Lek na całe zło ??

/
4 Komentarzy



Z ostrożnych matematycznych szacunków wynika, że w Polsce po pigułki szczęście, jak obrazowo określa się antydepresanty, sięga  co 20 osoba i odsetek ten z roku na rok rośnie. 


Niektórzy, biorą antydepresanty z konieczności (doświadczają poważnych zaburzeń psychicznych, w tym klinicznej depresji), ale sporo sięga po nie z powodów takich jak zaburzenia snu, nastroju, przygnębienie czy deficyt sił. 

Jeśli do tej sporej już liczby dodamy tysiące kolejnych jednostek, które poprawiają sobie samopoczucie środkami o mniejszej sile rażenia, dostępnymi bez recepty: wielbicieli codziennego kieliszka wina czy dwóch piwek przed snem, wszystkich poszukiwaczy adrenaliny w postaci dopalaczy, miękkich lub twardych narkotyków, to łatwo dojść do dość przerażającego wniosku. Społeczeństwo XXI wieku, staje się społeczeństwem na haju. 



Antydepresanty zaczęły swoją oszałamiającą karierę w latach osiemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych. Dziś Prozac, jeden z najbardziej znanych środków na depresję, jest zalecany nie tylko w jej przypadku, ale także w wielu zupełnie błahych z punktu widzenia medycyny przypadkach takich jak: zespół napięcie przedmiesiączkowego, zmęczenie, wypalenie zawodowe, nieśmiałość w kontaktach damsko -  męskich itp. Tak przynajmniej dzieje się w Stanach i Europie Zachodniej, a my szybko gonimy te trendy. 


Świat oszalał. I nie można winić wyłącznie lekarzy, którzy pochopnie wypisują receptę na cudowny środek, czy koncernów farmaceutycznych, które marketingowo stymulują jego sprzedaż. Bo to w końcu pacjent sięga po tabletkę i to on -  niejednokrotnie zwiedziony obietnicą cudownej poprawy życia właściwie od ręki -  niejako "wymusza" na lekarzu przepisanie takiego, a nie innego specyfiku. To co napisano w ulotce, nie ma dla niego znaczenia. Ważne, żeby działało.

Dlaczego sięgamy po tabletki " na szczęście"? 

Skąd to się bierze? Często z naiwności i przekonania, że wszystkie nasze problemy, niedomagania i nierozwiązane sprawy da się rozwikłać za pomocą magicznej tabletki, która wszystko załatwia. 

Są takie sytuacje w życiu, kiedy nie ma innego wyjścia. Kiedy żyć się nie da, nie czas przebierać w środkach, szukając tych łagodniejszych, czy próbując powstrzymać katastrofę o sile wodospadu drewnianą szpatułką. Takie ryzyko nie tylko się nie opłaca -  może ono nawet skończyć się tragicznie. Depresję, kliniczną depresję, należy leczyć - i to jest kwestia bezdyskusyjna. 

Są jednak również takie sytuacje, w których wolimy uznać, że nic już nie da się zrobić, że wszystkie sposoby wyjścia z opresji zostały dawno wykorzystane; ale w istocie, nawet nie zadaliśmy sobie trudu, aby sytuację rzeczowo ocenić, nie mówiąc już o zakasaniu rękawów i wzięciu się do jako takiej sensownej  pracy nad swoim losem. 


Wiara w cudowne środki

Dziś, chcemy wierzyć, że rozwiązanie zawsze można znaleźć gdzieś na zewnątrz. Źle się czuję? Połknę tabletkę. Boli mnie głowa? Ibuprofen. Nie mam czasu na zdrowe odżywianie? Kupię suplement. Nie mam czasu na sport?  Pójdę na masaż i do sauny raz w miesiącu. Ktoś o mnie zadba, ktoś coś za mnie załatwi. 
Ale to tak nie działa. Farmacja nie ma antidotum na wszystkie nasze problemy, a nawet jeśli ma, to tylko fragmentaryczne. 

Tuszując własne kłopoty, zamiatamy je pod dywan. To, że ich nie widać, nie oznacza, że ich nie ma. Jeśli nie zajmiemy się sobą  -  swoimi sprawami, pewnego dnia staniemy oko w oko ze stertą śmieci, których nie sposób zgarnąć na szufelkę. Wtedy dopiero będzie co robić... 

Jesteś kowalem swojego losu. Tak, to banał, ale w banale mieszka prawda. Mości się wygodnie i czeka, aż spojrzysz jej prosto w oczy.

Na prawdę nie ma lekarstwa, a nawet jeśli je wymyślą, to nie połknie. Wierzcie mi na słowo.





Zobacz również

4 komentarze:

  1. To też racja, choć nie nazwałabym antydepresantów pójściem na łatwiznę. Depresja to poważna choroba, często bagatelizowana przez chorego i jego otoczenie (łatka wariata), w końcu jest naprawdę źle i nawet antydepresanty niewiele pomagają. Jasne, że tabletki nie rozwiążą naszych problemów, ale czasem tak jest, że to zaburzenia psychiczne te problemy tworzą. I kiedy uporamy się z własną psychiką, z jej niedomaganiem, brakiem cierpliwości, przygnębieniem, kompletnym niewyspaniem - zyskamy siłę, by te życiowe problemy rozwiązać.

    BTW nie wiem co bym zrobiła bez środków przeciwbólowych wiosną w sezonie huśtawki ciśnieniowej. Migreny mam od dziecka, to straszliwy ból, człowiek czasem ma nudności, mdleje. "Cudowne pastylki" sprawiają, że nie wyję schowana pod kołdrą cały dzień, że głowa tylko trochę pobolewa i jestem lekko zmulona. Staram się też nie nadużywać środków przeciwbólowych, by organizm się nie uodpornił, bo potem już nic nie działa.
    Dla mnie rozwój farmakologii to największy krok ludzkości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lavinko, piszę o nadużywaniu antydepresantów; a nie o ich używaniu w ogóle, to zasadnicza różnica - oczywiście, że są sytuacje, kiedy ratują życie i zdrowie i o tym nie ma co dyskutować. Podobnie z innymi lekami: antybiotykami np. Ilu ludziom uratowały życie? Pewnie każdemu z nas,gdyby dobrze policzyć; w końcu kiedyś angina czy zapalenie płuc niejednokrotnie kończyły się poważnymi konsekwencjami albo nawet śmiercią... Trzeba tylko znać umiar i wiedzieć, co,kiedy leczy - a z czym możemy sobie poradzić samodzielnie. I nie szukać antidotum na zły humor w środkach zastępczych i magicznej chemii, która wyrówna nam nasze niedobory :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. ważne, by znaleźć przyczynę, zanim zwalczanie skutków zamieni się w nałóg...

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety czasami i takie rozwiązania są konieczne by się pozbierać, nabrać dystansu i zobaczyć co może być nie tak. Choć tak naprawdę i magiczne pigułki czasem nie pomagają jeśli świat wali się dookoła to i optymizm znika.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)