Jak być wiecznie młodym? Albo przynajmniej jak być młodym długo? Te pytania, to wcale nie wynalazek współczesności. Ludzie zadawali je sobie od wieków. 


Za tydzień skończę 35 lat i nie jest to dla mnie żaden problem. Nigdy nie był i nie sądzę, że będzie. 

Podchodzę do siebie ze spokojem. Nigdy też nie rozumiałam gloryfikacji młodości, nie chciałabym wrócić do czasów gdy miałam 18 czy 22 lata. Byłam głupia, wiele jeszcze było przede mną. 

Jako taki spokój przyszedł do mnie dopiero przed 30. Na życie patrzę jak na drogę: wiem, że jeszcze sporo przede mną, nie oglądam się za często do tyłu, nie patrzę za daleko przed siebie, jestem raczej tu gdzie jestem. I tak jest dobrze. 

To czego się czasem lękam, to co się pojawia nie tylko w moich myślach, to pewne umysłowe skostnienie. Dojrzewanie to czasem także hibernacja poglądów, osądów i spojrzenia na świat. Zamknięcie w swoim świecie. I to jest coś, czego tak naprawdę warto się obawiać. 

Nie zmarszczek i nie siwych włosów. 


Jak być wiecznie młodym?


Młodość to nie tylko gładka skóra i jędrne pośladki. To coś znacznie więcej. 

"Młodość to nie tylko jedna z części naszego życia, ale także równowaga psychiczna; jest to wyraz woli, wyobraźni i uczucia. Pojęcie to oznacza także zwycięstwo odwagi nad tchórzostwem, pragnienie przygód, unikanie wygodnictwa - pisał Marek Aureliusz. 

Starzenie się nie polega na tym, że osiągamy pewien wiek, lecz na tym, że rezygnujemy ze swych ideałów. Lata odciskają się piętnem na naszej twarzy, utrata ideałów - na naszej duszy. Uprzedzenia, wątpliwości, obawy i utrata nadziei - to nasi wrogowie, którzy wciąż nas trzymają przy ziemi i jeszcze przed śmiercią przemieniają nas w proch.

Młodym jest ten, kto umie patrzeć i zachwycać się. Ten, kto jak małe dziecko pyta: co dalej? Ten, kto prowokuje wydarzenia i cieszy się z niespodzianek, które przygotowuje mu życie.

Człowiek jest tak młody, jak jego wiara i tak stary jak jego wątpliwości. Tak młody, jak jego wiara we własne siły. Tak młody, jak jego nadzieja i stary, jak jego porażka.

Wy zostaniecie młodymi tak długo, jak długo będziecie zdolni do przyjmowania: przyjmowania piękna, dobra i wielkości, przyjmowania przekazów przyrody, dziedzictwa przodków i wyobrażeń ludzi współcześnie żyjących, przyjmowania wartości duchowych stworzonych przez kolejne generacje.

I gdyby się tak stało, że pewnego dnia wasze serce zostanie dotknięte pesymizmem i zarażone cynizmem, to niech wszyscy bogowie zmiłują się nad waszą duszą szarego, małego człowieka. "


A Ty, czy ciągle jesteś młody, młoda? 

Co zrobisz, żeby się przedwcześnie nie zestarzeć?



Co robić w długi weekend? Gdzie pojechać, czym się zająć, komu podarować te naście albo i dziesiąt godzin swojego życia? Dziś poradnik nieoczywisty. Bo kto powiedział, że należy się nam życie według schematów? 


W szale planowania codzienności i niecodzienności, zapominamy jakoś, o co w tym wszystkim szło. A szło o rzeczy proste. 

O to, żeby być. 
O to by mieć z tego radość. 
O to by widzieć co jest wokół. 
O to by przytulić tego kto na to czeka i samemu otrzymać to samo. 
O miękkie włosy dziecka, albo sierść kota. 

Dlatego w ten długi weekend (albo każdy inny):

1. Bądź

Gdzie jesteś, jak Cię nie ma? W obecności jest klucz do wielu drzwi i rozwiązanie bardzo licznych problemów. 

Obecność to czuć, że ma się ręce i nogi. Że kawa jest gorzka, albo słodka jeśli słodzisz. Że ogórek zostawia cierpkość na języku, a papryka piecze w usta. 

To zobaczyć jak miękko pada promień słońca o 6 rano i jak inny jest od tego o 18. 

Bądź. Po prostu. 
Nie uciekaj od siebie. 


Czy wiesz, że zaczyna kwitnąć bez? 

2. Zobacz, że jest wiosna

Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek robisz. Czy wiesz, że zaczyna kwitnąć bez? Że jabłonie już prawie przekwitły, a mlecze zamieniają się w dmuchawce? 

Czy znasz odcienie zieleni po deszczu i przed nim? 

Żyjemy tak szybko, że życie nam ucieka przez palce. Jeśli nie zdołamy go dotknąć w tym wolnym czasie, w tej chwili, kiedy naprawdę nie ma gdzie biec, to ten dystans między nami, a rzeczywistością stanie się w końcu nie do nadrobienia. 

Kiedy biegniesz za szybko -  mówili Indianie -  Twoja dusza zostaje w tyle. Usiądź pod drzewem, niech Cię dogoni. 

Zatrzymaj się. Śpiewa ptak. 


3. Poczuj wdzięczność

Za to wszystko co jest. Także za to, o co wczoraj byłaś, byłeś zły. Nawet jeśli nie wyjechałaś, nawet jeśli siedzisz w domu, nawet jeśli pogoda nie taka jak trzeba. 

Jeśli nie nauczymy się doceniać tego co mamy, nigdy nie będziemy syci, ani szczęśliwi. Tak mówią filozofowie i mówią mądrze. 

Nie komplikuj bądź wdzięczny. 


Długi weekend ? Przed południem nic, po południu wolne :)
Pomysły na weekend, co robić w długi weekend? 

4. Wyłącz automatycznego pilota

Nie biegaj z tą ścierką, nie układaj garnków, nie mów: "Wy znów, Ty zawsze, Jezu, czemu ja muszę!". 

