Historie sukcesów, które zaczynały się od „czułam się nikim i nic nie warta, a teraz jestem wielka” robią furorę. Dobrze wyglądają w gazetach. Dobrze się to czyta. Każdy z nas pewnie kiedyś był w takim momencie w życiu, w którym czuł się bezwartościowy i pomyślał, że jeszcze temu światu pokaże. Problem w tym, że mozolne wspinanie się na szczyt, żeby powiedzieć OTO JESTEM ZAJEBISTA to jest podejście „od dupy strony”. Bo jaki naprawdę jest problem?


„Całe życie mi wmawiano, że jestem nikim. Chciałam udowodnić, że to nieprawda” – mówi bohaterka wywiadu w WO, która w 3 miesiące po 3 cesarce przebiegła ultramaraton na dystansie 240 km. „Kobiety latami czekają aż ktoś doceni je w pracy”-  czytam w kolejnym materiale

I abstrahując od przekazu i motywującej wartości tych tekstów myślę sobie, że idziemy do siebie i do poczucia własnej wartości drogą totalnie naokoło. 

I to jest znacznie dalej niż te 240 km.


Dlaczego udowadnianie innym czegoś jest drogą naokoło?

Bo chociaż chcemy wierzyć, że jest inaczej, to punkt wyjścia i punkt powrotu jest zawsze taki sam. Wychodzimy i wracamy do siebie.

Tak, droga nas zmienia. Tak, po drodze możemy się nauczyć bardzo wiele i sprawdzić się w milionie różnych wyzwań i sytuacji. 

Ale to nie osiągnięcia są dowodem naszej wartości. 

Jesteśmy wartościowi i bez nich - dlatego że jesteśmy, dlatego, że się urodziliśmy i jesteśmy ludźmi.


Ludzie bez osiągnięć są nic nie warci?

Nie zgadzasz się z tym? W takim razie twierdzisz, że dzieci są bezwartościowe? Że aby coś znaczyć trzeba mieć na koncie milion, w dorobku szanowany tytuł, osiągnięcia sportowe albo przynajmniej gromadkę dobrze wychowanych dzieci? Gdyby tak było, większość z nas miałoby poczucie własnej wartości wielkości główki od szpilki. A przecież tak nie jest.

To wcale nie osiągnięcia nas definiują -  to nie one są przepustką do świata, w którym mogę powiedzieć o sobie: „Nie jestem idealna, ale do cholery nikt nie ma prawa mi mówić, że jestem nikim!”.

Jest tym coś zupełnie innego. 


Książka na jesienne wieczory -  znajdziesz ją tutaj


Pułapka osiągnięć

A może nie ma w tym nic złego? Komu to przeszkadza, że ktoś chce iść naokoło i doświadczyć wielkości, żeby potem w siebie uwierzyć i mieć poczucie sprawczości i mocy! Niby nikomu.

Ale wielu w tej drodze się zgubi. Wielu dostanie po tyłku tak mocno, że się nie podniesie, albo zapłaci za to wysoką cenę. 

Wielu wpadnie w nałóg udowadniania sobie i innym, że są wiele warci tylko wtedy kiedy im się coś udaje. Kiedy walczą i się nie poddają. Kiedy osiągają. Kiedy są lepsi niż inni.

Dla tych mam złą wiadomość: Nie ma czegoś takiego jak wieczna życiowa hossa. 

To jest niebezpieczna droga. 


Czemu się czepiasz?!

Tak, trochę się czepiam, ale mam ku temu ważne powody. 

Za dużo widziałam dziewczynek, które twierdziły, że nie są dość dobre, żeby ktoś je pokochał. Pracowały więc nad sobą do anoreksji i zaburzeń osobowości bo chciały być idealne.

Za dużo znam facetów, którzy przeszli zawał, bo bardzo chcieli pokazać tacie, żonie i sąsiadowi, że są lepsi od nich.

Za dużo kobiet, które nie mogą pogodzić się z tym, że czas mija.

Za dużo ludzi, którzy z całej siły pragną aby KTOŚ wreszcie ich docenił, bo nie doceniają siebie.

