Dziś krótko i treściwie: o kompleksach i o kochaniu siebie. Co nam stoi na drodze i jak przeszkadzaczom powiedzieć NIE?!

Na początku kilka słów wyjaśnienia bo czuję się w obowiązku przynajmniej wytłumaczyć, czemu mnie tutaj mało. 

To intensywny czas w moim życiu, dużo rzeczy się dzieje, trochę pędzę, trochę piszę, dużo myślę, ale czuję też że tak jest dobrze, dlatego z dobrodziejstwem inwentarza przyjmuję tą zmianę. Cieszy mnie i popycha dalej. Dzieją się istotne rzeczy. 

Przede wszystkim wierzę, że do wakacji będę mogła Wam zaprezentować nową książkę, która w przeciwieństwie do poprzednich, nie będzie miała bezpośredniego połączenia z blogiem (wszystkie teksty będą nowe i nigdzie nie publikowane)  i na którą, myślę, warto czekać. 

Liczę na to, że po jej przeczytaniu poczujecie się tak, jakbyście założyły czerwoną bluzę ze zdjęcia, albo sukienkę z dekoltem. Kobieco, mocno i że to będzie taki moment, w którym wiele drzwi stanie otworem. 

Jeśli jeszcze nie macie poprzedniej, poprzednich, to jest na to dobry moment. Wszystkie zamówienia powyżej 50 zł złożone i opłacone w tym tygodniu wyślemy gratis. Klikacie TUTAJ :). 


Kto nam mówi, że jest źle?!

Ale zanim nowa książka, zanim przyjdzie wiosna i wszystko nam w głowie poodmienia ( albo nie...) , o ważnej rzeczy -  o miłości do siebie. Miałam o tym napisać przy okazji Walentynek, ale może nawet dobrze się stało, że nie zdążyłam. Bo miłość własna, troska o siebie, nie jest nam wcale potrzebna raz do roku. Kochać siebie raz w roku to w ogóle nie kochać.

Tylko jak się kochać, jeśli większość z nas to nawet siebie nie lubi?!!

Daleka jestem od wygłaszania prawd absolutnych, ale tej jednej jestem pewna. Jeśli tam w środku siebie nie pokochasz, nie polubisz tak naprawdę, to nic w życiu nie da Ci satysfakcji i nie sprawi że będziesz cieszyć się tym co jest. 

To właśnie z braku miłości własnej wynika większość naszych problemów!

 -  Wpadamy w nałogi bo chcemy być inni niż jesteśmy, zaczarować rzeczywistość

 -  Wchodzimy w niewłaściwe związki, bo coś komuś lub sobie chcemy udowodnić

-  Rozpaczliwie szukamy miłości, bo jak ktoś, on, ona mnie pokocha, to dopiero będę coś warta

 -  Brniemy w pracę, karierę, poszukiwanie osiągnięć -  bo jak zdobędę, jak się wykażę to wtedy może wreszcie zobaczą, jaki świetny jestem

-  Godzimy się na byle co: w związku, w życiu, w robocie -  no bo skoro jestem taka beznadziejna, to czego ja się do cholery mogę spodziewać? 

Czekamy, czekamy nieraz całe życie, aż ktoś nas doceni, a na nas spłynie niby łaska z nieba promień miłości własnej. A potem będzie jak w Kopciuszku: wiecie, iskry, karoca, z kocmołucha królewna. 

Porzućmy te mrzonki i zejdźmy na ziemię. 

Problem w tym, że to jest wszystko od DUPY STRONY. 

Najpierw trzeba siebie lubić, a cała reszta może być potem. 



Widać. Nie wierzysz to sprawdź. 


Co zrobić z brakiem miłości własnej? 

Pisałam już wielokrotnie o tym, skąd te braki się biorą i coraz częściej myślę, że nie za bardzo jest sens się tym zajmować. Bo zrozumienie daje ulgę i świadomość ale raczej nie dokłada nam tej miłości własnej, ani nie zapełnia tej dziury, którą nosimy w środku. 

Zamiast więc analizować, zgłębiać i szukać, zajmij się sobą. Dawaj sobie to czego nie dostałaś, nie dostałeś, dosypuj tam tej miłości, choćby to miało być po ziarenku. Zobacz swoje zalety i dobre strony i doceniaj je, choćby to miało być na początku trochę nieszczerze. 

Za każdym razem kiedy chcesz siebie skrytykować, albo powiedzieć o sobie coś złego, złap się za słowo, za rękę i wybacz sobie że nie zawsze jesteś idealny. 


Idzie wiosna, kiedy umyjesz okna przez które na siebie patrzysz?! 

A co z innymi?

Czy inni zaczną mnie kochać jeśli pokocham siebie? Mam dla Ciebie dobrą i złą wiadomość. Zawsze będą tacy, którzy Cię docenią i pokochają, ale i tacy, co wręcz przeciwnie. Nie da się żyć tak, żeby dogodzić wszystkim, nie jesteś pomidorową żeby Cię wszyscy lubili. 

Dobra wiadomość jednak jest: jeśli TY siebie polubisz -  to fakt iż ktoś nie lubi Ciebie, przestanie mieć dla Ciebie znaczenie. 

Zakręcisz kiecką, marynarką i pójdziesz dalej. 

Bo w życiu moi mili nie chodzi o to, żeby zawsze było perfekcyjnie, ale o to byśmy sami dla siebie byli dobrym towarzystwem. Reszta podąży za tym.

Karocy, księcia i gwiazdek niczym z Kopciuszka obiecać Ci nie mogę, ale to, że dzięki miłości własnej będziesz szczęśliwsza, jest pewne jak dwa plus dwa. 

To nie jest wyższa matematyka ani psychologia. 

Działaj. Po prostu. 




