Na pohybel ciężkiej pracy

/
8 Komentarzy
Toczona ostatnio w wielu krajach dyskusja o wydłużeniu czasu pracy i podniesieniu wieku emerytalnego wzbudza duże emocje i tyle samo kontrowersji. Nikt nie chce pracować dłużej, żyjemy od weekendu do weekendu, w czasie urlopu, a reszta jest harówką, znojem i milczeniem. 

Demografii nie przeskoczymy: można tam uciąć, tu przyciąć, konieczne są skomplikowane zabiegi i reforma całego systemu; ale jakby nie patrzeć, emerytów jest coraz więcej, dzieci coraz mniej, żyjemy dłużej niż nasi dziadowie i pradziadowie, średni wiek życia podniósł się w ostatnim pięćdziesięcioleciu o co najmniej kilka lat; zmiany są więc nieuchronne. Można krzyczeć, można złorzeczyć, to nas nie ominie. Co więc robić, żeby nie zwariować? Jak dożyć do tej enigmatycznej, magicznej granicy, za którą zacznie się upragniona wolność? Jak wreszcie nie marnować następnych 20 czy 30 lat, robiąc coś co jest nam wstrętne, co nas unieszczęśliwia i zasmuca? Pokochać swoją pracę. I raz na zawsze pozostawić za sobą mit harówki, znoju i potu, który towarzyszy zarabianiu na chleb.

Kiedy byliśmy mali słuchaliśmy dorosłych i zbieraliśmy komunikaty mówiące, że dzieciństwo to zabawa i fraszka, że szkoła to obowiązki i trudności, ale dopiero potem, w prawdziwym życiu przekonamy się co znaczy prawdziwy wysiłek i męczarnia. Nasz umysł przyswoił schemat: praca = obowiązek = wysiłek = cierpienie. Dlatego wstajemy rano i nasze nastawienie jest negatywne; dlatego mamy wrażenie bycia niewolnikiem własnego życia, na które musimy zapracować.

Kiedy przyjrzymy się wypowiedziom ludzi sukcesu, tym które żyją ze swojej pasji; możemy gołym okiem dostrzec, że oni wcale nie pracują dlatego, że muszą. Wielu osiągnęło wolność finansową, mogłoby odcinać kupony ze swojego bogactwa i pławić się w luksusie do końca swoich dni.  Oni pracują; bo dla nich praca jest przyjemnością. Jest wyzwaniem, radością, jest sposobem na realizację siebie, na porządkowanie czasu i wywieranie wpływu na świat; który przestaje być miejscem nieprzyjaznym i dzikim.  Na pracę narzekają Ci, którzy jej nienawidzą; którzy uważają się za niewolników swojego stanowiska, stylu życia, kredytu, który zaciska się jak pętla na gardle itp.

Tak długo jak wyznacznikiem naszego myślenia o pracy będzie słowo „ muszę” i nastawienie do zmiany zaczynające się od „ to trudne” -  tak długo będziemy żyć w kołowrotku piątak – poniedziałek i czekać na emeryturę, która nas kiedyś, w końcu wyzwoli. Praca może być przyjemnością; każdy z nas ma coś co lubi, w czym czuje się dobrze, co robiłby nawet za darmo, jeśli miałby dostateczne rezerwy finansowe. Tam trzeba szukać źródła swojej wolności zawodowej, jeśli to co robimy teraz nie daje nam ani satysfakcji, ani przyjemności.

Rozmawiałam ostatnio z jedną z sąsiadek, która już ewidentnie schorowana, zmęczona, chodzi do pracy, mimo że jest od co najmniej pięciu lat na emeryturze. Nie mówiła o pieniądzach, ani o obowiązku, mówiła, że kocha swój zawód. To samo usłyszałam ostatnio w windzie, na uczelni, od starszych pań, które mówiły do siebie, że mogłyby już sobie dać spokój, ale kochają pracę ze studentami i nie mogą jakoś sobie wyobrazić, że to już koniec, że nie będą nigdy więcej tu przychodzić, rozmawiać, być; że jeśli skończy się dla nich praca, to trochę tak jakby się kończyło życie.

