Czy naprawdę kreujemy swoje życie, czy to tylko ściema?

/
9 Komentarzy

Czy naprawdę kreujemy swoje życie? Czy w ogóle mamy na coś wpływ? A może to całe gadanie to tylko coachingowe bzdury, które ktoś wymyślił po to by zbijać kasę na motywacji, prywatnych sesjach i wzniecaniu nadziei nieszczęśników, którzy są na tyle głupi by w to wierzyć? 

Pesymistyczne spojrzenie? Bardzo. Mam dziś dla Was osobistą historię, która udowadnia, że jest jednak inaczej. Posłuchajcie!


Jest noc, jakieś 12 czy 13 lat temu. Dobrze po północy, chociaż do rana jeszcze daleko. Pracuję w miejscu, które funkcjonuje 24 godziny na dobę -  jest to biuro magazynu dużej firmy logistycznej. Jestem nowa, a więc często dostaję "nocki". 

Niedawno przyjechałam do Warszawy i ciągle szukam innej pracy, więc w sumie ten tryb mi odpowiada. Kiedy zdarzy się jakaś rozmowa kwalifikacyjna, mogę się umówić na 12 czy 14 i spokojnie pójść. Zarabiam marnie: ledwo starcza na mały pokój i utrzymanie się w stolicy, ale pracować muszę, nie stać mnie na utrzymanie się tutaj.  Do tego te nocki mają zasadniczą wadę i nie jest nią brak snu. Często kończymy pracę wcześniej niż o 6 rano i możemy wtedy iść do domu. Gasną światła, nikt poza portierem nie zostaje. Niby super... ale ja nie mam jak wracać do domu!

Mimo, że mieszkam niedaleko pracy, jakieś 3 km, jazda taksówką nie wchodzi w grę. Wydałabym połowę tego co zarabiam, a na to mnie absolutnie nie stać. Znasz takie sytuacje, w której kupno małego słoiczka miodu czy nowych butów wydaje się totalnym luksusem? To jest właśnie taka sytuacja. Do tego magazyn jest na totalnym zadupiu. Nie jeździ tu nocny autobus, spacer przez fabryczną dzielnicę o 3 w nocy wydaje mi się szalonym pomysłem. Umarłabym ze strachu. Czasem ktoś się nade mną zlituje i podrzuci do przystanku, czasem jakiś kierowca podwiezie do domu. Chętnie korzystam aż do czasu gdy jeden z nich, chyba totalnie pozbawiony wyobraźni, wysadza mnie na środku obwodnicy i muszę w nocy zejść z wiaduktu i dalej przejść jakieś pół kilometra ciemną, najgorszą częścią Pragi. Mało nie umieram ze strachu i biegnę tak, że na miejscu, w domu, czuję jak z napięcia bolą mnie wszystkie mięśnie: od głowy po czubki palców. Może to tylko histeria, a może po prostu mam dużo szczęścia. Do dziś nie lubię kusić losu. 

Pracuję tam 4 miesiące, potem udaje mi się zmienić pracę. Nie muszę już chodzić na nocki i wracam zwykłym autobusem. 

Czemu Wam to opowiadam? 

Przypomniałam sobie o tej sytuacji, zamieszczając dziś na FB ten post. Te kilka zdań przeniosło mnie dokładnie w to miejsce. To wtedy znalazłam je w nowym kalendarzu, podkreśliłam i siedząc przed komputerem o jakiejś chorej dla mnie godzinie pomyślałam, że muszę iść tą drogą. Pracować mądrzej, a nie ciężej. Nie poddawać się, nawet jeśli nie wychodzi. Pamiętać, że jedynym miejscem gdzie ludzie nie mają problemów jest cmentarz, a przecież tam mi nie po drodze. 

Od tamtych małych decyzji, od tamtych małych myśli, także zależało to, gdzie dziś będę i kim będę. 