W codzienności działamy często jakby ktoś nam włączył jeden program. Ciągle ten sam. Wstać, ochlapać twarz, wklepać krem, uczesać włosy, zrobić kawę, zezłościć się, w niedzielę poleżeć, ale z poczuciem winy, wieczorem rozpaczać, że już prawie po weekendzie. 

Serio, musisz tak? 

Nie musisz. Tylko sobie to wmawiasz. 


Wdzięczność i obecność. To bardzo, bardzo dużo.

5. Nie rób nic
I to będzie najtrudniejszy punkt dla większości z nas. Wpadliśmy w przymus "robienia", "działania", "odhaczania". Strumień nas porwał i większość daje się mu nieść. 

Daj sobie czas na to, żeby NIC nie robić. Leżeć i machać nogą. Patrzeć na to, co Cię otacza. Na nie - myślenie. Na zwykłe bycie. Na to, żeby zobaczyć co jest wokół. 

Na ciszę. Na spokój. On przyjdzie jeśli mu tylko otworzysz drzwi. 


6. Potrzebujesz więcej pomysłów na weekend? 

Patrz punkt piąty. Tobie przyda się szczególnie :) 


Niech to będzie dobry czas! 



Manufaktura na Patronite.pl -  zostań Patronem. KLIK
.  



Ból nie jest Ci do niczego potrzebny -  mówi reklama. Jest Twoim wrogiem - dodaje. Każ mu się wynosić, pokaż mu kto tu rządzi.  Zapomina tylko dodać, że ból, którym się nikt nie zajmie, wróci silniejszy. Po co nam ten ból?


Kiedy pacjent odwiedza zachodniego lekarza, skarżąc się na wysokie ciśnienie, szum w uszach, albo ból głowy, przeważnie dostaje skierowanie na dalsze badania, poddaje się skomplikowanym analizom -  w konsekwencji łyka pigułkę zwalczającą chorobowe objawy i sprawa właściwie zostaje uznana za zamkniętą. 

Kiedy ten sam pacjent idzie do przedstawiciela medycyny wschodniej, zanim zostanie dokładnie zbadany i obejrzany, padną ważne pytania:  „O co Cię boli głowa? Co w tobie powoduje, że ciśnienie rośnie, a krew krąży tak, że szumi Ci w uszach?  Co się dzieje z twoim życiem? Co ci mówi twoje ciało?”  

Chińczycy wierzą, że choroba to zaburzenie życiowej energii, a jej symptomy, takie jak różnego rodzaju bóle, niedomagania, to tylko strzały, albo race świetlne, które ciało wyrzuca w przestrzeń, aby zwrócić na siebie uwagę. 

Tylko głupiec udaje, że tego nie widzi. 

Tak, jesteśmy w większości takimi głupcami. 


Ból to informacja

Po co nam ból? A choćby po to, żebyśmy wiedzieli, że w naszym ciele dzieje się coś złego. Fakt - mówi anestezjolog doktor Wojciech Mudyna -   natura wymyśliła mało przyjemny sposób informowania nas o szkodach, ale lepszego nie ma. Gdyby nie było bólu, nie byłoby szans na natychmiastową reakcję obronną - co niejednokrotnie kosztowałoby nas zdrowie albo życie. 

Ból oprócz funkcji obronnej spełnia też rolę fizjologiczną. Zmusza organizm do odpoczynku, do zatrzymania się. Jeśli złamiemy sobie nogę lub rękę, nie możemy z bólu nią ruszać i dzięki temu dajemy naszemu ciału czas na regenerację i odbudowę. Ból mówi: STOP! Musisz się zatrzymać! Nie pędź tak! 

Dlatego bagatelizowanie bólu i zwalczanie go wyłącznie jako objawu - bez zajmowania się resztą, jest tak samo bezsensowne i nierozsądne jak wyłączanie kontrolki awarii w aucie. W najlepszym wypadku staniemy w szczerym polu. W najgorszym: na zawsze. 


Kto Ciebie usłyszy? 

Największą porażką współczesnego świata jest to, że przy całym wielkim postępie jaki się dokonał i dokonuje, przy ogromnej mnogości możliwości jakie mamy, przy ułatwieniach i uproszczeniach w postaci techniki, która nam służy, utraciliśmy własne, przyrodzone możliwości regulacyjne i już naprawdę nie wiemy o co i dlaczego boli nas nasze ciało. Już nie słyszymy tego co mówi, a nawet jeśli staramy się usłyszeć, to ten język którym mówi, wydaje się językiem obcym. Słowa nic nie znaczą. Wpadają w pustkę, z której nie ma kto ich wydobyć. 

 „Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, mam dzieci, pracę, stanowisko, tyle spraw do załatwienia” -  mówi  X. Raz w roku jedzie na wakacje i całe 14  dni walczy z migreną i kacem, bo rzeczywistość, z której się przemocą wyrwał jest dla jego umysłu i ciała nie do zniesienia na trzeźwo. W schowku wozi zapas środków przeciwbólowych i witaminy. Dwa razy w tygodniu biega, a w soboty gra w kosza.  Uważa, że o siebie dba. Ostatnio jego koleżanka z działu miała zawał. Trochę się zdziwił, bo przecież na nic nie narzekała i wyglądała normalnie. Na chwilę pojawiła się obawa i strach, ale szybko przetłumaczył sobie, że to nic takiego. 

Lekceważmy sygnały, jakie dostajemy. Nie łatamy dziur, ale zaklejamy je dyktą, a potem dziwimy się, że wpadamy w pułapki i leje wielkości kanionów.

Psycholog, dr Bartłomiej Dobroczyński mówi, że człowiek jest jak woda, idzie w kierunku najmniejszego oporu. Dlatego woli łykać proszki, niż zastanowić się nad swoją kondycją lub życiem. 

Dlatego się okłamuje. 


O co Ciebie boli? 

O co Cię boli Twoja głowa? O co Cię boli twoje serce? O co Cię boli twój żołądek, co Ci mówi twoja wątroba? Dlaczego nie masz energii, co z nią robisz, gdzie ją trwonisz, co zrobisz, kiedy nic Ci już nie zostanie?

