Czy kobieta powinna stawiać wszystko na jedną kartę?

/
28 Komentarzy


Ta historia zaczyna się jak Harlequin, a kończy jak kiepska telenowela. Co będzie dalej nie wiadomo. Nie ma jednej recepty na życie i dziś naprawdę nie wiadomo, czy można było zrobić coś inaczej, ale warto przynajmniej rozważyć, czy absolutne zaufanie i stawianie życia na jedną kartę zawsze ma sens. I uczyć się na błędach cudzych, niekoniecznie własnych. 


Kasia spotkała Marcina na ostatnim roku studiów, wiosną. Miłość buchnęła majem, ślub odbył się na Boże Narodzenie, a kolejne święta spędzali już w trójkę. Marcin, 8 lat starszy, prowadził firmę, dobrze im się wiodło, więc ustalili z Kasią, że nie ma sensu, żeby szukała pracy. Oboje chcieli mieć dużą rodzinę, ciepły dom, w ciągu 6 lat małżeństwa na świecie pojawiła się trójka maluchów. Wszystko super. Dobrana para, szczęśliwe dzieci, nowy dom, wspólne wakacje, trochę mało czasu razem, bo firma wymagała poświęceń, ale nikt nie narzekał. 


Z nieba do piekła jest bardzo blisko

W 2008 roku zmarła babcia Kasi i zostawiła jej dom w Krakowie, w dobrej dzielnicy. W kiepskim stanie, ale że akurat trwał boom na nieruchomości, dom udało się sprzedać szybko i za dobre pieniądze. Marcin wszystkim się zajął, założyli lokatę, to miała być ich finansowa poduszka powietrzna, gwarancja spokojnej starości. 

Ostatniej zimy pojechali do Tajlandii, odpocząć od chłodu i szarości. Wszyscy czekali na ten czas, 3 tygodnie razem, bez telefonów, terminów, spotkań.

Marcin źle się poczuł w niedzielę wieczorem, mówił że to chyba od słońca. Położył się spać, Kasia ogarniała dzieciaki. We wtorek już nie żył. Może gdyby wcześniej zgłosili się do lekarza, może gdyby Kasia od razu wezwała pomoc, może gdyby wiedziała, że zawał miał już wcześniej...

Kiedy Kasia z dziećmi wróciła do kraju, ledwo ochłonęła po pogrzebie i tornadzie, które wywróciło jej życie do góry nogami okazało się, że nic nie wyglądało tak jak miało wyglądać. 

Firma ledwo dyszała, kryzys pożarł oszczędności, poduszki finansowej, która miała dać spokój przynajmniej w tej jednej kwestii nie było, była za to inna kobieta i jeszcze jedno dziecko. Marcin chronił rodzinę przed złymi wiadomościami. Skutecznie. 


Co dalej?

Ta historia jest prawdziwa, chociaż ze względu na prywatność bohaterów zmieniłam w niej kilka faktów. 

Kasia składa swoje życie do kupy. Ma dzieci. Czuje, że nie może im odebrać jeszcze siebie, w końcu tyle już straciły. Rodzina męża stanęła na wysokości zadania i pomaga jak może. Wszyscy wspierają. 

Czy to wystarczy? Mam nadzieję. 


O kobiecej niezależności i ograniczonym zaufaniu


Jakiś czas temu, tu na blogu pisałamKobieca niezależność finansowa wiąże się bardzo z niezależnością w każdej innej dziedzinie życia i dlatego jest tak ważna. 
Teoretycznie już każdy wie co jest co i świadomie decyduje w swoim życiu o tym jak będzie wyglądało i jak ułoży sprawy materialnej i zawodowej (nie)zależności. A jednak jest jeszcze dużo do zrobienia. Nie mówię nawet o sytuacji kobiet na wsi: bo ta ciągle bywa katastrofalna. Niewiele lepiej jest w miastach i miasteczkach, do których z pozoru dawno dotarła nowoczesność.


Dlaczego kobiety bywają naiwne? 

Kobiety zgadzają się na finansową zależność, bo chociaż wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią, że bywa okropną pułapką, chociaż widziały los swoich matek i babek i wiedzą, jak zaplątane historie były ich udziałem, to same naiwnie wierzą, że u nich będzie inaczej.  

