Zakon sojowego latte

/
17 Komentarzy

Zakon sojowego latte  nie wybaczy Ci kropli krowiego mleka, ani jajka, którego historii nie zbadano 3 pokolenia wstecz. Dokąd prowadzą nas żywieniowe mody i czy czasem nie jest to już ortoreksja? 


Idzie lato, a z nim presja bycia super fit i kolejne modne diety, które robią z nas ortodoksyjnych tropicieli grzechów własnych i bliźnich. Jak sobie z tym radzić i odpuścić też czasem innym?

Chyba jest w tym nadgorliwość nowicjuszy, albo po prostu zachłyśnięcie poczuciem fit - wpływu, o którym pisałam w felietonie dla Kukbuka

Kiedy przechodzimy na zdrową (czy jakąkolwiek inną, bo mowa przecież nie tylko o żywieniu), stronę mocy, mamy ochotę ewangelizować wszystkich wokół

Nawracać nienawróconych, przekonywać nieprzekonanych i boleśnie uświadamiać, tych co za mało wiedzą. "A czy Ty wiesz, że... Jak możesz kiedy... Od tego można dostać raka! Gdybyś miał świadomość, że... to nigdy nie wziąłbyś tego do ust"

Ten grzech na sumieniu ma wielu z nas, w tym i ja. Dobrze się jednak z niego otrząsnąć i dać żyć sobie i innym.


Zakon sojowego latte

Katarzyna ćwiczy jogę, pracuję w korporacji, a dzień zaczyna od wypicia wody z cytryną. Kiedy zaczynała regularną praktykę, wpadła jak sama mówi w pułapkę "bycia świętszą od samego papieża". Przestała jeść mięso, została ortodoksyjną weganką i  z wyższością pomieszaną z politowaniem patrzyła na koleżanki popijające kawę z mlekiem z biurowego ekspresu. 

- Miałam być dzięki tym zmianom  taka "zen" i super uduchowiona, ale prawda jest taka, że tamten okres nadwątlił moje relacje w pracy i wśród znajomych. Nawracałam wszystkich i wszędzie, a napicie się Pepsi w moim towarzystwie powodowało lawinę pouczeń, która odbierała humor całej paczce. Kiedy ktoś próbował z tego żartować, obrażałam się i denerwowałam, byłam gotowa bronić swojego zdania do upadłego. Zarzucałam ludziom brak otwartości i tolerancji, ale tak naprawdę sama nie byłam w ogóle tolerancyjna, a wszystko to co odbiegało chociaż trochę od mojego nowego stylu życia tępiłam bez litości. Efekt był taki, że w końcu przestano mnie zapraszać gdziekolwiek, znajomi unikali wyjść ze mną, a obiad w firmowej kuchni jadłam sama. Nikt nie chciał słuchać mojego ględzenia, ani oglądać wymownych spojrzeń w talerz. Bardziej Zen nie byłam, bo pojawiła się frustracja i wkurw i właściwie czułam, że w tym świecie, to ja już nic nie mogę i na dodatek nikt mnie nie rozumie. 


Umiar potrzebny od zaraz

Kasia wsiąkła całkiem w nowe środowisko, myślała nawet o tym by rzucić pracę i wyjechać gdzieś daleko, ale pewnego razu trafiła na 5 - dniowy warsztat sławnej joginki, która akurat prowadziła zajęcia w Polsce. Kobieta zrobiła na niej niesamowite wrażenie i podczas tych kilku dni miały okazję do wielu rozmów. Kiedy warsztat się skończył, Kasia zaproponowała, że odwiezie ją do Warszawy. Pojechały więc, a kiedy zatrzymały się po drodze, żeby chwilę odpocząć i napić przed dalszą podróżą, joginka zamówiła ... latte. Zwykłe, zwyczajne latte, żadne sojowe w organicznym kubku i o zgrozo, nasypała do niego pełną saszetkę brązowego cukru!