Mogłam tam zostać i stwierdzić, że skoro jest jak jest to trzeba się przystosować. Znam wielu ludzi, którzy tak zrobili. Wy też znacie. Ale w tamtym miejscu, w tamtym czasie, stwierdziłam też, że skoro to mi nie odpowiada, to trzeba działać i robić to co w mojej mocy. Nawet jeśli idzie powoli, nawet jeśli efekty moich działań nie są spektakularne, a droga przed siebie naprawdę daleka. 





Czy naprawdę kreujemy swoje życie? 

Tak przyjacielu, przyjaciółko. Kreujemy każdego dnia tym co robimy, tym czego nie robimy, decyzjami, które podejmujemy i tymi, które odkładamy na potem. Związek przyczynowo - skutkowy jest oczywisty. To, że nie na wszystko mamy wpływ, nie oznacza, że nie mamy wpływu na nic. 

Najczęściej poddajemy się dlatego, że nasze oczekiwania są nierzeczywiste: chcielibyśmy zmiany w pół minuty, a to się tak nie da. 

Jacek Stryczek, ze Stowarzyszenia Wiosna, napisał jakiś czas temu o pewnej pani, która podbiegła do niego w sprawie syna, który ma ponad 30 lat, nic nie robi, na niczym mu nie zależy, no i nadaje się mówiąc kolokwialnie "do naprawy". Oczekiwała, że ktoś go weźmie i podłączy do kroplówki z jakimś życiowym prądem. No w sumie nie wiadomo jak: tak żeby zrozumiał i żeby się zmienił. 

Stryczek napisał o tym tak: 

Powiedziałbym, że ci wszyscy, którzy biegają za tym jednym strzałem, za tym dobrym losem w Toto-lotka i za tą jedną, udaną chwilą, która zmienia życie, najczęściej źle kończą. Tak samo jak ci, którzy biorą narkotyki. Ten jeden łut szczęścia, ta jedna udana chwila stają się złudzeniem, a nie fundamentem, na którym można budować życie.

Po latach studiowania Ewangelii odkryłem jej prawdziwą moc. Mieści się ona w tym, kiedy Jezus mówi: „Trzeba wam się powtórnie narodzić”, a więc przez swoje decyzje niejako stajemy się rodzicami samych siebie. To kim jesteśmy, w jakim miejscu się urodziliśmy i w jakich okolicznościach jest tylko początkiem. Później sami możemy z tym coś zrobić, stworzyć siebie przez własne decyzje. (więcej tu)





Zrób coś z tym! 

Zamiast pesymistycznie zakładać, że nie masz na nic wpływu, zajmij się tym, na co masz. Nie czekaj, aż spadnie z nieba. Nie skupiaj się na pretensjach, że inni mają. Nie mów, że świat jest niesprawiedliwy. No i co z tego, że jest? Będzie lepszy od twojego narzekania? 

Jeśli dziś, teraz, jesteś w miejscu, które Ci nie odpowiada, zrób coś z tym! Tak jak ja te 13 lat temu. 

Kto wie gdzie będziesz za te x lat? Kto wie, czy nie przypomnisz sobie tego wpisu, tej manufaktury i nie powiesz -  tak -  to był ten kamyczek, który popchnął mnie trochę we właściwą stronę. Gdybym nie poszedł, nie poszła, to dalej bym tam siedział. 

Warto działać i warto kreować swoje życie. W końcu po to dostaliśmy je we własne ręce. 

A czas? Czas i tak minie. 


Podobało się? Podaj dalej! 

***


Więcej optymistycznych tekstów i inspiracji znajdziesz w mojej nowej książce.
Przejdź na stronę książki TUTAJ. 