Życie w równowadze składa się z czasu wolnego, z obecności, nicnierobienia  -  składa się także z pracy. Czy lepiej być szczęśliwym rolnikiem, czy nieszczęśliwym prezesem korporacji? Czy życie złożone w połowie z czynności, które sprawiają, że czujemy niechęć i wzdrygamy się jak w gorączce, może być życiem pełnym?

Każdy z nas jest ekspertem od samego siebie i zna odpowiedzi, na pytania, które padają głośno, cicho, w snach i myślach. Na pewno warto sobie na nie odpowiadać, na pewno też, warto szukać swojego miejsca na ziemi, zamiast na siłę wpasowywać się w ramy, które nas cisną. Tych 20 czy 30 lat do emerytury nikt nam później nie odda; są bezcenne, bezmierne, wyjątkowe. Od nas zależy miara jaką do nich przyłożymy, to nam wystawi się  rachunek, za to co było, a czego zabrakło. Szkoda byłoby stwierdzić, że po tych wszystkich latach  zmagań i zmuszania się do bycia tam gdzie nas życie postawiło, zamiast radości, pozostała nam jedynie frustracja i smutek-  a czas, jak to czas, minął i nikt już go nie wróci.


Zobacz również

8 komentarzy:

  1. Zgadzam się z tym, co napisałaś, ale... łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Sama zawsze zazdrościłam ludziom z pasją, którzy robią to, co uwielbiają. Kiedy się wybiera karierę, nie zawsze się trafia. Człowiek wkłada bardzo dużo wysiłku w zdobycie konkretnego zawodu, potem samej posady, potem jej utrzymaniu. Co zrobić, kiedy właśnie odkryjesz, że to nie to? Kiedy praca Cię nuży, męczy lub nie przynosi satysfakcji? O pracę bywa ciężko, wielu łapie co może i trwa. Jest też pojęcie złotej klatki: zarabiasz dobrze, wszystko jest cacy, tylko w środku usychasz, ale zmiana stylu życia to znaczne pogorszenie stanu materialnego i/lub statusu społecznego. Co wtedy? Wyrzucić, na co się tak ciężko pracowało i zaczynać od nowa? Sama mam wyuczone dwa zawody, w oba włożyłam ogromny czas i wysiłek. Swój obecny raz lubię bardziej, a raz mniej. Tak, żyję od weekendu do weekendu. Czasem rzucam się jak ryba w sieci ale wiem, że nie wyrzucę tego co mam, nie zagrożę bytu swojej rodziny dla własnego, czego - szczęścia? Samospełnienia? Dlatego mam hobby i robię to co kocham po godzinach.

