Natura ( nie ) na receptę

/
8 Komentarzy
Wydawnictwo Relacja

Mamuniu, mamuniu, chodź za mną - zawołała Amelka, kiedy weszliśmy do przedszkolnego ogrodu, w czasie rodzinnej imprezy.  - Chodź tutaj -  mówiła szeptem prowadząc mnie pod płot, prosto w krzaki -  Tu jest taki malutki lasek. Rosną tu malutkie drzewka. Tu się zaczyna, a tu kończy -   Patrz! - powiedziała drżąca i teatralnie przejęta. Miniaturowa dżungla składała się z dwóch czy trzech krzaczków w otoczeniu jednego lub dwóch dostojnych drzew - ale to one sprawiły, że ten zwykły parkan, malutki zakątek pod płotem, zmienił się dla mojego dziecka w las z bajki, o którym szepcze się mamie w pełnej przejęcia konspiracji.
Byłam świeżo po lekturze "Ostatniego dziecka lasu", Richarda Louv i  to małe zdarzenie, otuliło mnie radością i nadzieją. Że jeszcze nie wszystko stracone.

Prawie wszyscy cierpimy na zespół deficytu natury. Niedobór witaminy "N" jest jeszcze bardziej powszechny niż ten związany z witaminą "D". Żyjemy odcięci od świata, zamknięci w domach z betonu, w pojazdach, które wożą nas tam i z powrotem. Tak też żyją nasze dzieci. 

Louve, który jest amerykańskim dziennikarzem, doradcą Fundacji Forda, pisze, że zespół deficytu natury, jest naszą ceną, którą płacimy za odwrócenie się od świata przyrody. Czym skutkuje? Otępieniem zmysłów ( nie pamiętamy już do czego służył nam pierwotnie nos, ręce czy nogi, jesteśmy mniej wrażliwi na to czego doświadczamy), niedoborem uwagi, problemami z koncentracją,  częstszym występowaniem chorób fizycznych i psychicznych. Niedobór kontaktów ze światem zmysłowym, z tym co nas otacza, pośrednio wpływa na nasze życie we wszystkich jego obszarach. Zmienia zachowania ludzi, którzy nie potrafią odreagować stresu, sposób planowania przestrzeni miejskiej ( po co tracić cenne miejskie metry na parki i skwerki, kiedy zmieści się nam jeszcze jeden blok?), przyczynia się do wzrostu przestępczości w miastach i poziomu niezadowolenia z życia ( także depresji) u mieszkańców molochów, z których nie bardzo jest gdzie uciec. 

A kiedyś..

Trzydzieści, pięćdziesiąt lat temu, dzieci pytane o  ich ulubione miejsce zabawy, opowiadały o jaskiniach, domkach na drzewie, zagajnikach czy małej rzeczce, która płynęła za domem. Dziś, coraz częściej mówią, że lubią się bawić "w środku, bo tam są wszystkie urządzenia elektryczne". 

Codziennie obserwuję takie dzieci, które po wyjściu z zamkniętego pomieszczenia próbują wyładować swoją naturalną energię. Często słyszą " nie biegaj", "powoli", "uspokój się", a ja zastanawiam się co mają zrobić ze skumulowanymi bodźcami, które zbierały przez cały dzień?  Kiedy mają je odreagować? Kiedy mają biegać, spocić się i być dziećmi?

Ile czasu spędzaliśmy na dworze, kiedy byliśmy mali?  Ile dziś spędzają nasze pociechy? Jaka jest jakość tego naturalnego kontaktu? Czy jest w nim miejsce na nieskrepowane odkrywanie, na zabawę bez narzuconych schematów, na ubrudzenie się, dotknięcie drzewa, ziemi, grzebanie patykiem w błocie? 

Przyroda działa jak balsam dla duszy. Otula spokojem, wycisza, uspokaja. Pomaga uporządkować emocje, przyjmie i radość i gniew i ekscytację. Pobudza wyobraźnię i kreatywność.  "Jeśli mu tylko pozwolić - pisze Louv - dziecko zabierze swoje zagubienie w świecie do lasu,  opłucze je w strumyku i wywróci na drugą stronę, żeby zobaczyć co się tam kryje. Przyroda może też dziecko przestraszyć i ten strach ma swój cel. W przyrodzie dziecko odnajdzie wolność, wyobraźnię i prywatność: to miejsce z dala od świata dorosłych, jego własny (s)pokój."

