Co z tą miłością?

/
12 Komentarzy


Czwartą noc chyba nie śpię
Bo stale myśl ta we mnie drzemie, 

Że ktoś mógłby odebrać mi Ciebie

Kolejny świt już nadchodzi 

A ja nie mogę się pogodzić 
Z tym, że istnieje opcja,
Że zechciałbyś się ze mnę rozstać

Ile razy nie powiem jak bardzo Cię kocham 

Zawsze będzie za mało 

Jak mocno się nie wtulę w Ciebie

To zawsze będzie zbyt słabo 
Bo chciałabym płynąć Twymi żyłami 
Czuć to samo co Ty 
Co to znaczy, co się ze mną stało
Wytłumacz mi 
"Zawsze za mało"- A. Janosz

Słucham i nie wierzę. Nie tylko tej piosenki, podobnych jest mnóstwo. Całkiem miłe, całkiem rytmiczne, całkiem wzruszające. Nie, że się czepiam, znam tą stylistykę, znam ten stan. Tylko drogie dziewczyny, drogie kobiety: nie o to u diabła w tej miłości chodzi!


Cała w Tobie, a gdzie Ja?

Ten obraz miłości, nie jest przypadkowy. Istnieje w literaturze i sztuce co najmniej od czasów romantyzmu, chociaż jakby dobrze poszukać to urodził się znaczenie wcześniej.  Dla miłości ginąć, płakać, przeżywać katusze. Odczuwać odrzucenie, strach, obawy, niepewność, drżenie. Nie spełniać się w niej, a jeśli nawet spełniać, to tylko na chwilę. "Ja" zostawić na kołku, gdzieś w dalekim przedpokoju, niech sobie wisi, na co ono komu, gdy jest "My". 

Dopiero w liczbie mnogiej być, bo wcześniej, to nie bardzo się liczy. Połówki jabłka - czyli ciągle niekompletni. Cali, tylko w parze, a wcześniej? Phii! Wcześniej to się szuka. 

Bywa, że tak: 




I bywa, że jest to nawet śmieszne, problem w tym, że konsekwencjom daleko do kabaretu. 

Na opak

Miłość można pomylić ze strasznymi rzeczami. Dobre intencje, nie wystarczają na dobre życie. Desperacja w dobieraniu się w pary: bo trzeba, bo czas, bo biologia, niespecjalnie dobrze wróży na życie. 

Pisałam już o tym, ale nigdy dość powtarzania, bo większość i tak nie wie, a nawet jak słyszała to nie stosuje. 

Drugi człowiek nic w nas nie załatwi, nie zbawi, nie uratuje, nie zamknie niezamkniętych traum, nie zmaże magiczną gumką smutków przeszłości. Sama miłość nas nie zbawi!

Jeśli w nas nie ma miłości dla siebie i tej miłości, właśnie dlatego, z taką determinacją szukamy na zewnątrz, to proszę Państwa, nie trzeba być wróżką, żeby wiedzieć, że będzie katastrofa. Któregoś dnia na pewno. 

W życiu jak w bajce: są takie, które szukają księcia co je odmieni. Najlepiej jednym pocałunkiem. Książąt jednak, jak na lekarstwo, a nawet jak się jakiś trafi, to daj mu losie więcej z życia, niż ciągle ratować potłuczoną niebogę, co ma do siebie samej dwie lewe ręce.


Statystycznie niedobrani


Ilość związków, które nie mają nic wspólnego z miłością, a jednak tą miłością się legitymuje, jest porażająca. Z danych GUS wynika, że w 2013 roku, rozwiodło się 66 tysięcy par. Ile się nie rozwiodło, ale trwa latami, w toksycznej parze? Ile nigdy nie stanęło na ślubnym kobiercu, rozpadło się z hukiem, lub po cichu? Ile dalej żyje tłukąc talerze, albo co gorsza, siebie nawzajem, nie podpadając pod te wszystkie statystyki? Strach pomyśleć, strach widzieć, chociaż ja widzę, słyszę i przeraża mnie to bardziej, niż wszystkie medialne doniesienia o wojnie, za którymś tam oceanem. 

