O kobiecej niezależności

/
4 Komentarzy
W ostatnim odcinku któregoś sezonu serialowego „Rancza”, kobiety z Wilkowyj, do tej pory bezrobotne, zależne we wszystkim od mężów i pogodzone ze swoim statusem obywatela, który niewiele ma do powiedzenia i prawie nic nie umie, odnoszą komercyjny sukces i dostają swoje pierwsze, własnoręcznie zarobione pieniądze. Są łzy wzruszenia, jest niedowierzanie, odkrycie swojej sprawczej mocy i zmiana zachowania: z potulnych baranków podstawiających mężom talerz pod nos, kobiety zamieniają się w mające swoje zdanie, niezależne biznesswomen. Oczywiście wszystko z przymrużeniem oka, ale dobrze, że telewizja publiczna przynajmniej tutaj przejawia jakieś „misyjne” zapędy.

Kobieca niezależność finansowa wiąże się bardzo z niezależnością w każdej innej dziedzinie życia i dlatego jest tak ważna.  Wydaje się nam często, że już właściwie wszystko zostało w tym temacie powiedziane, że już każdy wie co jest co i świadomie decyduje w swoim życiu o tym, jak będzie wyglądało i jak ułoży sprawy materialnej i zawodowej (nie)zależności. A jednak jest jeszcze dużo do zrobienia. Nie mówię nawet o sytuacji kobiet na wsi: bo ta ciągle bywa katastrofalna. Niewiele lepiej jest w miastach i miasteczkach, do których z pozoru dawno dotarła nowoczesność.

Kobiety zgadzają się na finansową zależność, bo chociaż wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią, że bywa okropną pułapką, chociaż widziały los swoich matek i babek i wiedzą, jak zaplątane historie były ich udziałem, to same naiwnie wierzą, że u nich będzie inaczej.  Rozmawiam z kobietami, słucham ich historii, rozglądam się wokół i często nie mogę wyjść ze zdumienia jakiemu "praniu mózgu", jakiej presji dajemy się poddawać. „Mąż nie zgadza się, żeby synek poszedł do żłobka, mąż woli żebym była w domu bo co ja zarobię, mąż nie zapłaci za przedszkole bo ja siedzę w domu, mąż nie chce wyjeżdżać na urlop, nie pozwala mi chodzić na fitness, decyduje o całym wspólnym budżecie bo sam zarabia, to są jego pieniądze itp”. 

Takich opowieści jest mnóstwo i bardzo mnie one bolą. Widzę cierpienie kobiet, ich brak wiary w siebie, porzucenie nadziei na lepsze jutro, czy wreszcie stany depresyjne, które w naturalny sposób wiążą się z sytuacją, którą postrzegamy jako „bez wyjścia”. Najtrudniejsze wydaje mi się to, że to nie są wydumane problemy czy historie kobiet z marginesu, bez wykształcenia, bez marzeń i aspiracji. To prawdziwe zdania, wypowiadane przez osoby, które jeszcze rok, dwa, pięć lat wcześniej były pełne wiary, pasji i zadowolone z dobrej, partnerskiej relacji w domu. Pozwalamy decydować o sobie i swoim losie, oddajemy w cudze ręce władzę decyzyjną w maleńkich sprawach, a potem ze zdumieniem dostrzegamy, że nie mamy już prawa decydować o niczym,  że nasze zdanie się zupełnie nie liczy.  Tak zaczynają się dramaty i katastrofy: tak bardzo często wplątujemy się w pułapki, z których ciężko o własnych siłach wyjść.

Oczywiście, że w związku, szczególnie w początkowej fazie macierzyństwa zależność finansowa, ta przejściowa, bywa naturalną sprawą. Jednak nawet wtedy, trzeba być czujnym, świadomym i z pełną determinacją podkreślać, że nawet jeśli na wspólne konto wpływa wynagrodzenie jednej strony, to nadal oboje o nim decydują i  nie ma tu miejsca na podział na moje /  nie moje.

Kobieca praca wychowawcza, opieka nad dzieckiem, na pełnym etacie przez pierwszych kilka miesięcy, czy nawet lat  -  jest wymierną wartością, mimo że nie wylicza się jej w złotówkach i nie płaci się od niej podatku.