Ps. Ku inspiracji:  #ukochojsie i pewien uroczy Pan. Tak przeklina, jak Ci to przeszkadza to nie klikaj:). KLIK 


Już dawno zauważyłam, że największe wymagania w życiu, mam sama do siebie. Wielu z nas tak ma. To droga ku doskonaleniu się, ale  ma też pułapki. Jeśli wierzymy, że ciągle robimy za mało, nie tak jak trzeba, to fundujemy sobie nie satysfakcję, a poczucie winy i wieczne "dojeżdżanie". Jak SIEBIE nie wykończyć i jak z takim podstępowaniem skończyć? 

Nie jestem perfekcjonistką, ale jestem ambitna i od dawna wiem, że nie doceniam siebie tak jak na to zasługuję. Piszę to nie po to, aby prowadzić tutaj pamiętniczek, w którym wyleję swoje smutki, ale po to, by pokazać Ci na przykładzie, że wiele osób tak ma. 

Wieczne wymagania. 
Wieczne poczucie niedosytu. 
Ciągłe kłucie w boku, że można było lepiej. 
Syndrom: "piątka, czemu nie szóstka"?!
Obwinianie się.
Myślenie, że gdyby tak jeszcze... 
Problem z odpuszczaniem. 
Dokładanie sobie zadań, bo przecież kto jak nie ja? 

Znacie to? 

Jeśli tak, to czytajcie dalej. 

Skąd się biorą ludzie z żelaza

To w jakie role wchodzimy w życiu i jak siebie traktujemy, zależy od wielu czynników. Nie ma sensu upraszczać, ale zasadniczo np. najstarsze dzieci w rodzinie bywają nadodpowiedzialne i często, nawet w familiach niekoniecznie problemowych, zaczynają brać na swoje barki więcej niż mogą unieść

Może nie połamią karku, ale TO MA SWOJĄ CENĘ

Uczą się także, że młodszym wybaczano więcej, a od nich wymaga się aby byli perfekcyjni: "Ustąp mu, bo jest młodszy, jesteś starszy, powinieneś dawać przykład". To retoryka, która zdaje się być wykuta wręcz w kamieniu i wielu dalej to powtarza, nawet jeśli "dzieci" maja po 30 lat. 

To zwykle początek historii, o której we wstępie. Nie pomaga też szkoła i system motywacji, w którym i na etapie ławki i pracy zawodowej, zwykle głównie WYTYKA się nam błędy, a nie podkreśla to co zrobiliśmy dobrze. 

W efekcie więc, nawet jeśli odnosimy sukcesy, to czujemy się nie usatysfakcjonowani i zaczynamy bagatelizować własne osiągnięcia. 

To droga donikąd, bo przecież ZAWSZE może być lepiej. Jest takie powiedzenie, że czegokolwiek być nie osiągnął, to gdzieś tam w świecie jest siedmioletni mały Chińczyk, który robi to od Ciebie lepiej. 

Droga przez wieczne niezadowolenie z siebie nie prowadzi do większych sukcesów, tylko do większej frustracji. 



Ciągle za mało

Tak, ja też to mam, chociaż gdy spadają zasłony i zaczynam obiektywnie myśleć o tym jak wygląda moje życie, to pukam się w głowę. 

- Podziwiam Cię - napisała mi kiedyś koleżanka, która uważa mnie za tytana pracy, a ja w tej samej chwili miałam ochotę napisać: - Daj spokój, mam wrażenie, że za mało pracuję, że powinnam więcej, że za wolno piszę książkę, że niepotrzebnie zmarnowałam cały weekend na czytanie, zamiast napisać coś na bloga, że... 

Ta litania nigdy nie ma końca, chyba że sami znajdziemy odwagę i siły by ją zakończyć. 

Jesteś dobra taka jaka jesteś -  ćwicz!

Jestem ok. i Ty jesteś ok. a reszta to tylko krnąbrna wyobraźnia. Robimy tyle ile jesteśmy w stanie robić i angażujemy się na tyle na ile nas stać w danym momencie. Moje "na maxa" może się zmieniać, tak jak zmieniają się okoliczności, a spadająca wydajność, to zwykle ważny sygnał o tym, że wcale nie trzeba starać się mocniej i bardziej, ale ODPOCZĄĆ. 

Zawsze mogło być lepiej, ale też gorzej, a poczucie niedosytu, niezadowolenia, zawodzenia siebie i innych, wcale nie dodaje sił, ani nie wydłuża doby. 

Dla wiecznie niezadowolonych z siebie mam dwa ćwiczenia. 



SŁOIK

Do wykonania zadania potrzebny jest tylko spory słoik, kartki i długopis. Do słoika codziennie, choćby dzień był najgorszy na świecie, wrzucamy kartę na której zapisujemy mały lub duży sukces tego dnia. Nawet jeśli będzie nim "tylko" zrobienie jajecznicy, niech się tam znajdzie. 

Po miesiącu, dwóch, trzech, albo zawsze wtedy, kiedy poczujesz, że jesteś totalnie beznadziejna i nic w życiu nie osiągnęłaś, wyjmij kartki i czytaj, aż poprawią Ci humor. 

Kilkadziesiąt sukcesów nie może kłamać! Dzięki temu ćwiczeniu, nie zostaną zapomniane.





LISTA

Dla wiecznie niedoceniających siebie i swojego zaangażowania w życie: Kup sobie ładny notes i przez minimum tydzień uczciwie i skrupulatnie zapisuj co robisz od wstania z łóżka, do pójścia spać, godzina po godzinie. 

