Szkoła rodzenia

/
1 Komentarzy
Jestem już po zajęciach w szkole rodzenia. Zawsze chciałam pójść i mimo, że nie dowiedziałam się wiele nowego -  trudno o to, po przestudiowaniu co najmniej kilku poradników dla ciężarnych -  to gorąco wszystkim przyszłym mamom i ojcom polecam.  Wydaje mi się, że kobiety -  o dziwo – czasami nawet mniej jej potrzebują niż mężczyźni. W końcu to my jesteśmy w ciąży i to my przez dziewięć miesięcy fundujemy sobie własną szkołę,  która jeśli jest złożona z mądrych lektur, dobrego kontaktu z lekarzem i położną – może w razie potrzeby zastąpić udział w  normalnej szkole rodzenia. Co innego mężczyźni:  nie sprzyja im ani fizjologia, ani medycyna, która odsuwa ich na boczny tor, ani w końcu ciekawość własna, którą blokuje strach przed tą wiedzą -  nie zawsze w końcu łatwą, miłą i pachnącą fiołkami. Dlatego namówcie dziewczyny swoich sceptycznych czasami partnerów do pójścia z wami – do wysłuchania historii o narodzinach -  niech nie czują się odseparowani i niepotrzebni -  niech wiedzą , że ich obecność jest ważna i istotna.
W mojej szkole rodzenia wiele mówiło się o znaczeniu obecności bliskiej osoby przy porodzie. Nie zawsze musi to być mąż, partner -  ale chyba dobrze jeśli to jest on.  W ostatnich „Wysokich Obcasach” ukazał się artykuł o tym, że dziś to „obciach” nie być przy narodzinach swojego dziecka i że mężczyźni są niejako zmuszani do udziału w porodzie mimo swojego jawnego sprzeciwu i niechęci. To prawda, że ktoś postawiony przy łóżku rodzącej na siłę, kto czuje strach, panikuje, nie wie co robić, jak pomóc, nie wesprze kobiety, ale nawet wywoła niepotrzebny dodatkowy stres.  Uważam jednak, że ten strach mężczyzn wiąże się właśnie z brakiem wiedzy i przygotowania: z obawą, że nie jest się właściwą osobą we właściwym miejscu -  a z tym można sobie łatwo poradzić -  właśnie za pomocą wiedzy, którą można zdobyć w szkole rodzenia.
Dla mnie najważniejsze w całej tej nauce jaką mi przekazano jest rzecz, która zawiera się w słowach  Elizabeth Nobel znalezionych wcześniej w książce Preeti Agraval: 

„Większość metod przygotowawczych do porodu zakłada opanowanie umiejętności kontroli, która w istocie jest niemożliwa do osiągnięcia, ponieważ taka jest natura porodu.. Im bardziej staramy się zasnąć, zapamiętać imię, przeżyć orgazm lub zajść w ciążę, tym bardziej cel zdaje się nam umykać. Kiedy natomiast się poddajemy, to czego pragniemy przychodzi samo. Akt narodzin wymaga odwagi, by sobie „odpuścić”, wyzbyć się wszelkich utrwalonych nawyków i polegać na jednej rzeczy-  na mocy własnej świadomości, własnego reagowania, czyli na własnej kreatywności”

W gruncie rzeczy -  gdzieś głęboko pod skórą – wiemy czego nam potrzeba do tego aby urodzić. Jeśli pozwolimy tej wiedzy wydobyć się na światło dzienne, pozwolimy aby nas olśniła -  to poród może być – głęboko w to wierzę -  mistycznym i pięknym przeżyciem. Czasami jednak lekarze i cały świat medyczny zamiast nas w tym wspierać, staje na drodze do tej świadomości i piękna. Ale to już inna historia..


Zobacz również

1 komentarz:

  1. No właśnie. Szcególnie w naszym państwie to utrudnianie jest jaskrawe:( A co do zajęć dla tatusiów ... mój tak samo jak ja wertował książki o porodzie i co po nim. I świetnie sobie poradził! :) Jakoś nie przemówiły do nas pierwsze zajęcia w takiej szkole i zrezygnowaliśmy z niej i porodziliśmy dwójkę:) Razem:) Pozdrawiam.

    napisał: ses-ame 2010/06/23 14:02:57

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)