Jak zniszczyć karierę szkolną i wiarę w siebie w pięć minut? Wyuczona bezradność i co z nią zrobić?

/
19 Komentarzy


Jesteśmy różni: silniejsi, słabsi, wrażliwsi lub ze skórą twarda jak wieloryb. Jedna rzecz jest jednak wspólna dla wszystkich: jeśli ciągle słyszymy lub doświadczamy tego, że ktoś jest od nas lepszy, nasza wiara w siebie leci na łeb, na szyję. A zaraz potem pojawia się wyuczona bezradność. 



Dzieje się to w różnym tempie, oczywiście nie u każdego z takim samym natężeniem, ale naiwnością jest twierdzić, że porażka, krytyka czy ciągłe negatywne ocenianie nie mają wpływu na nasze życie. 


Czy porażka szkolna ma znaczenie? 

To pytanie pojawiło się u nas głównie w kontekście reformy szkolnictwa i sześciolatków w szkole. Politycy, kilku profesorów, nawet bardzo znana pani z telewizji, dowodzili że rodzice to panikarze, a dzieci i tak sobie dadzą radę. A jak nie, to zawsze mogą wrócić do przedszkola, zerówki, powtarzać klasę pierwszą, albo popracować trochę mocniej. 

Mogą. Ale to ma konsekwencje. Nie tylko dla kariery szkolnej, ale dla całego życia. Nie wierzycie? Zobaczcie ten 4 minutowy film (po angielsku, francuskie napisy, niżej moje streszczenie.) 



Wyuczona bezradność, obejrzyj TUTAJ


Jak reagujemy na porażkę?

W filmie który zamieszczam wyżej, widzimy jak nauczyciel rozdaje uczniom kartki z zadaniami. Należy stworzyć anagram, czyli przestawić litery tak, aby stworzyć inny wyraz. Większość uczniów siedzących po prawej stronie radzi sobie szybko, sprawnie i podnosi rękę do góry na znak, że skończyli zadanie. Druga część grupy nie znajduje rozwiązania i popada w konsternację. 

Cały "dowcip" polega na tym, że dwa pierwsze słowa są różne dla pierwszej i drugiej grupy. Trzecie słowo jest takie samo dla obu. 

Jak radzą sobie z ostatnim anagramem uczniowie z "prawej" i "lewej" grupy? Tylko 3 osoby z lewej rozwiązują ostatni anagram. Większość poczuła się tak głupia, skonfundowana i porażona swoją bezradnością przy pierwszych zadaniach, że ostatnie, bardzo proste, było dla nich ponad siły. 

Tak właśnie dzieje się gdy doświadczamy ciągłej porażki, ktoś w kółko powtarza nam, że jesteśmy niestaranni, źle zorganizowani, zdolni ale leniwi, słabi z matmy, kiepscy z języków, niegrzeczni, albo niezbyt inteligencji. 

Choćby to była wierutna bzdura, nic nie warta opinia kogoś, kto nie ma pojęcia o czym mówi (ale za to ma autorytet: nauczyciela, rodzica, kogoś na kim nam zależy), weźmiemy ją jak własną i poniesiemy dalej przez życie. 

Nawet jeśli w dalszych latach uda nam się odnieść sukcesy i przełamać złą passę, ta pierwsza porażka może w nas tkwić jak zadra i znacząco wpływać na to co myślimy o sobie i co komunikujemy innym ludziom. 

Znacie? Jestem pewna, że tak. 

Wyuczona bezradność zaczyna się często w dzieciństwie.
Dbajmy o nasze dzieci, bo to czego się dziś dowiedzą o sobie i
świecie pójdzie za nimi w świat i zdecyduje o tym kim się staną. 


Co zrobić z wyuczoną bezradnością?


Tego co było, nie da się już cofnąć, możemy naprawiać, ale tak jak ze zbitą filiżanką - nawet jeśli się sklei, zostaną ślady.  Dlatego tak ważne jest to co i jak mówimy do dzieci, jakie komunikaty otrzymują od ludzi, których spotykają, jak wygląda szkoła i relacje w niej, jakie będą początki systemowej edukacji i jaką "łatkę" dziecko otrzyma na starcie. 