6:35 -  poranna toaleta
6:45 - pierwsza kawa, spienione mleko
6:50 -  wyjęcie naczyń ze zmywarki, załadowanie brudnych
7:00 -  ubranie się, przygotowanie śniadania i ubrań dla dziecka
7:15 - wyniesienie śmieci
8:00 - odstawienie dziecka do szkoły
8:00 - 8:40 -droga do pracy, zakupy w piekarni, umówienie wizyty u lekarza, sprawdzenie poczty, odpowiedzenie na komentarz na blogu. 
9-12 -  dwa spotkania, zredagowanie artykułu, zaplanowanie 2 postów w SM, ustalenie planu na kolejny dzień, wyrzucenie śmieci z biurka, odpowiedzenie na komentarze itp. 

I tak dalej, w ten deseń. 

Po kilku dniach takich obserwacji i zapisaniu kilkadziesięciu tasków dziennie, naprawdę przestaniesz wierzyć w to, że NIC, albo mało co robisz. 

To zadanie pomaga też optymalizować czas i analizować to, jak go wykorzystujemy. 

Przyglądając się takiemu rozkładowi twoich dni, zobaczysz gdzie uczciwie możesz coś dodać, albo odjąć. Może dojdziesz do wniosku, że cudem jest że to wszystko mieścisz i jeszcze nie oszalałaś. 

To pomaga spojrzeć na planowanie i oczekiwania wobec siebie twardo i sensownie i porzucić poczucie winy, że robię, robisz nie tyle ile trzeba. 

Gotowa na zmiany? 

Do dzieła! 



Nie tylko dla perfekcjonistek :).
Znajdziesz ją TUTAJ. 



Kiedy piszę te słowa, za oknem pada śnieg. Jasność przebija przez ciemność i świat, który jeszcze 2 godziny temu wyglądał jak żywcem wyjęty z filmu przykrytego szarym filtrem, teraz nabiera kontrastów i blasku. W świetle latarni lśni biały dywan, miękkość spowija noc, a wszystko to za sprawą odrobiny białego puchu. Tak to działa. I w przyrodzie i w życiu, jutro, a nawet popołudnie czy wieczór może być lepsze. 


Będąc młodą blogerką, całkiem jak w starym słuchowisku o lekarce, byłam idealistką. Idealizm przytrafił mi się wcale nie jako choroba wieku młodzieńczego, ale przyszedł niespodziewanie, wtedy kiedy większość ludzi opuszczają złudzenia. 

Może dlatego, że szybko przestałam być dzieckiem i z idealizmem dziecięcym pożegnałam się grubo przed 10 rokiem życia. Przyszedł i odszedł -  dziś myślę, że całe szczęście -  bo tak już chyba musi być. 

Dziś już wiem, że rzadko w życiu bywa idealnie. Ludzie chorują, czasem umierają. Dzieci są cudowne, ale nie tak jak w reklamie, a macierzyństwo i rodzicielstwo potrafi czasem boleć jak kopnięcie butem w samą piszczel. Nie ma nic w 100 % przewidywalnego. Ani biznes nie daje gwarancji, ani związki, ani praca, ani nawet pogody nie można zupełnie przewidzieć. 

To w co wierzyłam jeszcze 10 lat temu, dziś jest dla mnie zupełną abstrakcją, a przecież to tylko dekada, a nie wiek. 

Dlatego jeśli dziś jesteś w miejscu, w którym czujesz, że niespecjalnie warto to wszystko ciągnąć, że życie jest bez sensu, albo zwyczajnie miałkie, to nie poddawaj się temu uczuciu. 

Dziś, jutro, tak jak za oknem, może spaść śnieg i wszystko, naprawdę wszystko się zmieni. 

"Kiedy pierdolnąłem o ziemię..."

"Kiedy mocno pierdolnąłem o ziemię, zauważyłem, że jednak można się podnieść - pisze internetowy poeta R. Damian Castor. Wystarczy tylko zacząć wykreślać wszystko to, co zabija. Ludzi, którzy potrafią zrobić taki rozpierdol w głowie, że człowiek ląduje albo u psychologa, albo szuka mostu. Można jeszcze inaczej przerwać cierpienie, ale trzeba żyć. Jutro może okazać się lepsze."

I nawet jeśli nie zawsze w to wierzysz, to zwykle tak właśnie jest.


Wszystko mija

Razu pewnego, w krainie dalekiej chociaż w gruncie rzeczy bliskiej, w czasach wcale nie odległych i wcale nie tak różnych od dzisiejszych, żył pewien król, który widząc, że śmierć zbliża się do niego powoli acz nieuchronnie, wezwał swojego jedynego syna i przekazał mu swój największy skarb: sygnet, w którym można było ukryć coś specjalnego: pukiel włosów ukochanej, lub truciznę dla wroga. Nie miał żadnych życzeń poza jednym: prosił syna, aby ten otworzył sygnet tylko w największym kryzysie, w sytuacji, kiedy nie będzie widział żadnego innego wyjścia, kiedy poczuje, że jest on jedyną deską ratunku. Młody książę obiecał dotrzymać słowa i rzewnie płacząc żegnał swojego odchodzącego ojca. 

Minęło kilka lat, młody król rządził mądrze i rozsądnie, a królestwo opływało w łaski. Lada dzień miał mu narodzić się syn -  następca tronu, który jak wierzył, po latach będzie mógł przejąć to, co on sam i jego poprzednicy zbudowali. Los bywa jednak przewrotny i tym razem też pokazał swój czarci pazur. Królowa powiła syna, ale że poród był ciężki i trudny, sama zmarła nazajutrz po nim.

