Bajka albo monolog o miłości

/
0 Komentarzy
Siedzieliśmy przy stole, jak co dzień. Nic się nie działo,  emocje nie wrzały. Herbata parowała, ściany świeciły czerwienią, a Ty trzymałeś mnie za rękę i podpierając głowę na dłoni patrzyłeś to na mnie, to w przestrzeń, to do swojego środka.  

I nic się nie stało, nie było chmur, ani wichury, nie szalała burza, ani sztorm, na zewnątrz i we mnie trwała zielona jak trawa cisza. Miałam sukienkę w bratki, zdjęłam jeden but, moja torba leżała bezładnie jak moje myśli, a kwiatek rósł, mimo że nasze oczy, nienawykłe do podobnych widoków nie mogły tego zobaczyć.  
I było dobrze. I była w tym miłość, co zaczyna się od wichury i odmętów, potem łaskocze motylimi skrzydłami, wreszcie siada na ramieniu i tuli głowę do piersi: łagodna, spokojna, dojrzała. 

I tak było dobrze i nie trzeba było niczego: ani więcej ognia, ani więcej światła, ani więcej smaku, ani czasu co ucieka, ani mądrości co paruje jak herbata i nic jej nie powstrzyma.

Za oknem zbierała szyki szara noc, słońce już zaszło, chmury opuściły spódnice. Gwiazdy zaczynały mrugać, a my siedzieliśmy tak w ciszy, bez słowa, bez głosu. Był tylko ten dotyk jak mleczna pianka: twoje palce na  moim nadgarstku, twoje spojrzenie w moich włosach.

I  niczego więcej nie szukam, niczego nie pragnę, nie rzucam się w wiry życia, nie szarpię, nie miotam. Trwam i trwać będę. Bo jest w tym miłość, taka jakiej chciałam, taka jaka zostaje i innej mi nie potrzeba.

Zresztą, cokolwiek mówią, w cokolwiek wierzą: innej nie ma, innej nie będzie.


Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)