Słowa mają moc, czasem większą niż się nam wydaje. Bagatelizowanie porażki, którą dziecko może przeżyć na starcie (np. idąc za wcześnie, do źle przygotowanej szkoły), jest nieporozumieniem i nieodpowiedzialnością. Oczywiście nie wszystkim to zaszkodzi, czy zaszkodzi w równym stopniu, ale znajdą się też takie jednostki, które piętno "ofermy", będą niosły przez całe życie.

Znacznie łatwiej jest zbudować poczucie własnej wartości, siłę i wiarę w siebie u malucha, niż naprawić nadwątlone mniemanie o sobie u nastolatka czy dorosłego. 


Jak zmieniać przekonania na lepsze?

Często w zmianie naszych przekonań o sobie pomaga retrospekcja i uświadomienie sobie od kiedy i czemu przestaliśmy sobie ufać i wierzyć. To na pewno nie odmieni przeszłości, ale może odmienić przyszłość. 

Może się okazać np. że to co do tej pory myśleliśmy o sobie było tylko czyjąś projekcją i nie ma żadnego podparcia w rzeczywistości. 

Krzywdzące etykietki można odkleić z pleców i zacząć uczyć się poczucia wpływu od nowa. Czasem idzie to bardzo wolno i trzeba zaczynać od maleńkich rzeczy, ale ta wiara w siebie będzie rosła, krok po kroczku. 

Jeśli masz z tym problem, warto zacząć. Już dziś. Choćby od upieczenia ciasta czy nauczenia się 8 słów po hiszpańsku. Doświadczysz, że MOŻESZ. A to bezcenne doświadczenie. 



Jakie są Twoje wspomnienia, wnioski w tym temacie? Czy udało Ci się poradzić sobie z etykietkami, które ktoś Ci kiedyś wręczył? 
Podziel się!
Dziękuję!




Zobacz również

19 komentarzy:

  1. To tak jak ze mną i siostrą. Dwa lata starsza, wybitnie uzdolniona plastycznie. Zawsze bawiłyśmy się razem, razem rysowałyśmy, razem chodziłyśmy na kółko plastyczne. I zawsze ona była lepsza. Nad jej pracami były zachwyty, a ja sama widziałam, że moje nawet nie zbliżają się poziomem do jej prac. Nie rozumiałam tylko, że jeśli ktoś jest starszy o te dwa lata to będzie lepiej rysował bo chociażby ręka jest ćwiczona te dwa lata dłużej. A jeśli dodać jeszcze do tego te wszystkie zachwyty, to wiadomo, że ona ćwiczyła jeszcze więcej, a ja coraz mniej. Doszło do tego, że na plastyce w starszych klasach cośtam tworzyłam, mówiłam, że nie skończyłam, zabierałam do domu i prosiłam siostrę, żeby narysowała coś za mnie. Do tej pory uważam, że jestem kiepska we wszelkich manualnych sprawach. Niby nic, tym bardziej, że w innych szkolnych dziedzinach miałam sukcesy ;) Ale teraz kiedy mam pomóc dziecku robić pracę na konkurs do przedszkola to od razu (po tylu latach!!!) czuję gulę w gardle i taką przeraźliwą niemoc. Zrobienie czapki górnika zajęło mi cały wieczór i było okupione strasznym wysiłkiem. Koleżanki bawią się w robienie dekoracji do domów, choćby świątecznych, a ja wiem, że to poza moimi możliwościami. Ba nawet jak wypisuję pocztówkę to potem wstydzę się swojego pisma. Taki drobiazg, a jednak zatruwa życie. Dlatego teraz nie słucham ludzi, którzy mówią, że problemami logopedycznymi synka trzeba się zająć jak pójdzie do szkoły i wtedy się zobaczy czy mu to przeszkadza w nauce czytania i pisania. Nie, ja zareaguje zanim mu przeszkodzi i zrazi do szkoły. I jeśli będzie trzeba będę odraczać, uczyć w domu, w prywatnej szkole, ale nie pozwolę nikomu na swoim dziecku ćwiczyć i sprawdzać reformy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myszko,
      jak tak Cię czytam to jeszcze sobie myślę, że ważne jest żeby wiedzieć i dzieci też tego uczyć, że my nie możemy być we wszystkim uzdolnieni, perfekcyjni, świetni.
      Jeden jest absolutnie uzdolniony plastycznie, a ktoś inny muzycznie, ale to nie oznacza wcale, że temu co muzycznie, nie wolno zrobić stroika na święta. On może nie będzie jakimś cudem, ale będzie nasz, oryginalny itp. To ma być przyjemność, zabawa, a nie zawody i rywalizacja.
      Problemem jest ocenianie. Siebie i innych. I wieczne porównania. A gdyby tak przestać?
      Ta gula w gardle bierze się ze strachu przed oceną. Przed tym, że wypadnę gorzej niż ktoś inny. A jakie to ma właściwie znaczenie? Nie mamy już 5 lat i nasz świat nie zawali się, kiedy siostra wypadnie lepiej. Czy nie byłoby fajnie robić coś, tak po prostu, dla samej radości tworzenia? Pomyśl :)
      Ps. Moja córka też ma problemy logopedyczne i na pewno warto ćwiczyć już w przedszkolu. Tylko znów: bez napinki, wiecznych porównań i strachu, że wypadnie gorzej :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Myszko, kiedy bylysmy dziecmi zalezalysmy od doroslych, opiekunow. Kazdy z nas mial rozne dziecinstwo i rozne w nim doswiadczenia, porazki, traumy czy sukcesy. W zwiazku z czym doroslismy z roznymi obciazeniami i blokadami. Ja tez przeszlam przez swoje dziecinstwo i weszlam w dorosle zycie ze swoimi obciazeniami. Bylo mi czasem bardzo trudno az w koncu zdecydowalam! Jestem dorosla, to ja teraz mam moc dzialania i moge zaczac pracowac nad soba aby moje zycie zaczelo zalezac ode mnie, od obecnych warunkow a nie od przeszlosci. Mysle, ze ten nowy stan umyslu jest procesem na reszte mojego zycia, wciaz uczem sie siebie, pracuje ze soba ale moj swiat stal sie piekny, a ja wolna, pelna optymizmu, zapalu i szczesliwa, ze moge sie wciaz rozwijac. Pokochalam swoje slabosci i swoje mocne strony. Teraz sa rozne grupy wsparcia, nowa psychologia, joga, medytacje, .... Poszukaj i zacznij, dasz rade. Warto to zrobic i dla siebie, dla swojego dziecka i dla bliskich.

      Usuń
  2. Moje dziecko - gnębione przez nauczycieli w liceum, dziś kończy studia z najlepszą oceną. I ciągle w siebie nie wierzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewa,
      współczuję Wam. Mam nadzieję, że Młody Człowiek zostawi te gnębiące oceny i zobaczy, że to tylko cudza projekcja.. Niekoniecznie wartościowa, obiektywna, czasem po prostu wynikająca z niezrozumienia, braku wiedzy czy zwykłej nieżyczliwości...Bardzo Wam tego życzę :)

      Usuń
  3. Mój Starszak trafił na nauczycielkę w kl. I-III, która mobilizowała dzieci do pracy wytykając im każdy błąd...Podkreślała każdą niekształtną literę, kazała przepisywać itd. Ciągłe teksty: postaraj się bardziej i odpowiedzi dziecka: ale ja się staram!!! Dla równowagi "pochwał" jakichkolwiek jak na lekarstwo...Dziś Syn jest w gimnazjum i nadal nie wierzy w siebie, w to, że potrafi się nauczyć. Młodszy trafił do tej samej pani, metody nie zmieniły się. Po roku zmieniliśmy szkołę, ma wspaniałą wychowawczynię, która na każdym kroku podkreśla, jak sobie świetnie radzi, ile już potrafi. Ocenia to, CO pisze, a nie JAK. Dziecko po traumie I kl nabiera teraz wiatru w skrzydła, do szkoły chodzi z uśmiechem i cieszy się, ile już umie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uff, mam wiele obaw i myśli co do szkoły, a czeka nas już za rok..
      Serdeczności dla Was!

