Ruch slow, rośnie w siłę. Mamy slow food, slow city, slow fashion, nawet macierzyństwo w wersji "wolniej". Czemu? Bo w tym całym kosmicznym pędzie, coraz mocniej czujemy, że tylko to, co przychodzi do nas gdy możemy się na chwilę zatrzymać, daje wytchnienie, odpoczynek i pozwala żyć bardziej świadomie. 


Wysiądź z tego rollercoastera, przynajmniej na chwilę. Bądź slow, chociaż w weekend. I nie mów, że się nie da. 


Danuta Wawiłow, napisała wiersz, piosenkę o pośpiechu. O hegemonii słowa "szybko", której poddajemy także dzieci:


Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj

Szybko, szybko, stygnie kawa
Szybko zęby myj i ręce
Szybko światło gaś w łazience
Szybko tata na nas czeka 
Szybko tramwaj nam ucieka
Szybko, szybko bez hałasu
Szybko, szybko nie ma czasu

Na nic nigdy nie ma czasu

Znacie? Na pewno. Pospieszamy się tak nieustannie i nie zauważamy, że w tym dzikim pędzie gubimy własne życie.


Mniej znaczy więcej


Chociaż często mówi się nam, że to "więcej" definiuje to kim jesteśmy. W życiu nie da się zmieścić wszystkiego. I tak naprawdę wcale nie warto. Pisałam o tym TUTAJ. 

To doświadczenie było zresztą jednym z kamieni milowych dla autora "Pochwały powolności" Carla Honore, który pewnego dnia zauważył, że całe jego życie zamieniło się w trening pospiesznego upychania jak największej liczby zajęć w każdą godzinę. Jestem Dickensowskim Scrooge’em ze stoperem w dłoni - pisał. Obsesyjnie próbuję zaoszczędzić każdy najmniejszy okruch czasu, kilka sekund tu, jedna minuta tam".

Zatrzymał się, kiedy uzmysłowił sobie, że opowiadanie dziecku 1-minutowej bajki, bo na więcej nie ma się czasu i ochoty, to idiotyzm.

Dokąd to prowadzi? Donikąd. Im bardziej oszczędzasz czas, im mocniej upychasz, tym mniej go masz. Tym mocniej czujesz, że krople minut uciekają Ci przez palce, godziny kapią jak z zepsutego kranu, a lata mijają wypełnione gonitwą, z której niewiele wynika. 

Tyle tracimy biegnąc tam, gdzie spokojnie można dojść spacerkiem! Dobra wiadomość jest taka, że ten pęd można  spokojnie zatrzymać. Nawet jeśli tylko na chwilę, to warto. 


Slow, znaczy jakość

I to nie tylko w odniesieniu do slow food, które oznacza jedzenie gotowane zgodnie z tradycyjnymi, wymagającymi czasu i cierpliwości przepisami, bez półproduktów i przyspieszaczy, ale także normalne, codzienne życie, w którym akceptujemy fakt, że nie liczy się to, jak wiele uda nam się w upchać w nasz przeładowany grafik, ale to, jak bardzo będzie to "quality time". Czas spędzony z sensem, z poczuciem, że nawet jeśli się nic nie robi, to nie marnuje się ani minuty. 

To da się zrobić, nawet jeśli pracujemy na pełen etat, mamy dzieci, obowiązki i kalendarz pełen terminów na przedwczoraj. 


Slow life ma sens. Także w drodze do sukcesu. 


Szybko, wcale nie oznacza dobrze. Wie o tym prawie każdy kucharz. Wolno, wcale nie znaczy długo. Czasem po prostu chodzi nie o czas, odmierzany minutami, ale o zakorzenienie się w nim, o to by robić tylko jedną rzecz naraz. Koncentrować się na odczuwaniu i przeżywaniu, a nie na planowaniu. Na tym aby być w "teraz", a nie przeżywać "wcześniej" i "za chwilę". 

Wszystko to możliwe jest do wdrożenia: w sypialni, przy porannej kawie, w rytuale wstawania i kładzenia się spać, w planowaniu dnia pracy, czy ulubionych treningów. 

Kochając się i myśląc o projekcie, nie robisz dobrze tak naprawdę nic. Nie ma Cię ani w łóżku, ani przy biurku. Chcesz zyskać czas, ale tak naprawdę go tracisz. Czy to ma sens? Żadnego.


Gdzie tak pędzisz? Zatrzymaj się!

Ruch slow life, wyrósł na głębokiej ludzkiej tęsknocie za sensownym życiem. Wszyscy ja odczuwamy, nawet jeśli w pędzie za "więcej", nie czujemy już nic, poza zmęczeniem. 

Mówi się, że to świat nas zmusza do życia w takim, a nie innym rytmie. Prawda jednak jest taka, że większość presji, którą odczuwamy, narzucamy sobie sami. 

Wszyscy mamy tyle samo czasu. 24 godziny na dobę. Pędzimy tak nie dlatego, że musimy zmieścić w życiu te tysiące spraw, bez których świat się zawali, ale często po to, aby zagłuszyć naprawdę istotne pytania, które brzęczą w nas jak natrętne muchy. 

Dzisiejszy szybki świat, tak naprawdę daje nam narzędzia do tego, aby żyć wolniej i bardziej świadomie: nie musimy przemieszczać się miesiącami, nosić wody na plecach, prać ubrań w rzece. Oszczędzamy czas na setki sposobów i jeśli pozwolimy sobie na to, aby dobrze go wykorzystywać, odczujemy zyski z powolnego życia. 


Życie w rytmie slow life, to życie bardziej na Twoich warunkach


Dlaczego warto być slow?

Życie bez wiecznego poczucia bycia spóźnionym, popędzanym, popychanym przez terminy i pędzących z nami ludzi, to życie uważne, mniej wypełnione stresem, presją, a co za tym idzie także zdrowsze. 

Śpieszymy się, aby zdążyć ze wszystkim, a potem płacimy za to naszym samopoczuciem, chorobami, rozchwianymi emocjami  i wreszcie paradoksalnie także czasem, który i tak trzeba będzie poświęcić żeby zapłacić długi wobec siebie i świata, które zaciągnęliśmy, kiedy pędziliśmy na złamanie karku. 

