Całkiem wcześnie

/
9 Komentarzy


Mówi się, że młodość jest po to, aby wszystko zaczynać. Dzieciństwo porównuje się do pasa startowego, po którym toczymy się najpierw nieporadnie, na czterech, potem na chwiejnych nogach, aż wreszcie osiągając lat naście zbieramy się do ostatecznego startu, żeby potem już tylko lecieć. Wyżej i wyżej. 


Ale co jeśli startu nie było? Albo spotkał nas falstart? Albo to nie był ten samolot, ani ten kierunek, a na dodatek boimy się latać? Co wtedy robić? Zawracać, szukać spadochronu, oglądać widoki i lądować na własnym lotnisku. 

Naprawdę, zawsze lepiej zawrócić, niż lecieć tam, gdzie nie ma czego szukać.


Wyuczona bezradność

Och jak kochamy oddawać odpowiedzialność! Jak uwielbiamy mówić w trzeciej osobie! On -  ona - człowiek.  Jest taki bezradny. Gdzie wiatr niesie tam leci. Jak dmuchawiec na wietrze. Co tu robić, takie życie. Tak wyszło. Samo. Nic nie poradzę. Taki los. Historia kończy się, zanim  się dobrze zaczęła, bo przecież kto widział zaczynać po trzydziestce, po czterdziestce, po pięćdziesiątce. 

Czas, mnóstwo czasu

Leżałam wczoraj wieczorem w łóżku. I liczyłam. Liczyłam lata.

Wyszło mi, że gdy moja Córka będzie miała tyle lat co ja dzisiaj i będzie dorosłą kobietą, ja sama ledwo przekroczę 60 -tkę.  Jeśli dopisze mi szczęście i zadbam o siebie należycie, to biorąc pod uwagę statystki i ciągle rosnącą średnią długość życia kobiet, pozostanie mi jeszcze jakieś 20-30 lat życia. Masa czasu! Czym jest więc dziś, moje trzydzieści kilka? Zaledwie preludium! Zaledwie początkiem!

A nawet gdyby dobry los poskąpił mi tych lat, to przecież te, które zostają, są tym bardziej cenne i tym mocniej trzeba się starać, aby ich nie stracić, aby je przeżyć dobrze. Bo byle jak to nie sztuka. To potrafią wszyscy. 


Kariera, głupcze!

Świat lubi nam mówić, że czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał. Opowiada bajki o błyskawicznych karierach i czasie, który należy gonić z wywieszonym językiem. Żyjemy w takt dźwięków zegara i odliczamy miesiące: do końca szkoły, do końca studiów, do awansu, do kolejnej przeszkody, która trzeba będzie przeskoczyć. Bo jeśli nie teraz, to nigdy. Bo jeśli nie już, to przecież nie jutro. 

Anglosasi znają pojęcie "gap year" czyli specjalnego okresu (niekoniecznie roku) pomiędzy etapami życia. Najbardziej popularny jest gap year w okolicach ukończenia szkoły średniej / rozpoczęcia studiów. Czas ten jest wykorzystywany na zdobycie doświadczenia w nowym, odmiennym środowisku i kulturze, jako nauka samodzielności czy też realizacja marzenia o „podróży życia”. Wyrusza się przed siebie, czasem pracuje, czasem odwiedza miejsca, do których nie dotarło się nigdy wcześniej. Zwyczaj ten jest reliktem procesów inicjacyjnych, występujących w bardzo wielu kulturach i pozwala na wejście w dorosłość, lepsze poznanie siebie i odkrycie własnej, przeznaczonej drogi. 

W Polsce ciągle pokutuje myślenie o "straconym roku", straconych latach, których jakoby nigdy się nie dogoni, które są trudną do nadrobienia przerwą w "normalnym życiu". 




Zaczynać od nowa? Zawsze!

Wielu wielkich tego świata, nie miało błyskotliwych początków. Sukces wcale nie przychodził do nich mówiąc metaforycznie o świcie, raczej późnym popołudniem lub o zmierzchu. Musieli się sporo o sobie dowiedzieć, musieli zdobyć niezbędne doświadczenie, kilka razy w życiu się pomylić, zanim to wszystko o czym marzyli zaczęło przybierać rzeczywiste ciało. Nie zawsze dało się na skróty. Nie zawsze start był spektakularny, a wielu zdarzały się katastrofy. 