Rozmawiam z kobietami, słucham ich historii, rozglądam się wokół i często nie mogę wyjść ze zdumienia jakiemu "praniu mózgu", jakiej presji dajemy się poddawać. „Mąż nie zgadza się, żeby synek poszedł do żłobka, mąż woli żebym była w domu bo co ja zarobię, mąż nie zapłaci za przedszkole bo ja siedzę w domu, mąż nie chce wyjeżdżać na urlop, nie pozwala mi chodzić na fitness, decyduje o całym wspólnym budżecie bo sam zarabia, to są jego pieniądze, ja nic nie mogę zrobić itp”. 

Takich opowieści jest mnóstwo i bardzo mnie one bolą. Widzę cierpienie kobiet, ich brak wiary w siebie, porzucenie nadziei na lepsze jutro, czy wreszcie stany depresyjne, które w naturalny sposób wiążą się z sytuacją, którą postrzegamy jako „bez wyjścia”. 

Tak zaczynają się dramaty i katastrofy: tak bardzo często wplątujemy się w pułapki, z których ciężko o własnych siłach wyjść.


Zależność tak, ale...

Oczywiście że w związku, szczególnie w początkowej fazie macierzyństwa zależność finansowa, ta przejściowa, bywa naturalną sprawą. Jednak nawet wtedy, trzeba być czujnym, świadomym i z pełną determinacją podkreślać, że nawet jeśli na wspólne konto wpływa wynagrodzenie jednej strony, to nadal oboje o nim decydują i  nie ma tu miejsca na  sztywny podział na moje / twoje.

Kobieca praca wychowawcza, opieka nad dzieckiem na pełnym etacie przez pierwszych kilka miesięcy czy nawet lat  jeśli dzieci jest więcej, jest wymierną wartością dla całej rodziny, mimo że nie liczy się jej w złotówkach i nie płaci od niej podatku.

Dlatego Kochane: jeśli chcecie mieć prawo do marzeń, chcecie samodzielnie decydować o ważnych dla was sprawach, uniknąć presji i rozczarowań, żyć takim życiem jakie same wybierzecie, to nie oddawajcie wszystkiego co macie pod cudze skrzydła. 

Nawet w najlepszym związku trzeba pozostawić coś tylko dla siebie: swoją przestrzeń emocjonalną, swoje własne marzenia, aspiracje, swoją pracę, za którą dostaje się pieniądze. 

Partner może odejść, może się zmienić, życie może wywinąć nam taki numer, że staniemy przed nim jak słup soli. Wtedy nasza niezależność, nasza świadomość, że damy sobie jakoś radę, jest orężem i tarczą, która pozwoli ustać nam na nogach, nie zwali nas na ziemię, ani nie zamknie w klatce ze złota.

Jest w tym pewne uproszczenie, ale uważam, że w dorosłym życiu, nikt od nikogo nie powinien być w zupełności zależny. 


Mężczyznom też jest ciężko


Chociaż rzadko o tym mówią. Chłopców wychowuje się według schematu "maczo", a taki ktoś jak wiadomo nie płacze, nie mazgai się, nie przyznaje do słabości, wszystko znosi, a "klatę" ma ze stali. 

Sytuacja, w której los całej rodziny, przynajmniej w aspekcie finansowym spoczywa na jednych barkach, na dłuższą metę jest także nie do pozazdroszczenia. 

Trudno nieść ten ciężar, zwłaszcza w czasach tak dynamicznych zmian, kiedy firmy padają, zdarzają się restrukturyzacje, zaległości płatnicze i wiele mniej lub bardziej skomplikowanych problemów. 

Mężczyźni, chociaż się nie przyznają, przeżywają  czasem w środku katusze. Stąd bardzo blisko do chorób psychosomatycznych, do problemów emocjonalnych, uzależnień, permanentnego stresu, nerwowości i sytuacji, w której w rodzinie, tak naprawdę nikt nie jest szczęśliwy. 


Epilog


Jesteśmy słabi, bywamy nadmiernie kontrolujący. Czasami zależność wyzwala w nas emocje i stany, których się po sobie samych nie spodziewaliśmy. Zaczynamy traktować drugiego człowieka przedmiotowo, przestajemy go cenić, odbieramy mu prawo do jego indywidualności. I to już jest nawet nie furtka, ale ogromna brama do nadużyć. 

Dlatego apeluję: ostrożnie, bardzo ostrożnie, z jakąkolwiek zależnością. I z zaufaniem, pełnym stuprocentowym zaufaniem też ostrożnie. 

Mam poczucie, że trzeba ufać, ale czasem dobrze także powiedzieć po prostu SPRAWDZAM. 




Masz koleżanki, którym ten tekst się przyda? Czujesz się poruszona? 

Podaj dalej!



