Jazda na martwym koniu i inne rozrywki, które musisz porzucić. Najlepiej TERAZ!

/
11 Komentarzy


Są takie sytuacje w życiu, o których prawie każdy jasno myślący człowiek może powiedzieć, że są daremne. Związki, w których ona/on daje ciągle "ostatnią szansę". Rozniecanie ogniska, które już dawno się nie pali, a co gorsza zamokło. Przekonywanie kogoś kto nawet nie ma intencji słuchania, a co dopiero zrozumienia. 


Indianie o takim rodzaju spraw straconych, beznadziejnych, ale ciągle uprawianych z zajadłością i pasją godną lepszej sprawy mówią jako o jeździe na "martwym koniu". 

Co zrobić jeśli okaże się, że właśnie to robimy? 

Gdzie jest ten moment na "dość"? 

Jazda na martwym koniu brzmi makabrycznie, to prawda. Nie mniejszą jednak makabrę robimy nieraz ze swojego życia. 

Może to jest ten moment by powiedzieć "basta"? 


Dlaczego jeździsz na martwym koniu? 

Doktor Robert Cooper, u którego po raz pierwszy przeczytałam o metaforze martwego konia, mówi, że jesteśmy absurdalnie uparci i to wcale nie wtedy, kiedy trzeba. 

Jeśli zdarzają się nam sytuacje beznadziejne, to zamiast z konia zsiąść, uznać jego śmierć i dać mu zasłużony święty spokój my robimy co innego. 

  • Kupujemy mocniejszy bicz- jak się mocniej uprzemy, przyciśniemy, to może ruszy, nie?! 
  • Oświadczamy z wyższością: zawsze jeździliśmy tak na tym koniu (więc w domyśle: MUSI się dać) 
  • Idziemy na trening, do księdza, coacha, wróżki, lekarza czy psychologa, żeby udoskonalić swoje umiejętności jeździeckie i lepiej zrozumieć konia (mądrego wsparcia ZAWSZE warto szukać, ale nie po to, aby nam posłużyło do wyparcia faktów. Koń jest martwy i nikt tego nie zmieni ) 
  • Zwołujemy komisję medyków i specjalistów celem zbadania martwego konia (no przecież MUSI coś wreszcie zadziałać) 
  • Idziemy w inne miejsca: jedziemy w świat, do znajomych, korporacji, do pierwotnych ludów, żeby zobaczyć jak tam jeżdżą na martwych koniach 
  • Jak nic nie działa to zaprzęgamy wreszcie więcej martwych koni z nadzieją, że dzięki temu wreszcie ruszymy z miejsca*

Czy to nam się podoba czy nie, są sprawy daremne i je należy zostawić. To nie klęska, to właśnie jest zwycięstwo. 




Naucz się odpuszczać

Nauka odpuszczania to ważna i niedoceniana umiejętność, która tonie we wszechobecnym "nigdy się nie poddawaj". 

Poddanie wcale nie oznacza klęski. Oznacza ustąpienie z pola bitwy, szukanie innych rozwiązań i próbę innych środków. 

Robić w kółko to samo i oczekiwać innych efektów -  to jest prawdziwe szaleństwo - mówił Einstein. 

Dlatego jeśli ta sprawa, o której teraz myślisz jawi się Ci całkowicie daremną, nic nie działa, a nawet jeśli, to efekty są niewspółmierne do wysiłku, już dziś zsiądź z konia. 

Ten już nie ożyje, ale przecież to nie jest ostatni koń na świecie. Na martwym nigdzie nie zajedziesz. 

To co? Dasz mu wreszcie spokój? 

***


Książka dostępna TUTAJ. 


*Na podstawie "Zejdź sam sobie z drogi" Robert Cooper


Zobacz również

11 komentarzy:

  1. Małgosiu, a co jeśli robi sie to dla "dobra wyższego", czyli dzieci? Gdyby nie one,już bym odpuscila tę raniącą, chorą miłość i poszła swoją drogą, ale przecież dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, to najgorszy mit świata. Chora miłość rani rykoszetem i dzieci. Ich dobro to na pewno nie jest to co tak teraz nazywasz.