      Usuń
  4. Wszystko czego doświadczamy jest naszą drogą, tylko naszą i wszystko to właśnie nas tworzy.
    Nawiążę jednak w dalszym ciągu do naszej mentalności narodowej. Polak jest zakompleksiony niemal genetycznie. Uzależniony od oceny i porównań. Cechy takie jak upór i zaciętość, poczucie własnej wartości, które inne nacje premiują są u nas oceniane negatywnie - że "ma się za coś", że "zawzięty i dożarty", że "myśli sobie, że da radę" itp. Z natury jakikolwiek komentarz odbieramy więc negatywnie, a i modła, na jaką wygłaszamy krytykę rzadko kiedy bywa konstruktywna. Nie jesteśmy dla siebie samych życzliwi, nie ma w nas umiarkowania i ugodowości, bo te są z kolei brane za słabość. Człowiek uczynny, skłonny do ustępstw, chętny do wsparcia nie jest jako wzorzec oceniany pozytywnie.
    Giniemy w sprzecznościach - tych, którym się powiodło oceniamy negatywnie, dopinamy im łatkę kombinatorów, złodziei i inne. Nie mamy szacunku do pracy i nie sławimy odmienności - jako bogactwa w świecie społecznym. A zaczyna się od domu.
    Z tym, że Małgosia pisała już o tym, by dać spokój rodzicom za to, że nas skrzywili, skrzywdzili, podcięli skrzydła. W końcu kiedyś stajemy się dorośli i to jest moment, by żyć ze sobą i dla siebie.
    Moja mama do dzisiaj nie może się powstrzymać od narzekania, jak tylko mnie widzi - a to ubrana jestem niestosownie, a to źle zaparkowałam pod domem, a to coś "śmierdzi" jak gotuję, gdy byłam puszystsza, wieszczyła, że nikt się za mną nie obejrzy, teraz, gdy jestem w miarę szczupła, narzeka, że co to za twarz, tylko nos widać i wielkie oczy.....
    Tak było zawsze - więcej się po tobie spodziewałam, myślałam, że jesteś mądrzejsza, no nie zapomnę ci tego do końca życia i tym podobne. Ja też mam kulkę w gardle, gdy mam z nią rozmawiać, nigdy się nie uśmiecha na mój widok tak, jak na widok mojej siostry..., mogłabym tak wymieniać.
    Wiem, że ten sposób "wychowania" zdusił we mnie entuzjazm, pewność siebie, zaufanie do siebie, wiem, że mnie zranił na lata. Ale to są moje rany, moje boje o życie i jestem dorosła, więc nie wieszam tego na mamie, bo po co mi to.
    Oczywiście rodzice są odpowiedzialni, ale tak naprawdę to jest loteria życiowa - kto nimi nam będzie. Tak wyszło. Tak nam przypadło. Zrobić z tym musimy coś sami.
    Moje dzieci wychowałam całkowicie inaczej, ale czy one nie będą miały za wiele lat odczucia, że mój sposób nie był dobry? Może okaże się, że potrzebowali czegoś innego?
    Pamiętajmy - będzie dobrze. Jakkolwiek by nie było. I sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje szczęście. A słów innych, nawet mamy (czasem zwłaszcza jej) często w ogóle nie warto brać do siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz, dużo w nim ważnych słów!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Moc słowa jest wielka.
    Moje sukcesy szkolne zawsze były "za małe", mimo że byłam najlepszą uczennicą w klasie. "5- ? Co to za ocena? Po co ten minus?" Tkwi w mojej pamięci i chyba nigdy jej nie opuści.
    Z wiekiem z ogromnym trudem nauczyłam się cenić siebie. Zajęło mi to ponad 20 lat.
    I wtedy przekonałam się ile może zdziałać również dobre słowo. W moim życiu pojawili się przyjaciele, którzy cenili mnie taką, jaka jestem. Ich drobne pochwały, czasem w sprawach bardzo małej wagi, były dla mnie uskrzydlające. Wreszcie Partner, który w sprawach ważnych szukał mojej opinii czy rady. Ktoś dla kogo mój pogląd ma znaczenie. Uświadomienie sobie tego faktu najbardziej pomogło mi uwierzyć, że PORADZĘ SOBIE.
    Przez naszą polską mentalność w wielu dorosłych osobach żyje to niedoceniające się dziecko. Pamiętajmy, że mamy wpływ na to, by pomóc im uwierzyć, że są wiele warci. Nasze słowa mogą uskrzydlać także bliskich nam dorosłych, nie tylko dzieci.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest! Słowo to oręż. Czasami mam wrażenie, że ludzie szczędzą sobie dobrego słowa, bo boją się, że dadzą coś od siebie, a nie dostaną w zamian. Więc lepiej atakować - tak na zapas. Tymczasem dając coś dobrego od siebie, sami lepiej się czujemy. I niekoniecznie pochwalona przez nas osoba też nam się odwzajemni. Ale coś dobrego może spotkać nas od kogoś innego. Podaj dalej. Jak wesprzesz, pochwalić, docenisz, nie ubędzie ciebie, a i pochwalony i doceniony nie odejmie tobie. A chyba tego się boimy. Często w ludziach jest taka chytrość. Chytrość w sprawie dobra. A jak wiadomo - chytry traci dwa razy.Prawda?

