Jaka piękna witryna

/
0 Komentarzy
Była jak gotycka katedra: zapierała dech w piersiach. Latami budowała swoją potęgę, kamień po kamieniu, uśmiech za uśmiechem, delikatne drgania kącików ust, niemarszczone czoło, oczy jak oceany.  Trzymała się prosto. Plecy były jej szkieletem mocy. Nie garbiła się nigdy – czasem zdawało jej się, że nawet śpi jak struna – w idealnym układzie ciała: krąg za kręgiem, z gracją, jak figura z obrazów dawnych mistrzów.  Codziennie odnawiała fasadę: dbała o nią jak o najcenniejszy klejnot, polerowała, gładziła, konserwowała.  Mówili, że zawarła pakiet z diabłem, że sam Mefisto, w czarnej pelerynie skłania się kiedy widzi ją za zakrętem: schodzi z drogi – nie wiadomo z kim jeszcze się dogadała. Jej oczy były jak misterne witraże. Wyławiała nimi zachwyty przechodniów, spojrzenia pełne pożądania i zazdrości. Karmiła się nimi jak ptak: ziarnko do ziarnka, okruszek za okruszkiem: oceany oczu lśniły coraz bardziej – wewnętrzne słońce osiągało południki i wspinało się ku biegunom. Nie myślała o tym co będzie potem. Nie dopuszczała do siebie myśli czarnych jak kruki, odganiała je jak stara rajfurka; tylko wtedy, na chwilę, jej niewzruszony spokój zaburzało coś brzydkiego, coś strasznego – bała się tych momentów i tłukła w złości lustra.
Kiedyś zachorowała. Na nic zdały się wymówki i argumenty o tym, że takie rzeczy nie zdarzają się kobietom pięknym jak gotycka katedra.  Słabość ogarnęła ją całą, zwaliła z nóg, uderzyła obuchem w samą skroń, zostawiła trwałe ślady. Wtedy zajrzała za kurtynę. Rzeczywiście była jak gotycka katedra -  te mury, ta siła, ten kamień;  ale za makietą ścian  ujrzała nie wnętrze świątyni, piękne jak zewnętrzna skorupa; ale labirynt cienkich jak zapałki patyczków, tył makiety podparty jak dekoracja – zrozumiała, że wisiała w powietrzu.
 Kiedy przyleciały ptaki, nie odganiała ich jak zwykle. Pozwoliła usiąść na swoich ramionach jak wieżach, pozwoliła czochrać swoje włosy, jej plecy tak strzeliste i twarde ugięły się pod ciężarem, a z oczu jak witraże, popłynęły łzy. Katedra runęła. Kiedy łzy obeschły, a ptaki smutku odleciały, wstała, rozczesała splątane myśli, osuszyła twarz i poszła swoją drogą, z daleka od tego przeklętego miejsca.
Nikt już więcej nie zastawiał się  nad jej diabelską urodą, nikt więcej nie pożądał jej z taką mocą jak dawniej.  Mogła marszczyć czoło, nosić nieuczesane myśli, spać wygięta w łuk; ptaki rozpaczy omijały ją szerokim kołem, a w uszach przestała dźwięczeć myśl straszna jak zły sen szaleńca: „jaka piękna witryna, jaka piękna witryna”.


Zobacz również

Brak komentarzy:

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)