Przykładów na to, jak praktykować slow life są setki. Powstają na ten temat blogi, książki i artykuły. Nie dorzucaj ich jednak pochopnie do listy "must read". Pamiętaj, że to Ty jesteś ekspertem od swojego życia. 

Możesz zacząć własne slow, od pieczenia chleba na zakwasie, od przydomowego ogródka, od spaceru z dzieckiem, które nigdzie się nie śpieszy, bo wcale nie liczy się dystans, ale zwyczajne bycie razem. Możesz namalować obraz, albo zjeść jabłko, patrząc prosto w słońce. 

Co jest dla Ciebie ważne? Czego brakuje Ci najbardziej w codziennej gonitwie?

Znajdź własne tempo i poczuj zyski ze slow. Czemu odkładać to na jutro? Przecież możesz zacząć TERAZ. 



Żyjesz w slow city, lubisz slow food, masz swoje własne przykłady na to, że wolno, znaczy dobrze? Podziel się nimi ze mną i z innymi. I daj się zainspirować innym, którzy być może też szukają pretekstu do tego, żeby żyć bardziej slow :) 

Dziękuję:)





Brak poczucia własnej wartości leży u podstaw większości ludzkich problemów. Jeśli nie czujesz się kimś wartościowym, z pewnością będziesz miał kłopoty w relacjach, w pracy, w stawianiu granic innym ludziom, a one pociągną za sobą inne życiowe niedogodności. To jest fundament. Bez niego nic nie ustoi zbyt długo. 


Mówi się, że aby zbudować poczucie własnej wartości, potrzebujemy szacunku i miłości ze strony innych ludzi. Przede wszystkim potrzebujemy jednak tego od samych siebie. Bo ludzie, jak to ludzie. Czasem mówią, że tombak to złoto, albo odwrotnie. 

Posłuchajcie. 


Ile tak naprawdę jestem wart? 

Do Mistrza, pewnego razu przyszedł młody człowiek skarżący się na to, że ludzie go nie szanują, a on sam jest niewiele wart, nie ma żadnych talentów, ani urody, ani wdzięku, ani bogactwa, ani właściwie niczego, czym mógłby ludziom zaimponować i zaskarbić sobie ich uznanie. Chciał się zmienić, chciał, żeby go szanowali. 

Mistrz obiecał pomóc, ale wcześniej potrzebował rozwiązać swój problem i zaproponował Młodzieńcowi, że jeśli ten go wesprze w jego kłopocie, to potem on, Mistrz zajmie się sprawą, z którą przychodzi. 

Młody człowiek pomyślał w duchu: "No tak, znów ja i moje potrzeby są spychane na dalszy plan.." , ale że nie miał innego pomysłu, zgodził się pomóc najpierw temu, do którego po pomoc przyszedł. 

Mistrz zdjął z palca pierścień i powiedział do Młodziana: jedź na targ i sprzedaj go. Pamiętaj jednak, aby nie przyjmować zapłaty poniżej jednego dukata. 

Chłopak pojechał, chodził od stoiska do stoiska, ale kiedy mówił ile chciałby otrzymać za pierścień wszyscy śmiali się, pukali w głowę, albo nazywali go idiotą. Jeden z handlarzy zaproponował mu za pierścień misę i porcję ryżu, a kiedy odmówił, pogroził pięścią i wysłał go do diabła. 

Młodzian, chcąc nie chcąc wrócił do Mistrza bez pieniędzy, z pierścieniem w dłoni. Czuł się jeszcze gorzej niż wcześniej. Nie dość, że nie rozwiązał swojego problemu, to jeszcze nie był w stanie pomóc człowiekowi, który mu zawierzył. - Faktycznie jestem nic nie wart -  myślał. - Nic dziwnego, że byle handlarz nazywa mnie idiotą. 

Mistrz wcale nie zdziwił się, kiedy zobaczył chłopaka z powrotem. Nie skomentował problemów ze sprzedażą, ale kazał mu jechać jeszcze raz. Tym razem nie na targ, ale do jubilera. Powiedział chłopakowi, żeby nie sprzedawał pierścienia, tylko zapytał ile jest naprawdę wart. 

Kiedy młody człowiek dotarł na miejsce, jubiler długo oglądał klejnot pod lupą, badał, mierzył, ważył i oglądał pod światło. Wreszcie powiedział:  - Chłopcze, powiedz Mistrzowi, że jeżeli zależy mu na czasie, mogę odkupić od niego ten pierścień za 58 dukatów. Jeśli jest gotów poczekać na zapłatę, może uda  się uzyskać 70. Ale jeśli się śpieszy... 

Chłopak nie czekał dłużej, tylko pobiegł skąd przyszedł i uradowany przekazał wiadomość Mędrcowi. Policzki mu płonęły, a pierścionek wydawał się błyszczeć jak najprawdziwszy skarb.  - 70 dukatów wykrzykiwał! A tamci nie chcieli dać 1 i mówili, że jestem idiotą!

Mistrz uciszył go i powiedział: 

-  Widzisz, Ty też jesteś taki, jak ten pierścionek. Jesteś skarbem jedynym i cennym. Dlaczego jednak wymagasz, aby twoją wartość docenił byle kto? Jeśli chcesz dowiedzieć się prawdy, poszukaj eksperta, który umie ocenić to, czego od razu nie widać. Nie każdy to potrafi i nie każdy będzie Cię szanował. Nie ma to jednak nic wspólnego z Twoją prawdziwą wartością. 


Skąd się bierze poczucie własnej wartości? Ze świadomości siebie.


Prawdziwa wartość

Czy znasz swoją wartość? Czy nie pozwalasz jej dewaluować byle komu? Czy widzisz w sobie skarb, którym jesteś? 

Każdy z nas ma w sobie coś, co jest niepowtarzalne, wartościowe i jedyne w swoim rodzaju. Najpierw trzeba zobaczyć to w sobie. A potem tego strzec. I nie sprzedać za miskę ryżu. Nawet jeśli mówią, żeś idiota. 