      Usuń
  6. A ja uczyłam moje dzieci, a teraz moje wnuki ( ooo ile to lat....) ZAUFANIA DO SIEBIE. Mój Syn ostatnio mi powiedział, że z dzieciństwa to on nie pamięta całkiem dokładnie tych bajek czytanych wspólnie, zabaw, godzin tłumaczenia świata, spacerów, rozmów nocnych nastolatków. On pamięta najbardziej mój sernik i jak mi włosy pachniały (twierdzi, że do dzisiaj tak samo hmmmm....) i że często mu mówiłam - nie przejmuj się, coś wymyślisz!. Zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście tak mówiłam do moich dzieci. Córka też to potwierdziła. Czasem potem się gryzłam w język wyrzucając sobie, że mogą to odbierać jako bagatelizowanie problemu, próbowałam więc powracać do tematu, wmieszać się czasem, pomóc, bywały i sprzeczki bo: "przecież mówiłaś, że mam to zrobić sam/sama!".
    Teraz olśniło mnie, że rzucając dzieciom - nie przejmuj się, coś wymyślisz, dałam im wiarę we własne możliwości, dawałam im poczucie sprawstwa i odpowiedzialności, odejmowałam im zmartwienie, bo przecież coś wymyślą. Mogli z tego uważać, że są podstawy, by sobie zaufać. Bo ja naprawdę ufałam im. Może to przypadek, że tak się działo, bo jestem jaka jestem. Ale widzę, że to zadziałało w ich życiu. Są odpowiedzialni, pełni energii, wiary, są ludźmi, z jakimi wielu chce mieć coś wspólnego. Jestem z nich dumna. Może i moja w tym zasługa, że kochałam ich w taki sposób. Oby!

