Tak trudno wybaczyć

/
8 Komentarzy


Jeśli znacie kogoś kto nigdy nie był skrzywdzony, kto nie poczuł się nigdy wykolegowany przez los albo bliskich ludzi, to z pewnością jest to bardzo szczęśliwy i pogodny człowiek.  Kłopot w tym, że takich osób pewnie nie ma -  bo praktycznie nie da się przejść przez życie z uczuciem pełnego  pogodzenia z losem i ludźmi. Każdego gdzieś, kiedyś, spotka coś, co trzeba będzie wybaczyć. Tak już jest. 

Nosimy więc w sobie urazy:  mniejsze, jak te o kilka głupich słów, ale także te wielkie: o zło wyrządzone nie z zaniedbania czy niewiedzy, ale z premedytacją -  tak aby zranić i skrzywdzić. By zadać ból.

Mamy co wybaczać: bez względu na wiek, doświadczenie, dobre czy złe koleje naszych dni.  Krzywda, którą w sobie nosimy jest jak jątrząca się rana:  nawet jeśli już  nie krwawi,  to strach ją dotknąć, boimy się urazić. Zadawniony gniew budzi demony, nie pozwala wejść na nowe ścieżki, ciągnie się za nami jak worek pełen śmieci z przeszłości.

To się nie opłaca, nie kalkuluje. Wybaczanie nie jest potrzebne winowajcom, chociaż pewnie dobrze jest, winowajcą będąc je uzyskać, ale potrzebne jest przede wszystkim nam samym. Żeby móc w spokoju iść dalej.


Trzeba wybaczyć

Wybaczanie wydaje się nam zadaniem niewykonalnym, trudnym, godnym może jakiś wyaurelowanych świętych, a nie zwykłych ludzi.  Dzieje się tak dlatego, że myślimy o tym akcie jako o całkowitym wymazaniu win. A to nie o to chodzi. 

Clarissa Pinkola Estes, w "Biegnącej z wilkami" pisze:  „Kobieta, która potrafi wybaczyć wielką krzywdę w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, kwalifikuje się niemal do beatyfikacji, jeśli nie do świętości".  

Nie musimy zapominać wszystkiego. Udawać, że tego nie było. Możemy po prostu darować tyle ile możemy -  ile zdołamy w tej chwili – może za miesiąc albo rok uda się nam wybaczyć więcej: tymczasem uwolnijmy się od krzywdy, którą niesiemy, na tyle na ile każdy z nas zdoła.


Wybaczanie nie jest gumkowaniem przeszłości. Nie oznacza udawania, że zranienia nie było. 

Od czego więc zacząć? Od ustąpienia z pola bitwy. Zaniechania wymierzania kary, zaprzestania rozpamiętywania doznanych krzywd.

Trzeba  także wyjść z roli ofiary, która ma prawo po pierwsze cierpieć i z cierpienia czerpać uprzywilejowaną pozycję oraz z roli kata, który ma mandat do tego, aby się mścić za to, co go spotkało.

Uwaga! To bywa bardzo ograna i "wygodna" rola. Czasami skrzywdzenie niesiemy jak sztandar i wcale nie chcemy go oddać. Jest naszym alibi na nieudane życie, na brak prób podejmowania zmiany, jest jak tarcza, którą osłaniamy się od życia, żeby nie musieć ryzykować, podejmować prób. W końcu to oni mnie skrzywdzili, miałem złe dzieciństwo, wiadomo, że mam przez to nieudane życie - co ja mogę??

Przyjrzyj się sobie. Czy to aby nie twój przypadek? Bycie w roli ofiary bywa wbrew pozorom wygodne. Ale nie prowadzi do spełnionego życia.



Sobie też


Cały ten wywód dotyczy też bardzo istotnego aspektu win. Tych względem nas samych: tych które mamy względem siebie. Win niedokochania, niedotulenia, niedocenienia, obwiniania się,  autoagresji, pretensji i wymagań nie do spełnienia.