Schemat, który najczęściej się powtarza, to kobieta, która chce za bardzo. Ta, która, wzięła z literatury obraz sielankowej miłości i próbuje go z różnym skutkiem przeszczepić na rzeczywisty grunt. Nawet jak natrafia na grad, kamienie i sama oberwie, to biegnie ratować, naprawiać. Związek, albo raczej sam fakt posiadania mężczyzny, stawia wyżej niż samą siebie. Przystosuje się, poświęci, nie pamięta już jak żyła bez niego, boi się myśleć, co by było gdyby znów przyszło jej doświadczyć samotności. 

On nie pracuje, ona go utrzymuje. Latami. Spłaca jego długi, znosi to że w domu zajmuje się tylko tym co umie najlepiej: narzekaniem. Kilka razy ją uderzył, ale to raczej przez przypadek, bo na pewno nie miał złych zamiarów, on nie jest agresywny, przecież to taki misiaczek. Codziennie wynosi do kubła arsenał puszek po piwie, ale on nie jest alkoholikiem, nie bądźmy śmieszni. Kiedy ostatnio powiedział jej, żeby "wypierdalała", było jej smutno, ale przecież wie, że on tak naprawdę nie myśli. Miał ciężkie dzieciństwo, w pracy się nie układa, a ona jeszcze jest jędzą i ma pretensje. Takie fakty, takie życie.

Znacie to?  Na pewno. Nie chce mi się opowiadać więcej. Jeśli Wam mało, przeczytajcie na Fochu, o tym, co się dzieje, gdy partner, jest władcą fatalnym. 


Winni

Można by z tych historii, napisać świetny akt oskarżenia dla mężczyzn, ale nie zrobię tego. To prawda, są na tym świecie ludzie: kobiety i mężczyźni, od których po prostu trzeba trzymać się z daleka. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale to my podejmujemy decyzję o tym, z kim się związać. To my wybieramy ślepotę i głuchotę, to my łapiemy się na lep fałszywej miłości i trzymamy się go rękami i nogami. 

Same jesteśmy sobie winne dziewczyny. Same też mamy moc, żeby sprawić, żeby nasze życie wyglądało inaczej - same musimy umieć stawiać granice i odsuwać się od tego co nas niszczy. 

Mechanizmy uzależnienia od oprawcy, mechanizmy trwania w toksycznych związkach są potwornie silne. Więcej o tym, już niebawem. Dlatego tak istotna jest edukacja i reagowanie ZANIM to wszystko zdąży się zdarzyć i zanim będziemy oplątani złym związkiem jak mucha pajęczyną. 


Fakty

Żaden słaby, niszczący związek, którego bilans wychodzi na minus, nie jest lepszy od zwykłej, łagodnej samotności. 

Żadna miłość, która zadaje ból i rani, nie jest prawdziwą miłością. 

Można dobrze żyć:  nie tylko w parze, ale i bez pary. 

Desperacja nigdy nie jest dobrym doradcą. 

Jeśli wpadłeś w pułapkę, poszukaj pomocy. 

Dobra miłość daje spokój i wsparcie. A już na pewno nie wymaga zatracenia siebie samego. 

Nie ważne jak dobre "MY", "Ja", zawsze pozostaje "Ja". Porzucić je, oznacza porzucić siebie. Bardzo trudno jest się potem odnaleźć.

Kochajmy się, ale z głową. Romantyczne dramaty lepiej przeżywać z rozwagą i pozostawić na wieczne używanie literaturze. Ona wie co z nimi zrobić.