    napisał: anetacuse 2012/04/24 15:00:08

    OdpowiedzUsuń
  2. Aneta, o to chodzi, że jeśli czekamy "co się trafi" to niestety nieczęsto się trafia to co byśmy chcieli.. tylko, że my sami często nie wiemy co chcemy i w tym jest problem. Jeśli jest tak jak piszesz: że coś odpowiada, a coś uwiera, można się zawsze zastanowić, co można zmienić, bez przeprowadzania w życiu totalnej rewolucji: sposób pracy, korporację na własną firmę, niezależność, może profil, może klientów; rozwiązań jest tyle ilu ludzi na świecie. Znam osobiście co najmniej kilka osób, które wyrwały się ze złotej klatki; chwalą sobie, chociaż już nie jeżdżą służbowym audi, ale np. 6 letnim oplem:) Zależy po prostu jak bardzo nam uwiera sytuacja: jeśli bardzo to znajdziemy sposób i możliwości, żeby dokonać zmiany; znajdziemy też w sobie siłę i odwagę aby o nie zawalczyć. Na pewno warto. Piszesz o wysiłku i czasie poświęconym na naukę zawodu. Na sprawę można również spojrzeć z innej strony. 40 latek ma przed sobą średnio co najmniej 20 -25 lat pracy. Czy ten czas się nie liczy? Czy jeśli kiedyś kiepsko wybrał nie może zmienić zdania? Życie po godzinach to jednak nie brzmi dobrze.. Bo w końcu żyjemy żeby czasem pracować, czy pracujemy żeby żyć? Co kogo zadowala.. Wszystko jest miarą oczekiwań. Ewa Woydyłło, którą pewnie wielu z Was zna, zajęła się psychologią w okolicach 40- tki. Masa ludzi zaczyna z jednym scenariuszem na życie ,a kończy z zupełnie innym. Chirurg z 20- letnim stażem zostaje psychoterapeutą, bo jak stwierdza inaczej by się zapił na śmierć, top menagerka odpowiedzialna za pół Europy, zakłada pensjonat ze zdrową kuchnią, bo mówi, że nie mogła już dłużej płakać po nocach, ktoś inny rzuca wielki świat i zaczyna sadzić zioła gdzieś sto lat od cywilizacji; oni nie rezygnują ze świata, nie rezygnują z dobrobytu, raczej wybierają inny sposób na życie; bo w końcu nie o to chodzi, żeby się nie mylić, ale żeby dobrze żyć.. Prawda?

    OdpowiedzUsuń


  3. Oczywiście masz rację, a podane przykłady są naprawdę dobre, sama to widuję. No i sedno sprawy: "tylko, że my sami często nie wiemy co chcemy i w tym jest problem." Jeżeli się ktoś w pracy nie odnajduje, a nie wie, gdzie się odnajdzie, to nie może się ukierunkować. Takie nieukierunkowane nieusatysfakcjonowanie. Łatwo jest poświęcić nowe audi dla starego opla w imię pasji, ale jeśli nie ma pasji ani pomysłu na alternatywny styl życia? Od kilku lat szukam pomysłu i nie znajduję. Czasem się zastanawiam czy takie egzystencjalne rozterki napadają mnie z nadmiaru czasu, czy jest to kryzys wieku średniego (zakładając, że będę żyła 70 lat ;)).

    napisał: anetacuse 2012/04/24 19:51:33

    OdpowiedzUsuń
  4. To inteligencja i otwartość Aneta; chyba wypada się cieszyć:) Pozdrawiam, wszystkiego dobrego:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pierwszy raz zajrzałem na twojego bloga dziś rano, teraz znowu... bardzo mądrze piszesz. Będę zaglądał częściej.

    napisał: piotrfigura 2012/04/24 21:52:57

    Ja mam wrażenie, że trochę krańcowo przedstawiony ten temat...
    Jeśli mamy ból brzucha lub odruch wymiotny na myśl o pracy, to źle i należy coś z tym zrobić, bo się odbije na nas na pewno. Ale jeśli praca jest taką pasją (?), że bez niej żyć nie możemy, to moim zdaniem też źle, bo to raczej uzależnienie, czyli niewola, jakby nie było. I co jak jej zabraknie?
    Pomiędzy tymi skrajnościami jest miejsce na zwyczajność, której często nie doceniamy marząc o wielkich uniesieniach i ekscytacjach. Tak jest nie tylko z pracą, ale z wieloma aspektami życia, choćby z naszymi związkami.
    Nie umiemy docenić codzienności, zwyczajności, nie zasługuje ona na naszą uwagę. A przecież wszystko ma swoje dwie strony - uczynienie z pasji zawodu często powoduje, że pasja się kończy, bo zabija ją staranie o wynik ekonomiczny i podporządkowanie temu całego przedsięwzięcia...
    Może zamiast zmieniać pracę wystarczy zmienić nastawienie do niej...? Zamiast zmieniać partnera inaczej na niego spojrzeć?
    A może nawet docenić?:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2012/04/25 11:08:18

