Słaby... jak facet?

/
2 Komentarzy


Społeczeństwo tradycyjne, oparte na ściśle określonym podziale ról, traktuje kobietę, jako płeć słabą, wymagającą wsparcia i ochrony, a mężczyznę, jako tego, który dzierży oręż, broni i dowodzi w bitwie zwanej życiem. Tyle tradycji: bo mimo, że ciągle żywa i jędrna, to jakoś drży w posadach i strasznie boi się przeciągów. 


Współczesne kobiety, są coraz mocniej osadzone w realiach współczesnego życia, coraz bardziej świadome, otwarte i mimo, że jest jeszcze sporo obszarów, w których czują się słabe i wątłe, całkiem dobrze radzą sobie z wyzwaniami jakie stawia przed nimi codzienność. Mają jednak jedną, wspólną, cywilizacyjna bolączkę, o której bardzo wiele z nich mówi.  Bolączką tą są ci, którzy tradycyjnie bywali filarem, opoką i głową rodziny. Mężczyźni. 


Macho na spalonym

Myślę, że trudno być facetem w XXI wieku. Macho się przejadł, metroseksualnego obśmieją. Własny ojciec rzadko jest wzorem, a nawet jeśli, to żył przecież w innych czasach. Miał do czynienia z innymi ludźmi, z innymi kobietami. Przez ostatnie 30 -50 lat chyba wszystko wokół się zmieniło.  

Można szukać wzorów i rozwiązań gdzie indziej, ale kto przyzna się, że jest słaby, że sobie nie radzi, że nie wie jak żyć i chciałby, żeby ktoś mu pokazał?  

No przecież nie PRAWDZIWY MĘŻCZYZNA, co to jest jak skała, nie płacze i uczucia okazuje z aptekarską wstrzemięźliwością!


Z próżnego...

Fantastycznie tę kondycję i sytuację współczesnych kobiet i facetów opisuje Jesper Juul, duński terapeuta i pedagog:  


„Często (kobiety), żyją w przekonaniu, że mężczyźni coś przed nimi ukrywają, celowo nie dopuszczając do swojego życia wewnętrznego -  co traktują jako osobistą porażkę i policzek. Moje doświadczenie mówi jednak, że z mężczyznami jest jak ze sklepem; wszystko co można w nim dostać leży na półkach. Nie należy zakładać, że na tyłach jest jeszcze ukryty jakiś magazyn z ekskluzywnymi towarami.” 

Dodatkowy magazyn nie istnieje. Masz co widać. Nie ma się co miotać. Jeśli mężczyzna chce przewartościować swoje pojęcie o męskości, jeśli chce budować swoją tożsamość od nowa, zapełniając ten metaforyczny skład różności, to musi zakasać rękawy i dobrze poszukać. 

Kiedy już nie ma innego wyjścia, trzeba zejść w siebie, w labirynt, poszukać drogowskazów, mędrców, sprzymierzeńców.  Albo się tam coś znajdzie, albo pójdzie się dalej z pustymi rękami. 


W drodze


Sukces nie przychodzi jednak od razu; efektów nie widać natychmiast. Może dlatego tak mało mężczyzn szuka? Może zadaniowość, tak przydatna w materialistycznym, korporacyjnym świecie tu staje okoniem i przeszkadza w odkrywaniu swojej wrażliwości i duchowości? 

Kasia Miller pisze o tym tak:  

„Żyjemy w cywilizacji słabych mężczyzn, którzy się nie rozwijają, korzystają z tego, że władza sama wchodzi im w ręce więc ją degenerują. Sprowadzają do rywalizacji z innymi mężczyznami, bo nie wiedzą co z nią zrobić, nie mają siły i ochoty na odpowiedzialność, jaka wiąże się z realnym jej przejęciem.”  

Świetnie widać to w polityce i biznesie. Stado koziołków, skaczących sobie do rożków, parada kogutów, świecących wypolerowanym na błysk grzebieniem. 


Brać udział

Prawdziwe życie toczy się  często gdzieś obok mężczyzn. Żona jest managerem codzienności: rodzi, wychowuje, dogląda, wybiera szkołę, zasłony, pilnuje, żeby zapłacić rachunek za gaz, pójść na szczepienie, wywiadówkę, umyć podłogę i wymienić olej w aucie po 10 tyś km.

On  bardzo często nie zaprząta sobie głowy pierdołami. Dowodzi w lepszej sprawie, tam gdzie krąży "właściwa" wartość i prawdziwe pieniądze, nawet jeśli oboje pracują zawodowo i ich rodzinny budżet sumienie zapełnia się z obu stron.  

Dziś, podobno nawet około 80 % kobiet czuje się matkami samotnie wychowującymi dzieci. Można kpić z tych liczb, ale ilu znacie ojców, którzy wiedzą ile aktualnie waży dziecko, co lubi jeść w przedszkolu, kiedy wypada mu kolejna wizyta lekarska, takich, którzy świadomie decydują się na bycie współodpowiedzialnym za rodzinną codzienność i życie? 

Chciałabym wierzyć, że jest ich wielu, ale niestety ich nie widzę. O czym tu mówić, jeśli wprowadzony w 2010 roku urlop tacierzyński, którego wymiar to w tej chwili 2 tygodnie  - jest wykorzystywany średnio przez …… co setnego tatę. 

Sprawa tym bardziej absurdalna i zadziwiająca, że jest to urlop płatny ! Nawet jeśli te dane z różnych względów niedoszacowane ( panowie prowadzący działalność gospodarczą, na umowach zlecenie itp.)  to i tak wieje grozą. 