Wiele osób bardziej dba o swój samochód i dom niż o samego siebie. Auto odstawiamy do serwisu, kiedy zapala się kontrolka awarii, dach łatamy, kiedy zaczyna z niego kapać, a sami nie jesteśmy w stanie raz na trzy lata zrobić profilaktycznego badania, albo zatrzymać się i zastanowić co i czemu się w nas psuje i źle dzieje.

Póki działa to dobrze - myślimy-  jak przestanie to trudno; na coś trzeba umrzeć -  takie przekonanie wpędza nas dosłownie i w przenośni do trumny i zaciska wieko.


Szanuj życie, drugiego nie będzie

Życie, to które teraz mamy, to tutaj, pod ręką, jest bezcenne, wartościowe, nasze, własne. Ciało -  podobnie. Czemu marnujemy rzeczy, których nie da się kupić, ani dostać ponownie, w imię tego co przemija, kończy się, zaczyna i może poczekać?

O co Cię boli głowa? Co Ci mówi Twoje serce? Usiądź sam ze sobą, jak najlepszy, czuły lekarz i wysłuchaj swoich skarg. Usłysz, co masz sobie do powiedzenia. Zobacz co powinieneś zobaczyć. Nie potrzebujesz skierowania, nikt nie sprawdzi Ci dowodu ubezpieczenia, nie zapłacisz za wizytę. 

Usiądź i bądź cierpliwy. A potem otwórz oczy, otwórz uszy i zostań z tym. Zaopiekowany, wysłuchany pójdziesz dalej.

Życie Ci nie ucieknie.



Nieważne co w życiu dostajesz, a właściwie to mało ważne. Istotne jest to, co z tym zrobisz i jakie masz do tego podejście. Na poczuciu krzywdy i pretensjach trudno jest zbudować coś, co daje szczęście, satysfakcję i chociaż trochę uśmiechu. 


Wczoraj na FB zamieściłam tekst o cierpiętnikach -  ludziach, którzy swoją krzywdę niosą jak sztandar, bo ich wyróżnia, bo sprawa, że czują się wyjątkowi. Po chwili ktoś do mnie napisał. Ktoś kto tak właśnie myśli i uważa, że ma do tego pełne prawo i że jest to absolutnie uzasadnione.  Bo nie dostał, bo dostał za mało, bo wszystko źle, pod górę, a inni mają. Bo życie jest niesprawiedliwe. Wkurza i podgryza, a ludzie.. ludzie to już do reszty wredni i ten świat złamanego grosza nie wart. 

Przeczytałam, pomyślałam i do głowy przyszła mi pewna historia. 

Posłuchajcie. 


Dostać kota w worku .. i trochę problemów

Pamiętacie bajkę o Kocie w Butach i młodym młynarczyku? Kiedy ojciec zmarł, najstarszemu synowi zostawił młyn, młodszemu osła, a najmłodszemu kota.

Chłopak siadł na ziemi i pomyślał: "Cóż ja zrobię z tym kotem?! Najstarszy ma młyn, jakoś na życie zarobi, średni ma osła, może go sprzedać, może przewozić paczki, może jechać w świat, ale kot? Co zrobić z kotem?? 

Nie było w tym użalania się nad sobą, ale raczej refleksja. I rozwiązanie przyszło. 

Kot okazał się nadzwyczajnym kotem, młynarczyk chłopcem, który potrafił zaufać i uwierzyć, a wszystko skończyło się na królewskim dworze. 

To nie tylko miła historia dla dzieci, ale przede wszystkim opowieść o zaufaniu do siebie i życia i o tym, że nieważne co dostajesz, ale raczej jak to wykorzystasz i co z tym zrobisz. 


Jak mistrz Zen

Jest w życiu mnóstwo sytuacji, w których rozwiązania nie widać, w których wydaje się, że to co dostajemy to są takie ostatki, że jesteśmy w totalnym ogonie i podchodzimy do kadzi z darami losu dopiero jak wszyscy inni już wszystko z niej wygrzebali. 

Tu mogą pojawić się różne uczucia, emocje. Poczucie krzywdy, bo inni dostali więcej, poczucie niesprawiedliwości, bo czemu akurat ja mam mieć trudniej, złość, gniew, negacja, albo coś zupełnie innego. 

Doświadczenie pokazuje, że tam gdzie jest mało, bardzo mało, pojawia się też coś bardzo cennego: kreatywność i nadzieja. Oraz zaufanie, że jednak gdzieś nas to zaprowadzi. I prowadzi, naprawdę. 

Najciekawsi, najlepsi, najmądrzejsi i najszczęśliwsi ludzie to wcale wbrew pozorom nie Ci, którzy gdzieś na starcie dostali najwięcej. Często dokładnie na odwrót. Kluczowe jednak jest nie to, aby zaprzeczać swojej kondycji i rzeczywistości, ale aby zaufać. I iść przed siebie. Może nie pojawi się magiczny kot, który zrobi z nas króla, ale pojawią się okazje i szanse, po które będzie można się schylić. 

No chyba, że się zostanie na brzegu stawu i nie przestanie biadolić. 


Poczucie krzywdy zamień na nadzieję

Gdyby młynarczyk poszedł za rozumem, za tym co podpowiada rzeczowy ogląd, ta bajka skończyłaby się źle. Zaufać czemuś, lub komuś kto nie wygląda zbyt solidnie? Iść w świat, który może okazać się niebezpieczny? 

Co mógł jeszcze zrobić? Pójść do najstarszego brata i powiedzieć: Hallo, to niesprawiedliwe, oddawaj pół młyna! Mógł życie spędzić na domysłach i pretensjach, do ojca, do braci, do całego świata. 

Tylko co by to dało? Prawdopodobnie nic. 

Dyrektor Uczelni w Northland John Tapene, powiedział kiedyś do roszczeniowej młodzieży:  

"Świat nie jest Ci winien warunków do życia, to do Ciebie należy się coś światu. Możesz oddać mu swój czas, siły i talent, żeby nikt już nie szedł na wojnę, nie był chory, albo samotny. Innymi słowy, dorośnij i przestań użalać się nad sobą, wyjdź ze swojego świata urojeń, wypracuj sobie mocny kręgosłup, a nie listę życzeń. Zacznij zachowywać się jak odpowiedzialna osoba. Jesteś ważny i potrzebny. Jest już za późno żeby siedzieć i czekać, aż ktoś kiedyś coś zrobi. "Kiedyś" jest teraz, a ten "ktoś" to Ty!