Zobacz również

28 komentarzy:

  1. Dziękuję za ten tekst Małgosiu, był mi on bardzo potrzebny właśnie w tym momencie mojego życia - na dniach mam podjąć decyzję o tym, czy przedłużyć o kolejny rok urlop wychowawczy, czy wrócić do pracy jesienią. Jestem w kropce, bo z jednej strony dziecię do przedszkola już zapisane, ja gotowa do powrotu, a tu nagle awans męża wszystko "burzy" i okazuje się, że wszystkim wkoło lepiej (wygodniej) będzie, jeśli jeszcze zostanę w domu. Z jednej strony dobrze jest czuć się potrzebną, z drugiej - to już 3 lata, jak jestem poza środowiskiem pracy, boję się, że kolejny rok całkiem wytrąci mnie z obiegu... Sama nie wiem co powinnam zrobić i tak naprawdę dla kogo...
    P.S. Czy w pozycjach czytam polecam znajdzie się słówko na temat Biegnącej z wilkami? Jestem w trakcie lektury i co tu kryć, jest to książka ważna - a jednak ciekawam Twojej opinii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasz,
      życzę samych dobrych decyzji.
      O Biegnącej oczywiście było, to bardzo stary tekst :) http://manufaktura-radosci.blogspot.com/2010/01/clarissa-pinkola-estes-biegnaca-z.html

      Usuń
  2. Przeczytałam cały tekst z wielkim zainteresowaniem. Takich historii i ja znam kilkanaście��Niestety. Kobiety zaopatrzone w mężów, partnerów całkiem zapominają o dbaniu o siebie. O siebie. O posiadaniu takich samych praw. A jak możemy wymagać od innych żeby nam dali to czego same nie chcemy sobie dać. A nie chcemy dbać o swoje bezpieczeństwo, zatem dlaczego kto inny, czytaj maż czy partner miałby o to zadbac? Mam na myśli bezpieczeństwo finansowe i nie tylko. Czyniąc z siebie czyjkolwiek podnóżek nie uzyskamy szacunku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawda, niestety to wszystko jest prawdą :( Od dawna zadziwia mnie fakt, jak wiele kobiet jest niesamodzielnych i zależnych. Przeraża mnie też, jak wiele mężczyzn specjalnie uzależnia od siebie swoje żony, żeby kobietom trudniej było odejść w razie czego i żeby łatwiej nimi manipulować. Zastanawia mnie, jak prawidłowo i bezpiczenie należałoby zarządzać wspólnym kontem?

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak to powiadają. Umiesz liczyć? Licz na siebie. Nam kobietom jednak wydaje się, że to wyklucza życie w związku. Prawo do siebie nie może przecież temu przeszkadzać. Ale obiegowe normy tak nam to zaburzyły, że ważniejszy jest awans czy szkolenie męża i potrzeby dzieci.... a my? No gdzie my Drogie Kobitki?

    OdpowiedzUsuń
  5. Sama przeżyłam coś podobnego ze 4 lata temu, było ciężko się pozbierać, ale się udało i jest lepiej niż kiedykolwiek. Gdyby nie ten kopniak od życia wtedy, nie osiągnęłabym tego wszystkiego co teraz mam. Wszystko dzieje się "po coś".

    OdpowiedzUsuń
  6. To chyba specjalnie dla mnie napisane.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo mądry tekst. Podoba mi się to, że pokazałaś dwa punkty widzenia - i kobiety, i mężczyzny. Finanse w zwiążku to temat niezwykle ważny, bywa też drażliwy. Osobiście uważam, że kobiety godząc się na całkowitą zależność finansową od mężczyzn, wyrządzają sobie wielką krzywdę. Z tego chociazby względu, że jesli jedna strona nie wnosi do związku pieniędzy, to zaczyna być gorzej traktowana. Smutne to, ale prawdziwe. Warto też pamiętać o tym, że w każdej chwili można zostać na lodzie. Nie wspominam już o tym, że fakt zarabiania pieniędzy daje człowiekowi poczucie niezależności.