    Pytanie jeszcze: czy rolnik jest szczęśliwy? Czy po prostu wykonuje swoją pracę, bo wie, że aby zebrać plon jest ona konieczna. I tyle. Nie analizuje czy aby na pewno on się w tym spełnia i wykorzystuje w pełni swój potencjał. Widzi w tym sens i może to wystarcza.
    Sama się nad tym zastanawiam, bo chyba za daleko zabrnęliśmy w tym oczekiwaniu spełnienia w każdej roli i czynności.

    napisał: sowa_nie_sowa 2012/04/25 12:12:18

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystko ładnie napisane, ja się z tym zgadzam, ale co mają zrobić starsi? Np. po 55 roku życia, gdzie takie osoby znajdą pracę bez znajomości? Ja jestem młoda, studiuję, mogę wszystko, jeśli uznam, że źle wybrałam studia to mogę je zmienić itd, itp, mogę wybrać to, co kocham, ale w pewnym wieku już jest na to za późno, nie jest tak?
    Moja mama bardzo ciężko pracuje. Serce mi pęka, gdy to widzę, ale co mogę zrobić? Ostatnio powiedziałam jej, że przecież nie jestem dzieckiem, że na siebie spokojnie mogę zarobić, żeby dała sobie spokój z pracą, że przecież też mogę dawać pieniędze.. ale ... ale nie ma takiej opcji, w tej sytuacji, jaką mam w rodzinie, gdzie praca taty też jest niepewna, a ja zarabiam raczej niewiele, mam jeszcze rodzeństwo.
    Wszystko się zapętla i jest do dupy, obiecałam jej, że przecież znajdziemy coś razem, jakąś pracę, coś lżejszego (nie wiem czy sama w to wierzę, ale dla niej staram się być promykiem). Nie mam pomysłu, jak to rozwiązać, ale dlaczego kobieta (np moja mama), która wprawdzie nie ma wyższego wykształcenia, ale przecież całe życie pracowała, potem wychowywała dzieci, teraz musi zapieprzać, na dodatek jest to szerszy problem, bo ona, z tego 'starszego pokolenia',bardzo sumiennie podchodzi do tego wszystkiego. Szlag mnie trafia, gdy widzę moich kolegów i koleżanki ze studiów załatwiających sobie zwolnienie z zajęć, gdy nie chce im się uczyć, pracować, a w domu sytuacja jest taka, a nie inna...
    Mam wrażenie, że żyję w innym świecie, nie wiem, czy to ja mam taką pechową sytuację, czy raczej te teksty o pogodnej starości, o spokojnej starości lub jeszcze 'przedstarości' co wyjęte z jakiegoś świata obok.

    I przez to wszystko moim największym marzeniem jest mieć mnóstwo, mnóstwo pieniędzy, tyle by już rodzice nie musieli pracować, by dostali 'nagrodę', za to wszystko co zrobili, by nie musieli codziennie gnieść się w autobusach (6-letni fiat...? chyba znów matriks), by mogli spokojnie nacieszyć się życiem. Kiedyś miałam bardziej idealistyczne podejście, że 'pieniędze to zło', chyba każdy przeżywał taki bunt, a teraz chciałabym, chciałabym mieć to wszystko, czym jednocześnie gardzę. Nie dla faktu posiadania, a dla spokoju.

    Ah, kończąc wylewanie moich żalów (przepraszam, wiem że nie jest obiektywne to, co napisałam, ale ostatnio tak czuję), chciałabym jeszcze napisać, jak strasznie nienawidzę niedoceniania tego, co się ma. U mnie w domu nigdy tego nie było, naprawdę, gdyby tylko mogła wrócić sytuacja, gdzie o pracę nie trzeba się martwić, by móc skromnie żyć, to już było by niebo. Ale nie myśli się o tym, gdy się to ma ...
    Nienawidzę narzekania, że 'auto nie chce odpalić', że 'chyba nie do końca spełniam się w pracy', że 'boli mnie głowa więc idę po zwolnienie', kiedy inni obok w milczeniu zasuwają...

