Warszawski spleen

/
1 Komentarzy
Dziś rano obudziła mnie jak pewnie wielu z Was ciemność. O wiele przyjemniej wstaje się do swojego codziennego życia kiedy na zewnątrz jest jasno, niebiesko i pachnie świeżym, ledwo obudzonym słońcem. Spotkała mnie dziś jednak nagroda za wytrwałość: po ulewie w centrum, zobaczyłam pod koniec drogi do pracy rozpromienione, lekko rozchmurzone niebo. Deszczyk pokropił mnie na szczęście i jak obiecało to przyszło.
Czytałam ostanio w książce Beaty Pawlikowskiej, że tak zwana "meteopatia" jest rodzajem wymówki -  czymś co uzasadnia nasze lenistwo i złe humory. Boli mnie głowa bo spada ciśnienie, nic mi się nie chce bo leje, chowam się pod koc i płaczę bo niebo płacze razem ze mną... Można i tak ale po co?
Dochodzę do wniosku, że zbyt często spychamy odpowiedzialność za swoje życie na różne zewnętrze czynniki. Inni ludzie, którzy nas dotykają i są winni naszym spadkom nastroju, okoliczności, które stają na naszej drodze do szczęścia; pogoda, która mogłaby być lepsza itp.
Dużo lepiej wygląda świat jeśli patrzy się na niego z perspektywy szczęściarza, obdarowanego przez los, niż oczami ofiary, której wszystko przeszkadza i uwiera.
A żeby poczuć się szczęściarzem, wystarczy poczytać gazety... i mieć trochę empatii.


Zobacz również

1 komentarz:

  1. Oj, meteopatia jest bardziej skomplikowana :)
    EB

    OdpowiedzUsuń

Twoje komentarze są dla mnie bardzo cenne. Zostaw znak, że byłeś, podziel się swoim doświadczeniem, pamiętaj o empatii.
Komentarze są moderowane.
Dziękuję :)