    OdpowiedzUsuń
  8. W pewnym momencie w moim życiu było podobnie. Miałam pięcioro dzieci, przerwane studia i wymówienie z pracy. Mój mąż kwitł i promieniał - "Wreszcie będzie tak, jak powinno być - kobieta zajmie się domem, a ja będę wszystko utrzymywał". Miałam bardzo mieszane uczucia. Bardzo, bardzo. Przeżywałam brak pracy (do tego momentu uzbierało się może ze 4 lata w sumie bez pracy), wiedziałam, że z jednej pensji nie mamy szansy się utrzymać, ale mężowi bardzo się poprawił nastrój. I się zaczęło: pożyczki od kolegów, zakupy "na zeszyt", długi za czynsz, za prąd... O większości nie wiedziałam. Kłótnie, awantury z byle powodu. Wystarałam się o stypendia socjalne dla dzieci w szkole, obniżki w przedszkolu. Ale to wciąż była kropla w morzu. W końcu pojawiło się światełko w tunelu: praca polegająca na pisaniu i realizowaniu projektów. Pierwszy i drugi mój projekt został zaaprobowany, zaczęliśmy działać (oboje - wolne zawody). W tak zwanym międzyczasie zaszłam w ciążę. Ale przecież praca była, długi się spłacały, było ubezpieczenie i zabezpieczenie, a ja nawet wróciłam na studia, naturalnie - zaocznie. Zanim złożyłam trzeci projekt ... kolega zaproponował mężowi robotę na czarno. Oczywiście, była "lepsza" niż moje projekty, bo przecież kolega od dawna się tym zajmuje, a ja - wiadomo - na niczym się nie znam. Mąż wyjeżdżał na kilka dni w tygodniu zostawiając mnie z pięciorgiem dzieci i w zaawansowanej ciąży. On pracował w skandalicznych warunkach, bez ubezpieczenia. Ja nie wyrabiałam fizycznie z piątką dzieci - skończyły się wakacje - początek szkoły, przedszkola, koniec luzu. Zaczęły się problemy z ciążą, poszłam na zwolnienie - czyli studia znów zeszły na plan dalszy. Kolega męża przestał wypłacać wynagrodzenie. Myślałam, że żyję w jakimś koszmarnym śnie. Zapowiedziałam mężowi, że jeżeli on nie porozmawia ze swoim szefem, zrobię to ja - w końcu jeździłam na zjazdy na uczelnię, mogę pojechać i do nieuczciwego pracodawcy - kobieta w ciąży ma większą siłę przebicia. Po raz pierwszy mnie posłuchał. Wymógł w końcu jakąś umowę. A kiedy urodziło się nasze szóste dziecko, postanowiłam, że póki będę w stanie fizycznym i psychicznym ogarniać jakąkolwiek pracę nigdy, ale to nigdy nie zgodzę się na bycie na czyimś utrzymaniu. I słowa dotrzymuję. Studia skończyłam, dzieki pomocy rodziny. Córka studiuje, synowie w liceach, druga córka w gimnazjum, najmłodsi w podstawówce. Pracuję. I jestem sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyno!
      Dziękuję Ci za ten komentarz bardzo, bardzo.
      Pomnik to za mało!
      Jesteś nadzwyczajna!
      Ach! Aż mam łzy w oczach, naprawdę :) Serdeczności dla Was :)

      Usuń
  9. Ja się z Tobą zgadzam stuprocentowo. Ale! są związki, które opierają się na tej zależności i zaufaniu i również są bardzo szczęśliwe, zabezpieczone na przyszłość. Także tak jak i wszędzie - nie ma tu złotej reguły :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma, nie ma. Bardzo nie chcę generalizować. Dobrze jednak mieć oczy otwarte, patrzeć racjonalnie. Bardzo w każdym razie namawiam, a to oczywiście indywidualne wybory.

      Usuń
  10. Właśnie! Oczywiście dobrze mieć własne pieniądze. Ale jeśli ma się szacunek męża, jest zaufanie i uczciwość model "tradycyjny" nazwijmy go, jest też dobry.
    Najgorzej, gdy okazuje się, że jednak priorytety obojga są inne i nie jest wśród nich rodzina, miłość i szacunek. Wspomnę też o odpowiedzialności, oczywiście. Bez tego ani rusz. I wtedy właśnie trzeba być zabezpieczoną, chociaż często to i tak mało, bo kobiecie pozostaje jeszcze walka o pieniądze dla dzieci czy na mieszkanie. A wtedy niestety ta jedna pensja to nadal mało.
    W naszych czasach nieuczciwy i nieodpowiedzialny mężczyzna jest wygrany. Mówię to z przekonaniem i na podstawie doświadczenia. Wieloletniego. Życiowego i zawodowego.
    Ale może rzeczywiście wszystko jest "po coś". Czasami takie przeświadczenie pomaga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. słuchałam dziś rano o problemach kobiet ze ściąganiem alimentów i to faktycznie są potwornie trudne historie, a te kobiety niestety często spotykają się z większym ostracyzmem i ocenianiem niż niepłacący alimentów tata :(