Zainspirowany? Podaj dalej! Przeczytaj także tekst o tym, że ludziom nie dogodzisz :) 


Powyższa historia, opiera się na sefardyjskiej bajce, którą opowiada także Jorge Bucay, w książce, którą polecam tutaj. 


Paradoks dzisiejszych czasów zawiera się świetnie w następującym stwierdzeniu: "Większość ludzi robi na co dzień coś czego nie znosi, aby móc pozwolić sobie na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebuje, a wszystko to po to, żeby zaimponować ludziom, na których nawet im nie zależy." Czy Ty też jesteś w tej grupie? 


W pracy spędzamy więcej niż połowę życia. Jeśli pracujemy 8 godzin, a śpimy drugie 8, to po odjęciu czasu na dojazd, jedzenie i inne około życiowe aktywności, zostaje nam w porywach 6 godzin. A przecież są tacy, którzy pracują godzin 10. Bywa, że dwanaście. I tak przez 30 lat. Jeśli dodać do tego czas szkoły i aktywności, której także większość dzieci i młodzieży nie lubi, wychodzi na to, że żyjemy za karę. 

Jeśli sfera pracy pozostaje przyczółkiem nielubianej, spychanej na margines aktywności, to nie ma szans na to, żeby dokonując ogólnego bilansu, być ze swojego życia zadowolonym. 


Dlaczego praca jest istotna?

Praca jest ważna. Bardzo ważna. Nie tylko dlatego, że dzięki niej zarabiamy na chleb, ale przede wszystkim dlatego, że może być okazją do wyrażania siebie, realizacji własnych pragnień, talentów i dzielenia się z ludźmi tym, co dla nas ważne. Jeśli robisz coś, co ma dla Ciebie sens, twoje życie wchodzi na zupełnie inny poziom. Staje się czymś więcej niż tylko nużącą, męczącą aktywnością, niewolniczym wyścigiem, który trzeba odbyć, żeby wreszcie doczłapać się do upragnionego urlopu, czy wybawicielki emerytury. 

Co zrobisz ze swoim bezcennym, jedynym życiem? Spędzisz w pracy, która nie ma dla Ciebie sensu? 

Pasja rodzi jakość

Dlaczego pasja i powołanie jest ważne w pracy? Ponieważ wszyscy doskonale wiemy, że czynią różnice! Dają olbrzymi jakościowy przeskok. Wszyscy znamy lekarzy, księży, piekarzy, czy właścicieli warzywniaków, którzy wkładają pasję i serce w swoją pracę. Mówimy o tych ludziach, że "robią coś z prawdziwego powołania". Robiliby to pewnie nawet wtedy, gdyby nie musieli pracować. 

U nich chcemy się leczyć, spowiadać, kupować chleb i pietruszkę. Jesteśmy w stanie zapłacić więcej, czy czekać dłużej, bo wiemy, że usługa czy towar, który dostaniemy w zamian, będzie jak szczere złoto. 

W drugim narożniku tego zawodowego ringu jest grupa lekarzy, księży, piekarzy i przedstawicieli wszelkich innych zawodów i aktywności (często znacznie liczniejsza), która wybrała swoją pracę czy zawód bez przekonania, często z przypadku, lub w wyniku chłodnej kalkulacji. To przeważnie przyzwoici "rzemieślnicy".  Robią co do nich należy. Nic więcej, nic mniej. Może nie zaszkodzą, ale serca nie poruszą. 


Czy twoje przekonania na temat pracy, nie stoją Ci na drodze do zmiany? 


Społeczny przekaz o pracy = negatywny przekaz


Jaki jest społeczny przekaz na temat pracy? Jeśli ją masz to szanuj, bo możesz jeszcze za nią zatęsknić kiedy ją stracisz. Kolejny: nie narzekaj, możesz mieć gorzej, skoro inni mają. Następny: jest kryzys, bezrobocie, nie można wybrzydzać. Jeszcze jeden: wybieraj rozsądnie, zgodnie z zapotrzebowaniem, nie ważne co lubisz, czego pragniesz, jak siebie widzisz, ważne co daje pieniądze, co przynosi zysk i zapewnia bezpieczeństwo. 

Niestety nie ma tu miejsca na pasję, a takie podejście wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa ani stabilności finansowej. Strach w ogóle rzadko gwarantuje cokolwiek poza ... jeszcze większą dawką strachu. Pisałam o tym więcej TUTAJ. 


Świadomy wybór czy praca z przypadku?

Wydaje mi się potwornym nieporozumieniem fakt, że mimo iż jesteśmy coraz bardziej świadomi znaczenia tego, jak ważne jest odkrywanie indywidualnych predyspozycji i ich wykorzystywania w życiu i pracy, wychowujemy i edukujemy kolejne pokolenia ludzi, którzy czasem dopiero za bramą uniwersytetu, albo po kilku latach harówki, która wyciśnie ich jak cytrynę; ściskając pod pachą dyplom i zwitek dokumentów, zastanawiają się co też chcieliby naprawdę w życiu robić? 

To równanie powtarza się w wielu systemach filozoficznych. Praca bez pasji = marne szanse na trwały sukces. Z niewolnika nie ma pracownika. Z kogoś, kto pracuje tylko dlatego, że musi, nie narodzi się geniusz. 

Przymus nie podtrzymuje wewnętrznej motywacji. Im bardziej się zmuszasz, tym bardziej będziesz musiał stawiać opór sam sobie. Z tej mąki nie będzie chleba. A jeśli nawet, to nie będzie to naprawdę dobry chleb. 


Nie bój się zmian. Zmiany są dobre. 


Jak odkryć i znaleźć swoją pracę marzeń?