Zobacz również

12 komentarzy:

  1. Kolejny taki kwiatek: RED LIPS "Zanim odejdziesz"
    Kiedy słucham takich tekstów, nóż mi się w kieszeni otwiera. Przerażające jest to, jak wiele osób uczy się życia z tekstów piosenek i kolorowych seriali. Smutne, że nie mamy własnych przemyśleń na ten temat, że nie uczymy się na błędach swoich i cudzych, że potrzeba bliskości (jakiejkolwiek) jest w nas silniejsza niż szacunek do siebie i wewnętrzna godność.
    Dużo gorzkiej prawdy w tym tekście, tak samo o kobietach, jak i mężczyznach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mogłabym być na wynajem,
      Dziewczyną do towarzystwa,
      A gdy odpłyniesz daleko,
      Będę jak cicha przystań."

      O LOSIE!!!! Rzeczywiście kwiatek....
      Wiesz, ja myślę, że wielu się to wydaje takie romantyczne, takie słodkie, takie urocze - może dlatego to lubią, może dlatego wolą taką prawdę o miłości. O ile taka sztuka jest towarem eksportowym nastolatek i młodych kobiet - połowa biedy. Ja widzę jednak, że strasznie wiele kobiet i mężczyzn pewnie też, z tego nigdy nie wyrasta. Smutne, ale i prawdziwe.

      Usuń
  2. Cały post jest super, bo dotyka spraw, które stają się udziałem większości kobiet na świecie. Z jednym się tylko nie zgadzam (głos polemiczny): "Same jesteśmy sobie winne dziewczyny". To nieprawda. Nie możemy w takich rozważaniach pominąć wychowania, wpływu środowiskowego i oczekiwań społecznych. Nie każda jest typem buntowniczki (skąd to brać, jeśli nie wpajają, że można się nie godzić?) - wiele myśli, że życie właśnie tak wygląda. Mama tak miała, babcia i pani Zosia z czwartego, i ciocia Halinka.
    Skupiłabym się na wyraźnym podkreślaniu, że MOŻESZ, MASZ PRAWO i zależy od ciebie. Wiesz, że wiele kobiet nie zdaje sobie w ogóle sprawy z faktu, że mogłaby coś zrobić (bądź nie zrobić, np. obiadu)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asiu, zgadzam się i nie zgadzam.. Piszesz, że wiele kobiet nie wie, że czegoś może nie zrobić, odmówić itp. Tak.. ale gdyby iść tym torem myślenia, to to, że nie wiedzą jest też pewnego rodzaju wyborem. Nie żyjemy już w oderwaniu od tych nowych "rewolucyjnych" dla niektórych wzorców, to co nam niosą w spadku pokolenia, to nie jest jakiś determinant, który musimy sobie wziąć jak własny, wystarczy czasem się rozejrzeć. Nikt też przecież dziś nikogo nie zmusza do małżeństwa, nikt na siłę nie aranżuje związków. Kto więc wybiera sobie na męża gościa, po którym z daleka widać, że to agresor albo buc? Kto się wiąże z dziewczyną tak niestabilną emocjonalnie, że nie sposób stwierdzić, co zrobi po południu, co dopiero mówić o perspektywie 10 lat? Kto jest za to odpowiedzialny? Kto decyduje? Ja bym zostawiła wpływy wychowania, środowiska i oczekiwania. Jedni są na nie mniej odporni, inni bardziej. To prawda, to ma znaczenie, nie śmiem przeczyć.
      Ja pochodzę z rodziny, w której jedna kobieta drugiej mówi, że powinna się wstydzić własnego męża, że ma bałagan w szafie. To taki oczywiście kamyczek, dowcip dla mnie właściwie, ale podszyty samą prawdą o stosunkach damsko -męskich i rolach w rodzinie. Z jakiegoś powodu tak nie myślę sama - może dlatego, że jestem właśnie buntowniczką, może dlatego, że prędzej bym była sama, niż wpasowałabym się w taki układ, może dlatego że dojrzałam dobrze przed 30, może w ogóle mało reprezentatywny ze mnie przykład.. Ale.. wybieramy w co wierzymy i wybieramy też, żeby pewnych rzeczy nie widzieć. Tak, nieraz ze strachu, nieraz po prostu z braku wsparcia, ale jednak bym tej siły sprawczej i możliwości wpływu na swoje życie i swoje związki nie oddawała tak łatwo w cudze ręce. Podtrzymuję więc: sam jesteśmy sobie winne. Może nie zawsze w 100 % , ale nawet jeśli to będzie te 30 %, to dobrze mieć tego świadomość.
      I nie chodzi o to, aby się obwiniać, ale aby WIDZIEĆ WPŁYW - i to co podkreślasz, własne prawo do decydowania o tym, aby żyć inaczej.
      Serdeczności!