Król zamknął się w swoich komnatach i pogrążył w bezmiernym smutku. Nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Niemowlęcy płacz, ani śpiew ptaków, ani nawet najwymyślniejsze sztuczki pałacowych kuglarzy. Czarne chmury wisiały nad królestwem, a doradcy cierpliwie acz zasadniczo poganiali króla, aby ten zajął się sprawami wagi państwowej, a nie wyłącznie swoim bólem. Władcę kusiło, aby sięgnąć po pierścień. W końcu miał on być remedium na cierpienie i strach, w końcu miał przynieść rozwiązanie. Pamiętał jednak słowa swojego ojca, o tym, aby użyć go tylko w ostateczności i czując głęboko w środku, że poradzi sobie z tym kryzysem, pozostawiał klejnot nienaruszony. Czas nie wyleczył ran, ale je zabliźnił. Król nie był już ten sam, ale pomału odzyskał chęć do życia i zajął się na nowo królestwem. 

Nieszczęścia chodzą parami

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, a szczęście bywa samotne. Tak było i tym razem. Po kilku latach, królewski syn, duma i pociecha ojca, zapadł na tajemnicza chorobę. Chłopiec marniał w oczach. Medycy robili co mogli, ale byli bezradni. Dziecko zmarło. Król rwał włosy z głowy, ciskał przedmiotami po pałacowych salach, wygrażał niebu i ziemi, targował się z Bogiem i Diabłem, byłby sprzedał własne życie, gdyby miało to wskrzesić chłopca. Ale nic nie odmieniło przeznaczenia. Dziecko odeszło i życie królewskie wraz z nim. 

Wszystko straciło sens. Dzień był jak noc, a noc czarna jak otchłań. Król podupadł na zdrowiu, a jak wiadomo na choroby, które rodzą się z ducha, nie ma lekarstwa. Uzdrowienie przychodzi z wnętrza, albo nie przychodzi nigdy. Król przypomniał sobie o pierścieniu i już, już miał go otworzyć, kiedy w głowie zabrzmiał mu głos ojca: "Obiecaj, że użyjesz go tylko wtedy kiedy poczujesz, że nie ma dla Ciebie żadnej nadziei. Obiecaj!"  Serce krwawiło, ale dni mijały. Król wyszedł i z tego. 

Kiedy był już stary i wydawało się czara nieszczęść przelała się dawno temu, doszło do rewolucji. Strącono go z tronu, umieszczono w więzieniu, śmierć była blisko. W ciemnościach ujrzał błysk swojego pierścienia. Zrozumiał, że to ten czas. Zrozumiał, że teraz może go otworzyć. Delikatnie ujął go w dłonie i uchylił lekko niebieskie wieczko. W środku nie było nic. Tylko napis. Kilka słów: "Nie martw się. Wszystko minie. To też. " 

Cokolwiek Cię dziś spotyka, czegokolwiek się boisz, z czegokolwiek cieszysz, kimkolwiek jesteś: TO TEŻ minie. Ciesz się tą chwilą, bo drugi raz jej nie dostaniesz. Nie trać czasu na zmartwienia, bo być może jutro przyniesie rozwiązanie. Cokolwiek byś nie przedsięwziął: TO I TAK MINIE. 

Cokolwiek się dzieje, pamiętaj, jutro może być lepsze. 


Kup moją książkę.
KLIK. 





Higiena psychiczna jest tak samo ważna jak ta fizyczna -  a niestety nikt jej nas nie uczy. O ile każdy dzieciak wie, że nie powinno się iść spać bez mycia zębów, o tyle "czyszczenie głowy" wydaje się mało ważne, a zasadniczo wpływa na jakość naszego życia. Jak więc żyć higienicznie i nie zwariować?

Pomysł na ten tekst przyszedł do mnie rankiem, dzień po tym jak postąpiłam wbrew swoim "higiecznicznym zasadom". Obudziłam się wtedy 4:40 bo zmartwienia (bezsensowne) nie dały mi spać. Cały następny dzień musiałam funkcjonować na wysokich obrotach, a tymczasem dzień wcześniej zabrałam komputer do łóżka, nieopatrznie i bezmyślnie kliknęłam w jakąś aktualizację, efekt był taki, że zamiast iść spać gasiłam pożar uczyniony tym nieopatrznym kliknięciem, a zamiast spokojnie odpocząć, śniłam o tym, co będzie jeśli coś stanie się z moimi danymi i jak to ewentualnie naprawić. 

Człowiek uczy się na błędach, a Ty dziś możesz nauczyć się na moich! 

Moje zasady higieniczne, dotyczące funkcjonowania na co dzień, wypracowałam sobie przez kilka lat i dziś wiem, czego nie powinnam robić, jeśli chcę funkcjonować zdrowo i nie zaśmiecać głowy niepotrzebnymi myślami. 

Oczywiście to się nie zawsze udaje, ale zasadniczo: 

  • nie używam komputera, ani social mediów po 21-22
  • wyłączam powiadomienia i nie odpowiadam na wiadomości po tej godzinie
  • nie jem po 20
  • wypisałam się z wszelkich forów i grup dyskusyjnych, przeważnie nie czytam komentarzy na innych stronach i nie wdaję się w żadne ewangelizujące dyskusje
  • jeśli czuję się bardzo napięta i poddenerwowana dążę do szybkiego rozładowania tej energii, staram się nie kłaść w tym stanie spać -  idę na spacer, biegam, albo przynajmniej robię kilka assan jogi
  • prawie nie oglądam telewizji, nie znam żadnego z modnych seriali, nie używam programów do ich oglądania itp. 
  • staram się każdego dnia znaleźć chwilę, aby usiąść i pooddychać. Nawet jeśli jest to tylko minuta, albo dwie, to pomaga mi na chwilę odpiąć szelki od kołowrotka
  • śpię minimum 7 godzin na dobę, zwykle 8
  • problemy rozwiązuję o tyle o ile to możliwe na bieżąco
  • staram się kończyć dzień bez poczucia winy -  czasem z winem ;) 
  • unikam produktów spożywczych, które działają na mnie otępiająco i obniżają mój poziom energii
  • nie angażuję się w działania, które mnie mocno osłabiają, jeśli nie muszę
  • unikam literatury, wiadomości, filmów, które niewiele wnoszą do mojego życia za to np. podnoszą poziom lęku czy grają na mojej wrażliwości -  przeżywanie cudzych dramatów nie czyni mnie niestety silniejszą, a nikomu przecież w ten sposób nie pomogę
  • unikam toksycznych znajomości -  jeśli ktoś lub coś permanentnie mnie obciąża - szukam rozwiązań, nie zamiatam problemu pod dywan

To tylko kilka reguł które u mnie działają -  ale z pewnością można by je zebrać  w 3 generalne zasady dotyczące higieny psychicznej. 