Najprościej: idąc za Flow. Jest to taki stan, w którym działamy, ale tak jakbyśmy nie działali. Doznajemy głębokiego poczucia sensu. O pracy i znaczeniu tego, jak ważne jest to, aby to była naprawdę NASZA praca, cudownie pisał Steve Jobs: 


Czasami życie uderzy cię cegłą w głowę. Nie trać wiary. Jestem przekonany, że jedyną rzeczą, która dawała mi siłę by iść ciągle naprzód było to, że kocham to co robię. Jest to tak samo prawdziwe w pracy, jak i w stosunku do ukochanych osób. Praca wypełni dużą część twojego życia, zatem jedyną możliwością, by być w pełni usatysfakcjonowanym, jest dobrze pracować. Jedynym sposobem, by dobrze pracować, jest robienie tego, co uważasz za wspaniałe zajęcie. Jeżeli jeszcze tego nie znalazłeś, szukaj dalej. Nie spoczywaj. Jak ze wszystkimi sprawami serca, będziesz wiedział, kiedy to odnajdziesz. Tak jak z każdym dobrym związkiem, będzie ci coraz lepiej w miarę, jak będą upływać lata. Zatem szukaj, dopóki tego nie znajdziesz. Nie odpuszczaj.


A jeśli nie praca, to co? 

Jakkolwiek by nie było, nie zawsze przejście od pasji do pracy, usłane jest od razu różami i pieniędzmi. Czasem więc punktem wyjścia jest po prostu hobby, prywatna pasja, która dopiero po latach przekształca się w pracę. 

Nawet jeśli nie od razu wszystko wygląda tak, jakbyś tego chciał, czy chciała, jeśli coś ma dla Ciebie sens, nie poddawaj się, nie rezygnuj. 

Czas i tak minie. Każdy dzień, w którym próbujesz, zaczynasz i kończysz jest okazją do tego, aby się doskonalić. Umiejętności, które zdobędziesz na pewno się nie zmarnują. 

Czy wiesz już, co dla Ciebie ma sens? Czy odkryłeś swoją pasję? Jeśli nie, to szukaj. Nie odpuszczaj. Czas i tak minie. 



Jeśli ten artykuł coś w Tobie poruszył, porusz i innych - podaj dalej!
Dziękuję:) 



Zdradzę Ci dziś drogi Czytelniku i Czytelniczko, największy sekret udanego życia. Zrozumienie go, przyjęcie naprawdę, od środka, nie po wierzchu, daje wolność, która aż zapiera dech w piersiach. Niby to wiesz, ale i tak się przejmujesz. Toczysz wewnętrzne dialogi. Domyślasz się. Bijesz z myślami. 

To bez sensu. Są dwie wiadomości. Jedna dobra, druga zła. Chociaż właściwie tylko jedna, w swojej jedności i dobra i zła. Choćbyś się wspiął, lub wspięła na wyżyny świadomości, stanęła na palcach i zgarniała pyłki spod milionów stóp, choćbyś była najlepszym, najmądrzejszym człowiekiem na świecie, ideałem niedościgłym masom, ikoną dobroci i wzorcem z Sevres cnót wszelkich: wszystkim nie dogodzisz. Znajdą się tacy, którzy i tak powiedzą, że jesteś głupia, pusty i naplują Ci pod nogi. 

Czekanie na to, że nas docenią, że nas zaakceptują, wezmą z całym dobrodziejstwem inwentarza i jeszcze poklepią po plecach, to największa strata czasu, jaką możemy sobie zafundować. Niektórzy w tym miejscu spędzają całe życie. Zanim się tam zadomowisz, zastanów się, czy aby na pewno warto?


Dlaczego nie ma sensu czekać na opinię innych?

Jarosław Gibas, w "Życie następny poziom" - pisze, że dziś jak nigdy wcześniej, przejmujemy się opiniami innych. Głównie w internecie. "Łatwość umieszczenia w nim komentarzy powoduje, że czynią to nie tylko dzieci, ale też kompletni idioci". W życiu jest podobnie. Jeśli masz pomysł na siebie, na swój rozwój, podejmujesz decyzje, które uzależniasz od zdania innych na ten temat, usłyszysz opinie od Sasa do Lasa. 

Żyjemy w dziwnym czasie zamętu komunikacyjnego. Wielu z nas wydaje się, że wiedzą lepiej od innych co trzeba, jak trzeba i którędy tam dojść. Tymczasem naprawdę nie ma i nigdy nie będzie jednego sposobu na udane życie, który odpowiadałby każdemu. Dlaczego? Bo różnimy się między sobą, jak dwie krople czystej wody. 

Pytanie mieszkającej w kurniku kury, czy warto lecieć do Afryki na zimę gdy jest się łabędziem nie ma żadnego sensu. Jeśli będziesz liczył się z jej zdaniem, albo czekał z decyzją aż wszyscy naokoło radośnie przyklasną pomysłowi, który wynika i wypływa z twojego naturalnego instynktu, zima zastanie Cię w letnich butach. Tak w przyrodzie, jak i w życiu. 




Dlaczego ludzie oceniają innych i jak sobie z tym radzić?

Większość z nas, wychowała się w systemie nieustannych ocen. Rodzice od niemowlęctwa mówili nam co jest dobre, złe, pożądane, brzydkie, fajne i godne pogardy. Później przyszła szkoła, która także, w każdym aspekcie opiera się na tym samym kluczu. Dobry uczeń, zły uczeń, zdolny ale leniwy, bystry ale humanista. Etykietami możemy wytapetować spory pokój. 

Ocenianie to nasz wdrukowany mechanizm. Schemat, który stosujemy i którego nie sposób do końca zatrzymać. Nie ma i nie będzie świata bez ocen, etykiet, ale może istnieć taki, w którym nie będą one miały aż takiego znaczenia. 

Wagę temu, co mówią i myślą o nas inny ludzie, nadajemy sami. Biorąc to albo nie. Jaka prawda o mnie kryje się w anonimowym komentarzu, w którym ktoś napisze o mnie, że jestem samolubną idiotką? Niech sobie myśli co chce, ale przecież tak naprawdę to ja decyduję czy zamknę się z tymi słowami w przysłowiowym kącie, czy pójdę dalej, co najwyżej wzruszając ramionami nad biednym, sfrustrowanym człowiekiem, który wylewając na mnie wiadro pomyj przez chwilę poczuł się lepiej. 