      Usuń
  11. Trafiłaś z tym wpisem do wielu serc i głów. Ja też muszę kilka rzeczy przemyśleć w tym temacie.
    Moje zarobki są niewspółmierne do mężowych ale cieszę się że mam pracę, którą nawet lubię. Mąż nie dał mi odczuć nigdy że mu to przeszkadza ale nigdy nie wiadomo...Teraz jestem na macierzyńskim i trochę za mało ja sama doceniam ten trud jakim jest zajmowanie się dzieckiem i domem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wydaje mi się, że jako społeczeństwo jeszcze nie dojrzeliśmy do szanowania prawa innej osoby. Schematy i stereotypy są nadal żywe. I to te o raniących charakterze. Smutno to przyznać, ale kobiety naprawdę w naszym społeczeństwie są gorzej traktowane. Smutniejsze jeszcze bardziej jest to, że tak źle bywają traktowane przez inne kobiety.
    Do tego system prawa, który nie zapewnia ochrony słabszym, niejednokrotnie wtórnie (oby tylko, wtórny...) rani i nie edukuje, nie uczy odpowiedzialności, sprzyja złu po prostu....
    Konsekwencje obyczajowe przeróżnych okoliczności ciążą głównie na kobietach. Nawet same to akceptujemy. Tu powyżej w tej własnej historii Czytelniczka napisała "zaszłam w ciążę", jakby to tylko jej sprawa była. Nawet nie mówimy - spłodziliśmy kolejne dziecko, doprowadziliśmy do ciąży... taki zwrot byłby sztucznie brzmiący. Takie mamy porządek społeczny. To także kobiety o kobietach mówią - "siedzi w domu, nie pracuje". A potem na sali sądowej również kobieta niejednokrotnie z pogardą i wyższością wydaje "na" inną kobietę wyrok. Jako pełnomocnik na salach sądowych coraz częściej obserwuję bezduszność właśnie kobiet wobec kobiet i przyzwolenie na traktowanie mężczyzn, którzy sobie lepiej radzą w sytuacji kryzysowej, jak małych chłopców, którym się odpuszcza, pokazując kobiecie, że sama sobie jest winna. Często wyroki są błędne, kuriozalne, naruszające prawo do godności kobiety, naruszające interes dzieci.
    I jest ich więcej niż tych gwałcących prawach mężczyzn. Ale o stowarzyszeniach w obronie praw ojca się słyszy, widzi się pod sądami transparenty mężczyzn (albo przyczepę kampingową rozłożoną w proteście na chodniku pod sądem), a kobiety? Kobiety chylą głowę, biorą na siebie wszystkie konsekwencje często nie swoich działań, milczą, wzdychają i odpuszczają. Nie mają siły.
    To jest głębszy problem niż same pieniądze w związku. To jest problem roli społecznej, rodzinnej, godności i przyzwoitości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tak, dziękuję Ci za komentarz.
      Kobiety mówią też niejednokrotnie, że one po prostu nie mają już czasu i siły aby o tą sprawiedliwość walczyć, bo muszą żyć, muszą zająć się dziećmi, domem, pracą, ugotować obiad, odebrać z przedszkola, nie stracić przy tym wszystkim zdrowia, bo kto zajmie się wtedy ich dziećmi? itp. Bieganie do sądu, na apelacje, odwołania, cuda wianki, na to już nie starcza życiowej energii, trudno zresztą się dziwić.
      I tak, ciągle słyszę te słowa " o złapanych na dziecko", o tym jaka ona była sprytna, bo "go usidliła", a teraz ma oczekiwania.. A najbardziej właśnie bolesne, że to często mówią inne kobiety, które wiążą się z tymi mężczyznami o mentalności chłopców i tak tłumaczą ich nieodpowiedzialność, niewywiązywanie się z obowiązków alimentacyjnych, oskarżenia względem innej kobiety.
      Nigdy to nie są czarno -białe historie, ale solidarności też nam brakuje... W temacie, odsyłam też do tego tekstu:
      http://manufaktura-radosci.blogspot.com/2014/10/jak-siostra-siostrze.html

      Usuń
  13. Dziękuję za ten tekst, napisałaś to co mi w duszy gra.
    Aż udostępnię u siebie, może dobrze się stanie, jeśli parę osób po niego sięgnie..
    Pozdrowienia od imienniczki :)