Oto one: 

Pierwsza zasada higieny psychicznej: dawkuj bodźce!

Dziś jesteśmy permanentnie przebodźcowani i nie dotyczy to tylko małych dzieci. Ktoś napisał niedawno, że w dzisiejszych czasach dociera do nas każdego dnia tyle informacji ile nasi przodkowie otrzymywali przez całe życie. Nie jest to z pewnością wielka przesada. 

Jeśli narzekasz na poziom swojej energii, potrzebujesz mocnych "dopalaczy", aby funkcjonować, a poziom adrenaliny w kółko trzyma Cię w gotowości, to przede wszystkim zredukuj liczbę bodźców. 

Może cierpisz na FOMO, albo którąś z jej odmian? Zacznij od wyłączenia powiadomień i ograniczenia sieci. Najlepiej nie tykaj urządzeń elektronicznych po 20. Postaraj się nie brać telefonu do łóżka, nie śpij w pomieszczeniu w którym gra telewizor, nie zasypiaj przed ekranem. 



3 zasady higieny psychicznej. Łatwo zapamiętać prawda? 

Druga zasada higieny psychicznej: odpoczywaj! 

Bez tego naprawdę nie da się mówić o żadnej psychicznej higienie. Jakiś czas temu u Iwony Wierzbickiej (AJWEN) przeczytałam o zasadzie TRZECH ÓSEMEK, czyli wzorcowym rozkładzie na życie. Zawiera on 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku (także aktywnego) i 8 godzin snu. Powiecie, że to nierealne? Ok -  nie musimy żyć zawsze idealnie, ale jest to jakiś punkt odniesienia. 

Jeśli u Ciebie ta proporcja wygląda tak, że pracujesz 10 godzin, 2 godziny spędzasz w korku przeklinając innych użytkowników drogi, potem 2 godziny oglądasz telewizję, na spacer chodzisz raz w tygodniu, śpisz 6 godzin na dobę, to nie ma tutaj mowy o higienicznym trybie życia. 

Błędne koło w które wpadamy zaczyna się zwykle od rezygnacji ze snu. Chcemy być efektywniejsi i zmieścić w życiu więcej życia, więc kładziemy się spać później. Problem w tym, że przy długotrwałej rezygnacji ze snu, znacznie spada nasza efektywność. Jeśli pośpię za mało 3 razy w miesiącu, nic się nie stanie. Jeśli jednak tak się dzieje co drugi dzień, wpływa to choćby na naszą gospodarkę hormonalną i samopoczucie. Zmienia się nasz stan psychiczny. 

Bez odpoczynku (w odpowiedniej dawce), nie ma mowy o tym aby funkcjonować prawidłowo. 


Trzecia zasada higieny psychicznej: wyrzucaj śmieci (z głowy) 

Tu, trochę dowcipkując zastanawiam się czasem jak to jest: ludzie wyrzucają codziennie śmieci z kosza w kuchni, dwa razy w tygodniu zamiatają podłogę, wycierają kurze, trzy razy w roku myją okna, a nieczystości z głowy, nie wyrzucają czasem dwadzieścia lat. 

Mówiąc już zupełnie serio: tak jak zbiera nam się brud na umywalce, tak samo w głowie, też zostają nam mentalne nieczystości, resztki, emocje, które trzeba uporządkować, bo inaczej wejdą nam na głowę i do serca. 

Tak jak w sprzątaniu domu: najlepiej to robić na bieżąco. Łatwiej jest poświęcić codziennie 10 minut na uprzątnięcie mentalnego bagażu niż 2 razy w roku odgruzowywać coś co zarosło pajęczyną. Jeśli nie będziesz sprzątać kuchni przez miesiąc, z dużym prawdopodobieństwem dorobisz się przyjaciół w pancerzach biegających kiedy zapalasz światło. 

Nie chcę Cię martwić, ale z głową wcale nie jest lepiej. Tam też trzeba sprzątać. 



Nie gromadź tam śmieci -  a twoja jakość życia będzie duża lepsza,
a poziom energii wyższy. Sprawdzone! 

Jak wprowadzić zasady psychicznej higieny w życie? 

Tak jak w przypadku każdej zmiany: stopniowo, krok po kroku. Jeśli nie wiesz co najbardziej Cię obciąża, dobrze usiąść i spisać na kartce codzienne aktywności. Zobacz co Ci daje np. oglądanie seriali, a co odbiera. Co zyskujesz, a co tracisz? 

Z czego możesz zrezygnować, a co warto by dołożyć? 

O psychiczną higienę WARTO zadbać, bo dzięki zdrowym nawykom w tej materii, jesteśmy w stanie zapobiegać poważnym problemom, albo w porę na nie reagować. Naprawdę znacznie prościej jest wyjść z drobnych problemów z nastrojem i niską energią, niż z pełnoobjawowej depresji. 


To od czego zaczniesz?! 