Kasia przecierała oczy ze zdumienia i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć kobieta wybuchnęła śmiechem. Kiedy stały w korku przed Markami, miały czas, żeby o tym pogadać. Joginka opowiedziała jej o swoich doświadczeniach i swoistej ortoreksji. O tym, jak dręczyło ją poczucie winy, ponieważ jedzenie, które zjadła np. na wyjeździe nie było ekologiczne, ani dość zdrowe, nie mówiąc o tym, że gotowane w nie wiadomo jakim garnku ( może po mięsie?!) i o tym, do czego ją to doprowadziło. Mówiła że minęło wiele miesięcy, a nawet lat zanim wyszła na prostą i zrozumiała, że praktyka, joga, odżywianie są ważne, ale nie mogą być fanatycznym oddaniem -  bo wtedy zatracają swoją istotę. 

Kasia przestała nawracać wszystkich wokół, a gdy ma ochotę, od czasu do czasu, pozwala sobie nawet na glutenowego, drożdżowego gofra i kawę z bitą (krowią!) śmietaną. Jej praktyka na tym nie ucierpiała, jej relacje - te z innymi i z samą sobą, tylko zyskały. 

Moja Mistrzyni powiedziała mi, że nie można na siłę dążyć do tego aby być zawsze i wszędzie w 100 % ok, bo to droga do frustracji i poczucia wiecznej niedoskonałości, że małe przyjemności od czasu do czasu, naprawdę nie sprawią że sprzeniewierzę się temu w co wierzę. Teraz to wiem i przekonałam się też że własnym przykładem skuteczniej przekonuję ludzi do zmiany nawyków niż natrętnym ględzeniem. 

Kiedy widzą moje zdrowe, sprawne ciało, to że mam dużo energii i nie wkurzam się tak jak dawniej, sami pytają jaki jest sekret tej zmiany. Naprawdę to zupełnie coś innego. No i wreszcie nie jem obiadów sama, bo moje wymyślne menu przyciąga ciekawskich -  zaglądają do pudełka i proszą o przepis. Zaraziłam już z 10 osób w firmie - szef się śmieje, że rośnie mu tu mała sekta;) 




Moja nowa książka w przedsprzedaży -  KUP TUTAJ. 


Jedzenie, to tylko jedzenie

"Fajnie jest być świadomym tego, co się kładzie na talerz i skąd się to coś wzięło -  pisze inna joginka, Agnieszka Passendorfer w "13 lekcji jogi". 

Z drugiej strony - dodaje - jedzenie to tylko jedzenie. Nie powinno odwracać naszej uwagi od praktyki. Od życia. (...) Dobrze jest wiedzieć co nam służy i że pestycydy może niekoniecznie. Podobnie jak alkohol czy napoje gazowane. Ale... w pewnym momencie trzeba zatrzymać myśli o diecie. Są jak te "myśli skaczącej małpki", o których tyle się mówi w jodze i buddyzmie. Nie wolno dać się im porwać, bo robi się z tego nie tylko bulimia, anoreksja czy jedzenie napadowe, ale po prostu odwracają one naszą uwagę od tego, co jest naszym celem. A co jest? (...) Łatwo jest śledzić skład produktów. Łatwo jest zrezygnować z glutenu. Trudniej jest być dobrym człowiekiem, odkryć swoją misję, rozwijać się, pasować do świata jak kawałek puzzla i jeszcze ten świat wzbogacić." 



Przesada jest niezdrowa

Każda, po prostu każda. Chcemy dobrze, a wychodzi źle. Dlatego zanim udzielisz nieproszonej rady, albo dokonasz samobiczowania, odetchnij na spokojnie i wyluzuj. 

Tak - potrzeba nam zdrowych nawyków i sprawnych ciał. Nie mniej jednak potrzeba nam dobrych relacji, spokojnej głowy i harmonii w życiu. 

Żadna forma ortodoksji temu nie służy, a każdy fanatyzm szkodzi bardziej niż cukier. 

To co, idziemy na kawę i gofra?! 