    OdpowiedzUsuń
  14. A z drugiej strony Drogie Panie, czy można się rzeczywiście zabezpieczyć przed czymkolwiek? Czy życie można kontrolować, czy można w istocie swoją historię pisać samodzielnie? Przecież tak naprawdę to nic od nas nie zależy. Plany, nadzieje, marzenia, życie codzienne, decyzje... i tak dalej. Czy to rzeczywiście można uznać za przewidywalne? Czy jest nam dane wiedzieć, co się stanie i jak się skończy nasze działanie, nasze plany? Zawsze zdarzają się rzeczy, na które nie mamy wpływu. Nawet jeśli je przewidzimy i się zabezpieczymy, wydarzy się coś innego. Krótka czasem chwila zdmuchuje nas w inne obszary, niweczy wysiłki, zmienia kompletnie obraz naszego życia. Wszystko płynie. Nie ma się do czego i po co przywiązywać. Pozostaje tylko cieszyć się chwilami i za nie dziękować. Szczęśliwy, kto to potrafi.
    Ja sama żyłam sobie udanym i zaplanowanym życiem. Czyniłam wszystko rozsądnie i po kolei. Studia, staż zagraniczny, ślub, dwa lata "wolnego" życia, studia podyplomowe, planowane dzieci - parka w kolejności, jak chcieliśmy, wymarzona praca, potem własne firmy, jeden dom, drugi dom, wakacje od Chorwacji po Dominikanę, wypady na narty w Alpy, zdrowe i mądre dzieci, grono znajomych, hobby i tak by wymieniać można dalej.
    Czasami myślę, że to był sen. Najpierw szukałam winy w sobie, potem wściekałam się na świat. Mąż któregoś dnia po prostu mi powiedział, że "to nie to", że się "nie sprawdziłam", że "to już za długo trwa". Nawet nie odszedł do innej. Po prostu sobie poszedł. Z naszymi pieniędzmi, które już wtedy mógł zabrać. Firma została sparaliżowana, bo odmówił współdziałania, a ponieważ wszystko podpisywaliśmy we wspólnej reprezentacji i udziały w spółce mieliśmy równe - nie mogła podpisać czterech nowych umów na sezon, firma została obciążona karami za niewykonane części zleceń, których przez brak dostaw nie mogliśmy wykonać, on wyjechał do Australii.... Dobrze, że część spraw udało mi się załatwić bez niego, ale problemy wlokły się jeszcze przez dwa lata - z pracownikami, z urzędem skarbowym, w pewnym momencie zabrakło mi na życie. Wniosłam o rozwód. Mąż jest już w kraju, ale nie stawił się na wezwanie. Bez rozwodu nie zrobimy podziału majątku - póki jeszcze jest, co dzielić i ma to wartość i sens. On się na nic nie zgadza, rozwód mu nie jest potrzebny, następna rozprawa w listopadzie.
    Sama nie rozumiem, co się stało. Rozmowy żadnej nie ma. To tak, jakby ktoś wyłączył nagle prąd w mojej bajce. I co? Miałam zabezpieczone mieszkanie, pieniądze, majątek, było wspólnie, po równo..... niby w porządku, prawda? Najlepsze jest to, że teraz od pół roku zaczęłam swoją kolejną działalność, już sama, ale wszystko, czego się dorabiam, będzie również na pół, poza tym mam dochód, a mąż go nie wykazuje, więc alimenty czarno wyglądają. A on? Dla dzieci odstawia teatr - to dwoje nastolatków, zdezorientowanych i niepewnych, los zabrał im rodzinę i tożsamość w pewnym sensie. W domu nie było kłótni, nie było problemów, a tata nagle zniknął, mam przebrnęła, co prawda czarną dziurę, ale także kosztem nich, nasze relacje także na tym ucierpiały.
    Słowem, animując swoje życie i pilnując go, pracując dla wspólnego dobra i celu, doczekałam się niespodziewanego i niewytłumaczalnego zwrotu akcji. I tak naprawdę moje myślenie z poprzedniego życia na nic mi się zdało - jak się okazuje - w poprzedniej sytuacji i teraz też.
    Zresztą takich historii znamy wszystkie wiele. Ja jestem silna baba, jak my wszystkie, więc też to przejdę, inni mają gorzej, zawsze doceniam, co mam, ale nie wierzę, że można zabezpieczyć, zaplanować i zaopiekować swoje życie, choćby nie wiem, jak się dobrze chciało i myślało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo smutna historia. Bardzo trzymam kciuki za to, żeby wszystko się wyprostowało. Nawet jeśli nie masz rozwodu możesz wystąpić wcześniej o rozdzielność majątkową, mąż nie musi się na nią zgodzić - to tak w kontekście tego, że piszesz, że pracujesz teraz , dorabiasz się również na pół. Oczywiście jest to utrudnione jeśli on się nie stawia itp. ale trzeba to zrobić. Dobrze się poradzić prawnika, sami nie wszystko wiemy, to jasne.
      Nie wszystko możemy przewidzieć, oczywiście, ale dobrze zabezpieczać się przynajmniej na tyle na ile to możliwe. Twoim najważniejszym zasobem są kompetencje - możesz na nich zbudować nowe życie. Co by było, gdybyś ich nie miała?
      Pozdrawiam!
      M.