Dlatego jeśli czujesz, że na wiele jeszcze musisz zapacować, wiele jeszcze osiągnąć by powiedzieć o sobie „JESTEM OK” – to rób co chcesz. 

Ale zanim wyruszysz w tą drogę, zanim się rozpędzisz i poczujesz krew na języku, pot na karku, zanim zaciśniesz pięści, zrób dla mnie i dla siebie jedną rzecz: zastanów się proszę. 

Czy aby nie idziesz do siebie „od dupy strony”?





Nic chyba nie budzi takich emocji jak sukces i pieniądze. No może jeszcze seks. O sukcesie rozpisują się media i wielu z nas wydaje się, że to co się niektórym przytrafia, to jest jakieś ziszczenie złotego snu. Tymczasem prawdziwy sukces, najczęściej nie powstaje na zlepku marzeń o potędze i szczęśliwych trafach, ale na czymś kompletnie innym. 

Opowiem Wam dziś kilka historii i rozprawię się z kilkoma szkodliwymi mitami. Bo chociaż jestem optymistką i namawiam do pozytywnego myślenia, to wiem doskonale, że nic tak się nie przydaje w drodze na szczyt (jakkolwiek go definiujesz), jak realizm. No i wygodne buty. 

Zanim wyruszycie, usiądźcie i posłuchajcie. 


Czy ktoś słyszał o.... 

Tak zaczyna swoje wystąpienie na "Info Share" Michał Sadowski. Michał, dla tych, którzy nie wiedzą, jest twórcą BRAND 24 -  firmy z sektora informatycznego, która powstała w 2010 roku, dziś obsługuje kilkadziesiąt tysięcy marek na całym świecie i jest wyceniana na ponad 50 milionów złotych. 

Brand 24 to 5 projekt Michała Sadowskiego. O poprzednich, jak pewnie się domyślacie, mało kto usłyszał. 

Czy początki były łatwe? Czy to wszystko co udało się stworzyć poszło miło , lekko i szybko jak po maśle? 

Obejrzyjcie tą prezentację, zobaczcie obrazki z 3 - dniowym kebabem, uprzejmymi mailami od inwestorów i klientów, które można by w sumie podsumować jednym słowem na "s", oraz posłuchajcie o problemach z płatnościami za ZUS. Jeśli dodacie do tego półtoraroczne życie na przysłowiową krechę, to może porzucicie już dziś mrzonki o spektakularnym sukcesie z dnia na dzień, który prawie nic nie kosztuje. 

"Do większości sukcesów dochodzimy przez pot i łzy - mówi Sadowski. 

Historia z nogą w stole - bezcenna. 




Mało? Jest więcej

Takich historii jest na pęczki i trochę nie dziwię się, że nie chcemy ich słuchać. Czemu nas odpychają? Bo chcielibyśmy wierzyć, że to co planujemy nie będzie  nas nic kosztować. Że musi się udać. 

Kiedy słucham domorosłych mówców, którzy wpajają młodym ludziom takie świetlane wizje sukcesu, w który TRZEBA TYLKO wierzyć, chce mi się i śmiać i płakać. Śmiać, bo to takie naiwne, a płakać, bo wiem, jak wielu ze słuchaczy doświadczy twardego lądowania na tyłku. 

Chcesz się dalej oszukiwać? Skończ czytanie w tym miejscu. 


Jak bywa naprawdę? 

J.K. Rowling, autorska Harrego Pottera, próbowała kilkanaście razy zanim udało jej się wydać pierwszy tom. 

Disney otrzymał ponad 300 odmów zanim uzyskał współfinansowanie dla budowy Disneylandu. 

Edison wykonał ponad 10 tysięcy prób zanim udało mu się stworzyć żarówkę. 

King, sławny powieściopisarz, dziś uznawany za jednego z najzamożniejszych ludzi pióra, miał problemy z wydaniem swojej pierwszej powieści, a także z alkoholem. 

Reżyserka właśnie wchodzącego do kin filmu "Twój Vincent" cztery razy otrzymała odmowę od kompozytora Clinta Mansella. A sam bohater filmu - van Gogh sprzedał w czasie swojego życia jeden obraz. 