    Boli mnie to, bo być może czuję, że to ja (dzieci) są też powodem tego, że mamy odbierają sobie wszystko, byle tylko dzieci miały jak najlepiej. Przerażające.

    Choć wiem, że też powinnam dziękować Bogu za wszystko, za rodzinę, za zdrowie, może też zachowuję się teraz jak rozkapryszone dziecko, a jednak ciężko tego nie robić, choć ja - osobiście - nie mam 'problemów', to jednak gdy problem ma naprawdę ktoś bliski, to bardzo porusza. Może potrzebna mi taka lekcja, w końcu nie myślę o sobie, tylko o kimś...

    Nie wiem tylko, czy w takiej sytuacji można mieć nadzieję, że będzie lepiej, jakoś realnie ciężko by było znaleźć rozwiązanie, ale może jakiś cud się zdarzy.

    Pozdrawiam i dziękuję za inspirujące teksty.

    napisał: aniooool 2012/04/25 15:41:32

    OdpowiedzUsuń
  7. Sowo ale tu nie jest mowa o pracoholizmie, ani o oddawaniu się pasji pracy tak, że na nic już nie starcza miejsca, wręcz przeciwnie. Tu jest o wyborze; i o tym, że możemy wybierać wiele razy,że mamy prawo do spełnienia; i że czasem się wstydzimy tego, że nasze aspiracje nas ciągną bardziej w stronę tego warzywniaka niż prezesury - a cały świat mówi, że tylko tytuł się liczy i zaszczyty, i brniemy gdzie nas wcale nie ciągnie... Zresztą, myślę, że wiele osób się odnajduje w tym o czym piszę tutaj, to jest szerszy problem, niż nam się wydaje . Wystarczy obejrzeć telewizję i posłuchać; wejść do sklepu, posiedzieć na przystanku, posłuchać radia itp. Mamy taki wbudowany schemat, że praca to jest coś nieprzyjemnego i wybieramy wg. tego. a potem cierpimy i tak się nam zdaje, że tak być musi, amen, byle do emerytury.
    Aniool,
    duzo wątków w tym o czm piszesz; znam panią, która w wieku 50 + została nianią, chociaż wcześniej była główną księgową - stwierdziła, że już nie może. znam też taką, która zajęła się szyciem - dostala dofinansowanie z ue, rozkrecila dzialalnosc itp. Myślę, że stosunek do pieniędzy definiuje w dużej mierze to czy zarabiamy, czy nam ciągle brakuje - na pewno warto nad tym się zastanowić... No bo chcieć i nienawidzić, to jednak trochę schizofreniczne... Myślę też, że nie jesteś od nagradzania kogokolwiek, źle by było gdybyś się głównie tym zajmowała, to rodzi frustracje i ustawia relację w rodzinie na torach, które nie są naturalne.. Piszesz, że czujesz że ta sytuacja , to poświęcenie rodziców to jakby wina dzieci..... Rodzice są dorośli, podjęli pewne zobowiązania, myślę, że jest w tym co piszesz dużo takiego żalu przejętego właśnie w rodzinnym domu, trochę miałam podobnie i ja się temu w sobie przyglądałam i to stawanie w oko z pewnymi przekonaniami bardzo mnie zmieniło; mogę śmiało powiedzieć, że jestem zupełnie innym człowiekiem niż 10 lat temu. Pozdrawiam i życzę powodzenia:) Nie cudu - ale wiary, że sama możesz działać cuda, jeśli w siebie wierzysz:)

    OdpowiedzUsuń
  8. a ja lubie tylko czytac ksiazki:(

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)