      Usuń
    2. Małgosiu, w trakcie rozwodu nie załatwisz w sądzie już nic, bowiem rozwód to blokuje. A jeśli druga strona nie godzi się na intercyzę u notariusza, nie ma wyjścia, trzeba do rozwodu dotrwać. Sądząc po poście czytelniczki, którego komentujemy, kobieta ma głowę na karku, ale dostała się w pułapkę. Również trzymam kciuki. Chyba nie będę odosobniona życząc, by skopała mu w końcu tyłek. No chyba, że coś więcej się wyjaśni i facet potrzebuje jakiejś pomocy. Ale skopanie tyłka i tak nie zaszkodzi.

      Usuń
    3. Ok. czyli w takim wypadku należałoby złożyć pozew o rozdzielność majątkową ( która nie oznacza, że wcześniej wypracowany majątek nie jest wspólny), tylko zabezpiecza np. przed długami partnera od momentu wprowadzenia rozdzielności, PRZED POZWEM o ROZWÓD czy tak?

      Myślę, że to ważna informacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę długość postępowania rozwodowego! Może ktoś tu zajrzy, dziś lub za rok i mu ta informacja pomoże...
      Swoją drogą jak widać i prawo nie jest wielkim sprzymierzeńcem kobiet w zapewnianiu sobie bezpieczeństwa i niezależności. Wyobrażam sobie, że trwające lata postępowanie, może skutecznie zabijać chęć do życia, a przecież to chyba standard.
      Współczuję bardzo wszystkim, którzy muszą to znosić.

      Usuń
  15. Myślę, że co wszystkie jesteśmy po jakichś "dołkach", w trakcie takich albo przed nimi. Życie to po prostu problemy. Takie czy inne. Zawsze albo z nich wychodzimy, szykujemy się na nie albo na nas spadają. Oczywiście, że trzeba się zabezpieczać, ile się da i jak się da, ale nie zawsze to się udaje. Dlatego nie ma sensu zbytnio się czymkolwiek przejmować.Czytałam niedawno niejakiego Łazariewa - różnie o nim mówią. Wydał kilka książek o tzw. karmie. Pomijając wszystkie szczegóły - powiada jedno - nie należy się przywiązywać. Czego pragniesz zbyt mocno - będzie ci odebrane albo nie będzie ci dane. Jesteśmy tutaj przejazdem. Niczego nie przynieśliśmy i niczego nie zabierzemy. Nasze jestestwo tu i teraz to część większej całości. A kolejne życia ( czy też tylko to jedno, które mamy - zależy kto w co wierzy ) są naszą nauką i odkupieniem.
    Wydaje mi się, że można w to wierzyć i nawet rozumem to pojmować. Bo jak wytłumaczyć często tragiczne i złe zrządzenia losu, które doświadczają niewinnych, bezbronnych i słabych, albo niekończącego się farta ludzi podłych, głupich i bezwzględnych? Podobno i tak wszystko zmierza do ostateczności, która jest doskonałością - każdy ma w sobie zło i dobro, które musi wypełnić swym życiem. Bywa, że jest mi lżej, gdy sobie pomyślę o życiu w ten sposób.
    Liczy się tylko chwila.

    OdpowiedzUsuń
  16. znam kilka takich historii, czasem partner umiera, czasem odchodzi zabiera co jego. Mnie uczono w domu : "każda kobieta powinna mieć własne pieniądze, własnych znajomych, własne hobby" powtarzam to jak mantrę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i jeszcze jedno- może na krótką metę ta strategia wygląda kiepsko ("Co się będę męczyć na kiepskiej posadce za osiemset złotych, kiedy księciunio zarabia 20 x tyle") ale długofalowo jest nie do przecenienia.