Moja pierwsza książka "Bajki o życiu" -  sprzedała się w pierwszym miesiącu dystrybucji w 50 egzemplarzach, co nie pozwoliło nawet na pokrycie kosztów  projektu graficznego, nie mówiąc o druku. Dziś nakład się kończy, został ostatni karton, ale wtedy gdy się ukazała, wcale nie było mi do śmiechu.  

Więcej historii znajdziesz tutaj



7 rad dla ludzi, którzy chcą odnieść sukces

1. Pamiętaj, że sukces z dnia na dzień wymaga LAT przygotowań. Nawet jeśli uda Ci się ominąć dołki i nie ponieść po drodze spektakularnej porażki, to zapewne dlatego, że nauczyłeś się czegoś na swoich wcześniejszych błędach. 

2. Buduj sukces na sukcesie, ale także na porażkach. Historie ludzi, którzy go odnieśli pokazują, że kiedy nie wychodzi, to trzeba wyciągnąć wnioski i próbować jeszcze raz. 

3. Bądź świadomym realistą. Jak to działa? Ludziom, którzy wchodzą na rynek pracy wydaje się, że jeśli wyślą 10 maili z cv powinni otrzymać jedną propozycję spotkania i załamują się gdy po 50 mailu nikt nie dzwoni. To nie jest dobry moment na załamanie, ale na refleksję i uzmysłowienie sobie, jakie NAPRAWDĘ są realia, a nie nasze wyidealizowane myślenie o nich. Dotyczy to nie tylko szukania pracy. 

4. Bądź elastyczny -  nie ma nic gorszego niż bycie przyspawanym do swoich pomysłów

5. Bądź uparty. Najlepiej mądrze, bo głupi upór jest głupi. 

6. Ryzykuj. Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. 

7. Pamiętaj, że nawet jeśli się nie uda, zawsze można spróbować jeszcze raz. 


A na koniec...

Chciałabym Ci przypomnieć tekst o sukcesie w wersji white. Bo jest też czarny sukces. Ten biały wzbogaca nas i świat, ten czarny często przynosi wypalenie. 

To jest szalenie ważny temat. Chyba ważniejszy niż mówienie o tym, jak wejsć na szczyt. 

Zanim się wystartuje w tym wyścigu po "złoto" warto zastanowić się nad własnymi motywacjami i tym czym DLA MNIE JEST SUKCES. 

Może okaże się, że wcale nie trzeba się nigdzie wspinać, bo to co ważne już jest? 




"To jest bez sensu", "Po co to robisz?", "Co z tego masz?", "To grafomaństwo", "Naprawdę ktoś to czyta?!", "Nic z tego nie będzie", "A nie możesz robić czegoś co naprawdę ma sens?" -  to tylko kilka z komentarzy, które trafiały do mnie przez lata tworzenia manufaktury. Właśnie mija 8 lat od kiedy powstała. Jak to się stało, że nie dałam się zniechęcić i czemu uważam to za ważną lekcję dla innych? 


Kiedy ktoś mnie pyta dlaczego zaczęłam pisać bloga, najczęściej odpowiadam, że dlatego, że ... chciałam pisać. Kiedyś, te 8 lat temu, kiedy wszystko było inaczej, a najbardziej inna byłam ja sama, stwierdziłam, że jeśli chcę pisać, jeśli marzę o tym, aby z pisania żyć i wydawać książki to nie ma innej drogi jak po prostu zacząć. 

Od tego czasu piszę z uporem maniaka. Gdyby zliczyć godziny, które potrzebne były do wyprodukowania ponad 1000 wpisów na blogu, nie licząc grafik, książek i innych moich aktywności, to wychodzi, że pisałam bez przerwy przez jakiś rok. 

Nie było w tym czasie miesiąca, aby na blogu nie ukazał się wpis. Pisałam w wakacje, święta, nigdy nie byłam tak zaangażowana w żadną pracę jak w tą. 

Czy to miało sens? 