    OdpowiedzUsuń
  7. Pani Małgosiu jak byłam w podstawówce, nie miałam żadnych problemów z nauką, byłam tą osobą, która zawsze pierwsza się zgłasza i ma same piątki a nawet więcej, a nigdy zbyt wiele się nie uczyłam po prostu słuchałam, zapamiętywałam i szybko kojarzyłam fakty... dziś jesten dwa lata po studiach... a trudność sprawia mi odejmowanie... i choć jest ciężko to rozwiązuje proste łamigłówki lub równania, czasem jakieś sudoku żeby pobudzać moje szare komórki, choć najbardziej lubię spedzać czas na świeżym powietrzu, gdzie nie muszę po prostu myśleć... moja wiara i pewność siebie siegają czasem rowu mariańskiego..., ale mimo wszystko jest we mnie jakaś część, która wie,że bycie cichą zakompleksioną myszką to nie moja prawdziwa natura... a tylko odcisk doświadczeń... bo tudno wierzyć w siebie komuś... kto nawet literki pisze krzywo i "trzeba"poprawiać po nim zaadresowaną kopertę... i ciągle slyszy "nic nie myślisz...", albo zacznij w końcu myśleć... mam nadzieję, że jeszcze kiedyś odbuduje zaufanie do samej siebie... pozdrawiam i jak zawsze dziękuję za tekst.

    OdpowiedzUsuń
  8. a ja w dziecinstwie nigdy o Boze chybachyba nigdy nie myslalam o trudnosciach i tak zostalo mi do dzis.Dzis mam juz prawie dorosle dzieci a ciagle dla calej rodziny jestem motorem, ktory napedza mam przez to duzo stresu, postrzegna jestem jako rodzinna policja. Chyba za duzo wymagam i widze, ze dzieciom sie wiele nie chce malo inicjatywy, zaangazowania. dalam spokoj z niektorymi rzeczami ale ciagle w tej chwili mam wrazenie, ze odnioslam porazke jesli chodzi o wychowanie moich dzieci to straszne ale tak czuje.Co pokaze czas to sie okaze ale tej chwili tak to widze.Pozdrawiam Jola

    OdpowiedzUsuń
  9. Zawsze byłam najmłodszym dzieckiem w domu, które wszyscy we wszystkim chcieli wyręczać. Jak dorosłam zaś nie chcieli mnie wpuszczać za kierownicę rodzinnego samochodu (czywiście po zdanym egzaminie na prawo jazdy). Gdy miałam 27 lat kupiłam sobie pierwszy własny samochód i jestem całkiem dobrym kierowcą. Niesamowita satysfakcja. Tak jako przykład drobnego kroku do zrobienia ku "poczuciu kontroli" - polecam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pani Małgosiu,
    chociaż czytam Pani bloga już dawno, dopiero dzisiaj pierwszy raz zabieram głos. Na początek chciałabym napisać, że jest Pani wspaniałą osobą i podziękować za każde Pani napisane słowo. Chciałabym kiedyś Panią poznać.
    Piszę, ponieważ bardzo poruszyły mnie słowa "słowa mają moc" - to jest coś co wiem od dawna i próbuję to tłumaczyć ciągle mojej mamie. Mam 26 lat, dwójkę dzieci, męża za granicą, niestety tak się poskładało, że muszę mieszkać z rodzicami. I niestety - z moją mamą. Bardzo ubolewam nad tym, że moja mama nie umie i nigdy nie umiała mówić do mnie z życzliwością. Zawsze jej coś nie pasuje. Prawie zawsze jest zła. Nigdy nie myśli optymistycznie. Jej słownictwo jest wulgarne. Czasem bardzo ją proszę, żeby zmieniła sposób swoich wypowiedzi. Wskazujemy jej dosłownie - ja i mój tata - co mogłaby inaczej powiedzieć żeby nie brzmiało to jakby traktowała nas jak śmieci. Równocześnie jest osobą nadopiekuńczą, chciałaby być perfekcjonistką, na szczęście odnalazła swoją pasję, której się oddaje. Myślałam, że to przywróci jej radość z życia, ale kiedy tylko wychodzi ze swojej pracowni - znowu jest to samo. Cokolwiek bym zrobiła, zawsze znajdzie coś co zrobiłam źle lub nie do końca. Jest tak odkąd pamiętam. Czasem czuję się z tego powodu jak zbity pies - nawet nie potrafię tego wyrazić. Nie wiem czy to co piszę jest zrozumiałe dla Pani, ponieważ targają mną emocje i nie wiem czy piszę z sensem. A zmierzam do tego, że moja mama zniszczyła we mnie wiarę w siebie. Za każdym razem, kiedy mnie krytykuje, chce mi się płakać jak małej dziewczynce, w środku czuję wielką rozpacz i zastanawiam się dlaczego moja mama nie kocha mnie bezwarunkowo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Magdo dziękuję..