Ludzie oceniali i będą oceniać. Jeśli nasza świadomość będzie rosła, będziemy to robić coraz mniej natarczywie i boleśnie, ale nie da się całkiem wyplenić ze świata myślenia w kategoriach "wiem lepiej i nawet jak nie pytasz to i tak Ci powiem!". 

Niemiecka fundacja występująca w obronie praw kobiet, stworzyła taką właśnie wspaniałą kampanię, pokazującą, jak różni ludzie oceniają kobiety. Wszystkie te przymiotniki mają wydźwięk negatywny. Za krótko? Dziwka. Za długo? Pruderyjna, staromodna paniusia. Nie da się dogodzić wszystkim. Czy na pewno chcesz czekać na ich akceptację?


Kobiety szczególnie podatne na oceny

Z mojego doświadczenia  i obserwacji wynika, że o ile mężczyźni w społeczeństwie, także są oceniani, to robi się to znaczenie łagodniej, z większym zakresem tolerancji i co najistotniejsze, nie wyrządzając tym większej szkody ocenianemu. Mężczyźni generalnie lepiej radzą sobie z krytyką. Mają twardszą skórę. Kobiety łamią się  nieraz pod tym orężem jak cienkie gałęzie.  

Należy też zauważyć, że istnieje w języku zupełnie inny kaliber określeń na podobne zachowania osób różnych płci. Kobieta, która lubi seks jest puszczalska, a mężczyzna to ogier. Dziewczyna rezygnująca z macierzyństwa dla pracy i kariery to zimna, wredna karierowiczka, która z pewnością pożałuje, a facet? No cóż: facet jest po prostu ambitny. 

Przykładów jest wiele i bardzo trafnie, o systemie oceniania kobiet, wiele lat temu pisał Wojciech Eichelberger:


 Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna. Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia, albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy się kimś zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się nie upiera, to nie wie czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką. Jeśli chce być kimś – to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą. Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana. Wtedy też będzie wiedzieć, że gdy dostaje furii – to jej się tylko tak zdaje. W każdym razie, może być pewna, że nie ma żadnych prawdziwych powodów do gniewu i powinna udać się po poradę do psychoterapeuty.


Nie można także nie powiedzieć o tym, że robimy to sobie same. Kobiety kobietom. Koleżanki, innym koleżankom. Liczba podziałów, które można na tym tle zaognić i medialnie rozdmuchać, zbliża się niebezpiecznie do nieskończoności. Grube, przeciwko chudym, chude przeciw "pasztetom", matki "cesarkowe", przeciwko tym, co siłami natury i odwrotnie, intelektualistki kontra blond lale z siłowni. 

Zanim wydasz swoją opinię, zanim przystąpisz do tego podziału, pamiętaj, że działa jak miecz obosieczny. Uderzy i w Ciebie. Nie dziś, to jutro. 

By Marta Frej


Każdy mówi co innego

Dlatego nie ma sensu żyć tak, aby dogodzić wszystkim. Mnożyć paradoksy w czasie i przestrzeni, docinać sobie stopę, niczym siostra Kopciuszka, żeby za wszelką cenę wpasować się w schemat ludzkich oczekiwań. To się prawie nigdy nie udaje ( krew kapie z trzewika, ból zostaje, książę nie daje się nabrać) i zwyczajnie nie ma żadnego sensu. 

Ludzie i tak Cię ocenią. Nie masz na to wpływu. Nie dogodzisz wszystkim, więc może przynajmniej dogodzisz sobie? Pójdziesz za tym co dla Ciebie ma sens, co wypływa z Ciebie, jest ważne dla twojego życia, gra w tobie od dzieciństwa? 

Ucząc się słuchać głównie głosów innych, stajemy się zupełnie głusi na słuchanie samych siebie.  To strasznie grząska ścieżka. A przecież w środku doskonale wiemy, co jest dla nas dobre, a co nie. Nawet jeśli zdarzy nam się pomylić, to jest właśnie nasza droga i nasza nauka. Wyciągniemy z niej konsekwencje. Nikomu nic do tego. 

I to jest druga tajemnica szczęśliwego życia. Sekret, który może Cię ozłocić. Jeśli chcesz mieć dobre, szczęśliwe życie, słuchaj bardziej siebie niż innych. Ten głos w środku powie Ci więcej niż 1000 opinii na twój temat. 

Jeśli coś ma dla Ciebie sens - idź za tym. Nie ważne co mówią, nie ważne jak to ocenią. 




Ten tekst jest dla mnie osobiście bardzo ważny. Jeśli jest także taki dla Ciebie, podziel się nim z innymi. 
Dziękuję :) 



Pierwsze trzy miesiące roku już za nami. Jak mają się wasze postanowienia noworoczne? Jednym z moich było pisać tutaj trochę mniej. Ale chyba się nie udało. Tematy łażą za mną jak koty i trącają łapką. Co robić, co robić? 


Oto lista 5, moim zdaniem najciekawszych, które poruszałam w tym roku. Sprawdźcie, czy coś Wam nie umknęło. 



1. Początek roku? Przereklamowane!


Ten tekst pomoże Ci pogodzić się z faktem, że znów nie dotrzymałeś tego, co zaplanowałeś w przypływie posylwestrowego zapału. Tak naprawdę zaczynać od nowa można zawsze. Choćby teraz. Czytaj TUTAJ. 



2.  Ja to się światu udałam. Czyli jak być z siebie zadowolonym? 


Tekst inspirowany książką Doroty Wellman. Jeśli ciągle uważasz, że niespecjalnie udałeś się światu, przeczytaj koniecznie TUTAJ. 


3.  7 oznak dojrzałości i jak się z nich cieszyć



Wieczna młodość? Nie dziękuję. Dojrzałość ma swoje plusy. Jakie? Czytaj TUTAJ


4.  6 prawd o miłości, które musisz znać, żeby kochać naprawdę



Wszyscy chcą kochać, ale większość pada ofiarą nieporozumień i niedomówień co do miłości. Jakich? Czytaj TUTAJ.




