Długo się zbierałam, aby nadać temu miejscu kształt, który by mi odpowiadał. Statyczne blogowe szablony trochę mnie znudziły - a przejście na całkiem nową stronę wiąże się zawsze z ogromem pracy, decyzji i inwestycji. Trochę to wszystko trwało. Ale jest!!

Nowy szablon bloga ma masę zalet i kilka wad, ale mam nadzieję, że Wam się spodoba. Jest kompromisem pomiędzy rozwiązaniem zaprojektowanym od początku do końca pod konkretną stronę, a gotowym rozwiązaniem, które można dostosować do własnych potrzeb. 

Blog miał być jasny, przejrzysty i zachęcający do tego, aby przy nim odpocząć i pozytywnie się zainspirować. 

Manufaktura pozostaje miejscem, w którym mają królować dobre emocje, dobre myśli, chociaż znajdziecie tu również tematy cięższe i trudniejsze, od których nie można uciekać. 

Niniejszym otwieram więc nową kartę na blogu! Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i że będziecie wpadać z jeszcze większą regularnością. 

Niedociągnięcia wybaczcie, będę nad nimi pracować!

Piszcie jak się Wam podoba! Wasz feedback jest dla mnie bardzo ważny!




- Zapomniałaś o soli -  powiedziała trzymając w rękach kawałek ciasta, które z dumą wyjęłam z pieca chwilę wcześniej. Nutka satysfakcji spadła na blat, razem z okruszkiem. 
 -  O soli? - dopytałam 
- Tak, szczypta soli, ja zawsze wyczuję - mam taki smak, że wiem. - No ale dobre, dobre, tylko ta sól -  no już nie patrz tak - powiedziała. 


Jesteśmy różni, bardzo różni. Nieraz zgodni, kiedy indziej zajmujący zupełnie inne obozy. Nie różnice stanowią problem. Różnice są piękne. Co to byłby za świat, w którym mieszkaliby tylko słodcy, lub kwaśni, wielbiciele gruszek, bez wielbicieli jabłek, sami chudzi, prości i błękitnoocy. Byłoby nudno. 

Problem w tym, że są tacy, którym WSZYSTKO przeszkadza. Nawet symboliczna szczypta soli, w pół kilograma mąki. Czują różnicę. Życie mierzą różnicą. Na tym budują swoją odrębność, swoje poczucie wyższości. Wiedzą lepiej, co im przeszkadza i nie omieszkają o tym wspomnieć. Wcisnąć szpilki celnie, pod żebro. Że niby z miłości i troski. Nic takiego. Intencje mam dobre, no o co ci chodzi?

Błogosławione jest milczenie. Mówią nawet, że bywa złotem. Milczeć, też się trzeba nauczyć. Żeby nie dawać rad, gdy nikt nie prosi. Nie obsypywać piaskiem słów, co tylko szczypią w oczy. Żeby uśmiechać się gdy dają, kłaniać gdy nie trzeba brać, być, autentycznie być. Bez "wiem lepiej". 

Szczypta soli leży między nami na stole i choć się staram, zawsze robi różnicę. Nie, nie w cieście. W relacji.  





Złoto. W liściach. W promieniach słońca, które nie chce słyszeć o zimie. W myślach i we włosach, które tulę w czasie dnia i przed snem. 

Dobrze nam z tą jesienią. Miękko. Jeszcze chwilę. Jeszcze jest. 

Wygrzewam się w jesiennym słońcu i biegnę nad rzekę, żeby poczuć, jak dobrze jest być. Żeby nie zmarnować ani dnia. 

Słońce grzeje moje plecy, myśli wypadają z kieszeni. 

Biegnę. 

Nogi tańczą, dusza podskakuje na wybojach. 










Cała historia ludzkości, nauki, to pieśń, w której brzmią bunt i szaleństwo. Niezgoda na zastały stan rzeczy. Tam gdzie honorujemy niezmienność i brak ryzyka, nie ma miejsca na rozwój. A tam gdzie nie ma rozwoju, mieszka porażka, smutna porażka. 

Historia medycyny, chociaż nie tylko jej, pokazuje jak trudno jest nam akceptować nowe. Nawet takie, które może ratować tysiące istnień ludzkich. 

Wszystkie rewolucyjne zmiany, były okupione potem, krwią i szykanami. Protestowano przeciwko  sekcjom zwłok, przeciwko myciu rąk przez lekarzy i personel szpitalny, dezynfekcji narzędzi operacyjnych. Nazywano szaleńcami tych, którzy proponowali rewolucyjne metody leczenia, które dziś wydają się oczywistością. 

Jedną z takich spraw był przeszczep serca. O ile pobranie nerek czy wątroby nie budziło specjalnych sprzeciwów i problemów etycznych, o tyle eksperymenty z sercem i na sercu, budziły olbrzymie emocje. 