      Usuń
  2. Ja chyba na takim jadę i trzymam się mocno. Bez sensu...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem z siebie dumna, że zsiadłam ze zdechłego konia,którego wielokrotnie próbowałam reanimować . Oczywiście można to rozpatrywać w kategorii porażki, ale większą porażką byłoby trwanie w tym związku. Wydaje mi się, że więcej zyskałam niż straciłam. Jestem jak najbardziej za tym, by walczyć, nie poddawać się, ale do momentu kiedy ma to jakikolwiek sens. Bardzo ciężko jest podjąć tak trudną decyzję, zwłaszcza gdy są jeszcze dzieci. Często zasłaniamy się "dobrem dzieci "i dalej tkwimy w chorym układzie. Tylko, czy aby na pewno to jest dla dobra dzieci? Wydaje mi się, że to strach przed nowym, innym życiem-często lepszym, bogatszym duchowo i przede wszystkim spokojniejszym. Ale do tego każdy powinien dojść sam. Nie bójmy się trudnych decyzji! Tego zdechłego konia trzeba w końcu zostawić, dalej nas nie pociągnie, a co gorsza przez niego stoimy w miejscu. Nie warto. Łatwo się teraz o tym pisze, ale jak trudno było dojść do tego wniosku, wiem tylko ja. Trzymam kciuki za wszystkich jadących na martwych koniach. 😀

    OdpowiedzUsuń
  4. Co więcej martwy koń zatruwa trupim jadem, powodując chore przekonanie, że na żywego się już nie znajdzie, że na żywego się nie zasługuje, ba! że żywe nie istnieją. Mnie to już daaaawno nie dotyczy, ale niestety przyjaciółki praktykują...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, o tym nie napisałam, ale dokładnie tak jest.

      Usuń
  5. Powiem tak: Małgosiu dziś mam najgorszy dzień, aby wrócić do tego postu i najchętniej przyznałby Ci dzisiaj rację, ale nie zrobię tego.

    Owszem, nie przeczę, robisz wspaniałe rzeczy, ale nie tym razem. Może zapytam tak:

    1. Czyje oczy potrafią dostrzec czy koń jest martwy?
    2. Czy 12 letnie dziecko będące od urodzenia totalnym utrapieniem dla swoich rodziców jest powodem do jego porzucenia i poszukania sobie innych dzieci do dalszego wychowania?
    3. Czy 8 letnia córka ideał, która przez kolejne 5 lat, staje się totalnym pasmem trosk i wyrzeczeń dla swojej matki, jest powodem do nauczenia się „odpuszczania” i uznania ją za martwą i nie wartą zachodu?
    4. Czy rodzice skaczą po sąsiadach aby podmieniać sobie dzieci bo z własnymi sobie nie radzą, bo to ich ogranicza i nie pozwala żyć pełnią życia?

    Czy nie tak samo mąż winien kochać swoją żonę, a żona swojego męża?

    Mówi się, że idealna żona to ta, która ma idealnego męża. Ja dodam, że idealny mąż to taki, który ma idealną żonę. Owszem, to brak poczucia bycia naprawdę kochaną/ym jest powodem umierania konia czy klaczy. Nie osiągniemy jednak nic, oczekując tylko na miłość z drugiej strony. Zwłaszcza jeżeli sami będziemy niemo martwi dla tej osoby. Jak zatem nazwać porzucanie martwego konia? Einstein oczywiście ma całkowitą rację, ale jest jeszcze jeden sposób.

    I choćbym miał być ostatnim idiotą, cierpiącym głupkiem, życiowym samobójcą to ja udowodnię to co już dawno temu udowodnił ludziom Jezus, który nie pierdyknął się z krzyżem w drodze na śmierć i nie powiedział: "a po cholerę ja się męczę i włażę na tę górę jak i tak mnie ukrzyżujecie?". On podniósł się po każdym upadku, doszedł, dał się ukrzyżować i umarł, aby pokazać nam czym jest prawdziwa miłość do drugiego człowieka... Stał się jednym z nas, aby pokazać nam jak syn kocha swego ojca i jak Bóg kocha drugiego człowieka. Dziwne, że nie musi się nam tego tłumaczyć, jeśli chodzi o nasze dzieci, a tak niezrozumiałe jest to dla nas jeśli chodzi o osobę, której przysięgaliśmy, że jej nie opuścimy aż do śmierci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomku,
      ja tu nie mówię o porzucaniu dzieci. Są takie sytuacje w życiu gdy widać, że koń jest martwy. I wtedy należy odpuszczać.
      Co do problemów z dziećmi: trzeba zawsze najpierw przyjrzeć się sobie i tam szukać źródła tego co się dzieje .
      Co do związków: do tanga trzeba dwojga.

