Sen o morzu

/
3 Komentarzy
Istnieje opowieść o młodzieńcu, który urodził się w małej, oddalonej od świata wiosce i pewnej nocy miał sen o morzu. Pytał o nie znajomych, rodziców, najstarszego mieszkańca wioski, ale nikt nigdy o morzu nie słyszał, ani go nie widział. Młodzieniec wiedziony tęsknotą za tym sennym zjawiskiem wyruszył wkrótce w świat, zostawiając za sobą wszystko to co znał. Kiedy dotarł na rozstaje dróg, wybrał jedną z czterech możliwych ścieżek i wkrótce dotarł do szczęśliwego i dostatniego miasteczka, gdzie napotkał życzliwych i pogodnych ludzi, którzy przekonali go aby z nimi pozostał.  Tak też zrobił, ale po kilku jasnych jak wiosenny dzień latach, morze znów pojawiło się w jego snach i wywabiło go na rozstajne drogi. Tym razem wybrał inną ścieżkę i po paru dniach wędrówki dotarł do ogromnej metropolii, która zachwyciła go gwarem, możliwościami, wciągnęła w swój rozrywkowy wir, zaszumiała mu w głowie, tak że zapomniał po co tam przyszedł. Marzenia mają twardą naturę – dlatego i tym razem po latach pracy i zabawy, chłopak zatęsknił za sennym obrazem morza. O świcie porzucił uśpione miasto i ruszył na rozstajne drogi. Kolejna ścieżka wiodła przez lasy, wabiła dzikością i tajemnicą, aby po jakimś czasie zaprowadzić do chatki na polanie, gdzie mieszkała samotna kobieta. Chłopiec - czy raczej dojrzały już mężczyzna – najpierw chciał pozostać tam tylko na noc, odpocząć po trudach wędrówki, ale kolejne dni przychodziły jeden za drugim, zakochał się w kobiecie, poczuł się za nią odpowiedzialny, narodziły się dzieci i tak pozostał w tym odludnym miejscu na wiele spokojnych, szczęśliwych lat. U progu starości, która przyszła jak zwykle bez uprzedzenia i niespodziewanie jak pierwszy mróz co szroni jeszcze zielone liście; miał dawny sen o morzu. Pomyślał wtedy, że jeśli go nie zobaczy, to zmarnuje swoje życie.  Pożegnał żonę, ucałował dorosłe już dzieci i po raz kolejny wyruszył w świat. Wybrał ostatnią możliwą ścieżkę, szedł długo i z każdym krokiem czuł się bardziej zmęczony. Wreszcie po tygodniach znoju i wspinaczki, dotarł na szczyt góry, a stamtąd zobaczył majaczący w oddali horyzont morza. Ujrzał też swoją rodzinną wioskę,  pogodne miasteczko w którym mieszkał, wielką metropolię, dom kobiety, którą pokochał; zobaczył też rozstajne drogi i ścieżki, którymi podążał. Każda z nich prowadziła do morza –  ale żadną z nich nie poszedł do końca.
Ile razy jesteśmy w życiu jak ten chłopiec? Szukamy, wyruszamy w podróż, pragniemy zmienić swoje życie, a potem nagle coś nas zatrzymuje w pół drogi; jakiś drobiazg, błyskotka, czasem miłość, albo śmierć? A może to wcale nie chodzi o cel, ale o drogę, którą do niego zmierzamy? Bo czy marzenia mają sens bez miłości, bez radości, bez tego wszystkiego, co przydarza nam się po drodze?
Nie wiem… A Wy?


Zobacz również

3 komentarze:

  1. Skoro przez całe życie był szczęśliwy, choć stale się zatrzymywał na drodze do celu, to ok. Gorzej, gdy mamy marzenia, których nie realizujemy i to czyni nas zgorzkniałymi i nieszczęśliwymi.
    Dla mnie droga zdecydowanie ważniejsza:)
    Osiągnięcie celu to tylko moment, droga to całe życie:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2011/10/25 10:58:40

    OdpowiedzUsuń


  2. I znów pozostaje mi się z Tobą zgodzić Sowo:))) Chyba właśnie tak, że nie zawsze dobrze na skróty.

    OdpowiedzUsuń


  3. Tak zgadzam się, że droga jest ważniejsza bo czasem bywa tak, że zdobywamy ten wymarzony cel i nagle nasze życie traci sens. Gdyby tak od razu dotarł do morza to być może nigdy nie zaznał by życia, które jednak było szczęśliwe. (eozynka.blogspot.com/)

    napisał: Gość: , afjo10.neoplus.adsl.tpnet.pl 2011/10/28 22:44:44

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)