5. 9 najgłupszych polskich przysłów, które ciągle trzymają Cię w miejscu



Przysłowia mądrością narodu? Czasem głupotą! Zanim uwierzysz, przeczytaj TUTAJ. 



Jeśli czujesz się zainspirowany, nie bądź samolubem, podziel się z innymi :)  
Dziękuję :)  



Zapędzeni, zagonieni, stajemy na te 3 dni trochę tak, jakby ktoś zaciągnął nam ręczny. Tymczasem Wielkanoc, oprócz tego, że przypomina o historii sprzed wieków, może być świętem radości i nowego początku. Nie tylko dla Katolików. Nie tylko dla tych, którzy wierzą, że naprawdę można zmartwychwstać.




Nie przez przypadek zdarza nam się wiosną, gdy zima jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, a zielone listki nieśmiało przebijają grubą skórę gałęzi. Teraz szczególnie potrzeba nam nadziei i wiary w to, że słońce znów ogrzeje grządki i doda werwy ledwo żywym pędom. Odrodzą się tak samo jak co roku. I my również możemy. Razem z nimi. Nawet jeśli ledwo zipiemy po tej zimie.


Poza symbolami

Idąc za chrześcijańską symboliką, albo przeciwnie, zupełnie ją abnegując, można dojść do podobnych wniosków. Wiosenne święta Wielkanocy to czas przejścia, czas transformacji. Zmiana czasu, zmiana pór roku, zmiana krajobrazu za oknem, zmiana tego co w środku. To co było wczoraj, przestaje być aktualne. Tak jak w życiu. Kończy się czas odrętwienia, zimowej stałości, dzieją się cuda.

Jeden dzień, jedna noc wszystko odmienia. Z małego jajka rodzi się życie. Na grządce z nasionka kiełkuje roślina. Życie toczy się czy tego chcemy czy nie, trochę obok nas, trochę z nami, dając nam ważną lekcję.

Co z niej weźmiemy?





Święta są po coś

Dawniej czas świat, był czasem naprawdę świętym. I samą instytucję świąt wymyślono po coś, nie ma w tym wszystkim przypadku.

Czy wierzymy czy nie, wszyscy potrzebujemy zatrzymania, chwili sacrum, która oderwie nas od profanum, znaku stop, dzięki któremu na chwilę zwolni kołowrotek codzienności. 

Po co? Żeby żyć lepiej, świadomiej, żeby nie zwariować.

Pędząc na co dzień po autostradzie zdarzeń, często gubimy to co najcenniejsze.

Nasza własna dusza ma problem, żeby nas dogonić. Zapominamy o tym na czym nam zależy, mieszają nam się priorytety, równowaga niebezpiecznie się kolebie.

Trzy świadomie przeżyte dni, mogą zmienić więcej niż 3 długie, przehasane miesiące. Właśnie po to są święta.


Jak przeżyć te święta?

Jeśli Wielkanoc jest dla Was przeżyciem religijnym - to zatrzymajcie się w ciszy i zaplanujcie oprócz duchowych doznań, także te proste, a tak bardzo potrzebne: spotkania z rodziną, chwilę dla siebie, uważność, zwykłe bycie, w którym nie ma pospiechu, a jest refleksja.

Potrzebujemy tego nie mniej, niż kościelnej celebracji. Pomyślcie nie tylko o Bogu, ale i o sobie i pojednajcie się ze sobą – w końcu takie też jest znaczenie tych świąt.

Jeśli religijność jest Wam obca, zróbcie właściwie to samo. Poszukajcie ciszy. Znaków, które świadczą o tym, że po zimie rośnie trawa i człowiek - ten sam który upadał, teraz może się podnieść.

Wystawcie twarz do słońca, poczujcie krople deszczu i bądźcie! Małe nasionko nadziei niech kiełkuje i rośnie.

Tak przeżyte święta mogą być prawdziwym nowym początkiem. I tego Wam życzę.

Wesołych Świąt!


Blogerzy stali się dziś nowymi celebrytami. Budzą podobne emocje. W poniedziałek przez sieć przetoczyła się afera na temat blogerskich zarobków. Za nią morze jadu i zazdrości. Bo przecież każdy może, a te kasujące po parę tysięcy za post lalunie mają wiórki kokosowe zamiast mózgu. 

Działających blogów jest w Polsce aktualnie nawet ponad milion, a już z pewnością kilkaset tysięcy. Takich znanych szerszej publiczności może kilkaset. Większość zakładających blog zamknie go lub przestanie prowadzić przed upływem 3 miesięcy. Ja robię to już prawie 6 lat. 

Dlaczego piszę bloga, co z tego mam i czemu uważam, że to ma sens? Szczerze, bez fikcji, z historią, która może wycisnąć Wam łzy spod powiek. 


Zawsze chciałam pisać

I siedząc któregoś razu, na balkonie w pięknych okolicznościach przyrody, uświadomiłam sobie, że ta tęsknota za pisaniem, za sensownym życiem jest bolesna nie mniej niż migrena. I że nie mogę jej ignorować, bo będzie wracać do mnie jak ból fantomowy. Nawet jeśli ją wytnę, podepczę i wykarczuję do ostatniego korzonka. 

Wtedy założyłam bloga. Długo pisałam dla garstki osób i dopiero sukces w Blogu Roku, ponad rok temu, był pierwszym znaczącym wyróżnieniem w mojej blogowej karierze. 


Czy na blogu można zarobić?

To ulubione pytanie dziennikarzy i ciekawskich. Nic dziwnego. Pieniądze kręcą nas wszystkich. Tak, jest w Polsce grupa osób, które zarabiają na swoim blogu duże pieniądze, liczone w tysiącach złotych miesięcznie, ale wbrew pozorom, wcale nie jest ich tak wiele. 

Czy jest coś złego w tym, że zarabiamy na blogach? A czy jest coś złego w tym, że kucharz, szewc, czy sekretarka bierze pieniądze za swoją pracę? 