Kocia recepta

Nie wiem drogi Czytelniku, Czytelniczko, co masz zrobić ze swoim życiem, ze swoimi problemami, nie pytaj mnie o to, bo nie wiem jak Ci pomóc. Każde życie jest inny i przede wszystkim to nie moja - ale Twoja bajka się dzieje i nie ja - ale Ty jesteś ekspertem od swojego życie. 

Ale zostawię Ci tutaj małą wskazówkę, kocią receptę na problemy. 

Uważam, że jest bardzo skuteczna i warto jej spróbować. 

Na gry losu koci sposób, to nie gryźć, nie fukać
łeb mądrzejszy woli węszyć, podejrzeć, poszukać
Pomalutku, po cichutku, ukrywszy pazury, 
tu pokluczyć, tam pomruczeć i piąć się do góry. 


Powodzenia!



Manufaktura na Patronite.pl -  zostań Patronem. KLIK
.  




Uważa się, że aby coś w życiu osiągnąć trzeba się zdrowo namęczyć. Błąd. Mylimy wysiłek z cierpiętnictwem. I prowadzi nas to ciągle na manowce. 


Jerzy Pilch, jeden z najbardziej znanych współczesnych polskich pisarzy, powiedział w jednym z wywiadów, że pisanie to ciężka i trudna robota. Wyszarpywanie kawałków myśli, zbieranie słów, syzyfowy wysiłek, który w efekcie i tak mało kto doceni, bo nawet sam pisarz rzadko jest zadowolony. Dodał także, że jeśli ktoś ma z pisania radość, to najpewniej jest po prostu grafomanem. Bo w domyśle z radości nic wartościowego wyjść nie może. 

Smutne to trochę, pomyślałam. Na szczęście nieprawdziwe, albo prawdziwe tylko w małym fragmencie. 

Jeśli masz się TYLKO męczyć, to dobrze zająć się czymś innym. Jest tyle zawodów na "p" i jeszcze zostanie cały alfabet. 


Życie to znój

Nie wiadomo dokładnie kiedy to się stało, ale stało się na pewno. Ktoś kiedyś wmówił nam, że tylko to do czego dochodzi się przez ból i wysiłek, a najlepiej krew i łzy ma jakąś wartość. I że życie nie może być przyjemne, chyba że jest się lekkoduchem, kimś w rodzaju wioskowego błazna, kogoś z kogo wszyscy się śmieją, a nikt nie traktuje poważnie. A to nieprawda. Totalna nieprawda. 

Przekonanie o życiowym znoju i tym, że trzeba cierpieć, żeby się rozwijać, że tak po prostu musi być, prowadzi na niebezpieczne manowce i zamyka na doświadczanie życia w różnych przejawach. 

Nikt nie obiecał, że będzie tylko łatwo, ale też nieporozumieniem jest uważać, że tylko tam gdzie boli jest sens i rozwój.  

Są tacy, którzy się w ten ból będą pchać wbrew zdrowemu rozsądkowi. I dojdą zupełnie gdzie indziej niż na początku chcieli. 

Problem z osiągnięciami, które przychodzą po tym strasznym trudzie i znoju, po latach hartowania stali i poświęcania się jest taki, że kiedy już się jest tam gdzie się zamierzało, przychodzi refleksja: "Ale po co u diabła ja tu lazłem?!!". 


Gdzieś pomiędzy

Wartościowe życiowe dokonania, związki, kariera, wychowanie dzieci, czy cokolwiek by wstawić w to miejsce, zawsze wymagają pewnego wysiłku. 

Jeśli Twoją pasją są góry i wchodzisz na szczyt, to jasne, że się zmęczysz. Może nawet obetrą Cię buty, albo zejdzie Ci paznokieć. Nie zmienia to jednak faktu, że towarzyszy Ci wielka radość z faktu, że możesz to robić. Ona się zmienia, jasne. Pewnie jest ogromna na szczycie, tam gdzie chmury i świat u stóp, a mniejsza, kiedy masz mokre skarpety, a na pięcie właśnie zrobił się odcisk. 

Nie czyni Cię jednak "grafomanem gór" fakt, że lubisz po nich chodzić. Zdziwiłabym się raczej gdybyś to robił, jeśli nie lubisz. 

Tak jest z większością spraw w życiu. W istocie z prawie wszystkimi. I nawet nauka potwierdza to, że lepiej iść za tym co wzbudza naszą radość i entuzjazm, a nie za tym do czego trzeba się codziennie zmuszać z bólem serca.


Entuzjazm to rozwój

Do niedawna uważano, że tylko trudności nas rozwijają. Przekraczanie fizycznych barier, ćwiczenia, najlepiej coraz trudniejsze bo jak idzie łatwo, to rozwoju nie będzie.  Dziś wiadomo, że to nie do końca tak. 

Geralda Hüther badacz mózgu odkrył, że mówiąc oczywiście w pewnym uproszczeniu, entuzjazm tworzy w mózgu neuroprzekaźniki. To nie geny decydują o tym, czy rodzimy się głupi, czy inteligentni. To raczej to, co z nim potem zrobimy. 

André Stern -  francuski propagator nowego podejścia do edukacji mówi: 

"Strefa mózgu odpowiedzialna za poruszanie kciukiem jest u nastolatków o wiele bardziej rozwinięta niż u starszego pokolenia. To efekt SMS-ów i PlayStation. Okazało się, że mózg nie jest zaprogramowany, lecz się rozwija, trochę jak mięsień. Wymyślono zatem trening dla mózgu - pięć języków obcych w przedszkolu, sudoku na śniadanie. Rezultaty były spektakularne: zero. Twórcy programu nie mogli zrozumieć, dlaczego działa to w SMS-ach, a nie działa w matematyce. I tak odkryliśmy najważniejszą rzecz: nasz mózg rozwija się, gdy używamy go z entuzjazmem. To wszystko zmienia! Nie ma ani głupich, ani inteligentnych. Są ludzie z entuzjazmem lub bez. Entuzjazm tworzy w mózgu neuroprzekaźniki. Jest nawozem dla głowy. Słuchajcie: małe dziecko entuzjazmuje się 25-50 razy dziennie! A wiecie, z jaką częstotliwością dorośli odczuwają podobny entuzjazm? Dwa, trzy razy w roku". 

