(Nie) Chińskie czyste sumienie

/
3 Komentarzy
ilustracja: M.Stawarski


Przy okazji trwających właśnie w Londynie Igrzysk Olimpijskich przetacza się przez media fala krytyki chińskiego systemu szkolenia sportowców. Chociaż rzeczywiście skuteczny i efektywny, przypomina on obóz pracy i opiera się na wojskowym drylu i katorżniczej wręcz harówce. 

Połowa biedy jeśli dotyczy on dorosłych – ci przynajmniej teoretycznie mają wybór. Gorzej, że w dzisiejszych Chinach jego ofiarą padają już małe dzieci. 

Poniżanie, trening ponad siły, brak tego, co w naszym potocznym mniemaniu nazywa się „dzieciństwem”, brak czasu na przyjaźnie, zabawę, skoncentrowanie na celu bez względu na cenę jaką przyjdzie za to zapłacić -  to wszystko cechy charakterystyczne tego co w Państwie Środka wiąże się z osiąganiem mistrzostwa w każdej właściwie dziedzinie. 

Jakiś czas temu Amy Chua, profesor prawa na Yale, opublikowała książkę „Bojowa pieśń tygrysicy”, w której opisuje jak wyglądało dzieciństwo jej córek -  z których starsza – jako 15 latka -  koncertowała już w najbardziej prestiżowych salach świata. Wyzwiska, obelgi, motywowanie przez groźby, odmawianie jedzenia, wystawianie na mróz -  to chleb powszedni przyszłego wirtuoza lub mistrza, który miał nieszczęście urodzić się w chińskim domu, rodzicom, którzy zwycięstwo stawiają ponad normalne życie.

Oczywiście ocena metod i systemu, który zmusza dzieci do znoszenia podobnych cierpień i popycha rodziców do takiego  modelu  wychowania jest w zachodnim świecie negatywna. Ale czy w gruncie rzeczy, jesteśmy dużo lepsi?  Dużo bardziej empatyczni, otwarci?  Wożąc swoje dzieci na kolejne lekcje języka, balet, pływanie i strzelanie z łuku?  Oczekując, że będą mądrzejsi i lepsi od nas? Okazując swoje niezadowolenie z powodu ocen, braku sukcesów koleżeńskich, czy małej aktywności potomka, w dziedzinie, która naszym zdaniem jest dla niego jak najbardziej wskazana? Wybierając za niego, mówiąc od a do z co powinno, gdzie, z kim, co jest dla niego dobre i złe?

Zobaczyłam ostatnio rysunek Mariusza Stawarskiego, na którym para ludzi, ojciec i matka, wpycha na górę swojego małego rycerzyka, w czapce z papieru. Chłopiec jest sztywny jak drewniana kukła; a góra wysoka. Czemu nie idzie sam? Czemu trzeba go tam transportować siłą? Nawet nie prowadzić, ale pchać jak bezwolny głaz? Czy kiedy się tam znajdzie wreszcie, ku uciesze dumnych rodzicieli, nie spadnie w przepaść?  Czy będzie gotów na wyzwania jakie stawia przed nim szczyt, jeśli nie zdołał sam na niego wejść?  A co jeśli to nie jego góra? Co będzie tam robił? Kim dowodził?  Czy nie porwie go wiatr, a papierowa czapka nie pofrunie nad morzem jak żałobny welon; pamiątka po cudzych marzeniach, które nie powinny się były spełnić?

Ilu z nas ma w domu takiego papierowego rycerzyka,  malowaną królewnę, którą wystawiamy w teatrzyku o lepsze życie? Nasze aspiracje, pragnienia, zawoalowane marzenia, których sami nie zdołaliśmy spełnić -  to wszystko ciężki bagaż dla dziecka, jeśli musi je za nas, dla nas, nieść. Dzieci ma się nie dla siebie -  ale dla świata. Każde  z nich ma swoją drogę i swoje przeznaczenie. Rolą rodzica jest asystowanie w jego odkrywaniu; ale nigdy -  sprzątanie wszystkich kamyczków spod nóg, czy popychanie na siłę w kierunku, który nam, dorosłym wydaje się najodpowiedniejszy, a dziecko uczy wyłącznie ignorowania swoich pragnień i porzucenia prawdziwych, wewnętrznych marzeń.

Czy Ci chińscy mistrzowie pływania i skoków, naprawdę śnili o sportowej karierze? Czy sukcesy, które  dziś odnoszą smakują słodko, czy wręcz przeciwnie, są kontynuacją drogi cierpienia i wyrzeczeń, którą od lat podążają? Czy krytykując metody i system, który ich tam zaprowadził, sami mamy do końca czyste sumienie?
Nie jestem pewna.


Zobacz również

3 komentarze:



  1. Proces tworzenia 'przyszłej gwiazdy sportu' w chińskiej rodzinie przypomina trochę lot ikarowy, przy czym sumieniem (czynnikiem, który dokonuje wyboru i widzi marzenia - słońce) tutaj są rodzice i trenerzy, a leci przyszły sportowiec i on też upada.

    napisał: Gość: Konstan, 37.59.254.6* 2012/08/06 14:02:24



    Szkoda, że Chińczycy dają światu sygnał: tak się wychowuje mistrzów. Dziwne jest to, że Ci zawodnicy nawet nie budzą sympatii, jak się na nich patrzy to ze zdziwieniem i czasem przykro się robi..

    napisał: piotrfigura 2012/08/06 14:33:03

    Bardzo do przemyślenia, dla każdego - nawet "oświeconego" rodzica...

    napisał: luliluli 2012/08/06 15:03:35

    OdpowiedzUsuń
  2. tym bardziej to smutne. I tym mocniej trzeba uważać, żeby nie wysyłać własnych dzieci na swoje słońce.

    OdpowiedzUsuń
  3. dziekuje ci za ten post, daje naprawde do myslenia.

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)