Na próżno

/
1 Komentarzy
Śmiali się z niej Ci mądrale i asceci o duszach sztywnych i białych jak prześcieradło, chichotali z półuśmiechem na półustach, kiwali główkami jak piesek z auta; co to za kobieta, pytali. Duchowa przewodniczka od garnka parującej zupy; kpili. Taki mieli ubaw, takie mieli używanie, że zapomnieli co jest co. Aureola świętości zsunęła im się z czółka, gwiazdki nad głowami straciły rachubę, a ascetyczne kości zamarzyły o obiedzie. Rechotali i rechotali. Bo kto to w ogóle widział; kobieta derwisz, kobieta mędrzec, kobieta świątynią ducha? No żeby chociaż pościła, żeby chociaż mieszkała w jaskini, znała trudy odosobnienia, kopała się z dniem codziennym jak z koniem, żeby odmówiła z tysiąc modlitw, odprawiła medytacje, nie piła, nie tańczyła, nie grała w lotto. A ta odwrotnie. Jeszcze  matka! Nie miesza się sacrum i profanum; krzyknął jeden odważny, nie miesza duszy z krwią, co za pomysły; przytakiwali inni.  Że niby taka objawiona. Taka wzniosła. Osiągnęła podobno spokój, nie dotyka jej zmieszanie świata, szczęśliwa, pogodna i pogodzona. Podobno zna odpowiedzi.  Ubaw po pachy, śmiech na sali.
A ona nie dba o żarty, nie tyka ich kpiny. Gotuje obiad, medytuje nad szklanką herbaty, mruży oczy jak kot, po prostu.  Wstaje rano i dziękuje, kładzie się wieczorem  i kłania księżycowi, pozdrawia słońce, śmieje do deszczu. Bawi dzieci zamiast modlitwy, nie traci godzin na pacierze. Kroi ziemniaki i segreguje myśli, wącha goździki i letnie kwiaty, zachwyca się życiem, miewa brudne ręce i nogi. Skalała się krwią, skalała miłością, krzyczała przy porodzie, wyła w gorączce, myliła tysiąc razy i potykała dwa miliony.  Znachorka, mistrzyni w czułości,  ułożyła już wszystko. Nie udowadnia, nie chodzi nauczać, nie wypełnia blankietu na prawdę, nie pisze biblii codzienności. Kurs Zen skończyła w połogu. Nie wytrącisz jej z równowagi. Kiedy trzeba kiwa się na wietrze jak potrącony kręgiel; zna opór materii, wie kiedy warto, a kiedy nie. Uśmiecha się często, tarza po dywanie, suszy zioła i gniew na słońcu. Wyzbyła się chciwości,  chociaż przecież pragnie, odrzuciła strach, chociaż czasem się boi, mistrzyni uważności, najlepiej zna Tu i Teraz. Nie wisi w asanie, nie zrobi szpagatu.
Spotkali się kiedyś. Stary filozof, o twarzy pomarszczonej jak sucha figa, zgięty ku ziemi, milczący; i ona w kwiecie wieku, w koszulce w kwiaty. Popatrzyli sobie w oczy, pokłonili, spojrzeli w niebo. Nic nie mówili, nie wyjaśniali, nie krzyczeli. Posiedzieli razem, a po chwili odeszli przed siebie, każde w swoją stronę.
A mądrość była jak była. Omijała sztywniaków, drapały ją w nogi prześcieradła; wolała przeciągi i smaczne żarcie.
Tamci pościli, drwili i szukali jej w opłotkach. Na próżno.


Zobacz również

1 komentarz:

  1. Wciągnęło mnie.Ach.

    napisał: mniammama 2012/01/04 19:38:52

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)