Dużo, a prawie nic

/
5 Komentarzy



Był sobie raz Mikołaj, co nie lubił nosić prezentów. Jeszcze dawien dawno, kiedy dzieci kochały paczki z czekoladą i orzechami, kiedy oczy świeciły im się na widok lizaka, czuł dreszcz emocji. Ale ostatnio, świąt nie znosił, jak mało czego. 

Już w październiku łapały go migreny, wpadał w rozpacz na widok sterty papieru, która zaczynała zasypywać jego dom w okolicach grudnia, drętwiały mu ręce od ciężkiego worka, a śliniące się maluchy, proszące o konsolę, słonia na baterie i duży zestaw klocków, przyprawiały go o mdłości. 

Postanowił abdykować. Oddał lejce młodszym, zasłonił okna w salonie, zasiadł przed kominkiem i poprzysiągł nigdy więcej nie nosić idiotycznych portek i czapki z pomponem. Dosyć. Przelało się.

Wiosnę spędził w nostalgicznej euforii, rzadko wychodził, dreptał koło domu, schudł, policzki się mu zapadły, nawet brodę zgolił. 

Latem pielęgnował ogród. Smażył na słońcu chude łydki, chodził z ręcznikiem do stawu i godzinami pływał w chłodnej wodzie. Potem zrywał z krzaków pomidory, wiśnie, maliny; jadł prosto z ręki, popołudniami drzemał. 

Jesienią wrócił do niego niepokój. Ten stary towarzysz, co zna się na kalendarzu, chociaż na oczy go nie widział. Wrócił, ale widząc go w sadzie, zbierającego jabłka, ubranego w stare portki i zmiętą kapotę zawinął się na pięcie i tyle go widzieli. 

A on pielęgnował swój spokój, swoje serce, swoje nadwyrężone dawaniem ramiona. Cieszył się, pierwszy raz od wieków, cieszył się, że idą święta. 

Kiedy spadł pierwszy śnieg klasnął w ręce jak dziecko. Wstał rano, przetarł zaparowane okno, paznokciem oskrobał szron na drzwiach. Ubrał się szybko i niedbale i wybiegł przed dom. Zapadł się w puchu po kolana. Biegł oszołomiony przez biały las. Słuchał jak śnieg skrzypi przy każdym kroku, jak ptaki otrząsają pióra, jak tryby czasu przesuwają się z chmurami, jak gwiazdka za gwiazdką, odrobina po odrobince pada, pada, pada śnieg. 

Do domu wrócił zmarznięty i szczęśliwy. Policzki miał czerwone jak dojrzałe jabłka, a dłonie zgrabiałe jak gałęzie w sadzie.  Usiadł przy ogniu i patrzył jak lśni i tańczy, jak skrzy się w palenisku, przeskakuje z jednej szczapy drewna na drugą.

Kiedy tak siedział, usłyszał, że ktoś puka do drzwi. Zdziwiony podszedł do progu i zobaczył dziewczynkę i chłopca; uśmiechniętych, radosnych, z tajemniczym uśmiechem na ustach. Wyciągnęli przed siebie ręce i nim zdołał coś powiedzieć, uciekli śmiejąc się głośno i perliście. 

Podniósł z progu dwa woreczki. Podszedł do ognia, oparł się o fotel i poluzował wstążki. W jednym była słomiana gwiazdka, upleciona dziecięcą ręką, a w drugim pomarańcza, z goździkowym napisem: "Wesołych Świat". Położył je obok kominka, usiadł i patrzył zamyślony w ogień. 

Rano ubrał się w dawny płaszcz i buty, przeciągłym gwizdem przywołał renifery. Zastępców nie odwoływał, ale sam ruszył w świat. 

Prezentów nie dawał, zostawiał coś innego. Zaglądał do okien i gestem rozniecał ogień w kominkach, przesyłał blask choinkowym bombkom, poganiał chmury, żeby sypały śniegiem, mroził ślizgawki, rozniecał zapach świerkowych gałęzi. Sprawiał, że w domach objawiała się magia świąt.  Gdzie zajrzał, robiło się cieplej i jaśniej, serca stawały się miększe, a uśmiech, bardziej promienisty. 

Gdy zmęczył siebie i renifery, wracał do domu, gdzie pachniało goździkami i sianem, siadał w fotelu i grzał stare kości. 

Wracał tak co dnia, co wieczór, zwiedził cały świat.

Nic nie dawał, a dawał tak wiele. 

To były jego najpiękniejsze święta. 


Foto:tumblr





Zobacz również

5 komentarzy:

  1. Piękne:) Każdy może być takim Mikołajem;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobało mi się! Optymistyczne :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowna opowieść! Powoli czuć tą świąteczną magię.. :)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)