Zobacz również

9 komentarzy:

  1. Dziękuje za ten wpis:) aurat jestem w momencie decydowania kim i gdzie chce byc za 20 lat:) robie retrospekcje i na dzien dzisiejszy osiągnełam wszystko to o czym marzyłam 20 lat temu:)teraz podejmuję drobne kroczki by wydreptać nowe ściezki:) I zgadzam się to my kreujemy swoje życie, tym co robimy, ale takze tym czego nie robimy:) w tym roku moim cytatem przewodnim jest "szanuj to co masz i pamietaj jak bardzo ty sama jesteś autorką tego co cie spotyka" ( taki mam rytuał,że zamiast noworocznych postanowień, każdy rok zaznaczam cytatem..a potem okazuje się ,że idę według jego wytycznych haha)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Wszystko nie, bo np. z pogodą to słabo :)

      Usuń
  3. Jakieś 20 lat temu byłam na zebraniu pracowników z dyrekcją. Firma była na skraju upadku, prezesem został tymczasowo człowiek z układami, dobrze sytuowany. W czasie tego zebrania, gdzie atmosfera była napięta, prezes powiedział "Biednyś, boś głupi". Słowa te wzbudziły wielkie zamieszanie i oburzenie wśród pracowników, którzy przecież mieli stracić pracę. Wtedy i mnie te słowa oburzyły. Łatwo mówić komuś, kto ma stanowisko, pieniądze i oceniać innych. Ale po latach zrozumiałam, że w tym stwierdzeniu jest dużo prawdy. Tkwimy latami w nieudanych związkach, pracujemy za marne grosze narzekając na beznadziejną pracę i nie robimy nic. Bo tak wygodnie, bo lepiej użalać się i narzekać niż działać. Znam ludzi, którzy dzięki ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń osiągnęli sukces. Pracowali i uczyli się latami i teraz mają to co inni im zazdroszczą. Nic nie przychodzi samo. W dzisiejszych czasach każdy z nas może zacząć się uczyć, może wyjechać za granicę, może naprawdę wiele. Ale przecież łatwiej jest krytykować, siedząc wieczorem przed telewizorem, niż powtarzać słówka angielskie czy hiszpańskie, albo analizować słupki winien - ma. Jesteśmy kowalem swego losu, na przeszkodzie stoi tylko choroba czy podobna katastrofa.
    Po tym zebraniu ja też straciłam pracę. Nie bez trudu znalazłam nową. Skończyłam studia, pomimo że miałam ponad 40 lat. Zaczęłam lepiej zarabiać. Szkoda tylko, że tak późno wzięłam los w swoje ręce, a tylko akceptowałam to, co nie wymaga od nas większego wysiłku. Elżbieta ma rację, mamy wpływ może nie na wszystko, ale na pewno bardzo wiele.
    basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Uważam wprost przeciwnie. :P Miałam depresję: poszłam na terapię, wyleczyłam się z depresji, ale wraz z nią przestałam odczuwać jakiekolwiek emocje: świetnie. Starałam się być dobrą przyjaciółką, ale choroba w postaci depresji i nerwicy skutecznie to rozwaliła: przyjaźń się rozpadła. Poszłam do lepszej pracy: okazało się, że stres wraz z wrodzonym roztrzepaniem uniemożliwia mi koncentrację i dobrą obsługę klientów. :P I zostaje mi praca w domu. Być może mogłabym być artystką, ale bez wrażliwości oraz odczuwania emocji, które straciłam na terapii, lipnie to widzę. Chcę się uczyć, ale raz przegrywam z swoim lękiem, raz wygrywam i budzę się z milionem zaległości. Od roku wysyłam CV i mimo, że wiem, że mam talent do pisania, to jeszcze nigdzie się nie dostałam. Nie poddam się i będę próbować dalej, tak jak próbowałam do tej pory. Znajdę pracę, pójdę na inną terapię, odzyskam odczuwanie emocji, napiszę książkę, spełnię marzenia. Zmierzam do tego, że nie zawsze nasze życie zależy od nas, bo czasem płata takie figle, że można dostać zawału i tylko próbować uniknąć ciosu. Jeśli twierdzimy, że jest zależne od nas, prowadzi to do prostej konkluzji: to nasza wina, że nie wyszło. Niektóre osoby są zdolne i wystarczy im tylko ten jeden kamyczek: zmiana pracy na lepszą, szansa, znalezienie w odpowiednim środowisku. Ale czasem to nie wystarczy i zostaje tylko próbować i szukać. Do skutku.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)