Największymi oprawcami bywamy sami dla siebie. To także trzeba sobie wybaczyć. I iść dalej -  w kierunku jasnej strony życia.




Jeśli znasz kogoś komu ten tekst może pomóc, podaj dalej!
Wybaczanie uwalnia.
Warto o tym wiedzieć!





Zobacz również

8 komentarzy:





  1. Ktoś powiedział:
    "Chowanie urazy, to jak picie trucizny w nadziei, że pozabija Twoich wrogów."
    I jeszcze to: wybaczyć, nie znaczy zapomnieć.
    Pamiętam (wszak jest to część mojej historii), ale nie mam żalu.

    A Ty już na nogach i w pełnej formie????:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/08/05 17:38:33

    Nie przypuszczałam że tak szybko znajdziesz czas na napisanie czegoś:) Cieszy to:)
    Z tym wybaczeniem .. łatwiej powiedziec .. gorzej wykonać .. i nie wiem od czego to zależy .. Moja małżowina potrafi wybczyć od razu od teraz .. a ja dusze w sobie cholernie długo:/ Po co? .. :(

    napisał: ses-ame 2010/08/05 18:01:06

    OdpowiedzUsuń
  2. Na nogach to byłam już godzinkę po porodzie;) co prawda trochę trzęsących się ;) pomału wracamy do formy i staramy się organizować nowe życie:)
    Z tą trucizną to właśnie to o co mi chodziło. Właściwie to jedno zdanie by wystarczyło..

    napisał: 2010/08/05 20:57:00

    OdpowiedzUsuń
  3. A jak wybaczyć coś, co skazało nas na bardzo długofalowe konsekwencje? Na przykład metody wychowawcze, które spowodowały problemy, brak przystosowania w dorosłym życiu? Trzeba wybaczyć, ale nie da się iść dalej. Bo trzeba zawrócić do punktu wyjścia i zbudowac siebie na nowo. To chyba najtrudniejsze wybaczanie. Wciąż się z nim zmagam....

    napisał: carrie78 2010/08/06 09:39:06

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem dobrze o czym piszesz Carrie. Najbliżsi, rodzice ranią nas najdotkliwiej, bo w momenncie kiedy jesteśmy najdelikatniejsi,najwrażliwsi. Tyle , że niosac całe życie uraze nie zbuduje się siebie ani niczego konstruktywnego - bo zadawniony żal to nie jest fundament do budowania. Jasne, że nie zapomni sie nigdy wszytskiego co nas spotkało, ani tego czego nie dostaliśmy chocicaż tak bardzo nam było potrzeba - zawsze w nas zostanie jakaś igła, drzazga- nie jesteśmy świeci ani glupi, żeby wymazać z siebie dzieciństwo, czy inne czasy bólu jak gumką. Ale wybaczenie daje ulgę. wybaczam i zostawiam za sobą to co było i już i tak się nie zmieni. Zatruwanie siebie przeszłością to ta aplikowana sobie trucizna - nie dość że zatruła nam życie kiedyś, to jeszcze nieprzepracowana rani nasze Teraz.

    napisał: 2010/08/06 10:24:16

    OdpowiedzUsuń


  5. Brak wybaczenia czyli życie w poczuciu krzywdy czyni z nas ofiarę... czyli ktoś dalej - paradoksalnie - pociąga za te sznureczki i tańczymy tak, jak ktoś, a nie my, chce:(

    Carrie, nie trzeba wybaczać, to Twój wybór:)
    Rozważ co bardziej Ci się opłaca: czy tkwienie w pretensjach i żalu do rodziców (co to zmienia w Twoim życiu?) czy wybaczenie i pójście swoją drogą? A że ta droga niełatwa, to tym bardziej wymaga zmobilizowania sił, a nie trwonienia ich na żale i urazy...
    Nie jesteś osamotniona w tej walce o swoje lepsze jutro... większość z nas wchodzi w dorosłe życie okaleczona, mniej lub bardziej ... niestety...
    Ale to nie wyrok i warto o tym pamiętać:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/08/06 12:04:24

