całe życie -  jak jest rana, to trzeba ją uleczyć. 



"Manufaktura Radości"- Psychologia, Inspiracja, Życie
Dostępna TUTAJ. 

7. Terapia da mi wieczne szczęście i już na zawsze pozbawi problemów

Niestety nikt nie ma takiej mocy. Terapia działa, ale też nie chroni przed przyszłymi zranieniami ani nie daje czapki niewidki, dzięki której już żadne nieszczęścia nas nie dopadną. Takie oczekiwania są nierealne. 

Faktem jest za to stwierdzenie, że osoby, które przeszły terapię, korzystały z profesjonalnej pomocy, w perspektywie czasu radzą sobie lepiej z przeciwnościami losu: mają narzędzia, doświadczenie wyjścia z problemu i nie kręcą się wokół własnego ogona. 

Kiedy sobie nie radzą łatwiej podejmują decyzję o skorzystaniu z pomocy i zwykle nie czekają, aż świat się całkiem zawali. Nie od dziś wiadomo, że małą dziurkę łatwiej jest załatać, niż wielką dziurę i że łatwiej się wychodzi z kałuży kłopotów niż z kopalni, 100 metrów pod ziemią. 

***


Mitów i stereotypów na ten temat jest z pewnością więcej. Jeśli spotkałaś/spotkałeś się z innymi - napisz koniecznie w komentarzu, postaramy się z nimi rozprawić wspólnie! 


Podaj dalej ten tekst! Wiedzę na ten temat warto popularyzować, bo może naprawdę uratować życie! Dziękuję! 



Mity i fakty na temat psychoterapii -  sprawdź! 


Początek września to jest idealny czas, żeby coś zacząć i nie chodzi wyłącznie o rok szkolny. Marnotrawimy dni, miesiące bez ustanku i prawdopodobieństwo, że obudzimy się kiedyś w okolicach 60, 70 czy nawet 80 z pytaniem o to, co się stało z naszym życiem, rośnie z każdą zmarnowaną minutą. A Ty co zrobisz ze sobą od września? 


Napisałam kiedyś, że 1 stycznia jako początek nowego -  czyli ten czas kiedy mamy zacząć wszystko zupełnie od zera, najlepiej z górą postanowień -  to jedna z najbardziej przereklamowanych i przecenianych dat.

To wcale nie jest obiektywnie dobry moment. Być może to jest przyczyna tego, że niespecjalnie nam wychodzi, a lista postanowień jest ciągle taka sama - odnawiana tylko z roku na rok z poczuciem winy i nadzieją, że teraz wreszcie damy radę. 

Idealny czas na to aby zaczynać jest wtedy kiedy czujemy, że możemy, albo przynajmniej kiełkuje w nas nadzieja, że możemy móc.  Nie wtedy kiedy ktoś nam każe, albo wszyscy to robią. 

Po lecie, po wakacjach, wtedy kiedy wypoczęci, spokojniejsi i naładowani słoneczną energią wracamy do normalnego życia -  jest na to spora szansa. 


Co warto zacząć po wakacjach?!

Kiedy wszystko wskakuje na nowe tory, nam też powinno się to udać. Astrologowie twierdzą, że od 5-6 września, gdy Merkury wychodzi z ruchu wstecznego, możemy poczuć przypływ energii i sił - może pojawić się także sprzyjający klimat do tego aby działać i wprowadzać w swoim życiu zmiany. 

Jeśli astrologia i inne księżycowe historie to dla Was bujdy, można do tematu podejść zdroworozsądkowo. Jesień to jest czas plonów. Tak w przyrodzie jak i w życiu. 

Ostatni kwartał roku zbliża się nieubłaganie i jeśli jesteś w tym samym miejscu, w którym byłaś na początku roku, a miało być całkiem inaczej, to nie ma co sobie dalej mydlić oczu. 


Decyzje, które powinny być podjęte trzeba podjąć. 
Trudne sprawy wreszcie trzeba ugryźć. 
Kroki, które zawisły gdzieś w powietrzu wreszcie poczynić. 
Słowa, które trzeba wypowiedzieć, wypuścić z ust. 


W innym wypadku w grudniu czeka nas kac i płonne nadzieje, że od nowego roku będzie inaczej. 

Nie będzie, bo problem w tym, że nie chodzi o idealny czas, ale o to, że samo się nie zrobi. 



Nie pozwól...

Nie czekaj 

Szkoda życia. Szkoda września i października, a nawet listopada, co dopiero mówić o grudniu. W 3-4 miesiące można zrobić bardzo wiele, przede wszystkim ruszyć z miejsca, poczuć swój wpływ, siłę i moc do zmiany własnego życia. 