To może tłumaczyć dlaczego w pewnym momencie życia wielu z nas czuje, że nie tylko się nie rozwija, ale wręcz przeciwnie, cofa. Idziemy nie za tym co dla nas wewnętrznie ważne, sensowne, czy ciekawe, ale za tym do czego trzeba się w przenośni przyspawać do krzesła. 


Za tym co kochasz

Nie da się żyć bez wysiłku, ale także życie w cierpiętnictwie, w wiecznym zmaganiu się z losem, z entuzjazmem na wymarciu, wydaje się pomyłką. 

Entuzjazm, pasja, czy przynajmniej ciepłe uczucia pomagają wykrzesać z siebie motywację, wytrwałość i poczucie sensu. To nie tak, że jeśli to masz to coś spadnie Ci z nieba. Nie. Ale znajdziesz wtedy siły, żeby się po to schylić. 

Jeśli zgubiłeś swój entuzjazm i nie wiesz już co sprawia, że Twoja krew szybciej krąży, trzeba szukać. Koniecznie. 

A potem iść raczej za tym co ożywia, a nie za tym co boli. 



Manufaktura na Patronite - sprawdź o co chodzi. 


Ciało, umysł, to nie wszystko. Mamy jeszcze życie duchowe i emocjonalne. Które u Ciebie siedzi w piwnicy?  


"Każdy z nas jest domem z czterema pokojami - mówi hinduskie przysłowie. Fizycznym, mentalnym, emocjonalnymi i duchowym. Większość z nas mieszka w jednym z nich przez większą część czasu; ale dopóki codziennie nie będziemy odwiedzać każdego pokoju - chociażby tylko po to, by go przewietrzyć - dopóty nie będziemy całością".

Zdanie to przeczytałam niedawno u Misiury. Pomyślałam sobie wtedy, że to omijanie pokojów, to jest dokładnie ta przyczyna naszego wewnętrznego niespełnienia, głodu, oderwania od siebie. 

Jesteśmy w jednym miejscu: używamy tylko ciała, albo tylko umysłu, a tam gdzie emocje i duchowość straszą ciemność i pajęczyny, albo na odwrót. I nie dziwne, że z biegiem czasu, coraz trudniej tam wchodzić. 


Między ciałem, a umysłem

Nie ma sensu tłumaczyć nadużywania ciała i umysłu, bo tu chyba mamy jasność. Nadanalizowanie i ciągle myślenie prowadzi do oczywistej konfuzji. Pisałam o tym choćby tutaj

Nadużywanie ciała: czy to w sporcie, czy w miłości, również nikomu się nie przysłuży. Nieużywanie także. Jesteśmy istotami fizycznymi. Nie składamy się z mgły i światła. 

To wszystko co stanowi w nas materię także woła o uwagę. Może być także w pewnym sensie tematem zastępczym

Współczesna obsesja na punkcie ciała prowadzi nas na zupełne manowce. Mamy dziś rzeszę ludzi, którzy z własnym ciałem walczą, jakby było najgorszym wrogiem. To bez sensu. Póki wojna, póty nie będzie pokoju. I spokoju. A kto chce żyć przez lata i miesiące na poligonie? 


Czy duchowość to religijność? 

Z duchowością sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, a może tylko my ją komplikujemy? 

Większość osób, z którymi rozmawiam, ma bardzo dużo przekonań na ten temat. Często takich, które zamykają ten duchowy pokój na klucz. 

Jednym z takich przekonań jest wiązanie duchowości z religią, albo religijnością. Tu nie ma znaku równości, chociaż religia i religijność zawierają się w duchowości. To pojęcie jest jednak znacznie szersze. 

Czasem spotykam ludzi, którzy chociaż głęboko religijni wydają się zupełnie nie mieć dostępu do własnej duchowości. Kiedyś jeden z ojców Dominikanów powiedział o takich osobach, że mają "nerwicę religijną". To jest dokładnie to. 

Religijność bez duchowości jest niebezpieczna, prowadzi na manowce. Duchowość bez religii jak najbardziej może istnieć. 

Przy okazji niedawnych świąt, papież Franciszek powiedział:

"Nie trzeba wierzyć w Boga, aby być dobrym człowiekiem. W pewnym sensie tradycyjne pojęcie Boga jest przestarzałe. Można być człowiekiem uduchowionym, a zarazem niereligijnym. Nie jest rzeczą konieczną chodzenie do kościoła i wspieranie go finansowo – dla wielu kościołem może być przyroda. W historii niektórzy najlepsi ludzie nie wierzyli w Boga, podczas gdy niektóre z najgorszych czynów były dokonywane w Jego imieniu."

Człowiek nigdy nie pozbędzie się tego o czym milczy.
#inpiracja #motywacja #rozwój


Emocje, ach emocje

To także dla wielu osób jest pokój zamknięty na cztery spusty. Za drzwiami, tak jak w bajce o Sinobrodym leżą różne "trupy" przeszłości i nawet klucz włożony w dziurkę w drzwiach broczy krwią. 

Idąc tą obrazową symboliką, czasem ktoś biegiem wpadnie do tej piwnicy, szybko wrzuci jakiś worek z czymś nowym co trzeba zakopać i znów pędem wraca na górę gdzie w hipnotycznym napięciu szoruje ręce, żeby zmyć z nich wszelkie ślady tego czym się brzydzi i o czym nie chce już nigdy pamiętać. 

Emocje, jeśli się nimi zajmować na co dzień, nie ukrywać, świadomie patrzeć im w oczy nie są niczym złym, ani strasznym. Jeśli jednak je przytrzymać w zamknięciu, w izolacji, bez dostępu światła.. ujawniają swoją ciemną, mroczną moc. 