  • Winston Churchill - został premierem Wielkiej Brytanii w wieku 62 lat, wcześniej wiele razy przegrywał wybory chcąc dostać się do Parlamentu. Jego wcześniejsze losy nie były specjalnie bogate w sukcesy: służył w armii, pracował jako korespondent wojenny, trafił do obozu jenieckiego. To on powiedział " Nigdy, przenigdy się nie poddawaj". 
  •  Henry Ford - założył "Forda" w wieku 40 lat. Jego wcześniejsze firmy ponosiły spektakularne porażki, wiele razy nic mu się nie udało, w początkach ery motoryzacji, uważano go zapewne za wariata. 
  • Frank Lloyd Wright - architekt, najlepsze budynki zaprojektował po 65. roku życia, a nad  najbardziej znanym swoim dziełem, Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku pracował do śmierci ( miał 91 lat kiedy zmarł) 


Nigdy nie jest zbyt późno. Zawsze warto zaczynać. Jeśli nie po to, aby od razu osiągnąć spektakularny sukces, to właśnie po to, żeby lepiej, odważniej żyć. 

To samo w sobie znaczy już bardzo wiele. A właściwie, to chyba znaczy wszystko. 


Zobacz również

9 komentarzy:

  1. A całe to poczucie straconego czasu albo niechęci do kolejnych startów w nowe przygody bierze się ze stereotypowego modelu życia, w którym miejsce i czas na coś jest tylko jedno.
    Drugim z kolei kłopotem jest życie nie w miejscu i czasie, w którym jesteśmy.
    Albo bowiem wracamy do przeszłości i rozpamiętujemy, żałujemy czy też napawamy się tym, co było albo martwimy się, wybiegamy i wyobrażamy sobie przyszłość.
    Wszystko to zaś w zestawieniu ze stereotypem myślenia człowiek "ucywilizowanego".
    A sekret chyba jest taki, że należy żyć w tym oto miejscu, tu i teraz i cieszyć się tym, co mamy ochotę robić. Wtedy nie myśli się o tym czy aby jesteśmy w dobrym wieku na to czy tamto, czy wypada czy trzeba było wcześniej albo dlaczego dopiero teraz.
    Skoro czegoś nie zrobiliśmy kiedyś znaczy, że nie byliśmy na to gotowi, odpowiednio świadomi, nie był to nasz czas.
    Czas jest zawsze. I jest dla nas. Nawet gdyby go było nominalnie mało, to pojęcie "małości" opieramy tylko o pewne wartości i kryteria, których nas nauczono.
    To tak, jakby nie było sensu poznawać ludzi po czterdziestce, bo po co, nie było sensu uczyć się językach, bo trzeba było za młodu, teraz już nie warto, bo po co uprawiać sport, jak to tylko dla młodych i i tak się już niczego nie osiągnie.
    A tu nie o osiągnięcia chodzi. Ale o własne kształcenie, dla siebie, dla swojej świadomości i przede wszystkim radości.
    Poza tym, żeby czegoś dokonać, też trzeba coś przeżyć.
    Słowem, jesteśmy jacy jesteśmy. W momencie, w którym jesteśmy.
    I to od nas zależy jak przeżyjemy ten moment.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weszłam, przeczytałam i podpisuję się pod wpisem i Twoim komentarzem w całości, a szczególnie pod tym: "A tu nie o osiągnięcia chodzi. Ale o własne kształcenie, dla siebie, dla swojej świadomości i przede wszystkim radości."
      I tak trzymajmy!
      Ja już czekam na 60-tkę i co się po niej zacznie, bo po poprzednich dziesiątkach zaczęło się dużo:)

      Usuń
  2. Może te nasze późniejsze początki są nawet lepsze, dojrzalsze. Pewniej stoimy na nogach, więc mocniej odbijamy się od ziemi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za ten tekst, jest dla mnie wsparciem w momencie mojego życia, kiedy chcę wszystko zacząć od początku, zrobić rewolucję w moim życiu i to przed 40-tką (o raju, jak ten wiek brzmi!!!). Strach w oczach, ciekawość w głowie i radość mieszająca się z nadzieją w sercu-oto ja u progu potencjalnych zmian:)

    OdpowiedzUsuń
  4. mi też otwiera oczy, jestem przed 40 a czasem zmęczenie odbiera nadzieję, porażki jedna za drugą i ciągle pod górkę ale jeśli sama nie uwierzę i... nie zacznę stawiać kroków ku nowemu nic się nie wydarzy. dzisiaj sobie to uzmysłowiłam