Bilans

3 lat temu napisałam:  Gdybym myślała w długiej perspektywie, kalkulowała, czy to w ogóle ma sens, nigdy bym nie zaczęła. Bez tego początku pełnego wątpliwości, bez pomyłek, nauki, która z nich płynęła, bez czasu, który minął, nie byłoby mnie, którą dzisiaj jestem. Bo tak jak słowa kształtują rzeczywistość, tak samo, po trochu ukształtowało się to miejsce i ja sama. Manufaktura Radości ma pięć lat. Niedługo po raz milionowy ktoś otworzy tą stronę, ktoś napisze, że znalazł coś, czego szukał, albo przeciwnie, że polemizowałby z tym, co tu znalazł. Powstała przestrzeń do wymiany dobrych myśli. Mam nadzieję, że będzie rozwijać się dalej. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną.

Po tych kolejnych trzech latach mogę napisać, że liczba odsłon dawno przekroczyła 5 milionów. 

Jestem bogatsza może nie o wielkie pieniądze, ale o 2 książki, masę doświadczeń i garść pomysłów ma przyszłość. 

Coś dziś za sobą zostawiam, coś zabieram -  jak to w życiu, które chce się przeżywać świadomie. 






Po co to robię? 

Nie, nie jestem szczególnie predestynowaną do tego aby mówić o radości i szczęściu. Bywam smutna, bywam zniechęcona, małostkowa, czasem nie radzę sobie z własnymi emocjami. Jak każdy, bardziej lub mniej.

Mam jednak głębokie poczucie, że warto tworzyć to miejsce i pisać o tym, że życie może być fajne i dobre.  

Dlaczego?  Bo chociaż na tym świecie jest ciągle mnóstwo osób zgorzkniałych, pełnych pretensji do wszystkich i o wszystko, to jednak, jest też cała masa wartościowych, wspaniałych ludzi, którzy sprawiają, że to co autentyczne, to co ważne, wypływa na wierzch i sprawia, że nasze życie jest piękniejsze. Ci ludzie tu zaglądają. I wierzę, że będzie ich jeszcze więcej. 

Ponad swarami, antagonizmami, ponad głupotą i złością, jest coś, co sprawia, że warto szukać swojej drogi, odkrywać codziennie małe radości i żyć swoim życiem, codziennie lepiej, codziennie piękniej, na swoją własną miarę. Mimo wszystko. 

To ma sens. To przypominanie sobie i innym, że mimo przeciwności, mimo tego, że nie zawsze jest tak łatwo, jak by się chciało, życie jest bezcenne, jest wartościowe i w każdej sekundzie powinna z nami mieszkać wdzięczność, za to co mamy, za to, że przydarzyło nam się być tu i teraz. 

Nie trzeba tego nazywać coachingiem czy psychologią, nie trzeba z tego robić religii. To jest możliwe gdzieś ponad sloganami i nomenklaturą. 

Może to robić każdy, nie trzeba w tym celu pisać bloga. 
Ja akurat piszę. 

Ale nadziei nie starczyłoby mi do teraz, gdybym nie dostawała jej od Was. Gdyby i po drugiej stronie nie było wdzięczności i radości z tego, że tu jestem. Ja pomagam Wam, wy pomagacie mnie. Tak się zmienia świat. 

Dlatego to nasze wspólne święto. 

Dziękuję że jesteście! 

****



Urodzinowy rabat już nieaktualny, ale nadal można kupić moją książkę :) Sklep jak zwykle tutaj:  https://manufaktura-radosci.shoplo.com






Niezbadane są wyroki ojca Google i ścieżki, po których do mnie dochodzicie. Skoro to jednak wychodzi, jest warte odnotowania. Nawet jeśli na pytania, które stawiacie odpowiedzieć nie umiem. 


Hasła, które wpisujemy w wyszukiwarkę to ciekawa sprawa. Czasem jest śmiesznie, czasem absurdalnie, a czasem strasznie. Szczęśliwie omija mnie ruch osób, które w sieci szukają seksu, przemocy albo sensacji. Nigdy nie chciałam mieć milionów czytelników- chciałam mieć takich, którzy trafiają tutaj w konkretnym celu, a nie szukają końca internetu i okazji do tego, żeby rzucić hejtem. Po co więc tu przychodzicie? O co pytacie?