Człowiek nigdy nie pozbędzie się tego o czym milczy - mawiał czeski pisarz Karel Capek. 


W którym pokoju mieszkasz?

Który jest Twoim codziennym miejscem pobytu? Który lubisz najbardziej? Gdzie prawie nie chodzisz? Co możesz zrobić, żeby jednak zacząć? 

Kiedy zaczynamy żyć w większej równowadze, nagle okazuje się, że balans, spokój, przychodzi sam. To są czyste zyski dla wszystkich. 


Spróbujesz? 



Manufaktura na Patronite.pl - sprawdź o co chodzi! KLIK



Porozmawiajmy dziś o pieniądzach, czyli o tym co wszystkich nas kręci, ale co ciągle bywa tematem tabu. Chyba niepotrzebnie. Długo się wahałam czy ten temat poruszyć, ale sądzę, że dla dobra wszystkich, zawsze lepiej mówić wprost niż owijać w bawełnę. 

Myślałam nad tym od wczesnej jesieni, a to naprawdę rzadko mi się zdarza. Nie myślenie, nie. Tak długie podejmowanie decyzji. 

Temat jest w Polsce niepopularny, ale w innych miejscach na świecie jednak funkcjonuje, chociaż też pewnie budzi emocje. 

Pierwszy raz zetknęłam się z nim na blogu Brain Pickings, którego autorka stosuje formułę "DONATING = LOVING, ale dopiero rozwiązanie i sposób przedstawienia go przez Zwierza Popkulturalnego, czyli Kasię Czajkę przekonało mnie, że jednak warto spróbować. 

Czemu, po co i skąd brały się moje wątpliwości? Posłuchajcie!


W internecie jest wszystko za darmo...

I bardzo do tego przywykliśmy: więcej, gdy ktokolwiek próbuje wyciągać ręce po nasze złotówki, słyszy: wara! Ciągle jednak zapominamy, że za wszystkim stoją przecież ludzie i ich praca, którą nie zawsze szanujemy.  

Ostatnio u mojej ulubionej Dorotki, rozgorzała bardzo gorąca dyskusja o oczekiwaniach. Padło tam bardzo wiele ciężkich czytelnicznych słów i pretensji. Tyle, że wprost oniemiałam i wiele razy opadła mi szczęka. 

Pojawiło się też takie podsumowanie: "łaska internauty na pstrym koniu jeździ, a to, że ktoś Cię lubi, czyta, korzysta z Twojego wysiłku nie musi się przełożyć na żadną inną formę jego aktywności. Nie bo nie i koniec! Jak Ci się to nie podoba, to nie pisz, ciesz się raczej, że ktoś Cię czyta, jak w ogóle śmiesz mieć jakiekolwiek oczekiwania, chyba poprzewracało się w głowie!". 

Bardzo mnie to na chwilę przygnębiło, ale potem przyszła refleksja. 

Jeśli ja, mimo wszystko nie znajdę w sobie odwagi aby iść pod prąd, aby mówić o tym jak jest i czego potrzebuję, to kto ją znajdzie?  

Mam dużo odwagi i wiele razy w życiu szłam pod prąd. Jeden raz więcej nie robi mi wielkiej różnicy. Tu akurat, nie mam zupełnie nic do stracenia, no może poza paroma czytelnikami, którzy stwierdzą, że nam ze sobą nie po drodze. Nie obrażam się, szanuję to, przecież wiadomo, że nie wszyscy we wszystkim musimy się zgadzać. Nie jestem pomidorowa ani krem czekoladowy, żeby mnie wszyscy lubili :). 

Poza tym jednak ciągle głęboko wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej. Przynajmniej tutaj. 


Jak to jest z tymi pieniędzmi z bloga?

Wiele razy w różnych miejscach padało to pytanie. I ja zawsze odpowiadam tak samo: zarabiam głównie poza blogiem, choć to wszystko co się zadziało, to przede wszystkim jego zasługa. 

Piszę w wielu miejscach i prowadzę różne aktywności w internecie. To zawód, praca, którą stworzyłam sobie sama. Prowadzę również warsztaty i szkolenia, często dla osób, które mnie nie znają z bloga i z którymi rozmawiam o sprawach, które niekoniecznie tutaj poruszam, albo są marginalne. 

Tak zarabiam na życie i bardzo to kocham. Nie wróciłabym do mojego dawnego życia na etacie i chociaż ma to wszystko i dobre i złe strony zawsze biorę za ten swój wybór pełną odpowiedzialność. 

Kocham też pisać bloga i tworzyć Manufakturę. Robię to nieprzerwanie od prawie 7 lat! Nie było w tym czasie chyba ani jednego tygodnia bez wpisu, ani jednego miesiąca kiedy zawiesiłabym tą moją małą "działalność". Jest to praca głównie zupełnie charytatywna -  do której co jasne, często sama muszę dokładać z różnych źródeł. 



Na blogu się zarabia, przecież mogą być reklamy, współprace...

Mogą, oczywiście i czasem się tu gdzieś pojawiają. Na tyle jednak rzadko, że pewnie większość z Was nawet o tym nie pamięta. 

Jestem przeciwniczką reklamy displayowej. Wyskakujące okienka, migające banerki, to się sprawdza, ale nie na takim blogu jak ten. Przez chwilę rozważałam możliwość reklam Google, ale także porzuciłam ten pomysł.

Dlaczego? 

Wyobraźcie to sobie: czytacie ważny, poruszający temat. O cierpieniu, wybaczaniu, relacjach, miłości. A tu w środku tekstu miga reklama maszynki do golenia, kostiumów kąpielowych, albo nowych podpasek. 

Nie oceniam Boże Broń nikogo, kto takie rozwiązanie ma. Ono przynosi pieniądze i ja rozumiem blogerów i właścicieli stron, którzy je stosują. Ale ono mi nie pasuje. Niech będzie biedniej, ale na moich warunkach. 