Nie bardzo wiem, jak tłumaczyć tak niskie zainteresowanie tym przywilejem, jeśli nie faktem, że ten czas nie jest dla ojców cenny.  Po prostu jakieś tam "guganie" na podłodze i pchanie wózka na spacerki, nie stanowi w męskich oczach wartości. I nie ma co tłumaczyć się pracą i obowiązkami, które nie mogą czekać.  Żaden korporacyjny świat, nawet ten ze świecznika, nie zawali się od dwutygodniowej nieobecności. Nie bądźmy śmieszni. 


W drodze do siebie

W tej sytuacji trudno się dziwić, że kobiety czują się samotne i pozostawione same sobie. Nie chodzi już nawet o banały w stylu podziału domowych obowiązków ( choć to też ważne), ale o to, że mężczyźni są dziś niezwykle często wiecznie nieobecnym, wyeksploatowanym ogniwem związku, który w sensie emocjonalnym tylko bierze.

Jak zwykle, można by długo dywagować i zapełniać wzajemne listy żalów i oskarżeń. Nie o to jednak chodzi. Mężczyźni mają problem. My mamy problem.  Wali się w posadach mit dawnego faceta, a nowego, na razie na horyzoncie nie widać. 

Trzeba zakasać rękawy, założyć wygodne buty i iść go poszukać. To co się tam znajdzie zależy głównie od szukającego. 

Jestem pewna, że w tę podróż warto się wybrać. Nie tylko dla siebie. Dla swojej kobiety, syna, córki, dla kolejnych pokoleń, którym może będzie łatwiej.  Samo rzadko się robi. Nie spada z nieba. Nie zapłacisz za to kartką kredytową, żeby potem otrzymać gustownie zapakowane w szary papier. Nie załatwi tego sekretarka, ani żadna najbardziej oddana domowa managerka.  

Trzeba samemu. Odwagi. 




Zobacz również

2 komentarze:

  1. Hmm, a ja bym się nie zgodziła z takim spojrzeniem na mężczyznę...
    20 lat temu (i wcześniej) to tak, ale nie dzisiaj.
    Gdy 16 lat temu urodziła się nasza córka, po 3 miesiącach macierzyńskiego (bo tyle wtedy wynosił) wróciłam do pracy, a opiekę nad nią podzieliśmy na pół, czyli jeden dzień ja z dzieckiem i mąż w pracy, a w następny odwrotnie. Mieliśmy swoje firmy i udało się (choć nie bez strat) to tak ułożyć. Tak było przez 3 lata dopóki córka nie poszła do przedszkola. Mój mąż jako prawie całodzienny opiekun niemowlaka (później mowlaka, ale jednak małego) stanowił w środowisku bliższym i dalszym kuriozum...
    Teraz obserwuję wokół postawy ojców z młodego pokolenia i nie mogę zgodzić się z tezą, że rozpaczliwie machają szabelką nie interesując się swoimi dziećmi. Wielu pewnie tak, ale widoczna jest również, i to coraz mocniej, opcja inna, a rozpoczyna się ona już w momencie chęci towarzyszenia swojej partnerce od początku ciąży. Kiedyś ciąża to była sprawa kobiety, ew. innych kobiet z jej otoczenia, panowie byli od oblewania narodzin potomka. Teraz nie jest to już takie charakterystyczne. Jest coraz więcej panów zainteresowanych żywo badaniami, zajęciami w szkole rodzenia, wspólnym porodem itp., a później kąpiących, przewijających, wstających w nocy, panów z wózeczkami itp. Moim zdaniem jest to zdecydowana tendencja, choć może nie we wszystkich środowiskach.
    Ja myślę, że przechodzimy kryzys tożsamości, wartości, zmieniamy swoje role i dotyczy to tak samo kobiet, jak i mężczyzn i ani kobiety nie radzą sobie aż tak wspaniale, ani też mężczyźni wcale. Mamy – my, kobiety - tylko zakodowaną (chyba) większą odpowiedzialność za rodzinę (dzieci w szczególności) i to nie pozwala nam się poddawać. A poza tym lepsze umiejętności w temacie odreagowania i wsparcia – wystarczy zobaczyć kto uczestniczy we wszelkiego rodzaju warsztatach rozwojowych, kręgach, szkołach dla rodziców – generalnie kobiety. Tak samo łatwiej nam jest się wygadać czy poradzić, łatwiej dać upust emocjom.
    Myślę, że obie płcie są dzisiaj zagubione, tylko może w inny sposób się to wyraża. W tak szybko i diametralnie zmieniającym się świecie musimy znaleźć dla siebie nowe miejsce, określić się na nowo, znaleźć w miarę satysfakcjonujące wyjście z sytuacji wymagających od nas dużego zaangażowania (chęć spełnienia zawodowego i osobistego i wychowanie dzieci).
    Pomagajmy więc sobie wzajemnie:)

    P.s 1 - krócej się nie dało;)
    P.s 2 - nie wiedziałam, że J. Juul napisał aż tyle książek!

    OdpowiedzUsuń
  2. Gosia,
    dziękuję za Twój głos.
    Każdy z nas ma swoją mapę i swój sposób postrzegania świata,z którym trudno polemizować. Wiele moich rozmówczyń jest rozczarowanych mężczyznami, wiele się zmieniło, ale mam wrażenie, że mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, które w dużej części ocknęły się dawno temu, dopiero teraz ze zdziwieniem dostrzegają, że chce się od nich czegoś innego i że to co było przestaje wystarczać. I to jest przebudzenie z gatunku: "ale halo, o co wam do diabła chodzi"? A sama obecność na szkole rodzenia czy przy porodzie niestety "wiosny nie czyni". Ani to, że się umie przewinąć niemowlaka..
    Brakuje mi fajnych męskich wzorów. Także w przestrzeni publicznej.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)