Masz marzenie? Ten moment, gdy z niego rezygnujesz, jest tym, w którym właśnie najłatwiej jest pójść dalej. Nie przydarza się przez przypadek i jest na tyle uniwersalny, że doświadczy go większość z nas. Nie rezygnuj, rozejrzyj się i przeczytaj tę historię. 


Początek roku to dla większości z nas moment na cele i plany, oraz rozważania na temat marzeń. O czym marzę, gdzie chcę być za rok, co chcę wtedy nieść w swoim bagażu, a czego absolutnie nie? 

Pisałam Wam już o tym, że marzenia kosztują, o tym, że większość z nas marzy o bardzo podobnych rzeczach i o tym jak te marzenia ziścić

To są istotne tematy, ale trzeba uczciwie przyznać, że to nie wszystko i że jeśli NAPRAWDĘ zależy nam żeby swoje marzenia spełniać i iść za nimi, to musimy zrobić coś więcej, zaglądać głębiej i nie zadowalać się najprostszymi rozwiązaniami. 

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o momencie, przez który z pewnością w drodze do marzeń przejdziecie. Skąd wiem, że tak będzie? 

Bo to takie miejsce,  czas, sytuacja, przez które nie da się NIE przejść.  Pewny punkt programu. Mówią o nich archetypy, legendy, baśnie, to klasyka klasyków, a jednak przez większość ludzi nierozpoznawana, nienazwana. Pułapka, w którą większość wpada raz za razem. 

Niby wszystko wiemy, ale wielu, naprawdę bardzo wielu ludzi tam utknie , zostanie patrząc w horyzont i mówiąc, że tak musiało być. 

A wcale nie musiało. To była tylko pewna próba. To było miejsce, które należało z mądrością i refleksją opuścić. Bo potem może wcale nie było już z górki, ale było tak jak musiało być.

Posłuchajcie. 


Droga do marzeń, do życia zgodnego ze sobą, to jest proces, a nie kilka schodków.
Dobrze więc nie być nieuleczalnym idealistą, ale przygotować się na pewne etapy. 


Chodź opowiem Ci o Vaianie! 

Vaiana to disneyowska bohaterka, znana z animowanego filmu, który premierę miał bodaj ostatniej zimy. Jeśli go nie widzieliście, to koniecznie obejrzyjcie na dvd czy innym nośniku, ale zanim pobiegniecie przed ekrany, doczytajcie ten tekst do końca, slojlerów nie będzie! 

Vaiana to córka wodza, którą woła przeznaczenie. W sumie nic nowego. Woła, przyzywa, życie układa się tak, że chociaż dziewczyna za bardzo nie chce marzyć i mierzyć się z tym co te marzenia oznaczają, to jednak wszystko wskazuje na to, że będzie trzeba. 

Ojciec Vaiany i jednocześnie wódz plemienia, zakazuje jej wypływania poza lagunę. Stoi za tym osobista historia, którą poznacie oglądając film. Vaiana mimo tych zakazów próbuje złamać ojcowski zakaz. Zupełnie nieprzygotowana bierze łódź, wypływa po to aby udowodnić wszystkim i sobie, że nic złego się nie stanie. 

Dalej znów klasycznie: jak w bajce i jak w życiu.

Jak przystało na szaloną marzycielkę działa pod wpływem impulsu i... tak, jak się pewnie domyślacie, o mało nie dochodzi do tragedii bo Vaiana ledwo uchodzi z życiem. 

Wpada do wody, jej noga utyka w koralowcu, gdyby nie ocean, który pomaga i pełni w tej opowieści rolę stróża i opiekuna, pewnie byłoby słabo. 

Vaiana wychodzi na plażę i mówi, że ojciec miał rację. Morze jest niebezpieczne, laguna to granica, a marzenia o tym by być gdzie indziej i popłynąć za horyzont to są niebezpieczne mrzonki. 

I wtedy pojawia się babcia, która nie nakłania, nie przekonuje, ale tłumaczy i pokazuje inny punkt widzenia. 

Dziś ja będę waszą "babcią". 


Kryzys to jest miejsce na mapie. Przejdziesz tamtędy i pójdziesz dalej.


Kryzys to jest punkt na mapie

Wszyscy marzymy o tym aby nasze losy, nasze opowieści to były unikaty, coś zupełnie oderwanego od banału, a tak naprawdę, to jest to mrzonka. Każdy los, każda historia, składa się z tego co już było, a ludzkie życie to ciąg wielu podobnych do siebie zdarzeń. 

Kiedy zaczynasz spełniać swoje marzenia albo 1, 7 stycznia czy 11 marca stajesz i mówisz, że od teraz, właśnie od tej minuty będziesz już iść tam gdzie Cię woła życie i twoje prawdziwe ja -  to prawie na pewno trafisz w to miejsce zwątpienia, w które trafiła Vaiana. Bo nie może być inaczej. 

Życie uczy nas, że niebezpiecznie jest być zbytnim idealistą i że nie ważne jak wielka jest moc twojego pragnienia i twoich marzeń, to jeśli porywasz się z motyką na słońce, to prawdopodobnie się po prostu poparzysz. 

I w tym momencie tkwi wielka mądrość, której nie dostajemy po to, aby nam było trudniej, która nie spada nam jak kłoda pod nogi, żebyśmy nie mogli dalej pójść, ale przychodzi po to by nas naprawdę oswoić z tym, co oznacza spełnianie marzeń. 

A oznacza wysiłek, poszukiwanie mądrości, zapłacenie ceny za swoje marzenia i realne ocenienie szans i środków na to, aby je zdobyć. 


Los nie robi Ci na złość

Wszechświat, Bóg, czy jak kto woli los, nie chce nas zatrzymać, ale sprawdzić siłę naszej woli i przy okazji czegoś nauczyć. 