      Usuń
    2. miałaś mądry dom :)
      Tak, to nie chodzi o proporcje. Życzę każdej kobiecie żeby zarabiała jak najwięcej, była spełniona i szczęśliwa. Ale czasem kobiety są takie, a tak naprawdę zarabiają tylko na dojazdy do pracy i tymczasowo to też jest ok. To nie chodzi o mityczne "po równo", chociaż znam też związki, w których różnica 30 % w dochodach już jest przyczynkiem do mówienia "moja praca jest ważniejsza bo ja więcej zarabiam". Tak naprawdę nie liczą się tu cyfry, a ludzie, edukacja, umiejętność szanowania się nawzajem.

      Usuń
  17. Po pewnym czasie wróciłam tu znów. Nic nie napisałam wtedy - tak bardzo zabolało mnie odniesienie się do mojej osobistej sytuacji. Napisałam "zaszłam w ciążę", choć oczywiście odpowiedzialność powinna spoczywać na obojgu. Ale tej ciąży nie przewidział nikt, mogłabym napisać, że najmłodszy syn powstał wbrew prawom fizyki i logiki, to być może jakaś głębsza chemia. Jest jeszcze jedna rzecz. Mój mąż nie jest odpowiedzialnym partnerem. Potrzebowałam czasu, żeby sobie to uzmysłowić. Żyłam w cudownym śnie o szanujących się partnerach, o wzajemnej akceptacji, wyrozumiałości, uzupełnianiu się. Wystarczyło pół roku rozstania, aby dotarło do mnie, że to ja akceptowałam, uzupełniałam, szanowałam i byłam wyrozumiała. Wystarczyło, abym zaczęła zarabiać tyle samo co mąż, a stałam się obiektem jego krytycznych uwag, że "za wszelką cenę usiłuję pokazać jaka jestem wspaniała, żeby jego poniżyć, a w domu syf". Sam nie sprzątał. Wymagał tego od dzieci i ode mnie. Wciąż mamy wspólne dzieci, kredyt i konto. Moja karta kredytowa ma mniejszy limit niż jego, więc dwa razy w tygodniu robimy duże zakupy wspólnie. Nie ma nic bardziej poniżającego jak publiczne pretensje (w sklepie) pod moim adresem, że trwonię pieniądze. Bo tak się składa, że zakupy do domu, gdzie jest sześcioro dzieci kosztują 3-4 razy drożej niż te dla niego. Dwukrotnie odmówił zapłaty. Od obecnego roku założyłam nowe konto, tylko moje, gdzie wpływają dochody z wszystkich nowych źródeł (umówiliśmy się po rozstaniu, na co pójdą wydatki i z której puli, wciąż dotrzymuję słowa). Nie piszę tu po to, by się żalić na niefajną sytuację małżeńską, ale by uświadomić innym kobietom, żonom, partnerkom, że nie ma nigdzie przepisu na idealny związek. Może być przypadek - zaburzenia osobowości, choroba, wypadek, że nagle tylko jedno z małżonków będzie musiało stanąć na wysokości zadania i ogarnąć sytuację za dwoje. I to szybko. Kiedy się poznawaliśmy z moim mężem, lubił w towarzystwie powtarzać takie powiedzonko "Kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak ... (tu padała nazwa przedstawicieli pewnej narodowości)".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana,
      dziękuję Ci bardzo za podzielenie się Twoją prywatnością i doświadczeniem. Myślę, że to bardzo ważne co piszesz. Tak, lukrujemy rzeczywistość i uważamy, że to na pewno nas nie spotka. Nie mój mąż, nie mój partner, to nie tak, może gdzie indziej tak jest ale nie u mnie. Tymczasem życie mówi: sprawdzam.
      Uświadamiacie mi tymi komentarzami i wiadomościami prywatnymi, które od Was dostałam, jak ciągle bolesny i trudny to jest temat.
      Kobiety ciągle zarabiają mniej, często na długie lata porzucają pracę zawodową w związku z macierzyństwem. Potem trudno wrócić. Nawet jak się uda, słyszą od partnera i rodziny zamiast słów wsparcia wyrzuty: a co Ty zarobisz, zgrywasz wielką panią bizneswomen a w domu syf, dzieci z gilem do pasa. Mamo Szóstki, nawet nie wiesz jak często wraca i w ilu domach wracają takie zdania. Otwieram uszy i oczy ze zdumienia. Jak wiele mamy jeszcze do zrobienia!!!!
      I jeszcze jeden aspekt, którego nie poruszyłam. Edukacyjny, pokoleniowy. Zobaczcie, mamy dziewczyny misję pokazania córkom innego świata, innych relacji, stania się niezależnymi, mądrymi kobietami. Trudno to robić samej tkwiąc w więzieniu.
      Dorotko, ściskam.

      Usuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)