Kruk

/
0 Komentarzy


Kruk był czarny, smolisty, wyjątkowo duży jak na kruka. Leciał nad miastem i złorzeczył w myślach. Było co prawda ciepło i zima nie wystawiła jeszcze pazurów, ale nadciągające nieuchronnie miesiące, nie napawały go optymizmem. W parku wycięto większość małych drzew i krzewin, przeprowadzono porządki. Alejki świeciły pustkami, gołębie biły się o okruszyny chleba. Do tego inwazja wróbli. Nadlatywały chmarami i wyżerały wszystko, co było do wzięcia. W kupie siła - gderał kruk -  i odlatywał  -  byle dalej od tego całego jazgotu. 
W lesie było nie lepiej. Co prawda słonce przeświecało delikatnie przez ostatnie liście i igrało w igłach sosen, ale dawno już nie czuł się tu jak w domu. Miasto go udomowiło, miasto stało się teraz jego przystanią - i chociaż miało minusy, wiele minusów, to lubił je, tam głęboko, w czeluściach swojego kruczego serca. 

Był głodny i zły. Zrobił koło nad lasem, obleciał park i usiadł na gałęzi dużego klonu, tuż przy kościele. Trawił złość i czesał pióra. Marnie mu szło i jedno i drugie, więc po chwili przestał się wysilać i tylko patrzył. Wzrok miał tępy i pozbawiony energii. Dachy lśniły w słońcu, liście ganiały się z wiatrem, a blaszane okienka na dachu kościoła, drżały od światła i puszczały niebu oko. 

Eh, może to ta samotność  - pomyślał. Wzrok przeniósł na ulicę i obserwował ludzi.  - Oni też są samotni - zakrakał. 

Już miał się zbierać, prostować skrzydła, nakłaniać je do lotu, który go odświeżał i oszołamiał, gdy w ostatniej chwili, w ostatnim momencie wzrokiem złowił małą kulkę, drobny przedmiot, który toczył się po ulicy. 

 - Orzech - zakrakał. 

Sfrunął sprawnie z drzewa, pochwycił go w silny dziób i usiadł  na dachu. 
Z orzechami sprawa nie jest prosta. Powłoka jest twarda i gładka, silne dzioby nic tu nie poradzą. Czasami, kiedy szczęście dopisało, udało się podważyć skorupę i pazurami przytrzymać zdobycz. Ale częściej, trzeba było wysilić się i znaleźć sposób. Jakiś sposób. Najlepiej taki, który działał. 

Kruk poderwał się lekko z dachu i upuścił orzech na ulicę. Potem jeszcze raz, i jeszcze. Orzech pozostawał niewzruszony. Ciężki orzech do zgryzienia - zakrakał kruk. 

Poleciał kawałek dalej, upuścił orzech na chodnik, na wyślizgany od tysięcy kroków beton.Orzech ani drgnął, za to zjawiło się kilku kompanów, którzy zwiedzeni głuchymi odgłosami orzechowych upadków, zwietrzyli okazję. 

Kruk złapał zdobycz i pomknął dalej, dalej, odprowadzany pełnym rozczarowania krakaniem współtowarzyszy. 

Poleciał nad miejski staw. Usiadł na brzegu, zapatrzył się w taflę wody i wahając się jeszcze chwilę, jeszcze moment, upuścił orzech do płytkiej wody, tuż przy brzegu. 

Dni mijały. Zima zebrała wreszcie swoje białe spódnice i przyszła. Zmanierowana, chłodna, niezbyt wylewna. Granatowe chmury wisiały nad miastem co rano i żegnały dzień, wczesnym zmierzchem. Spadł śnieg. 

Kiedy grudzień się skończył, nastały mrozy tak wielkie, że ptaki w parkach zamilkły, a las zdawał się być głuchym pustkowiem. 

Kruk krążył nad miastem głodny i zły. Usiadł na drzewie, zaraz obok kościoła. Trawił złość, bo niczego innego nie miał pod dostatkiem. Patrzył na dachy, na ulicę, omiatał okolicę wzrokiem, który mieszał się z dymem z kominów. 

I wtedy sobie przypomniał. Porwał się do lotu. Rozprostował skrzydła i zanurkował w powietrzu ostrym i  przejrzystym jak kryształ. Poleciał nad staw, usiadł na brzegu. 
Wody było mniej, tam gdzie dawniej kończył się brzeg, dziś świeciła pustka zgniłych liści i rozdeptanej ziemi. Zeskoczył z murku, trochę kroczył, trochę skakał, przyglądał się zmarzniętej ziemi. Pogrzebał pazurami w liściach, wytężał wzrok. Aż znalazł. Jesienny orzech. A potem drugi i trzeci. Zmarznięte, przez to kruche. Podlatywał do murku z orzechem w dziobie i uderzał skorupą o beton. Orzechy pękały. I on też pękał. Pękał z dumy. 

Jakoś przeżył tą zimę i wiosną, razem ze śniegiem, stopniała jego złość. Cisza zapanowała w sercu i kiedy leciał nad miastem, to nie czuł już ciężaru, ale lekkość. Może to dzięki orzechom, a może dzięki tej nauce, która wspólna jest dla ludzi i dla kruków i mówi, że chociaż orzech ciężki do zgryzienia, to przecież na każdy problem, ten w skorupie i ten bez, prędzej czy później znajdzie się jakiś sposób. 





Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)