Sukces w wersji white

/
4 Komentarzy




Wszystko ma swoją cenę - tak mówią. I marzenia i rezygnacja z nich, codzienność i świąteczne godziny. Cenę ma też bez wątpienia sukces - i zależy ona nie tyle od wielkości osiągnięć, ale raczej od jakości tegoż sukcesu i naszego do niego nastawienia.


"Napięcie i zmęczenie. Przytłoczenie obowiązkami. Zaabsorbowanie własną osobą. Niemożność skupienia uwagi na dłużej w taki sposób, by cieszyć się prostymi radościami codziennego życia. Brak czasu dla bliskich" -  tak cenę toksycznego sukcesu opisuje w skrócie Renata Arendt-Dziurdzikowska w marcowym "Zwierciadle". 

Do rachunku sukcesu w wersji black, należałoby jeszcze dopisać kłopoty ze zdrowiem (nierzadko zagrażające życiu), kłopoty rodzinne i relacyjne. Rozwody, rozpady związków, samotność, kłopoty z dziećmi, rozchwianą psychikę i emocje powiewające na wietrze jak chorągiewka z ojczyzny walki i stali. 


Dlaczego poświęcamy tak dużo dla sukcesu?

Bardzo wiele, nam ludziom, pomieszało się w głowach przez ostatnie dziesięciolecia. 

Gdyby ktoś powiedział naszym przodkom, że sukcesem będzie praca od rana do świtu, przez 50 tygodni w roku, z życiem rodzinnym okrojonym do minimum, z katarem i żałobą na karku, nie ważne, deszcz, śnieg, zapalenie płuc czy zawierucha;  że zamknięcie w szklanych ścianach i odbywanie wirtualnych rozmów o równie abstrakcyjnych problemach będzie nas przyprawiać o wrzody żołądka i psychiczny rozstrój, to bez wątpienia, przodkowie ci -  uciekaliby gdzie pieprz rośnie przed takim sukcesem.

Tymczasem my, ludzie dwudziestego pierwszego wieku - marzymy o nim i wpisujemy  go w swoje życiowe cele złotymi zgłoskami. Nawet jeśli dokładnie wiemy jak on wygląda. 

W pewnym sensie ulegliśmy zapewne cudzym marzeniom, przyjęliśmy za pewnik, że sukces jest nam niezbędny, bo inaczej zostaniemy nazwani nieudacznikami. Nie zastanowiliśmy się przy tym specjalnie czym dla nas osobiście byłby ten mityczny sukces i powielamy cudze schematy -  często odległe o lata świetlne od naszych potrzeb i wizji życia. 

"Wszyscy tak mają, coś za coś, takie życie, jak się chce coś mieć, to się trzeba dostosować" -  to zestaw przekonań, które utwierdzają nas w tym, że nie ma innego wyjścia, tylko robić to co wszyscy. 



Black or white?

Bardzo często sukces za wszelką cenę to próba udowodnienia SAMEMU SOBIE, że jestem dużo wart. 

O sukcesie w wersji byle jakiej (byle był), złożonym wyłącznie z osiągnięć, walki o więcej, marzą przeważnie osoby, które w dzieciństwie nie doznały pełnej akceptacji rodziców i opiekunów. Takie, które bardzo chcą udowodnić, że dadzą radę, które wierzą, że "gdy im wreszcie pokażę", zmienią do mnie swój stosunek, albo przynajmniej pożałują, że weszli mi w drogę. 

Przeświadczenie, że liczę się tylko wtedy, jeśli ktoś mnie docenia, wynagradza i oddaje mi władzę  -  to przeświadczenie dziecka, które na miłość musiało zapracować i nauczyło się, że w życiu liczy się tylko i wyłącznie zewnętrzna gratyfikacja. Jeśli dodać do tego umiejętność zamrażania emocji - mamy zestaw idealny. 

Wiele osób twierdzi, że w biznesie, w pracy trzeba być bezwzględnym-  bo inaczej nie ma szans na sukces. Źródło takich przekonań jest jednak zwykle w nas, a nie w rzeczywistych okolicznościach. Mimo wszystko.


Ale o co Tobie w życiu chodzi??

Czy w życiu naprawdę chodzi tylko o to, aby przez 11 miesięcy w roku,pracować na dom, w którym nie mamy kiedy przebywać, spłacać kolejne kredyty, aby pojechać na kolejną wycieczkę, na której w ciągu 10 dni, będziemy z trudem zrzucać z pleców swój strach i zagonienie, nazbierane jak osad, podczas tych wszystkich dni, kiedy pracowaliśmy na swój słodko - gorzki sukces?  

Oczywiście nie jest to żadna reguła - ale wiele osób tak właśnie żyje i płaci za to wysoką cenę.

Czy to wszystko co mamy: zdrowie, relacje, miłość, czas dzieciństwa naszych dzieci, warto zaprzepaścić w imię kolejnej gwiazdki na pagonie i angielsko brzmiących nazw tytułów na wizytówkach? 