      Usuń
    2. Przepraszam, że teraz dopiero odpowiadam, ale nie chciałam tego zostawić, żeby nie dopowiedzieć, o co mi chodziło. Otóż kiedy używa się słowa "winna", sformułowania "sama jesteś sobie winna", to stwarza się bardzo zły klimat. Wiele kobiet czuje się winnymi wszystkiego i to im nie pomoże.
      Ja oczywiście rozumiem, co Ty masz na myśli - odpowiedzialność za własne życie. Ale uważam, że lepiej mówić: możesz, wolno ci, spróbuj inaczej, jesteś panią samej siebie, masz prawo decydować. Czyli - krótko - motywować pozytywnie.
      Gdy ktoś ma w życiu naprawdę potężne problemy, to po "twoja wina" najczęściej się podda.

      Mam nadzieję, że teraz udało mi się doprecyzować :)

      Usuń
    3. Zgadza się, samo obwinianie, jeśli nic za nic nie idzie, może być dołujące, to prawda Asiu, rozumiem do czego zmierzasz. Nie taki był dla mnie sens tego zdania, ale zgadzam się, że trzeba go używać rozważnie, dzięki za uwagę:)

      Usuń
  3. Zbyt kategoryczna Małgorzata. Jakby nie wiedziała, że czynników wpływu jest zbyt wiele, czasem teoria może być opanowana, prób praktycznych nastąpiło wiele, a lizanie ran odbiera możliwość i szanse na wybór. ... oooojjjj Małgosiu coraz więcej dźwięku pychy niż empatii słyszę tutaj. ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu nie chodzi o to, żeby lizać rany po raz piętnasty, tylko o to, żeby wyzdrowieć. Otworzyć w końcu oczy i zobaczyć w czym się tkwi. Czasem kobiety bardzo nie chcą tego robić. Nie dlatego, że nie wiedzą, czy nie mają możliwości. Dlatego, że łatwiej i wygodniej funkcjonować w znanych schematach.
      Nie widzę tu pychy, tylko bardzo rozsądny głos w obronie kobiet, paradoksalnie. Nie przeciwko nim.

      Usuń
    2. Nie o tym był komentarz.
      Zastanówcie się nad tym, co może zrobić kobieta, która wyboru dokonała, ale nie ma instrumentów, by wprowadzić go w życie.....

      Usuń
    3. Tak funkcjonujące osoby często dotyka syndrom ofiary. Napiszę o tym niebawem, to bardzo szeroki temat i obecny nie tylko w związkach, ale generalnie w bardzo wielu aspektach życia. Takie osoby zawsze jakoś spotyka coś, po czym znów liżą rany - dodatkowo ta perspektywa braku wyboru.. uwięzienia w sytuacji bez wyjścia.. I tak w kółko.... To bardzo mocne mechanizmy, które trzeba zobaczyć, żeby się od nich uwolnić. I rzeczywiście, rzadko to się udaje samodzielnie.

      Usuń
  4. Małgosiu, co z tym syndromem ofiary? Czy czasem brak ww. "Instrumentów" to nie uleganie syndromowi ofiary, ale np. odpowiedzialność za innych? Na przykład za dzieci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. napiszę, napiszę, temat jest bardzo szeroki. Nie umiem odpowiedzieć tak bez kontekstu. Dzieci potrzebują poczucie bezpieczeństwa, miłości, w rodzinach dysfunkcyjnych często utrzymuje się relacje "dla dobra dzieci", tylko, że to nie ma z tym dobrem dziecka nic wspólnego - nie służy mu.

      Usuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)