Możesz zostać w tym miejscu swojego pierwszego rozczarowania, możesz powiedzieć: ok, sporo spadłem z roweru, rozbiłem samochód, skręciłem kostkę, albo nie udało mi się małżeństwo, to już jest pozamiatane, koniec, zamknięte drzwi. 

Możesz, nikt Cię nie zmusi, żeby zrobić inaczej. 

Pamiętaj jednak, że ten moment jest łatwo przejść, bo kryzys, trudności, to jest tylko punkt na mapie. 

Jeśli pójdziemy dalej, jutro staną się tylko punktem, pojutrze znikną, a za 3 lata być może wcale nie będziemy o tym pamiętać. 

Droga do marzeń nie jest krótka, a za wszystkie wartościowe rzeczy w życiu trzeba czymś zapłacić. 

Nie mówię wcale, że ta cena jest niska, ale nie warto się nad tym rozwodzić. 

Zamiast tego warto spytać siebie gdzie chcemy naprawdę żyć: tam gdzie spełniają się marzenia, czy tam gdzie rozczarowanie i poczucie niemocy bierze górę?

Ta decyzja nie jest moja, ale Twoja. 

Podejmij ją w swoim sercu. 

A potem, potem ruszaj w drogę, nawet jeśli twój idealizm i brak przygotowania sprawił, że boli Cię teraz serce, głowa, albo dupa, bo dość mocno upadłaś. 

Dobra wiadomość jest taka, że to minie. I że z pewnością gdzieś w drodze jeszcze się spotkamy:). 

Do zobaczenia!


Wszystkim marzycielom na drogę, polecam tę książkę.
Warto ją mieć w plecaku:).
Znajdziecie ją tutaj. 
Na początek roku przygotowałam specjalną zniżkę: 20 %.
Możesz z niej skorzystać do 11 stycznia 

wpisując w koszyku kod: UM4UGGGB



Nowy Rok to nie jest nowe życie, to tylko początek nowego etapu, wart celebracji, delikatnego i czułego przyjrzenia się sobie, oraz spojrzenia na życie, które dostaliśmy z wdzięcznością i spokojem. Co warto sobie wziąć na ten 2018 zamiast postanowień, przy których zmienia się tylko data ważności? 


Ten rok kończę bez podsumowań, które robiłam także tutaj, na blogu regularnie. Może z nich wyrosłam, a może po prostu teraz tego nie potrzebuję. Rok 2017 był dla mnie trudny, momentami wręcz graniczny, wymagający, ale w ostatecznym rozrachunku po prostu ważny i sensowny. 

Wydałam kolejną książkę, która spotkała się z waszym życzliwym przyjęciem. Przeprowadziłam się, zamknęłam pewien ważny życiowy etap, zdobyłam się na odwagę tam, gdzie jeszcze rok temu zamiast siły miałam tylko drżenie i popłoch. 

Wiele się przez te 12 miesięcy zdarzyło i przeszłam przez to suchą stopą chyba tylko dlatego, że wierze, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem i że wszystko, naprawdę wszystko, jest po coś. 

Bogatsza o te doświadczenia, lżejsza o trochę łez i błogosławiona pewnym dystansem, z którym patrzę nie tylko na siebie, ale i na to co wokół, zostawiam Wam trzy rzeczy, które warto zabierać ze sobą w każdą podróż. Także tę, którą zaczniecie 1 stycznia 2018. 

To od Was, od Ciebie zależy czy je weźmiesz. Obiecaj mi jednak, że przynajmniej rozważysz i spróbujesz. 

Bo chociaż żaden ze mnie mędrzec, ani przewodnik, to jednak wiem na pewno, że życie bez nich bywa trudne, a czasami nawet nie do zniesienia. 

1. Weź nadzieję

Nawet jeśli dziś wydaje się być naprawdę matką głupich. Z perspektywy czasu okazuje się, że tylko głupi nie mają nadziei. Życie bywa zaskakujące, bywa przewrotne i czasem w ciągu jednego dnia wszystko zmienia się o 180 %. 

Jak wiele może zdarzyć się w ciągu roku, dwóch? Jak dużo można zmienić przez miesiąc? Nawet jeśli nie wiesz, jak to będzie, miej nadzieję i otwarte serce. 

Idź za tym, nie bądź biernym obserwatorem życia, a reszta sama się ułoży. 


2. Weź zaufanie

Do siebie i do świata. Weź je zamiast wiecznych wątpliwości i podejrzliwości, zamiast oglądania się wiecznie za siebie, zamiast strachu, który paraliżuje i zatrzymuje w miejscu. 

Kiedy ludzie pytają mnie o moją największą zaletę i najważniejsze życiowe doświadczenie, odpowiadam, że jest nim przeświadczenie, że sobie poradzę, że cokolwiek by się działo, jakkolwiek byłoby trudno, to jakoś to będzie, bo być musi. Jeśli tyle razy już sama siebie nie zawiodłam, jeśli w określonych okolicznościach zawsze pojawiały się możliwości, szansę i ludzie, których potrzebowałam, to czemu teraz miałoby być inaczej? 

Zawsze będzie "jakoś". A jak nie będzie, to nie będzie, to tylko życie, nie bierzmy go tak śmiertelnie poważnie. 

Na pewno Ty też masz takie doświadczenia. Weź je ze sobą w Nowy Rok i pielęgnuj jak skarb. Na pewno Ci się przydadzą. 

3. Weź umiejętność dostosowania się do okoliczności

Nie bądź sztywny jak kij, nie czepiaj się drabinki oczekiwań, tych wszystkich postanowień rozpisanych od linijki i rzadko kiedy dotrzymywanych. 