1. O toksycznych ludzi

To najczęściej wyszukiwane hasło. O to czemu są, skąd się biorą i jak od nich uciec. Nie ma łatwych odpowiedzi, a mam wrażenie, że sporo osób takich szuka. Kiedy natrafia na pierwsze komplikacje otwiera kolejne okno. Wiele podpowiedzi znajdziesz tutaj i tutaj, ale nie spodziewaj się instrukcji w 3 punktach do zrealizowania w 3 minuty. W życiu nie jest tak jak w grze na tablet: nie wystarczy kliknąć odinstaluj, żeby problem przestał istnieć. 


2. O to czemu się przejmujemy

Innymi ludźmi, życiem i tym co o nas pomyślą. Czemu są tacy, którzy się nie przejmują? Jak się takim stać? Nie wiem i nie podpowiem, oraz szczerze, tak całkiem to nie polecam. Nie ma sensu przejmować się każdym i wszystkim, ale postawa, w której nie ma choć krztyny dbałości o to co od świata dostajemy i jak nas widzą, wydaje się być odrobinę psychopatyczna. 

O tym jak przystopować z zamartwianiem się opiniami przeczytasz tutaj


3. O to jak nie mieć kaca

Pojęcia nie mam, ale wiem, że kac to znak od ciała, że się przesadziło. I dobrze go słuchać. Być może dla wielu osób kac jest zasadnicznym hamulcem, który powstrzymuje przed wpadnięciem w nałóg. 

Powiem Wam szczerze, że warto przyglądać się takim sytuacjom w naszym życiu kiedy z jakiś powodów ten kac: po alkoholu, po seksie, po innych życiowych baletach, zaczyna się pojawiać częściej. W ogóle warto być na siebie uważnym. Lepiej mieć kaca niż brak hamulców, który nas poprowadzi prosto w ramiona nałogu. A o tym więcej tutaj


4. O to czemu ludzi cieszą się ze szkody innych

Serio znacie takich? Współczujcie im, a potem idźcie swoją drogą. To musi być strasznie smutne życie, w którym nie znajduje się innych powodów do radości i trzeba cieszyć się z tego, że komuś nie wyszło. Moja życiowa dewiza to: "życzę Ci najlepiej jak mogę, kimkolwiek jesteś i cokolwiek Ty o mnie myślisz. Niech Ci się wiedzie". Wierzę, że dobra myśl to najbardziej ergonomiczna forma myśli. Nie mam siły i energii na to, aby komuś źle życzyć, a jeśli ktoś tak robi to chyba najbardziej szkodzi sam sobie. To wraca. 


5. O słowa pocieszenia

Myślę, że faktycznie to jest dobre miejsce by ich szukać. Od czasu do czasu wszystkim nam ich potrzeba. Jeśli Tobie dziś też, zajrzyj proszę tutaj


6. O to dlaczego żyjesz przeszłością

To jest pytanie dla Ciebie, a nie dla mnie. Sam sobie odpowiedz, sama poszukaj powodów. Faktem jest że najlepszym miejscem do życia nie jest ani przeszłość, ani przyszłość, ale tu i teraz. Tu warto szukać. Więcej tutaj. 


7. O to jak wieść życie, które nie boli

Nigdy i nigdzie -  nie da się. Życie to rzeka, trochę sinusoida, trochę górek i dołków, ucieczka przed każdym zranieniem, unikanie cierpienia za wszelką cenę, odwracanie się plecami od sytuacji, które mogłyby być niekomfortowe - to nigdy nie wyjdzie. 

Nie wierzę, że cierpienie uszlachetnia, bo czasem i łamie, ale jednak nie warto gonić za utopią. Rozczarowanie będzie nieuchronne i ono też boli. 



A Ty? Jak trafiłeś/trafiłaś na manufakturę? Na jakie pytanie chciałabyś znać odpowiedź? 