Jeśli z czymś od dawna zwlekasz: rozważ to właśnie teraz. Zrób krok przez próg.

Jeśli nie możesz podjąć decyzji, pomyśl, że lepszego czasu na to nie będzie, zawsze będą za i przeciw. 

Może zaczniesz studia, a może postanowisz oszczędzać na podróż życia?

A może odważysz się na coś, czego się boisz? Wyjdziesz na pierwszy spacer w deszczu, zamiast marzyć o bieganiu, któer odkładasz od pół roku? 

Życie czeka na ludzi, którzy mówią: Dobra, idę, zrobię, a nie na tych, którzy wiecznie stoją w poczekalni. To nie są psychologiczne bzdury, to prawda znana od wieków. Samo się nie zrobi. Musisz Ty, właśnie Ty. 

Jeśli stoisz na tym progu i ciągle czekasz na znak -  oto on. Lepszego nie będzie. 


Trzymam za Ciebie kciuki!



Kupujesz podręczniki dla swojego dziecka? Kup też dla siebie!
Ta książka to 200 stron inspiracji, wiedzy i bodźców do tego,
żeby wreszcie ruszyć z miejsca.  Boisz się zmian?! Pójdźmy razem!
KLIK 



"Zamartwianie się to modlitwa o to, czego nie chcesz" – napisał kiedyś psycholog Doreen Virtue. A jednak większość z nas martwi się co najmniej raz dziennie, bywa, że myśli o takim negatywnym zabarwieniu stanowią WIĘKSZOŚĆ tego co w ogóle myślimy. Jak się żyje z takim strachem i co zrobić, żeby wreszcie przestać się martwić?! 


Matka Natura dała nam skłonność do lęku niejako w pakiecie. Wyszła z założenia, że dobrze, jeśli człowiek będzie się bać. Miała rację, bo przecież bezrefleksyjna i głupia miłość do niebezpiecznych zachowań i brawury na pewno nie wyszłaby gatunkowi na dobre. 

Jednak jest pewien problem: natura chyba nie przewidziała, że można bać się za bardzo i wywoływać te strachy jak wilka z czarnego lasu.

Efekt? Martwimy się nieustannie i niezmiennie. A zamiast być nam lepiej jest gorzej. Jak z tym żyć? 


Co Ci robi lęk? 

Lęk, który uruchamiamy za każdym razem gdy myślimy o tym co będzie, co się stanie, jak sobie damy radę, jest biologicznie właściwie tym samym lękiem, który odczuwał nasz prapraprzodek, który stał na polu walki, albo właśnie zobaczył niedźwiedzia. Uruchamia on w ciele wiele procesów, aktywuje "program stres". 

Prapradziadek miał lepiej od nas: niedźwiedzi nie spotykał codziennie i pewnie aż tak wiele nie myślał o zagrożeniach, bo po prostu.. żył. 

Oczywiście, nieszczęścia mogą się zdarzyć - ale przecież od zamartwiania się nie będzie ich mniej. 

Dziś żyjemy za dużo w sferze naszych myśli i domniemań, w obszarze martwienia się tym co będzie, a za mało w rzeczywistości, na którą mamy fizyczny, realny wpływ. 

Lęk wiąże nam ręce i odbiera siły. Zmartwienia są jak ciężarki u nóg. I tak musisz przejść tą drogę, nikt Cię przez całe życie nie przewiezie. Niech więc idzie się trochę lżej, a nie ciężej. 


Jak przestać się martwić?! 

Jak przestać się martwić? 

No dobrze powiesz -  ale co ja mam z tym zrobić?! To silniejsze ode mnie! Nie chcę się martwić, ale przecież to robię. Myśli przychodzą, zanim się spostrzegę, ogarniają mnie, a wtedy jest już za późno bo pływam w tym basenie pełnym strachów i walczę o życie. 

Co robić? Jak przestać? 

Kiedy to się dzieje, zadaj sobie jedno ważne, istotne pytanie. Odpowiedź na nie wszystko zmienia. Zanim rozpędzi się spirala lęku, zanim utoniesz w tym po uszy, zapytaj sama, sam siebie: 

Czy to mi - lub komukolwiek- pomaga?! 

Bo jeśli nie, to po co do cholery to robisz?! 

Ps. Jeśli masz ochotę napisać albo powiedzieć: "To nie takie proste"- odsyłam Cię do tego tekstu - KLIK


******

Książka nie tylko na zmartwienia, dostępna TUTAJ


×