Jakim trzeba być człowiekiem, aby działać wbrew wszystkim i wszystkiemu, aby robić, swoje mimo protestów? Na pewno silnym. Ale także takim, który umie radzić sobie z problemami. Anna Religa, w wywiadzie dla "Na temat", powiedziała o mężu: 
Dzięki temu, że w swoich kryzysach wywalał do dna wszystkie emocje, potem zaczynał wszystko od nowa i szedł do przodu, robiąc, co do niego należało. Nagromadzone emocje wybuchały, wypalały się do końca. I już nie było się czego bać.
Ten film to piękna, mądra i dobrze opowiedziana opowieść o wyjątkowym życiu. Przede wszystkim jednak, to wielka lekcja, mówiąca o tym, że sukces nigdy nie jest czymś oczywistym, prostym i że zawsze ma cenę.  

Nie tylko sukces

Dziś patrzymy na życie z perspektywy sukcesu, boimy się porażek po drodze. Chcielibyśmy wyrugować z sukcesu każdą możliwość potknięcia się, najmniejszą wątpliwość, która może zachwiać naszą wiarą. Tak się po prostu nie da. 

Wierzymy też naiwnie, że wszystkim naokoło, było lżej, łatwiej, prościej niż nam. Kiedy pojawiają się przeszkody, poddajemy się. Historia Religi, nie tylko zresztą jego, to przede wszystkim opowieść o porażkach, które na końcu doprowadziły do sukcesu. Trwało to długo. Kosztowało sporo. Czy było warto? Pytanie jest retoryczne, a odpowiedź oczywista. Do sukcesu naprawdę rzadko idzie się na skróty. Nie ma w tym nic dziwnego. Życie to proces. Nic nie dzieje się od razu. 

To co dla mnie również ważne w tej historii, to pokazanie człowieka, który mimo swoich olbrzymich osiągnięć, nie jest z kamienia. Ma słabości. Pali jak smok. Nie wylewa za kołnierz. Nie zawsze radzi sobie z emocjami. 
To kolejna nasza wada: chcielibyśmy widzieć bohaterów nieskazitelnymi. A oni są przecież tylko ludźmi. Tak jak Ty czy ja. 

Film bardzo Wam polecam. Podzielcie się wrażeniami. Jestem pewna, że się spodoba. 




Lęk zwykle na początku  jest mały, ale trzeba nam to przyznać: potrafimy z niego zrobić prawdziwego dmuchanego smoka. "Pompujemy" swój strach złymi myślami, a im bardziej to robimy, tym on staje się większy i tym bardziej się boimy. Trzeba to przerwać. Najlepiej od razu. 

Smoka pompuje się dość łatwo,  gorzej potem spuścić to powietrze. Poza tym, im jest większy, tym trudniej uwierzyć, że jest naprawdę dmuchany. Wydaje się taki realny. Kiedy zawieje wiatr, poruszy ogonem, zmruży ślepia. Od tego już tylko krok do wiary, że umie ziać ogniem. 

Jakby tego było mało, bardzo często zdarza nam się racjonalizować i ślepo bronić naszych wyborów. Napompowaliśmy smoka, strachy urosły do niebotycznych rozmiarów, no ale przecież widać są ku temu powody? Usprawiedliwić przed sobą można prawie wszystko. Pytanie tylko, czy warto? 

Nie pompuj smoka, nie karm lęków. To się nie opłaca. Strachy blokują twój rozwój, nie pozwalają na naprawdę rzeczowy ogląd sytuacji. Trzymają w miejscu. 

Kiedy spirala obaw się napędza, spróbuj zrobić coś nieoczekiwanego. Nie myśl za dużo. Wyjdź na balkon. Zadzwoń do gazowni. Załatw zaległe zakupy w spożywczym. 

Strach, który służy ochronie życia i zdrowia jest zasadny. Strach, który się sztucznie pompuje, to tylko wytwór naszej imaginacji. Nie ma sensu sobie utrudniać. I tak bywa różnie

Nie pompuj smoka. Smoków nie ma. Napompuj balon. A potem poleć -  tam gdzie zamierzałeś. 


Czasami nie chce mi się gadać. Słowa wydają się zupełnie zbędne. Emocje dzieją się poza nimi. Tęsknota, nostalgia, radość, smutek, wszystko da się wyrazić gdzieś, gdzie słowo nie pasuje, gdzie razi i przeszkadza. Tam, pomiędzy wszystkim, na granicy milczenia i oczu, dzieją się rzeczy naprawdę ważne. Takie, których nie da się wyrazić słowami. 

Czasami potrzebuję ciszy. Wszyscy potrzebujemy. Być, karmić oczy kolorem, pejzażem, nie zaśmiecać paplaniem o niczym. Tak się odnajduje spokój. 

W zgiełku codzienności, są takie momenty, które pozwalają zatrzymać się jak po naciśnięciu fotograficznej migawki. Nie ma sensu przed nimi uciekać. Nigdzie się nie spóźnisz. Nie bój się ciszy. Nie bój się nic nie mówić. 

Warto się zatrzymać. Bardzo warto. 







×