Bajka o gałązce

/
0 Komentarzy



Wczoraj a może lata temu, mniejsza o daty, kto by je spamiętał, wcale nie daleko, chociaż też nie tak blisko, był sad, jak morze szeroki i jak rzeka długi. Drzewa stały w szeregu jak panny na paradzie. Jabłonie za Gruszami, Śliwy koło Wiśni, a na obrzeżach Dęby i Buki. Do nieba wznosiły czoło strzeliste Brzozy, a ciężkie gałęzie Kasztanowców i Klonów dawały cień w upalne dni. Jak okiem sięgnąć – drzewa. Mrowie ogromne i z pozoru silne. Rosło dzień po dniu, jedne na piaskach, inne na żyznej glebie. Silniejsi podtrzymywali słabszych, słabi wspierali się na tych, którym Los mocy nie poskąpił.

Razu pewnego, dnia jak co dzień, kiedy słońce górowało nad widnokręgiem, a wiatr tańczył w liściach drzew, ptaki zerwały się na nagle do lotu, zające uniosły długie uszy, a lisy wyjrzały ze swoich jam. Niepokój wstrząsnął korą drzew, a dusza sadu lekko jęknęła. Coś wisiało w powietrzu. Groza rosła i rosła, a kiedy niebo stało się sino - błękitne nagle ciszę przerwał potężny grzmot. Nawałnica szła z południa i zwierała szyki. Drzewa gięły się i kołysały, zwieszały gałęzie, otulały się w miękkie liście. Ciężkie krople deszczu spadały jedna po drugiej, żeby po chwili zamienić się w ulewę, jakiej świat nie widział. Ściana wody zasłoniła sad. Stary dąb  -  co to rósł tutaj najdłużej- nawoływał i prosił -  krzyczał i dodawał otuchy. Mało kto go jednak słyszał, w cierpieniu i w nieszczęściu, często bywa się bardzo samotnym.

Czas się zatrzymał. Drzewa trwały w amoku, niezdolne do opanowania drżenia, w myślach liczyły uderzenia pioruna i truchlały ze strachu. Ale jak to bywa w przyrodzie i w życiu, żadna nawałnica nie trwa wiecznie. Po burzy przychodzi słońce, po deszczu niebo ubiera niebieskie suknie, a krople deszczu lśnią w promieniach jak najczystsze diamenty.

Sad cichł, wiatr niósł spokój, a liście cicho kwiliły. Stary dąb wytężał wzrok i oceniał zniszczenia.  Jego wzrok sięgał daleko, jego oczy choć stare, nadal były bystre i jasne. Po chwili odetchnął z ulgą, zebrał się w sobie. W dali -  za horyzontem, tam gdzie Jabłonie kłaniały się Gruszom, szła Sadowniczka, Pani tego Sadu, dobra jak Matka Ziemia i czuła jak ona.  Głaskała poszarpane gałęzie, kłaniała się poczochranych Olchom, pocieszała zranione Buki. Wtem przystanęła. Zatrzymała się, spojrzała pod nogi, a na jej twarzy zagościł smutek i nostalgia. Na ziemi leżała Gałązka, niewielka, obsypana kwieciem. Skądś się urwała, wiatr przyniósł ją aż tutaj, położył na opadłych liściach,  a ona smętnie zwiesiła liście i wyglądała ratunku.

Sadowniczka wzięła ją delikatnie w objęcia, pogładziła po miękkiej korze, ukołysała jej strach. Poszła przed siebie. Szukała drzewa, które ją przyjmie, opiekuna, który ją ukoi. Kiedy jest się całkiem małym, nie można rosnąć bez korzeni.

Na skraju sadu, za wzgórzem, stała dorodna Jabłoń, otulona cieniem silnego Dębu. Gdy zobaczyła Sadowniczkę, ukłoniła się jej z gracją, otrzepała swoje ramiona, ozdobiła jej dłonie kropelkami deszczu i z czułością spojrzała na Gałązkę. Wiatr zniszczył jabłoniowe pąki, wiatr poszarpał jej kwiaty, a ona tak bardzo marzyła o owocach! O soczystych jabłkach, które będą rumienić się w słońcu, o czarownych wieczorach, kiedy zapach lata usiądzie na jej pełnych gałęziach, o porankach, kiedy liście otulą Owoce i ochronią je przed chłodem. Sadowniczka uniosła ręce, przyłożyła Gałązkę do Jabłoni i stało się. Drzewko przyjęło Gałązkę, lekka tkanka zasklepiła rany, i naprawiła to, co zepsuł zły los. Wiele wody upłynęło, zanim wspomnienia się zatarły, wiele dni odeszło za widnokrąg, nim Jabłonka i Gałązka stały się jednym Drzewem. Sadowniczka doglądała je obie, pielęgnowała i chuchała, a one wzajemnie troszczyły się o to, by nie zmarnować szansy, którą obdarował je dobry los. 

Lata mijały, a Sad trwał. Trwała też Jabłoń i Gałązka. Przychodziły deszcze i burze, świeciło słońce, wiały wiatry, a pory roku zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wspomnienia nawałnicy pokryła mgła, a jabłka rodziły się co roku, słodkie, okrągłe,  tak pyszne, że ich sława obiegła cały świat.

Kiedy zapadał zmrok, Jabłonka śpiewała pieśni, a Gałązka jej wtórowała. Szurała liśćmi, dźwięczała jak umiała najpiękniej. Ci co znają mowę drzew, słyszeli jak śpiewają o niebie i o korzeniach, o tym, że kiedy jest trudno trzeba mieć jedno i drugie i o tym, że chociaż burze to rzecz zwykła w przyrodzie, to na wierzchu wszystkiego, na przekór smutkom i nieszczęściom, jak łódź na morzu, zawsze pływa dobra i łaskawa nadzieja. 







Bajka powstała na prośbę Fundacji Przyjaciele Martynki i będzie wspierać Dzieci i Dorosłych w procesach adopcyjnych. 

Więcej bajek Tu i oczywiście w książce



Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)