Tu najważniejszy jest przekaz. Gdybym prowadziła bloga dla pieniędzy, dawno dałabym sobie spokój, albo założyła coś miłego, lekkiego, na czym być może łatwiej zarobić. 

A współprace? Prawda jest taka, że rzadko zdarzają się propozycje, które mogłabym z czystym sumieniem przyjąć. Po pierwsze dlatego, że hołduję zasadzie 3 razy WIN. Chciałabym aby wszyscy wygrali. I klient, który mi zapłaci i czytelnik, który dostanie coś ważnego, choćby przydatną i adekwatną do potrzeb informację i wreszcie ja. 

Takich ofert jest mało, bardzo mało. Nie robię rzeczy, w które nie wierzę, nie polecam produktów, których sama bym nie kupiła, nie wchodzę w akcje, które budzą mój sprzeciw, nie pracuję za darmo, dla marek, które gdzie indziej wydają grube pieniądze, a w internecie szukają okazji do prawie bezkosztowej promocji, nie jestem najtańsza, bo i właściwie czemu mam być? 

Twarz ma się tylko jedną i naprawdę nie sposób kupić nowej za żadne pieniądze. 


Czy reklamy są złe?

Chciałabym tu coś jeszcze wyjaśnić, żeby nie zostać źle zrozumianą. Podejście, które mówi, że reklamy są złe i wszelkie próby monetyzowania bloga oznaczają, że bloger "się sprzedał", uważam za totalne nieporozumienie. 

Mnie także zdarzało się słyszeć: "czy wszystko musi być na sprzedaż?" kiedy pokazałam gdzieś w tle markę, produkt czy nie zakryłam (sic!) logotypu mojego komputera. 

Bardzo szanuję moich kolegów i koleżanki, które prowadzą różne, ciekawe blogi. Nawet jeśli pojawiają się tam współprace to prawie zawsze widzę, że się starają, próbują coś dać czytelnikowi, a większość materiałów to posty, projekty tworzone po prostu z potrzeby serca, które wzruszają, bawią, pomagają. Czas wkładany za darmo. Bywa, że miesiącami, latami, zanim cokolwiek się z tego ma. 

Byłabym niepoważna, gdybym obrażała się na to, że za coś tam wzięli pieniądze. 

Reklamy są wszędzie. W telewizji, w prasie, na ulicy. Jeśli ktoś się na to obraża to dla mnie, osobiście jest osobą oderwaną od rzeczywistości. Fajna, mądra gazeta musiałaby kosztować 4-5 razy więcej, aby móc utrzymać się bez reklam. Czy ktoś byłby gotów tyle zapłacić? 50 zł za pismo? Wątpię. Sama bym tyle nie zapłaciła. 

Dzięki temu, że reklamy pojawiają się w telewizji możemy oglądać ją za darmo. Tak samo działa radio, kino, właściwie cały świat się kręci dzięki temu, że istnieje reklama. Blogi, strony internetowe nie działają inaczej. Można oczywiście funkcjonować za darmo, bez pieniędzy, ale ma to swoje oczywiste ograniczenia. 

Zawsze jest albo - albo. Nie wszyscy chcą być w "offie", sztukować, kombinować i fastrygować. Mnie też już to męczy i irytuje. 

Można iść w tą stronę i pogłębiać swoją frustrację, a można szukać rozwiązań. Ja decyduję się na to drugie. 


Na co mnie są potrzebne pieniądze? 

Manufaktura funkcjonuje od 7 lat i to wszystko co robiłam do tej pory starałam się robić albo sama, albo jak najniższym kosztem. Dlatego np. działam do dziś na darmowej platformie, którą jest Blogger. Mam domenę, ale nie przeniosłam się na nią do dzisiaj. 

Podobnie sprawa wygląda z szablonem: miałam już kilka, ale większość rozwiązań była albo darmowa / albo kupiona do przerobienia za niewielkie pieniądze. 

To trochę tak jak z sukienką z second handu: oczywiście może być super, można ją przerobić, dopasować, może wyglądać dobrze... ale to nigdy nie jest coś, co zostało uszyte na miarę i zawsze będzie miało swoje ograniczenia. 

Uważam, że Manufaktura zasługuje na taką szytą dla niej sukienkę. To nie musi być od razu "haute couture", Dior czy Chanel, bądźmy poważni. 

Byłoby  jednak cudownie, gdyby można zaprojektować coś co odpowiadałoby różnym potrzebom i wyglądało fajnie. A na to potrzeba funduszy: niemałych. Sama tego nie zrobię i znów byłabym hipokrytką, gdybym oczekiwała, że ktoś to dla mnie zrobi za darmo. Muszę za to zapłacić, muszę znaleźć na to czas, w którym nie będę zajęta zarabianiem. 

Druga kwestia to mój rozwój, materiały, książki, spotkania, doskonalenie się. Zauważyłam u siebie ostatnio niepokojącą prawidłowość. Z racji pewnych oczywistych ograniczeń oszczędzam głównie na sobie. A przecież tym wszystkim co mam, co umiem, co wiem i do czego mam przekonanie dzielę się tutaj z Wami. Aby dawać, trzeba też chociaż trochę brać bo inaczej źródełko wyschnie. Tak jest i nie chcę z tym dyskutować. 

A to wszystko też kosztuje. 


Ale przecież możesz sobie na to zarobić...

Pewnie padnie gdzieś taki argument o tym, że przecież pieniądze na to można zdobyć w inny sposób, zaoszczędzić, odłożyć, zarobić robiąc to co robię. 

Można. Ale doba ma tylko 24 godziny. Są takie tygodnie, kiedy pracuję 6 dni w tygodniu. Napisałabym nawet, że 6,5 ale to chyba byłoby źle widziane i trochę wstydzę się przyznać. Gdyby nie to, że kocham to co robię, jestem permanentnie wdzięczna za moją pracę nawet gdy robię rzeczy, które nie są dla mnie jakoś mocno fascynujące, to pewnie byłoby to nie do zniesienia. Nie narzekam, mam nadzieję, że fajnych zleceń, dobrych relacji będzie w moim zawodowym życiu jeszcze więcej... ale... zawsze jest ale. 