    OdpowiedzUsuń
  5. lubimy mówić, jak bardzo jest trudno, licytować się komu trudniej, popularne książki u nas to te o ludziach po przejściach, ciężkich chorobach zamiast więcej afirmować życie, cieszyć się i nastawiać na to, że przyszłość będzie dobra a nie tylko pod górkę, że jesteśmy zdolni, wykształceni, super, a nie, że najlepiej tylko wyjechać, nic się nie da. jesteśmy tutaj więc twórzmy dla siebie wokół fajne otoczenie, aurę - tutaj trzeba zauważyć innych obok nas, nie można tylko siebie mieć na uwadze, trochę szerzej- tyle ile można, codziennie, małe kroczki, małe, zauważać :-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziekuje za Pani bloga,zagladam codziennie bo w kazdym dniu dodaje mi sil do dzialania.Moim marzeniem jest by wszyscy byli szczesliwi!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubię historię o zwrotach, znalezieniu swojego miejsca bez względu na wiek. Mam kilka takich w rodzinie. Kobiety, które najpierw się wzbraniały przed zostaniem pielęgniarkami, by potem jednak pójść do tej szkoły. Człowiek, który zaczął od szkoły zawodowej, bo mu kazali zdobyć zawód i pójść zarabiać, po kolejnych etapach nauki został dyrektorem domu dziecka. Ludzie, którzy potrzebowali dostać od życia kopa, żeby spojrzeć i stwierdzić, że trzeba było inaczej. Moja ulubiona historyjka z internetowych, czy gazetowych tekstów o coachingu to o 33-letnim menedżerze, który doszedł do wniosku, że tak naprawdę zawsze chciał być chirurgiem i poszedł na medycynę. Oglądając po-raz-nie-wiem-który "Fight Club", tym razem zapamiętuję scenę z niejakim Raymondem K. Hesselem, któremu Tyler przystawia pistolet do głowy i pyta, kim zawsze chciał zostać. A może, o czym marzy. W każdym razie Tyler obiecuje, że odwiedzi go za rok i zabije, jeśli nie jest na drodze do spełnienia swojego marzenia, by zostać weterynarzem. Myślę, że mnie może powinien ktoś przyłożyć pistolet do głowy. Czasem marzę o jakiejś małej katastrofie, bo bez niej nie zacznę od początku. Dobrze mi wychodzi cieszenie się drobnymi rzeczami, wdzięczność, docenianie, nie marudzenie (czasem marudzę, ale tak mam, gdy jestem niewyspana), robienie fajnych rzeczy w fajnym gronie i pokazywanie (sobie, w nadziei, że zobaczą też inni i nie będzie "hejtów", malkontenctwa i zawiści), że wcale nie potrzeba pieniędzy, ani w ogóle niczego, że wystarczą przyjaciele i małe przyjemności. Jednak gdzieś poza tym cały czas trwa uczucie, że nie wiem właściwie, kim jestem, że rzeczy, które miały być tymczasowe, trwały latami i że tak sobie dryfuję, bo chwilowo nie mam pomysłu. Albo odwagi. Nie odkryłam jeszcze swojego miejsca, wiem tylko na pewno coraz więcej o tym, czego nie lubię, nie czuję, nie potrafię, jakim człowiekiem na pewno nie chcę się stać. Może, chociaż celowo ignoruję okrągłe liczby i umowne zmiany daty, jakoś mnie uwiera podświadomie, że do trzydziestki wypadałoby wiedzieć. A może w cyklu siedmioletnim, w 28. roku życia dopadło mnie pragnienie, żeby poznać siebie naprawdę, dowiedzieć się, co powinnam ze swoim życiem zrobić. Czasem nie mogę zasnąć albo budzę się w środku nocy, bo boję się, że kiedy w momencie śmierci stanie mi przed oczami moje życie, zobaczę momenty, kiedy powinnam coś zrobić, a nie zrobiłam - i będzie to takie proste i oczywiste, że aż mi będzie bardzo głupio po prostu. Chodzę sobie póki i co, cieszę się kwitnącymi drzewami, kotami wygrzewającymi się w słońcu i tym, że powoli moja niechęć wobec rajstop (zwłaszcza tych cienkich, bo grube czarne zimą lubię) przegrywa z miłością do sukienek. A w środku mam układankę z brakującym puzzlem albo mechanizm z nienakręconą sprężyną, czy wybitym kołem zębatym. I czekam, aż to coś wskoczy na swoje miejsce.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)