Zachorowalność na nowotwory w Polsce rośnie i dziś na te złośliwe, choruje rocznie około 160 tysięcy osób. Ogółem na świecie -  jest to ponad 14 milionów zachorowań. Tymczasem ciężka choroba to jest nadal tabu. Nie umiemy o niej rozmawiać, nie wiemy jak wspierać osoby chore i czego nie mówić, żeby nie zaszkodzić. 


Ten tekst planowałam od dawna, postanowiłam jednak poczekać z nim na ostateczne wyniki moich badań. Jakiś czas temu dostałam tak jak wielu chorych w Polsce karteczkę, na której napisano "nowotwór" i skierowanie do chirurga onkologa. 

Usunięto mi guza, który w badaniu histopatologicznym okazał się być niezłośliwym. Temat jest zakończony. 

Mogę odetchnąć i mogę o tym powiedzieć publicznie. Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? Wstydziłam się, bałam? Nie. Nie chciałam tej wiadomości ujawniać właśnie dlatego, że nie potrafimy, a raczej większość osób nie potrafi wspierać czy mądrze rozmawiać o chorobie. 

Wiedziała o tym garstka osób, o których na końcu tego tekstu.

Jakie wsparcie wcale nie wspiera? 


Czego nie mówić osobom chorym na nowotwór? 

Temat jest szeroki, ale chciałabym dziś opisać 3 typy reakcji, które mnie osobiście najbardziej irytowały i które potwierdzają inne osoby, które znalazły się w sytuacji podobnej do mojej. 

STRACH

Ludzie boją się choroby, a nowotwór, rak, to jest już w ogóle absolutne tabu.

Do dziś pamiętam sytuację, która zdarzyła się gdy miałam 9 lat i trafiłam do szpitala z żółtaczką. Zabrano mnie na badania i w poczekalni usiadła koło mnie jakaś pani. Kiedy usłyszała na co choruję, przesiadła się krzesło dalej. 

Podobnie reagujemy na chorobę nowotworową, chociaż może nie zmieniamy krzesła, to czasem mam wrażenie że na samą myśl o tym, że to kogoś spotkało chcemy się schować do mysiej dziury i udawać, że nas nie ma. 

Reagujemy strachem, który zamiast wsparcia dajemy osobie chorej. Mój "ulubiony" dialog z tego okresu to taki, w którym osoba zapytała mnie czy się boję, po czym nie czekając na odpowiedź dodała, że ona by chyba oszalała ze strachu, że umrze. 

Dla wszystkich, którzy głównie się boją mam złą wiadomość. I tak umrzecie. Wszyscy umrzemy i niespecjalnie jest od tego ucieczka. Nigdy nie wiadomo co nas w życiu spotka. 

Dobrze jednak pamiętać, że wiele nowotworów okazuje się niezłośliwymi, wiele tych złośliwych dobrze się leczy. Strach nikomu w niczym tu nie pomaga. Ani nie chroni przed chorobą, ani jej nie zmniejszy. 


BAGATELIZOWANIE I ZAPRZECZANIE

Ludzie tak bardzo boją się ciężkiej choroby i tak mocno wypierają, że ona komuś obok się przytrafiła, że często po prostu nie są w stanie przyjąć do wiadomości tego faktu. 

"To na pewno nic poważnego". "A może to pomyłka". "A byłaś u innego lekarza?". "Moja ciocia miała takie coś i potem się okazało, że samo zniknęło."

Bagatelizowanie i zaprzeczanie irytuje równie mocno jak wyolbrzymianie sprawy. 


RADY i ZALECENIA

To jest punkt, który mnie osobiście najbardziej powstrzymywał przed publicznym powiedzeniem, że mi coś dolega. Kiedyś już to zrobiłam i podobnie jak inne osoby, które w sieci obserwuję, dostałam całą litanie rad i zaleceń od ludzi, którzy, żeby nie było, nie mają nic wspólnego z leczeniem, ale za to uważają za swój obowiązek mówienie wszystkim wokół tego, czego się sami dowiedzieli, lub w co wierzą. 

Tu pojawia się cała sfera nieufności wobec akademickiej medycyny, o której nie chcę się tu rozpisywać, bo to temat na zupełnie osoby post, który powstanie. 

Rady pojawiają się bo chcemy dobrze - to jasne. Nikomu nie zarzucam złej woli. 