Pół biedy, jeśli jeszcze się kocha, to co się robi ale nawet w tym co się kocha, można zatracić się tak, że braknie sił i czasu na cokolwiek więcej. 


Przedefiniuj swoje myślenie o sukcesie

Sukces sam w sobie, nie jest oczywiście niczym złym. Cudownie jest się realizować. Nie każdy z nas wybierze drogę trapera i wyruszy z kijaszkiem w świat. Nie każdy musi rezygnować z pracy w korporacji, czy przeprowadzać się do indyjskiej aśramy, aby wieść życie pogrążonego w modlitwie i kontemplacji samotnika.  Takie myślenie byłoby naiwnością. 

To co możemy zrobić -  to przedefiniować swój sukces -  i odchodząc daleko od wersji black -  łagodnie zbliżać się do sukcesu słodkiego, dobrego, takiego który służy tak nam, jak i światu. 

Do wygrania jest bardzo dużo: życie w zgodzie ze sobą i brak ciągłej walki. Święty spokój, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. 


Jak rozpoznać czy idę w dobrym kierunku?

Jak rozpoznać ten właściwy sukces, za którym warto iść?  Zadając sobie pytania. O to co dla nas ważne, o to jak wygląda nasz rozkład dnia, związki z ludźmi, cena jaką płacimy za codzienność. 

Czy dzielimy życie z osobami, które są dla nas ważne? Czy robimy to co kochamy? Czy nasze życie nas nie przytłacza? Czy nasza aktywność przysparza nam energii witalnej, czy przeciwnie, czujemy się co wieczór jak energetyczna pusta bańka, z której żaden Salomon nie naleje?  

Jeśli po stronie "na minus" jest znacznie więcej niż po ten "na plus", warto rozważyć zmiany i odpowiedzieć sobie na pytanie: "Czego ja tak naprawdę na dziś potrzebuję? Co dla mnie byłoby prawdziwym sukcesem"? 


Czym jest prawdziwy sukces?

Prawdziwy sukces nie zależy  wyłącznie od łatwo mierzalnych osiągnięć, ale od więzi i od tego jak ty sam się z nim czujesz. Przekłada się na całe życie. Nie jest tylko urywkiem, wyrwanym jak kartka ze środka książki. 

Jeśli dochodzimy do niego po trupach, także metaforycznie po własnym, to nawet jeśli dojdziemy na szczyt, będziemy tam przerażająco samotni. 

A co jeśli po drodze podwinie się noga? Co jeśli spadniemy ze skalnej półki, a wokół nie będzie nikogo, kto może podać pomocną dłoń?  Co jeśli kiedyś nam podziękują, a my zostaniemy z niczym?  Bez wsparcia, bez prywatności, bez tego co zostało po drodze kiedy my biegliśmy na oślep, byle dalej przed siebie? 

Naiwnością jest myśleć, że zawsze, bezustannie będziemy na fali wznoszącej. 

Wszystko ma swoją cenę -  to prawda. Czy zawsze warto ją płacić?  Czy czasem, nie lepiej zwyczajnie usiąść i zastanowić się czy wiem, za czym tak ciągle pędzę?  A może chwycić za pędzel  i czarny sukces przemalować na kolory własnej wyobraźni?  

Ty jesteś aktorem, scenarzystą i rekwizytorem. Nie gódź się na to, aby ślepy los, rozkładał za ciebie wszystkie karty. Wybieraj, działaj i bądź swoim własnym bohaterem. 




Foto: lauranime.deviantart.com



Więcej o słodkim i gorzkim sukcesie w marcowym "Zwierciadle".






Zobacz również

4 komentarze:

  1. cała prawda...chciałabym żeby ludzie sie nad tym zastanowili..

    OdpowiedzUsuń
  2. Mądry wpis. Łatwo się zafiksować w wyścigu po kolejne rzeczy, gdy na co dzień umykają sprawy naprawdę ważne. Kiedyś też tak pracowałam, od rana do nocy, ale dla mnie to było lekarstwo na nudę, bezczynność postpracową. Z czasem machnęłam ręką i zaczęłam robić coś na własny rachunek. Okazało się strzałem w dziesiątkę, ale też straciłam poczucie bezpieczeństwa w postaci pensji pod koniec miesiąca. Coś za coś. Tak zwana cena wolności bez kredytu, ale za to z obawami "co dalej".

    OdpowiedzUsuń
  3. I dlatego nie robię kariery. Nie jeżdżę na Malediwy i nie posiadam balerinek Repetto. :-) I dobrze mi z tym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super tekst na prawdę identyfikuje sie z nim...Ale w kraju z tak dużym berobociem i jako samotna matka z kredytem jedyne co mogę zrobić to tkwić w takiej firmie i może nie poddaje sie wyscigowi szczurów , ale bycie w firmie zobowiązuje mnie niestety do trzymania pewnego poziomu co za zaburza moją wolność

    OdpowiedzUsuń