      Usuń
  6. Małgosiu ja też nie mówię o porzucaniu dzieci. Wymieniam je dla pokazania przykładu miłości prawdziwej, której nic nie jest w stanie złamać. Generalnie nie ma na świecie większej miłości niż ta, która łączy rodziców z dziećmi i odwrotnie. Jak to się mówi tzw. miłości bezwarunkowej. Jednak i tu zdarza się dorosłym błądzić i popełniać błędy, co odnosi potem różny skutek. Ale to z tej miłości właśnie...

    Po wielu przemyśleniach dochodzę zdecydowanie do wniosku, że ludzie zachowują się, w byciu z drugim człowiekiem, jak nierozsądne dzieci. Zakochują się nie w człowieku, ale korzyściach jakie bycie z nim zapowiada... Z naciskiem na słowo ZAPOWIADA. Ludzie poszukują też oczywiście ukojenia w ramionach drugiej osoby, uczucia zakochania, pożądania, ekscytacji, itp. Jednak często wcześniej lub później tzw. rozsądek bierze górę i załącza się myślenie roszczeniowe. A potem to już o krok do tego, żeby się zaczęło wszystko sypać. I żeby skończyć na owym martwym koniu…

    Ale PORZUCANIE konia to nie jest żadna metoda, w ten sposób to stada czasem braknie... A jeszcze źrebięta można skrzywdzić. Bo pisząc w ten sposób, niektórych możesz popchnąć do takich głupich decyzji.

    Tymczasem MIŁOŚĆ to nie jest jakieś tam wzniosłe uczucie. Tylko jak to wręcz na życzenie dziś usłyszałem... MIŁOŚĆ to chęć czynienia dobra dla drugiej osoby. I na tym powinna ona polegać! Dla dzieci zawsze chcemy dobrze, czasem tak, że z tej miłości potrafimy błądzić i je krzywdzić... Ale w stosunku do dorosłego partnera to zazwyczaj mamy oczekiwania, a jak ich nie spełnia i nas ogranicza (no bo my to się staramy), to martwy koń? To jest jakiś obłęd. Stąd moja wypowiedź o idealnej żonie i mężu. Bo gdyby tak taki mąż i żona z całego serca i rozumu, chcieli nieść sobie tylko dobro, miłość, radość, wdzięczność, oparcie, itd. To nie skakali by z kwiatka na kwiatek, nie błądzili i nie porzucali drugiej strony w zależności od przekroczenia osobistego progu niezadowolenia. Bóg nas do takiej miłości nie zachęca, ale do takiej, którą nas kocha. I do tanga nie wystarczy dwoje... Bo jeśli złączyliście coś na ziemi, złączone jest i w niebie. Stąd już mamy liczbę 3. I tylko w nim i w jego Trójcy nadzieja, jeśli chcecie porzucać swoich „martwych partnerów”. Ludzka mądrość prowadzi tylko do upadku... I czym wyżej w niej i tzw. „dobrych zmianach” zabrniemy, tym dotkliwszy ten upadek być może.

    Cierpienie ciężko znosić, ale ono uszlachetnia. Cierpienia nie warto jednak zadawać nikomu, nawet gdy na to zasługuje.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tomek, dziękuję. Zwłaszcza za przedostatni akapit.Czasem zastanawiam się, czy to ja mam rację, czy ci, którzy z byle powodu odchodzą od męża/ żony.O ile rozumiem, ze można odejść od narzeczonego, to budzi mój sprzeciw pozostawianie partnera,
    któremu przysięgaliśmy miłość i wierność. Potem okazuje się, że w nowym związku popełniamy te same błędy...Dla wyjaśnienia: jestem mężatką od 30 lat. Różnie bywało, ale staraliśmy się dogadać w razie kryzysu.Miałam to szczęście, że oboje umiemy słuchać siebie nawzajem. i wyciągać wnioski.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)