Dlatego Kochane: jeśli chcecie mieć prawo do marzeń, chcecie samodzielnie decydować o ważnych dla was sprawach, uniknąć presji i rozczarowań, żyć takim życiem jakie same wybierzecie, to nie oddawajcie wszystkiego co macie pod cudze skrzydła. Nawet w najlepszym związku trzeba pozostawić coś tylko dla siebie: swoją przestrzeń emocjonalną, swoje własne marzenia, aspiracje, swoją pracę, za którą dostaje się swoje pieniądze. Partner może odejść, może się zmienić, życie może wywinąć nam taki numer, że staniemy przed nim jak słup soli. Wtedy nasza niezależność, nasza świadomość, że damy sobie jakoś radę, jest orężem i tarczą, która pozwoli ustać nam na nogach, nie zwali nas na ziemię, ani nie zamknie w klatce ze złota.

Jest w tym pewne uproszczenie, ale uważam, że w dorosłym życiu, nikt od nikogo nie powinien być w zupełności zależny. Jesteśmy słabi, bywamy nadmiernie kontrolujący. Zależność wyzwala w nas emocje i stany, których się po sobie samych nie spodziewaliśmy. Zaczynamy traktować drugiego człowieka przedmiotowo, przestajemy go cenić, odbieramy mu prawo do jego indywidualności: i to już jest nawet nie furtka, ale ogromna brama do nadużyć. Dlatego apeluję: ostrożnie, bardzo ostrożnie, z jakąkolwiek zależnością. 



Zobacz również

4 komentarze:

  1. Bardzo mi się podoba co czytam na tym blogu i bardzo się z tym zgadzam. Pozdrawiam

    napisał: kaczkadziwaczka2012 2012/04/02 15:43:31

    OdpowiedzUsuń
  2. "Żaden człowiek nie jest dostatecznie dobry, żeby rządzić drugim człowiekiem bez jego zgody"(Lincoln)

    Wprawdzie te słowa odnosiły się do niewolnictwa, ale całkowita zależność w małżeństwie jest formą niewolnictwa. I zgadzam się, że nigdy nie należy dopuszczać do utraty niezależności w związku, bo to skutkuje ubezwłasnowolnieniem, utratą godności, a partner stopniowo przestaje nas szanować.

    Nigdy nie byłam na utrzymaniu męża, bo zawsze pracowałam i zarabiałam własne pieniądze, nie mieliśmy wspólnego konta tylko oddzielne i prywatne i firmowe. Ale był czas, gdy mąż zarabiał znacznie więcej ode mnie i nie oparł się, by mi tego od czasu do czasu nie uświadamiać, zwłaszcza w sprawach spornych i konfliktowych. I też nalegał, żebym rzuciła swoją pracę i pomagała mu w jego firmie. Ale ja jestem rozsądna i ostrożna - mąż dziś jest, a jutro może go nie być (rozwód, śmierć), więc nie dałam się namówić, bo zawsze lepiej mieć kilka źródeł dochodów. Jak mawiała moja babcia - nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka.
    I jak czas pokazał to była trafna decyzja, bo po paru latach firma męża przestała przynosić takie dochody, a zaczęła generować straty. I to moje dochody z pracy i z firmy uratowały moją rodzinę od utraty wszystkiego - trzeba było tylko sprzedać część majątku, żeby pospłacać długi i uratować co się da.

    Zawsze trzeba myśleć niezależnie i mieć na względzie własne dobro, a nie liczyć na dobrą wolę innych, nawet współmałżonka, bo można się gorzko rozczarować, co miałam nieprzyjemność obserwować w swoim otoczeniu nie raz.

    rozsądna

    OdpowiedzUsuń
  3. Całym sercem zgadzam się z powyższymi słowami.

    Przez kilka lat zajmowałam się wyłącznie wychowywaniem dzieci i domem. Mąż dobrze zarabiał i jego ambicją było utrzymać rodzinę, wolałby, żebym została w domu. Nigdy nie wypominał mi, że to on zarabia, pieniądze były wspólne. Ja jednak zawsze wiedziałam, że chcę pracować, potrzebowałam niezależności. Wprawdzie na początku nędznie zarabiałam, ale wyszłam z domu między ludzi, zawsze miałam swoje pieniądze i to dawało mi zadowolenie.

    Życie pokazało, jaka to była dobra decyzja. Mam już osiągnięcia zawodowe i zarabiam przyzwoicie. A mąż zachorował na chorobę przewlekłą, z czasem musiał przejść na rentę.

    Co byśmy zrobili, gdybym została w domu??? Nietrudno sobie wyobrazić...

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)