Bajka o mądrości

/
4 Komentarzy



Śmiali się z niej Ci mądrale i asceci o duszach sztywnych i białych jak prześcieradło, chichotali z półuśmiechem na półustach, kiwali główkami jak piesek z auta. Co to za kobieta? -pytali. 


Duchowa przewodniczka od garnka parującej zupy - kpili. Taki mieli ubaw, takie mieli używanie, że zapomnieli co jest co. Aureola świętości zsunęła im się z czółka, gwiazdki nad głowami straciły rachubę, a ascetyczne kości zamarzyły o obiedzie.

Rechotali i rechotali.

Bo kto to w ogóle widział: kobieta - derwisz, kobieta - mędrzec, kobieta - świątynią ducha? No żeby chociaż pościła, żeby chociaż mieszkała w jaskini, znała trudy odosobnienia, kopała się z dniem codziennym jak z koniem, żeby odmówiła z tysiąc modlitw, odprawiła medytacje, nie piła, nie tańczyła, nie grała w lotto. A ta odwrotnie. Jeszcze matka! Nie miesza się sacrum i profanum- krzyknął jeden odważny, nie miesza duszy z krwią, co za pomysły - przytakiwali inni. Że niby taka objawiona. Taka wzniosła. Osiągnęła podobno spokój, nie dotyka jej zmieszanie świata, szczęśliwa, pogodna i pogodzona. Podobno zna odpowiedzi.

Ubaw po pachy, śmiech na sali.


A ona nie dba o żarty, nie dotykają jej ich kpiny. Gotuje obiad, medytuje nad szklanką herbaty, mruży oczy jak kot. Wstaje rano i dziękuje za nowy dzień, kładzie się wieczorem i kłania księżycowi, pozdrawia słońce, śmieje do deszczu. Bawi dzieci zamiast odprawiać modły, nie traci godzin na pacierze. Kroi ziemniaki i segreguje myśli, wącha goździki i letnie kwiaty, zachwyca się życiem, miewa brudne ręce i nogi. Skalała się krwią, skalała miłością, krzyczała przy porodzie, wyła w gorączce, myliła tysiąc razy i potykała dwa miliony. 

Znachorka, mistrzyni w czułości, ułożyła już wszystko. Nie udowadnia, nie chodzi nauczać, nie wypełnia blankietu na prawdę, nie pisze biblii codzienności. Kurs Zen skończyła w połogu. Nie wytrącisz jej z równowagi. Kiedy trzeba kiwa się na wietrze jak potrącony kręgiel; zna opór materii, wie kiedy warto, a kiedy nie. Uśmiecha się często, tarza po dywanie, suszy zioła i gniew na słońcu. Wyzbyła się chciwości, chociaż przecież pragnie, odrzuciła strach, chociaż czasem się boi, mistrzyni uważności, najlepiej zna Tu i Teraz. Nie wisi w asanie, nie zrobi szpagatu. 


Spotkali się kiedyś. Stary filozof, o twarzy pomarszczonej jak sucha figa, zgięty ku ziemi, milczący i ona w kwiecie wieku, w koszulce w kwiaty. Popatrzyli sobie w oczy, pokłonili, spojrzeli w niebo. Nic nie mówili, nie wyjaśniali, nie krzyczeli. Posiedzieli razem, a po chwili odeszli przed siebie, każde w swoją stronę. 

A mądrość była jak była. Omijała sztywniaków, drapały ją w nogi prześcieradła, wolała przeciągi i smaczne żarcie. 

Tamci pościli, drwili i szukali jej w opłotkach. Na próżno.




Zobacz również

4 komentarze:

  1. CUDNEEEE..Niefrasobliwe...jakże szczęśliwie zamieszkało w Świątyni zwanej Drogą Mleczną.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię Małgosiu. Czytam Twego bloga od jakiegoś czasu, jest cudowny. Twoją ostatnią bajkę znam bardzo dobrze :). Zaczęłam ją "śnić" gdzieś tak po 40-tce (młodość też zmarnowałam na smutki i smuteczki), dziś mam ponad 66 lat i nadal jestem w stanie doświadczać tego cudu, jakim jest życie i tak jak piszesz, odczuwać jego magię nawet podczas parzenia herbaty :). Małgosiu pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń
  3. Przypomniał mi się cytat, że nikt nie czerpie przyjemności z kopania zdechłego psa :)

    Małgosiu chyba w jednym zdaniu ciężko zawrzeć pochwałę tego co tak rozpromieniająco ujęłaś... Gratuluję z całego serca, bądź nadal dobrym przykładem dla innych :)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)