Asekuranctwo? No way!

/
2 Komentarzy
Pingwiny z Madagaskaru by Nickelodeon


Kiedy myślę o bezpieczeństwie dziecka i o granicy między „mogę”, „nie mogę”, „tu ryzyko jest umiarkowane” a „tu zaczyna się sfera tego, co niebezpieczne”, przypomina mi się scena z Pingwinów z Madagaskaru, kiedy szef walecznych ptaków potrząsa jednym ze swoich współtowarzyszy, krzycząc: „Chcecie wpoić chłopakowi asekuranctwo? No chcecie?”.


– No nie chcecie – odpowiadam w duchu i patrzę ze spokojem, jak moja córka z impetem skacze z parapetu na łóżko czy wdrapuje się na drabinkę, która nawet na moje liberalne oko wydaje się nieco zbyt wysoka.

Jak zapewnić bezpieczeństwo dziecku? 

Jean Liedloff – amerykańska pisarka, autorka W głębi kontinuum – która spędziła pewien czas w dżungli, w towarzystwie dzikiego plemienia Yequana, opowiadała mrożące krew w żyłach współczesnych matek i ojców historie o tym, jak maleńkie, raczkujące dzieci bawiły się na brzegu głębokiego rowu lub podchodziły bezpośrednio do ognia. Nie wywoływało to żadnego napięcia w dorosłych, nikt nie biegł ratować oseska, nikt nie krzyczał „uważaj”, „nie dotykaj”, nie ostrzegał i nie koncentrował całej uwagi na bezpieczeństwie dziecka, któremu... nic złego się nie działo.

Liedloff, powołując się na swoje obserwacje i antropologiczne dowody, wyjaśnia, że dziecko, podobnie jak wszystkie młode zwierzęta, ma głęboko zakorzeniony instynkt samozachowawczy i realistyczne wyczucie swoich możliwości. Jeśli tylko rodzic pozwoli mu eksplorować świat i w granicach rozsądku badać także to, co nie do końca wydaje się bezpieczne, nic się nie stanie. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zamiast korzystania z instynktu uczymy dziecko, że to dorosły, opiekun ten instynkt zastąpi. 

„Jeśli matka sugeruje społecznemu instynktowi dziecka, że jej powinno zostawić bezpieczne kierowanie sobą, wówczas chętnie na to przystaje. Jeśli jest bezustannie śledzone i kierowane tam, gdzie zdaniem matki winno podążać, zatrzymywane i strofowane, gdy kieruje się własną motywacją, w niedługim czasie nauczy się nie odpowiadać za siebie, jako że ona daje mu do zrozumienia, czego odeń oczekuje” – pisze Liedloff.



Nie strasz dziecka!


Cokolwiek by sądzić o tych poglądach, pewnie większość z nas zgodzi się, że zarówno zbyt intensywna, jak niewystarczająca pomoc i ochrona dziecka są szkodliwe dla jego rozwoju i czynionych postępów.
Bombardowani przez świat obrazami grozy i zniszczenia, wierzymy dziś, że życie to sport ekstremalny i ten swój strach przekazujemy dzieciom. Kask do raczkowania, ochraniacze na kolana, monitor oddechu czy matczyny anioł stróż drepczący krok w krok za maluchem na placu zabaw – to wszystko przejawy lęku, który rodzi się w nas i który potem pójdzie w świat za naszymi dziećmi. Pytanie, czy tego właśnie chcemy? Czy wybieramy naukę zaufania sobie i własnej rozwadze, czy pragniemy na trwale przekazać małemu człowiekowi, że bez nas z pewnością sobie nie poradzi i zginie marnie.


Dziecko ostrożne, czy nieostrożne? 

Moje „nieasekuranckie” dziecko w gruncie rzeczy jest bardzo ostrożne i rozważne. Umie prosić o pomoc, umie jej odmówić. Ja, jako matka, nauczyłam się w procesie naszej wzajemnej socjalizacji nie stwarzać i nie prowokować sytuacji zbyt niebezpiecznych. Pokazuję, że piekarnik jest gorący, ale nie zostawiam garnka z wrzątkiem zaraz obok dziecięcych rączek, nie bronię skoków z parapetu, ale zamykam dokładnie okno. Ten kompromis daje nam wzajemny spokój i jak na razie sprawdza się nadspodziewanie dobrze.



Czy asekuracja ma sens?

„Asekuracja nie ma sensu”, mawiali Wallendowie, artyści cyrkowi, wykonujący akrobacje na linie. Demoralizuje, dając fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Obniża koncentrację, sprawia, że o wypadek dużo łatwiej. Jeśli boisz się, że spadniesz, to spadniesz. Jak w życiu. Jeśli dziecko otrzymuje przekaz, że rodzic zawsze je ochroni, to przestaje uważać. To małe i to większe. Bada granice i próbuje ustalić własne, nie zawsze bezpiecznie.
Dziewięćdziesiąt dziewięć procent rzeczy, których się obawiamy, nigdy nie będzie miało miejsca. Poza tym na sporą część z nich mamy ograniczony wpływ. Dlatego naszym zadaniem, jako rodziców, jest nie tyle bać się i bezustannie ochraniać, co dozować sobie i dzieciom swój strach. Balansować tak, aby upadki były możliwie jak najmniej bolesne, a nauka z nich jak najtrwalsza i najskuteczniejsza.

Czy to właściwy kierunek? Trudno jednoznacznie osądzić. Jednak jeśli ludzkość, która przecież zaczynała tak jak plemię Yequana, do dziś nie wyginęła, to chyba coś w tym musi być. 




Test napisałam do Antologii Macierzyństwo bez lukru. Właśnie ukazała się trzecia część. Tym, którzy nie znają, przypominam, że cała akcja "dzieje się" w bardzo szczytnym celu i cały dochód ze sprzedaży e-booka zasila konto pewnego przemiłego Mikołaja. Polecam!!!!




Zobacz również

2 komentarze:

  1. Hi, hi, moje dzieciaki po tej ścieżce ze zdjęcia koniecznie same - żadnego trzymania za rękę;-) Dwa razy (na 20, 30?) skończyło się z nogą w wodzie. No i co? No i nic. Tylko Róży trzeba było obciąć nogawki do kolan...
    Tak w ogóle to jestem bardzo za całą ideą - mój najstarszy syn miał niestety b. asekurancką nianię (wtedy wydawało mi się , że to może i dobrze) i to on miał złamaną 3(!) razy rękę, raz jedną raz drugą, oraz leżał w szpitalu z poparzoną stopą (ognisko). Staram się nie tragizować przy wypadkach, są częścią życia, czy tego chcemy, czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Iza, Amelka ma 3 lata, za rok, nie przewiduje, żeby chciała mojej pomocy :) Nasza towarzyszka, rówieśniczka Amelki, chwilę po zrobieniu tego zdjęcia wylądowała obiema nogami w stawie:)))))) Wszyscy żywi i szczęśliwi rzecz jasna:) Mam podobne wrażenia, odczucia, że najwięcej wypadków przydarza się tym, którzy najbardziej w teorii uważają.. Lepiej ich unikać - czego i sobie i Wam życzę:)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)