Panuje w tej materii cudowny egalitaryzm. Też chcesz zarabiać w ten sposób? Uważasz, że to proste jak wyhodowanie rzeżuchy na parapecie i każdy głupi to potrafi? Zamiast zazdrościć załóż bloga i pisz. Przecież możesz. Choćby dzisiaj!

Pusta zazdrość dopada nas we wszystkich obszarach życia. A przecież wszyscy mamy właściwie po równo. Jeśli każdy może, to Ty też. 




Czy Ty zarabiasz na blogu? 

Tak, dziś żyję z pisania. Uwielbiam zarabiać pieniądze w ten sposób i uważam taką możliwość za cudowną. To spełnienie moich marzeń.  Pieniądze lubię, uważam, że dają wolność i możliwość wyboru. Nie są jednak dla mnie celem samym w sobie. 

Uważni czytelnicy Manufaktury wiedzą, że reklamy czy posty sponsorowane pojawiają się tutaj rzadko, a zarabiam pisząc głównie poza blogiem. Nie wszystko złoto, co się świeci, nie wszystko chcę tutaj zrobić i pokazać. 

To miejsce ma dla mnie głęboki sens i na pewno nie rozmienię go na drobne, reklamując produkt, w który nie wierzę, który uważam za szkodliwy, czy wiążąc się z marką, której w takiej czy innej materii nie akceptuję. 

Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze i są setki sposobów na to, żeby je zarabiać. Wiele takich, przy których nie trzeba zaprzedawać siebie. 




Jaki sens ma pisanie bloga? 

Wiele osób traktuje blogerów jako nieszkodliwych wariatów, ale spotkałam się także z podejściem mocno lekceważącym, oceniającym, czy stwierdzeniem, że moja praca jest niepożyteczna, bezsensowna i nic nie wnosząca do społeczeństwa. 

Każdy ma prawo do własnego zdania i ani mnie to ziębi ani parzy, nie mam też ochoty i intencji przekonywać kogokolwiek, że jest inaczej. 

Chciałabym jednak przy tej okazji opowiedzieć Wam pewną historię. Historię, jakich mam wiele, ale rzadko się nimi dzielę, bo traktuję je jako osobisty prezent.  Ta bardzo mnie wzruszyła i publikuję ją za zgodą Czytelniczki, której imię zmieniam. 

Oto ona:

Jakiś czas temu, napisała do mnie Agnieszką. Przeczytała w ważnym dla siebie momencie opowieść, którą zamieściłam na FB, o Ghandim, oraz dwóch chłopcach, którzy chcieli z niego zakpić. Złapali motyla i zapytali mędrca czy jest żywy czy martwy. Gdyby powiedział, że martwy, otworzyliby dłonie i ten wyleciałby na wolność. Gdyby stwierdził, że żywy, wystarczyłoby tylko lekko zacisnąć pięści. Napisałam wtedy, że to od nas zależy co w naszym życiu będzie żywe, a co martwe. Bo wiele rzeczy jest tylko w naszych rękach. Czy tego chcemy czy nie. 

Agnieszka była w ciąży. Przypadkowej ciąży. Kłóciła się z partnerem, finansowo było daleko od ideału, nie myślała o dzieciach, zwłaszcza w takim momencie. Dwa tygodnie płakała i biła się z myślami. Napisała mi, że czytając te moje słowa poczuła, jakby były pisane specjalnie dla niej. Bo to w jej rękach było teraz życie. I to co z nim zrobi. 

Kilka dni temu przysłała mi zdjęcie swojej małej córeczki. Napisała też, że te moje słowa, przypadkowo wrzucone w przestrzeń internetu, najprawdopodobniej uratowały, a na pewno zmieniły nie jedno, ale 3 życia. 

Czy to niewystarczający powód, żeby dalej pisać?



Idź za marzeniem, nigdy nie wiesz gdzie Cię zaprowadzi

I gdzie pociągniesz za sobą innych ludzi. Słowem, przykładem, gestem, samym faktem pojawienia się w ich życiu. Cokolwiek robisz: czy malujesz, czy piszesz, czy sprzedajesz znaczki, wpływasz na innych. Światu potrzeba ludzi, którzy idą za swoją pasją. Oni naprawdę zmieniają świat. 

Dlatego piszę bloga.

To jest mój sens. 

Gdzie jest Twój?






W społecznej świadomości istnieją dwa równania o z góry założonych rozwiązaniach. Myśleć o sobie = źle, być egoistą. Myśleć o innych = dobrze, być altruistą. Rzeczywistość jest na szczęście znacznie bardziej złożona i przewiduje o wiele więcej zmiennych, a i wynik wcale nie jest oczywisty. Często paradoksalnie, bywa zupełnie odwrotnie. 



Mój artykuł o ludziach toksycznych, zanotował rekordową jak na historię bloga ilość odsłon. Przeczytało go prawie 110 tysięcy osób. Część, siłą rzeczy po raz pierwszy odwiedzających to miejsce i spotykających się z takim podejściem do tematu. Koronny argument przeciw temu o czym napisałam, to egoizm. Dbać o siebie, to dla wielu osób ciągle rzecz nie do pomyślenia, a oskarżenie o egoizm jest najcięższą formą potwarzy. Troszczyć się o kogoś -  tak, oczywiście. Troszczyć się o siebie, zabezpieczać swój dobrostan, nawet w podstawowych kwestiach regulowanych przecież przepisami prawa i konstytucji? To już przesada! Śmierdzący egoiści skończycie w samotności!


Kochaj bliźniego JAK SIEBIE SAMEGO

Mam trudność w zrozumieniu tej logiki, choć wiem, skąd może się brać. Inni są ważniejsi niż my sami? Mamy bardziej dbać o kogoś innego, o czyjeś interesy, niż o własne? Ktoś nas krzywdzi, ale nie powinniśmy go odrzucać, bo zrobimy mu przykrość? Kiedyś źle wybraliśmy, ale trzeba być wbrew zdrowemu rozsądkowi konsekwentnym w swoich wyborach i jak się już tam weszło to siedzieć w bagnie po uszy?