Policzyłam ostatnio, że Manufakturze daję średnio 30-40 godzin w tygodniu i mówię tu tylko o czasie, który poświęcam na pisanie i technikalia. Reszty nie liczę. Jeśli będę pracowała więcej, robiąc rzeczy stricte zarobkowe, nie znajdę czasu, aby tworzyć to miejsce. Oprócz pracy jest w końcu normalne życie. Dziecko, które mnie potrzebuje, pranie, które samo się nie zrobi, czas dla siebie, który także chcę znajdować, bo inaczej będę hipokrytką, która mówi co innego, a co innego robi. 

Do tego dochodzi wiele innych kwestii: opłata za hosting, domenę, koszty obsługi - nie będę Was zanudzać, to jasne, że to nie spada z nieba. Gdyby po tym wszystkim zostało mi coś jeszcze poza satysfakcją, to oczywiście również się nie obrażę. Wydam z głową i na przyjemności :). 

Trzeba to jakoś połączyć. Dlatego zdecydowałam się na Patronite. 



Tutaj można podejrzeć mój profil


Manufaktura na Patronite.pl

Myśląc o różnych opcjach zawsze natrafiałam na różne ograniczenia i wiem, że idealne rozwiązanie nie istnieje. Także to nie jest idealne, ale ma bardzo wiele zalet: jest bezpieczne, transparentne, zakłada regularność, umożliwia rozliczenie z fiskusem i daje możliwość jako takiego planowania. 

Patronite.pl to serwis, w którym możesz zostać Patronem projektu, autora. 

Patron, jak za dawnych czasów, to ktoś kto wspaniałomyślnie decyduje się wspomagać kogoś, kogo pracę uważa za ważną i potrzebną. 

Czy trzeba być bogaczem aby zostać Patronem? Nie. Najniższy próg, który ustaliłam to 5 zł miesięcznie. 

Zapewne dla większości z Was to kwota bardzo niewielka, bez większego znaczenia. Dwie kulki loda, pączek i woda mineralna. Pomyślcie jednak o efekcie skali: jeśli x osób złoży się po te symboliczne 5 czy 10 zł, może okazać się, że nazbiera się ładna, okrągła sumka. 

Jeśli to co robię jest dla Ciebie osobiście ważne, będę zaszczycona, jeśli zechcesz mnie wesprzeć. 


Czy to trudne? 

Tak jak ze wszystkim: Jeśli zechcesz znajdziesz sposób, jeśli nie, znajdziesz wymówkę. 

Trzeba się zarejestrować na Patronite.pl  - przez konto FB, albo mailem - zajmuje to minutę i jest banalnie proste. 

Trzeba mieć też konto PayPal albo skorzystać z tPay. Wielu z Was pewnie je ma, bo to wygodna forma płatności w internecie. Jeśli jednak nie macie, a zachcecie założyć, to to także zajmuje tylko chwilę i jest łatwe. Na swoje konto PayPal możecie przelać środki (w dowolny sposób, przelew, karta), które potem, jeśli są dostępne - będą automatycznie przekazywane w zadeklarowanej kwocie. 

Jeśli zadeklarujesz 5 zł to tyle PayPal przekaże dla mnie. Jeśli środków nie będzie, albo zdecydujesz się zrezygnować (w każdej chwili), to trudno - pieniądze nie będą przesłane. 

Druga opcja płatności to tPay. Patroni mogą wykupić subskrypcje na trzy lub więcej miesięcy z góry, korzystając ze zwykłego przelewu bankowego. Wpłata obejmuje kilka miesięcy naraz, bo tPay nie pozwala niestety zautomatyzować płatności, tak, by co miesiąc trafiała do Autora. Gdy zbliża się termin wygaszenia subskrypcji, Patron otrzyma maila z przypomnieniem – i zachętą do dalszego wspierania pasji! 

Jeśli mamy te dwie rzeczy, klikasz na moim profilu "Zostań Patronem" i wybierasz próg, który Cię interesuje. Każdy jest opisany i znajdziesz tam  nie tylko moje dowody wdzięczności, ale także informacje o tym co możesz zyskać jako Patron. 

Wybierasz formę płatności.. I ZROBIONE!


Można wybrać kwotę, którą mnie miesięcznie wesprzesz.
Z tej subskrypcji oczywiście można w każdym momencie zrezygnować. 

Czy to oznacza, że nie będzie tu żadnych reklam, współprac? 

Tak jak napisałam wyżej: nie odżegnuję się od współpracy, od reklamy. Bardzo staranie jednak ją wybieram. Jeśli coś nie pasuje, to nie. Nie planuję i trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której zdecydowałabym się na reklamy displayowe czy Google. 

Jestem otwarta na współprace które są zgodne z zasadą trzy razy WIN. Jeśli wygrasz Ty, Klient i Ja -  wspaniale. Jeśli to ma być działanie na siłę, na granicy mojego dobrego smaku, albo przekonań, to nie jestem gotowa na takie poświęcenia. 

Myślę, że większość z Was, którzy jesteście ze mną tu od dawna, bywa, że wiele lat, wie, że może mi  w tej kwestii zaufać i ja to bardzo cenię. Postaram się nie zawieść. 


To chyba wszystko

Wybaczcie ten przydługi wywód, ale czułam się w obowiązku aby to wszystko wyjaśnić. 

Wszystkim, którzy podejdą do tego ze zrozumieniem, empatią, a nawet zdecydują się mnie wesprzeć bardzo, bardzo dziękuję i zrobię to pewnie jeszcze po wielokroć. 

Uważam, że wdzięczność ma potężną moc, ale nie można nikogo do niej zmuszać. Dlatego nie planuję i pewnie nigdy nie wprowadzę płatnego dostępu do treści, nie będę dzieliła czytelników na lepszych i gorszych. 

Dla mnie Wasza, Twoja obecność tutaj jest zawsze cenna. Jeśli dla Ciebie moja obecność w sieci także ma znaczenie, to niech to będzie okazja do tego, aby wirtualnie powiedzieć mi: "Małgosiu, robisz dobrą robotę". Jeszcze raz LINK

Dziękuję!

Serdeczności! 
×