    OdpowiedzUsuń


  6. Och, dzięki za wsparcie :-) Ja nie napisałam, że nie wybaczyłam. Wybaczyłam. Szczególnie, że sama mam córkę, coraz starszą i nie chcę, żeby pewnego dnia ona mi nie wybaczyła (chociaż do rodzicielstwa przykładam się najbardziej na świecie i liczę, że nie będzie mi miała zbyt wiele do zarzucenia). Miałam na myśli, że to jest trudne wybaczanie, bo nie możesz po prostu otrząsnąc sie i pójść dalej. Musisz się wyzerować. Wybaczyłam i już nie będę tamtą osobą. Słabą, stłamszoną itp. Teraz nauczę się życ tak jak należy. Z wiarą w siebie. W tym wypadku wybaczenie to tylko początek długiego procesu. Trudnego.
    Napisałam, że zmagam się, bo czasami - jesli do tego dopuszczę, kiełkuje we mnie na nowo żal, że musze się tak starać o to, co innym przychodzi bez trudu, bo byli inaczej wychowani. Szybko jednak się pozbywam tego żalu. Za każdym razem szybciej. To chyba pozytywny objaw :-)

    napisał: carrie78 2010/08/06 12:25:05

    Carrie, jak najbardziej pozytywny:)
    Ja bym jeszcze odpuściła sobie w kwestii starania się bycia idealną mamą, bo coś czuję, że idziesz w tym kierunku;)
    Niedobrze by się stało gdybyś wychodziła z Twoich problemów z przekonaniem, że nie możesz popełniać błędów...
    Tak sobie jeszcze pomyślałam, że Tobie też zapewne coś przychodzi bez trudu, coś, czego prawdopodobnie inni Ci zazdroszczą... Czy umiesz to docenić?:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/08/06 14:10:22

    Nie staram się być idealna matką, bo to by znaczyło, że hoduję idealne dziecko, czyli potencjalnego potworka :) Czy ja doceniam w sobie, coś co przychodzi mi bez trudu? No nie wiem, zabiłaś mi ćwieka - będę myśleć. Dzięki za wszystkie dobre słowa :-)

    napisał: carrie78 2010/08/06 23:19:10

    OdpowiedzUsuń
  7. Sowo poruszylas wazną sprawę: mianowicie często obiektywnie tak jest, że jak bylo ciężko na początku to potem nas każda fala niesie:) Znam wielu ludzi, którzy dostali w dzieciństwie znacznie więcej niż ja - obiektywnie mieli pod każdym względem lepszy start, a są daleko, daleko, za mną: w rozwoju, w poczuciu zadowolenia z życia, poukladania itp. To dowodzi, że dzieciństwo wcale wszytskiego nie determinuje, a wręcz hartuje i zmusza do pewnej pracy, która potem się odbebnia chętniej i lepiej niż ci pozorni szczęsciarze, którym nie brakowało nawet ptasiego mleczka;)

    napisał: 2010/08/07 10:23:54

    OdpowiedzUsuń
  8. bo skoro przeżyliśmy to trudne dzieciństwo to musieliśmy się "wyposażyć" w cechy, które nam w tym pomogły. Część z nich nie jest nam potrzebna w dorosłym życiu lub wręcz nam przeszkadza, ale wiele z nich to nasze duże atuty.
    Problem w tym, że dla nas tak oczywiste, że nie potrafimy ich docenić...
    Trudne dzieciństwo paradoksalnie daje siłę - ważne żeby ją wykorzystać z pożytkiem dla siebie:)
    I skupiać się na pozytywach, a nie brakach - to główne wyzwanie:)

    napisał: sowa_nie_sowa 2010/08/07 17:15:39

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)