Ryb wystarczy

/
2 Komentarzy
Razu pewnego żył chłopiec, który mieszkał nad brzegiem zimnego morza. Przesiadywał w porcie, robił kaczki płaskim kamieniem;  wpatrywał się w horyzont i słuchał rybaków, którzy opowiadali o znojnym życiu.

- Nie ma ryb, znów nie ma ryb -  mówili najczęściej. Rzucali przy tym kilka słów, których chłopiec wolał nie słuchać i spluwali przez ramię. 

Chłopiec dorósł i tak jak oni, zaczął wypływać w morze. Nie lubił tłumów, drażniły go dysputy i gawędy pomagiera, pływał więc sam, daleko od głównych łowisk. Łowił najpierw ciszę, która otulała go jak ciepły szal, a potem zapuszczał sieci.

 - Nie ma ryb  -  powtarzał za tymi z portu. To co złowił starczało ledwie na przeżycie; nie wymieniał sieci,  nie naprawiał łodzi; kiedy zdarły mu się buty, zamiast kupić nowe łatał te, które miał. 

Wypływał  ciągle dalej i dalej. Starzy rybacy kpili z niego i ostrzegali, że kiedyś nie wróci do portu na czas i jego stara licha łódź pójdzie na dno z jednym mocniejszym podmuchem wiatru. 
Pewnego razu prawdziwy lęk zajrzał mu w oczy, a śmierć siadła na burcie. Przyszedł sztorm, a on był mile morskie od portu. Oniemiały i przerażony siedział i ociekał wodą, patrząc w rozszalałe ze złości morze. Dopłynął do brzegu resztką sił i bez grama nadziei. Zarzucił cumę, położył się pod pokładem, zdjął buty, mokre szmaty, które kleiły mu się do karku i zapadł w ciemny, lepki sen. Nad ranem zdawało mu się, że łódź zerwała się z uwięzi i wypłynęła na głębokie wody. W panice wybiegł na pokład. Sztorm minął, noc była jasna, niebo spokojne. Zdumiony ujrzał, że morze porusza się i pulsuje życiem. Pod lustrem wody, snuły się miliony ryb. Pływały i skrzyły się w księżycowym blasku. Były jak klejnoty; błyszczące, niewielkie, mrowiły się w ilości, której nigdy nie widział; i która zdawała mu się być tylko snem. Wiedziony instynktem odwiązał cumy i wypłynął łagodnie na pełne morze. Ryby nie uciekały przed  nim; obserwował zdumiony jak rozstępują się przed jego łodzią; jak zbierają się w grupy i tańczą pod powierzchnią wody. Tej nocy złowił więcej, niż był w stanie załadować na pokład. 

Nie zaznał więcej niedostatku, a i praca przestała być dla niego harówką. Wypływał tylko w noc po sztormie. W pogodne dni siedział na brzegu, strugał ryby z kawałków spróchniałego drewna i rozdawał je okolicznym dzieciom. 
 Inni rybacy śmiali się z niego, wytykali palcami, ale wkrótce sami zaczęli brać z niego przykład. Nocne połowy zapewniły byt wszystkim mieszkańcom portu. Odtąd nikomu niczego nie brakowało. 

Po latach; kiedy ludzie odeszli do miasta i nad brzegiem morza została tylko garstka; wiatr hulał po plażach i świstał w starych, porzuconych sieciach. Ale mądrość nie odeszła. Ona brzęczała w uszach przechodniów, wchodziła do koszyków spacerowiczów, błyszczała w kamieniach polerowanych przez cierpliwe morze. Wystarczyło słuchać, by odczytać jej słowa. Wystarczyło mieć uszy otwarte, a serce puste, a zamieszkiwała w nim nadzieja i wiara, że życie jest hojne, ludzie dobrzy, a ryb dla wszystkich wystarczy. 

Ilustracja: K. Bajerowicz (za  polskailustracjadladzieci.pl )



Zobacz również

2 komentarze:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)