Zanim jednak zaczniesz komuś radzić czy podrzucać informacje na temat ewentualnego leczenia, zastanów się: 

-  Czy ta osoba naprawdę prosiła Cię o radę? 
- Czy gdyby chciała, naprawdę nie dotarłaby do wiedzy, którą chcesz jej przekazać? 
- Czy dyskredytacja standardowego leczenia na serio komuś pomaga? 
- Wreszcie, czy każdy nie ma prawa wybierać po swojemu? 

Pisano do mnie różne rzeczy: żeby nie robić badań, bo np. biopsja może zaszkodzić i pobudzić nowotwór do rozrostu, że koniecznie taka albo inna kuracja, bo komuś tam pomogła. Pamiętam komentarze u nieodżałowanej Chustki, której wprost pisano, że źle zrobiła decydując się na takie, a nie inne leczenie, że powinna była uciekać ze szpitala i leczyć się wyłącznie alternatywnie, że sama siebie zabija itp. 

Kochani, nawet jeśli w to wierzycie -  do czego macie prawo - nie narzucajcie w taki sposób nikomu tej swojej prawdy. To nie działa. To osłabia i irytuje zamiast wspierać. To absolutnie nie jest ematyczne. 


Jak wspierać osoby chore na nowotwór? 

Wbrew pozorom to wcale nie jest takie trudne, nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy ani być urodzonym dyplomatą. Wystarczy być, nie uciekać, pytać o to czego potrzeba, wspierać w codzienności, okazać odrobinę empatii, słuchać tego co osoba, która choruje mówi. 

Jeśli nienawidzi owsianki, albo kaszy jaglanej, to nie zmuszaj jej do jej jedzenia, "bo to ważne". Jeśli ma problemy ze snem, nie gadaj głupot o tym, że sen to zdrowie i "musisz spać", tylko pomóż się odprężyć. 

Nie współczuj, nie biedol, tylko działaj. 

Uśmiechaj się, pielęgnuj swój spokój, pomagaj w codzienności. Umycie przysłowiowej podłogi czy przygotowanie obiadu znaczy nieraz dużo więcej niż wymyślne projekty pomocy, których się nigdy nie zrealizuje. 


A co jeśli to ja jestem chora, jak sobie pomóc? 

Szukaj mądrego wsparcia, idź do psychologa specjalizującego się w pomocy osobom chorym, bądź aktywny, aktywna, nie zamykaj się w czterech ścianach. 

Dla wielu osób choroba to moment graniczny, w którym miały okazję zmienić swoje życie. Dla innych po prostu ważna lekcja o tym, że nie jesteśmy nieśmiertelni i że nie zrobiono nas z żelaza. 

Choroba świetnie weryfikuje nasze relacje i poziom empatycznego człowieczeństwa. Jeśli kogoś nie stać na bycie obok Ciebie, czy choćby telefon i uśmiech, to świetny moment na to, aby zrzucić klapki z oczu i pożegnać się z mrzonkami o przyjaźni czy choćby dobrych relacjach. 

Takie porządki w życiu też dobrze robią. 

Głowa do góry!

***

Dziękuję wszystkim osobom, które wspierały mnie w moich trudnych chwilach i których myśli i obecność są po prostu bezcenne -  nawet jeśli są daleko. 
Takich ludzi wokół siebie Wam życzę. 
Dużo zdrowia! 

***



Opowiadałam o niej jako o książce na wakacje, ale równie dobrze nadaje się na jesień. Na tą kolorową, kiedy szuramy stopami po liściach i na tą gdy leje i nie chce się wyściubiać nosa za drzwi domu. Pasuje do herbaty i gorącej czekolady. Do pierwszej kawy. Do myśli o odejściu i o tych o zostaniu. Do szarlotki i zupy z dyni.
Ta książka pasuje do mądrych kobiet, które nie chcą w życiu zadowalać się tym, że jest "jakoś". Które mają odwagę by mówić "sprawdzam".
Sprawdź czy pasuje do Ciebie.
Koniecznie!
https://manufaktura-radosci.shoplo.com

×