Przyroda także leczy: łagodzi objawy depresji, korzystnie wpływa na dzieci z ADHD i problemami z uwagą, okazuje się być lekarstwem tanim ( na szczęście jeszcze ciągle w większości wypadków bezpłatnym), bez skutków ubocznych i bez konieczności odwiedzania lekarza i farmaceuty. 

Coś jest nie tak...

To, że dziś zapominamy o tym co mamy za darmo, o tym co stanowiło przez wieki fundament naszego życia -  a szukamy rozwiązań skomplikowanych, drogich i przeważnie mało efektywnych - zdaje się być najbardziej symptomatycznym znakiem tych czasów.

Człowiek, cokolwiek by o nim pisać i mówić, nie został stworzony do życia w zamknięciu, do oddychania powietrzem z klimatyzatora i jedzenia pożywienia z mikrofalówki. Nie hoduje się nas pod kloszem z plastiku. Dlaczego więc, tak często chcemy tak żyć? Czemu boimy się dać prawdziwe życie naszym dzieciom? Czy ten strach przed zagrożeniem, przed naturą, przed światem, który nas otacza, to nie pewien spisek, złudzenie, stworzone po to, aby sprzedać więcej, osiagnać więcej i uzależnić nas od tego, co potem wydaje się być nam niezbędne, a nie jest i nigdy nie było? 

Natura jest piękna w swojej prostocie i w swojej bliskości. Nawet żyjąc w miastach mamy do niej dostęp. Nawet na własnym balkonie, możemy wyhodować sobie namiastkę prawdziwego ogrodu.  

Deficyt natury -  jeśli go nie zaspokoić z czasem znika. Przestaje być odczuwalny jako potrzeba - ale dalej - boleśnie odczuwamy jego skutki. 

Co zrobisz ze swoim deficytem? Zakopiesz w kącie, wyciszysz jak natrętną komórkę,  a może po prostu, pójdziesz na spacer do lasu? Kontakt z naturą jest prosty, nie wymaga gadżetów, nie trzeba go sobie umawiać miesiąc do przodu. Wystarczy iść. Ona czeka. Codziennie. 

Co z tym zrobisz?




Zobacz również

8 komentarzy:

  1. A do jakiego życia został stworzony człowiek, bo ja się w tym gubię.
    Mieliśmy kiedyś naturę, to nam to nie odpowiadało, mamy cywilizację ze wszystkimi jej konsekwencjami i wcale na dobre to nam nie wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no chyba nie do życia " w szklarni" wielkiego miasta;) Równowaga głupcze chciałoby się sparafrazować pewnego amerykańskiego prezydenta;)

      Usuń
    2. Problem w tym, że człowiek nie potrafi zachować równowagi. Ja na przykład jak ryba w wodzie czuję się w naprawdę wielkim mieście, anonimowo, bezpiecznie - paradoks taki?
      Ale jak kilkanaście lat temu mieszkałam w miejscu bez zieleni w zasięgu wzroku, to fizycznie czułam jej brak. Chociaż niby jakaś tam trawka była.
      Więc się całe życie zastanawiam, gdzie bym zamieszkała na stałe, gdybym miała wybór. I nie wiem. Całe szczęście, że nie mam wyboru, a mieszkam w nie najgorszym miejscu:).

      Usuń
  2. Podpisuję się pod tym postem całą sobą. Po raz kolejny doceniam mieszkanie na tzw wygnajewie, mimo wszystkich niedogodności, jakie się z tym wiążą. Pozdrawiam przesyłając co nieco wiosennego wiejskiego powietrza:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja miałam takie "naturalne dzieciństwo" - wychowywałam się na wsi. Całe dnie spędzone na dworze, często bez względu na pogodę, brodzenie po kałużach, wyprawy w miejsca oddalone od domostw, gdzie przeżywaliśmy przygody, które do tej pory pamiętam. Ten post pozwolił mi się cofnąć myślami w tamte szczęśliwe czasy. Teraz kiedy przyjeżdżam na wieś, widzę, że wszystko się zmieniło i tam matki próbują trzymać dzieciaki pod szklanym kloszem - już nie ma biegania po kałużach ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Spotkałam dziś lochę z małymi. W mieście. W rezerwacie. Biegając. Taka niespodzianka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdyby 30-50 lat temu dla dzieci były dostępne takie urządzenia elektroniczne jak teraz, to sądzę, że byłyby one nimi równie zafascynowane jak współczesne. /dzierzba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodzi o to, aby ich nie używać wcale, ale o to by pokazać także alternatywę. Elektroniczny świat nie jest całym światem.

      Usuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)