Rana

/
3 Komentarzy

Maciej Bennewicz przypomniał ostatnio na swoim blogu o koncepcji opisanej przez Carla Gustav Junga, a nazywanej "rannym uzdrowicielem".  To ktoś, kto z definicji uzdrawia i pomaga, ale sam zmaga się z raną, bólem, który pozbawia go prawdziwej empatii i rzeczowego oglądu sprawy. 
To co przeżyliśmy ale nie przeboleliśmy, to co w nas niedoleczone, ledwo przyschnięte, albo przykryte dla niepoznaki, to nasza rana. Kiedy się jej dotyka, boli. Uraża, sprawia że wzdrygamy się, otrząsamy i uciekamy byle dalej od tego co nas  drażni. W tym stanie nie możemy skutecznie pomagać ludziom, którzy mają taką samą lub podobną ranę; poruszanie drażliwych tematów będzie jak ściągnięcie plastra, rozdrapanie zakrzepniętej ledwo krwi; pojawią się uczucia, które nie pozwolą na właściwą komunikację, a co dopiero pomoc. W cierpieniu wszyscy jesteśmy samotni i wycofujemy się do wnętrza, a nie zajmujemy tym, że kogoś też boli.

Ten ranny uzdrowiciel to postać ważna nie tylko dla tych, którzy pracują z ludźmi w kryzysie czy chorobie. Wychodzi z nas wszędzie, w rodzinie, w miłości, w relacjach koleżeńskich. Moja rana, związana z rodziną -  chociaż dawno już zabliźniona i przekroczona daje o sobie znać. Kiedy piszę o trudnych domowych relacjach, kiedy rozmawiam z kimś kto podobne ma, czuję, jak moja blizna, która przecież jest już tylko blizną - nie raną -  napina się i przypomina o tym, że tam jest. O tym się nie da raz na zawsze zapomnieć, nie da się tego wymazać gumką myszką. Nawet to co przebolane będzie mieć w nas swoje miejsce. Rozwój to odwaga i decyzja aby się nie zatrzymywać na tej milowej rzece, ale przekraczać ją ze świadomością i szacunkiem dla tego, że ona tam jest. 

W tym tygodniu były Walentynki, czyli takie święto komercji, które przypomina niektórym o tym, że bardzo pragną miłości, że jest ich największym głodem, potrzebą i pragnieniem. 
To, że w miłości tak trudno nam się spotkać na dłużej i osiągnąć tę wymarzoną harmonię; to też sprawa rannego uzdrowiciela; czy raczej rannego serca, w nas, w środku, które nie może osiągnąć spełnienia, póki nie da sobie rady z tym co go boli. 
Związek dwojga ludzi  -  jeśli jest związkiem dwóch poważnych, broczących krwią ran, będzie jak nietrudno sie domyślić smutnym tworem. Jak w końcu być blisko -  a miłość jest w końcu esencją bliskości - jeśli przy każdym zbliżeniu odskakujemy jak oparzeni, bo rana w nas zieje i powoduje potworny ból? 

Jeśli chcesz kochać, zajmij się swoją raną. Jeśli chcesz mieć dobre, pełne życie, zobacz najpierw co cię boli. Opatrz, spójrz w tę dziurę, która zieje gdzieś po środku, nie odwracaj ciągle oczu, nie udawaj, że nic tam nie ma. 
Źle złożone złamanie będzie dokuczać latami. Wywoła być może deformację kończyny, będzie uciskać sąsiednie nerwy lub kości, zamieni życie w piekło. Nieopatrzona rana będzie się jątrzyć, może się wdać zakażenie, może nas to kosztować życie. 

Ból przy opatrywaniu jest nieunikniony; ale możemy go przeżyć. Musimy go przeżyć. Bez tego nie ruszymy z miejsca nawet o krok. Bez tego próżno śnić o lepszym życiu. 



 Rys: stayingpositiveandhappy.tumblr.com


Zobacz również

3 komentarze:

  1. Bardzo mądry tekst. Potrzebny. Bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, tekt mądry. Ważny. Bardzo ważny.
    Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja właśnie czytam rodział o klubie blizn z Biegnącej i zabieram się do pisania. Będzie podobnie, choć inaczej. Będzie o tym, o czym napisałaś - o pulsującdj starej ranie.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)