      Co do mamy: potrzeba bezwarunkowej miłości wypływa głęboko z nas, ale zwykle nawet siebie nie kochamy w ten sposób. Proszę o sobie tak pomyśleć. Czy Pani siebie tak kocha i akceptuje? Proszę sobie odpowiedzieć..
      Nie wiem czy czytała Pani ten tekst: http://manufaktura-radosci.blogspot.com/2014/07/miedzy-mama-corka-o-trudnej-sztuce.html

      Może znajdzie Pani tam coś dla siebie...
      Proszę pamiętać, że nie jest Pani w stanie mamy zmienić. Może za to Pani pracować nad sobą, swoimi reakcjami i czasem, chociaż nie zawsze to jednak tą drugą osobę trochę zmienia.
      Serdecznie Panią ściskam i wspieram!

      Usuń
  11. dziwna i zagadkowa jest dla mnie moja sprawa. Dom nie był idealny, ale w moim odczuciu rodzice poświecili mi dużo uwagi (szczególnie teraz porównując moje dziecińśtwo z koleżankami które miały gorzej finansowo, albo rodzice rażąco je zaniedbywali). Problem w tym że każdy człowiek, dziecko jest inne, wymaga innej porcji uwagi i motywacji od strony rodziców. Moja mama robiła co mogła żebym się czuła bezpiecznie, raczej byłam osobą "hop do przodu", aktywną, radosną, popisującą się umiejętnościami, nawet czasami zbyt odważna i porywcza, choć często skuteczna. Choć teraz skutecznością bym tego nie nazwała, raczej udało mi się zyskać dużo uwagi od otoczenia. Tyle tylko że teraz od tego jestem zależna, od opinii innych, mówię tu o drobnych sprawach i wielkich. To się odminiło nagle, a może i nie nagle. Jestem w trakcie psychoterapii i leczenia nerwicy i depresji. "Coś", jakieś niejasne komunikaty, czy krytyka, w moim odczuciu nadmierna, albo nadopiekuńczość sprawiły że nie mam wiary w siebie. Z jednej strony rozum podpowieda: masz ręce nogi możesz mówić i słuchać możesz wszystko, z drugiej utarty już szlak myślenia-to na nic, i tak nie zrobisz tego tak dobrze jak zrobiły ktoś inny, zobacz co oni robią, to Twoje to nic warte.. I to sprawia że rezygnuję często zamiast walczyć. I jest to silniejsze. Odbija się na wszystkim, na pracy, na relacjach w rodzinie, na relacjach z ludźmi, na związkach, na zdrowiu. Tkwię tak. Dosłownie, wycofałam się z kontaktów z ludźmi, z pracy z relacji. Biorę leki i czekam na efekty psychoterapii, aż odkryję tę zafałszowane kody które cytująć Pawlikowską Beatę, zostały wypalone we mnie żelaznymi literami - wydają się nie do zmiany. Tkwię w beznadziei, czekając jak zaczną działać leki, tak żeby móc ruszyć z czymkolwiek, chociażby z zadbaniem o siebie. żadnych innych działań nie chce podejmować, żeby nie dostarczyć sobie kolejnej dawki stresu i rozczarowań.


    ps. z tego co pamiętam powtarzano mi: bardzo zdolna ale leń, ignorowałam to aż w końcu uwierzyłam.
    ps2. wychowywano mnie na grzeczną i domyślną, tyle tylko że ja jako dziecko zaczełam spełniać ten program dorosłych: jak będe miła to będą mnie chwalić, jak im pomogę to dostanę pochwałę. Zgubiło mnie to bo nie wyrażałam siebie, może powinnam przejść jakiś porządny bunt w stylu: nie chce mi sie, mam was w nosie.

    pozdrawiam i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)