A kto zadba o nas? Przecież nawet w tradycji katolickiej istnieje przykazanie aby kochać bliźniego tak jak siebie samego! NIE BARDZIEJ. NIE MNIEJ. 

Jak pisze Jarosław Gibas, w "Życie następny poziom" jeśli nie kochamy siebie, żyjemy w przeświadczeniu, że troszczymy się o innych, a tymczasem martwimy się jedynie o ZDANIE innych na nasz temat. Dlatego podejmujemy szereg działań, dlatego pomagamy. Nie ma to nic wspólnego z prawdziwym dawaniem.

Nie ma mowy o miłości do kogokolwiek innego, jeśli nie umiemy kochać i dbać sami o siebie. Czy Ci się to podoba czy nie, taka jest kolejność. 


Zajmować się innymi? To też bywa egoizm!


I to bardzo podstępny! Zastanów się, z jakiego powodu pomagasz? Dlaczego robisz, to co robisz? Czemu się poświęcasz? Już samo używanie takich słów (nie mówiąc nawet o NADużywaniu, czy epatowaniu swoją dobroczynnością), powinno zapalać czerwoną lampkę w twojej głowie. 

Anthony de Mello, sławny jezuita, pisze, że "dobroczynność jest prawdziwą maskaradą interesowności przebranej za altruizm". 

Pomagając innym ZAWSZE pomagamy także sami sobie. Nie ma w tym niczego złego, jest to pewien rodzaj wymiany dwustronnej. Jeśli uważasz, że zajmowanie się innymi jest czymś o wiele lepszym niż zajmowanie się sobą, zwłaszcza gdy twoje własne życie, relacje rodzinne, niezałatwione sprawy KRZYCZĄ o troskę i uwagę, to sam siebie oszukujesz. 

Nie każdy kto pomaga jest altruistą, nie każdy kto myśli o sobie jest egoistą.

Po Ci te etykietki? 


Pomagać, czy nie? Zależy kiedy. Czasem to egoizm.


Pomoc, która szkodzi


Istnieje wiele form pomocy, która wyrządza więcej szkody niż pożytku, np. taka, o którą nikt nie prosi, a my dajemy i tak, z różnych, często egoistycznych powodów. 

Pomoc może być nawet aktem ubezwłasnowolnienia. Natarczywe wyręczanie, wchodzenie w cudze kompetencje mimo wielu próśb i odmów, bywa bardzo poważnym zagrożeniem dla relacji. Nie służy i nie pomaga także pomagającemu, bo osoba, która w ten sposób, na siłę wspiera, także cierpi bo czuje się odrzucana i niedoceniona. 

Często takie wsparcie jest oferowane ze źle pojętej miłości, czy ze strachu np. przez rodziców, którzy sami czegoś nie dostali, lub doświadczyli czegoś przykrego więc chcą na siłę, wbrew rozsądkowi dać to, lub ochronić przed tym swoje dzieci. Zamiast uczyć je samodzielności i odpowiedzialności strząsają każdy kamyczek z drogi i stoją na drodze do prawdziwego doświadczania życia. Tak nie pomaga się nikomu. Ani sobie, ani dziecku. Konsekwencje, w dłuższej perspektywie mogą być opłakane. 

Taka pomoc pojawia się zwykle wtedy, kiedy ktoś nie potrafi pomóc SAM SOBIE. Biegnie więc pomagać innym, często natarczywie, żeby samemu poczuć się lepiej. 

Podobnie wygląda źle pojęta pomoc w przypadku współuzależnień. Chronienie alkoholika czy narkomana przed konsekwencjami jego postępowania, tuszowanie wybryków (bo będzie miał kłopoty, a to przecież dobry człowiek!), wcale nie służy zdrowieniu. Wręcz przeciwnie, przeszkadza dostrzec, jakie naprawdę są konsekwencje trwania w nałogu i znaleźć impuls do zmiany czy leczenia. Żona, która po latach kłamstw i osłaniania wybryków pijącego męża wreszcie zostawia go samego lub stawia ultimatum: leczenie, albo związek, wcale nie wyrządza tym mężowi krzywdy. Oczywiście znajdzie się wielu takich, którzy powiedzą, że porzuca towarzysza w biedzie, ale tak naprawdę takie postawienie sprawy, może być najlepszą rzeczą jaka przydarzy się alkoholikowi i może wreszcie, po latach picia dać mu impuls do tego, aby się zająć swoim nałogiem i zacząć żyć inaczej. 

Tą analogię można oczywiście przenieść na wiele innych sytuacji. Czasem największa pomoc jaką można dać to już NIE POMAGAĆ. 

Czasem ludzie wolą się chwiać, ale iść samodzielnie. Trzeba to uszanować. Mądrzy samarytanie potrafią oddzielić pomoc upragnioną, od tej, którą daje się z poczucia winy, obowiązku czy egoizmu. Pisze o tym więcej między innymi terapeutka, Claudia Casanovas.


Dbać o siebie, znaczy dbać o innych

I to jest kwintesencja wszystkiego. Światu nie potrzeba kolejnych poświęcających się dla ludzkości nieszczęśników, którzy w imię źle pojętego altruizmu będą nieśli innych na swoich plecach, ale ludzi, którzy żyjąc dobrze, świadomie i szczęśliwie, będą się zwyczajnie, po ludzku, dzielić swoim szczęściem i tym co mają z innymi. Nie chcąc niczego w zamian. Nie dbając o to co inni powiedzą, nie czekając na laurkę i medal. 

Thich Nhat Hanh pisze, że "gdy ktoś naprawdę dba o siebie, dba o wszystkich. Przestaje przysparzać cierpień światu, sam stając się źródłem radości i świeżości. Tu i ówdzie spotka się ludzi, którzy potrafią naprawdę o siebie dbać, żyjąc szczęśliwie i radośnie. Ci ludzie to nasza najmocniejsza podpora. Wszystko co robią, robią dla wszystkich. (...) To jest medytacja miłości.


I tego nam trzeba. Nie tylko od święta. 




Jeśli artykuł Cię zainspirował, podziel się nim z innymi :)  Najlepiej bezinteresownie:) 
Dziękuję :)  


×