Zobacz również

17 komentarzy:

  1. Całkowicie się z Tobą zgadzam, umiar i zdrowy rozsądek to klucz do spokojnego życia. Mam tylko jedno "ale", bo chociaż staram się mieć do siebie dystans, to boli mnie drwienie z "sojowego latte". Nie każdy kto wybiera wegetarianizm czy weganizm podąża ślepo za modą, spora ludzi robi to z powodów etycznych i wcale się nie frustruje, ani nie wzdycha do krowiego mleka. Ukłuło mnie takie generalizowanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale tu nie chodzi tylko o modę. Rozumiem pobudki etyczne i to, że ktoś tak wybiera, ja sama unikam mleka, ale nie podchodzę do tematu dogmatycznie. Niestety z tej drugiej strony się z taką dogmatyką i przekonywaniem spotykam, a nawet co też warte przyjrzenia się z poczuciem wyższości osób które tak wybrały. Dlatego nie kpię, co najwyżej używam odrobiny cynizmu. Ważne żeby w tym dbaniu np. O krowy czy pszczoły widzieć jeszcze ludzi i szanować ich nie mniej niż zwierzęta. Nawet jeśli raz na pół roku zjedzą kanapkę z gouda. Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiem w ten sposób: marzy mi się świat, w którym ludzie będą się nawzajem szanować, dbać o zwierzęta i środowisko. Nikt nikomu nie będzie zaglądał do talerzy, czuł się lepszy, bo nie je nabiału ani przekonywał o ewolucyjnej potrzebie jedzenia mięsa. No takie mam marzenie ;) Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Małgosiu podczytuje Cie już od dawna, raz częściej, raz rzadziej, w zależności od czasu i możliwości. Wiele z tego, o czym piszesz, jest mi znane z doświadczenia, dzielę wiele Twoich poglądów i podejścia do życia, dlatego Twoje posty nie są dla mnie odkrywaniem nowych lądów, a raczej potwierdzaniem tych moich przemyśleń i przekonań...
    Ten powyższy post jest trafieniem w sedno! Niestety ostatnio zauważam zjawisko, które ja nazywam 'ekstremizmem'- wpadanie albo w jedną skrajność albo w drugą. Dotyczy to ogólnie całego stylu życia, ale najbardziej widoczne jest to chyba właśnie w temacie odżywiania. Byliśmy (wraz z moim mężem i dziećmi) przez kilka lat weganami (czyli wykluczyliśmy wszelakie produkty pochodzenia zwierzęcego),jednak zachowaliśmy na tyle rozsądku, by pozwalać sobie na pewne wyjątki- przede wszystkim w czasie podroży i odwiedzin naszych rodziców, które stałyby się jedną wielką udręką, jeśli twardo upieralibyśmy się przy diecie wegańskiej. Jednak już wtedy- choć sama starałam się odżywiać zdrowo, ekologicznie, etycznie- zaczął mnie ten ekstremizm innych denerwować. Teraz, kiedy wróciliśmy do wegetarianizmu (zatem wykluczamy tylko mięso i ryby), uważam, że weganie posuwają się zdecydowanie zbyt daleko. Zrażają do siebie innych, choć mają dobre intencje. Problem polega tylko na tym, że nie da się na siłę przekonać kogoś do swoich ideologii, a taki ekstremizm odnosi zazwyczaj odwrotny do zamierzonego skutek. Najlepszym sposobem jest, moim zdaniem, skupienie się na tym, co samemu można zrobić lepiej, bez popadania w skrajność, i... po prostu dawanie swoim życiem przykładu. To zdecydowanie bardziej przekonuje ludzi- i do idei i do przemyśleń :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak - dokładnie tak jak moja bohaterka, która póki była "wojowniczką" w lepszej sprawie budziła tylko agresję i niechęć, a gdy przestała "ewangelizować" nagle skupiła po prostu ludzką ciekawość.
      Nie oceniam absolutnie niczyich wyborów, obserwuję tylko podobnie jak Ty, że popadamy w przesadę.
      Na pewno potrzeba nam świadomości i rozmowy: choćby o tym jak pozyskuje się produkty pochodzenia zwierzęcego: sama nie kupię jajka z "3" na skorupce, ale póki to się odbywa z poziomu pogardy i moralnego mesjanizmu, to niewiele z tego będzie.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. oj na gofra to z chęcią :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Całkowicie podzielam zdanie Twojej bohaterki. Skrajność zawsze jest złym pomysłem - bez względu w którą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też rano piję wodę z cytryną :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przecież nie mówię, że źle ;) Jesteśmy umówione!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)