Rozlecieć się

/
1 Komentarzy
Kiedy przychodzą w naszym życiu chwile zwątpienia i kapryśne dni, słyszymy wokół słowa otuchy i nieśmiertelne „ trzymaj się”. Optymiści przywdziewają pokerową twarz, czasami próbują mierzyć się z problemem za pomocą zdania „ przecież to nic takiego”, pesymiści bez wstępów i ociągania rozsypują się  w proch. O dziwo, jest to czasem najlepsza rzecz jaką można zrobić.
Przyszła jesień i mimo, że jest piękna, kolorowa i słoneczna, to wielu z nas odczuwa w tyle głowy dobrze znany niepokój, jakiś chichot i szmer losu, niby nic, ale przecież kolejne lato za nami, zaraz kolejny rok, przyroda umiera w spektaklu niezwykłym i cudownym, ale przecież nie da się zakolorować śmierci. Odrodzi się -  oczywiście - zima zamrozi to co potrzebuje odpoczynku, kolejna wiosna przyjdzie jak zwykle niespodziewanie, kolejne lato sprawi, że oniemiejemy  z zachwytu. Jednak teraz jest teraz i to co czujemy; nie zawsze świadomie przyznając się przed sobą samym; to smutek, przygnębienie i zniechęcenie.
Człowiek jest elementem przyrodniczej układanki. W swoim marszu przez drabinki ewolucyjne zdołał się przystosować do życia o każdej porze roku:  nie cierpi już głodu na przednówku, ani zimna w mroźne noce. Życie psychiczne jednak jest tym kamykiem, tym kawałkiem naszego fundamentu, który tkwi ciągle głęboko w czasach prehistorycznych, w naszym gadzim mózgu, głęboko, poza rejonami, w które zwykł zapuszczać się nasz racjonalny rozum. Miewamy wzloty i upadki, żyjemy na sinusoidzie nastrojów, bywa lepiej, bywa gorzej, nie zawsze  euforycznie i cudownie. Współcześnie trudno nam zaakceptować stan przygnębienia, smutek, zwłaszcza kiedy nie jest on spowodowany żadnymi okolicznościami, które by go obiektywnie usprawiedliwiały. Czujemy się źle, bo czujemy się źle. Wpadamy w błędne koło trzymania naszych złych emocji, trzęsiemy się w środku jak galareta, ale robimy wszystko, żeby się tylko nie rozlecieć.  Człowiek pierwotny, ten nasz praojciec i pramatka, żył bliżej naturalnych cyklów. Po okresie intensywnego i bujnego życia wiosenno – letniego, jesień i zima były czasem pewnej stagnacji i zatrzymania: dziś to nie jest już możliwe, ale nie możemy też wierzyć w to, że możemy żyć przez okrągłe 365 dni roku na wysokich obrotach, z wiecznie przyklejonym do twarzy pokerowym uśmiechem.
Optymiści, ci prawdziwi, mądrzy, a nie kolorowani, wiedzą, że czasem trzeba puścić napięcie, rozsznurować kawałek po kawałku, to co nas trzyma, te bandaże, podpórki, rusztowania, na których wsparte jest nasze życie. Niech się rozleci jeśli musi, zbudujemy je od nowa, może lepsze, może bardziej autentyczne, wreszcie prawdziwie nasze. Trzymanie się za wszelką cenę, kiedy drgamy i kwilimy w środku jak dziecko – może bez powodu, może tak po prostu ze zmęczenia i potrzeby odejścia od świata jasnej radości w oczyszczający na chwilę smutek, to działanie wbrew sobie samemu, szkodliwe i niszczące: elektrownie naszego ciała płacą za nie wysoką cenę; przyjdzie nam kiedyś uregulować te rachunki.
Jesień jest kojąca. Obsypanie się z liści, spojrzenie na siebie jak na nagie drzewo, bez ozdób, bez fajerwerków, bez odwracania wzroku – to niesie uzdrowienie. Nawet jeśli na początku boli, nawet jeśli jest mokre od łez.


Zobacz również

1 komentarz:



  1. Wszystko to prawda... piękny wpis :-)

    napisał: lady_lavender 2011/09/27 13:23:47

    Często jeszcze słyszymy, żeby wziąć się w garść. Ale my tej garści nie mamy i potrzebny człowiekowi ktoś, kto pomoże chociaż zacząć zbierać tę garść.

    napisał: kultekiewiczanka 2011/10/01 12:39:37

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)