Bądź, rozglądaj się, miej oczy i serce otwarte, korzystaj z możliwości, przyjmuj różne punkty widzenia, nie miej scenariuszy rozpisanych na następne osiem odcinków. 

Będzie jak będzie, rzadko kiedy tak jak sobie to wymyśliliśmy. Miej marzenia, miej plany, miej oczekiwania, ale niech one nie będą WSZYSTKIM. Czasem coś dzieje się przy okazji. Czasem przychodzi nieproszone i właśnie to jest spełnieniem marzeń. Daj się czasem zaskoczyć. 

I uśmiechnij do tego co przynosi życie. Bez uśmiechu, bez dystansu i z tym kijem zamiast kręgosłupa, naprawdę rzadko bywa miło i do rzeczy;). 

Szczęśliwego NOWEGO ROKU! 
Niech nam się wiedzie!

Serdeczności! 
Małgosia


Jeśli potrzebujesz więcej inspiracji -  weź ze sobą w NOWY ROK moją książkę.
Czeka na Ciebie TUTAJ. 





Kiedy miałam lat kilka czy kilkanaście, wiele rzeczy nie mieściło mi się w głowie. Otwierałam szeroko oczy ze zdziwienia i przerażałam się, że NAPRAWDĘ tak można. 

Potem trochę dorosłam i w tym procesie dorastania jestem od dobrych dwudziestu lat. Od tego czasu, szczęśliwie, w mojej głowie mieści się coraz więcej rzeczy i pojęć. To co kiedyś wydawało się absolutnie niemożliwe, dziś jest zwyczajne i nie powoduje nawet uniesienia brwi. Całe szczęście, bo gdybym unosiła je tak często jak kiedyś, dawno potrzebowałabym botoksu. 

Niestety, nie wszędzie jest tak różowo: i mówię tu o ludziach z prawej i z lewej, tych od nowoczesności i tych, okopanych po stronie tradycji. Tych co Zen, Budda, Jezus i cała reszta. 

Nikt, zaprawdę powiadam Wam, nikt z nas nie jest bez winy. 


Co nam się w głowie nie mieści? 

Wychowałam się w niewielkim mieści, takim w którym sensacją była odrobina niezależności, nie mówiąc już o imprezie w okolicy Wielkiego Postu. Pamiętam krążące po podstawówce legendy o tym jak ktoś urządził imprezę w okresie zabronionym i prawie trafił go piorun, albo coś w ten deseń. 

Pewnie od tego czasu trochę się zmieniło, ale świadomość i otwartość na inność, to do dziś towar deficytowy i to wcale nie na prowincji, czy w totalnym zaścianku, ale UWAGA! We wszystkich środowiskach. 

Bardzo wiele rzeczy nam się ciągle w głowie nie mieści. 

Na przykład to, że są kobiety, które niekoniecznie marzą o mężu i gromadce dzieci. 

Że są takie, które chciałyby mieć pięcioro. 

Że są mężczyźni, którzy nie chcą i nawet nie powinni się z nikim wiązać. 

Że można zmienić w życiu zdanie i po ultrakatolickim wychowaniu stwierdzić, że jednak się nie wierzy. 

Że można odkryć w sobie umiłowanie do prastarych wierzeń. 

Albo wierzyć w astrologię. 

Albo w astrofizykę. 

Głosować na PIS. 

Nienawidzić PIS- u. 

Kochać facetów, gdy jest się facetem. 

Kochać i kobiety i mężczyzn. 

Nie uprawiać seksu. 

Lubić lody o smaku bazylii, ale wymiotować po solonym karmelu. 

Pracować w korporacji i chwalić sobie to rozwiązanie. 

Zbierać puszki i czuć się szczęśliwym. 

Zrezygnować z dobrej pracy w imię realizowania swoich pasji za 1200 netto. 

Przeżyć śmierć bliskiej osoby i mieć w sobie siłę by żyć dalej. 

Nie czytać książek. 

Czytać wszystko, nawet instrukcję obsługi pralki. 

Chcieć spędzić święta w samotności i cieszyć się z tego. 

Lubić pieniądze i z pełną transparentnością o nich mówić. 

Wybrać milczenie i zakon. 

Niczego nie wybierać, tylko płynąć z prądem. 

NAPRAWDĘ. 

Bo ile ludzi, tyle opcji i pomysłów na życie. 


Ile rzeczy trzeba mieć w dupie to się w głowie nie mieści

Ta lista jest tak niekompletna jak z drugiej strony, lista naszych win. Bo chociaż wydaje nam się, że jesteśmy tolerancyjni, to i tak ciągle wydaje nam się, że wiemy LEPIEJ jak ktoś powinien żyć i co zrobić, żeby było dobrze. 

Jak można nie lubić czytać, tylko debile nie czytają! 
Jak można nie chcieć mieć dzieci? 
Jak można nie lubić kotów! 
Jak można poświęcać czas zwięrzętom zamiast ludziom! 
Jak można jeść mięso! 
Jak można nie chodzić do kościoła? 
Jak można tam chodzić? 
Jak bardzo trzeba być ograniczonym, aby głosować na tych debili? 
Jak można nie widzieć ile złego zrobili? 

Jak
Jak 
Jak 
Jak...


A jednak można -  i póki tego nie zrozumiemy, póki nie zmieści nam się w głowie, że ludzi myślą w różny sposób i mają przeróżne życiowe motywacje oparte na różnych ścieżkach, doświadczeniach i osobistych powodach, dopóty nie ma opcji, abyśmy przestali na siebie patrzeć z pogardą i dali sobie wolność decydowania o swoim życiu. 

Bo czy nie tego, bez względu na różnice, wszyscy chcemy? 


Nie decyduj za mnie, bo nie chodzisz w moich butach

Kiedy człowiek czuje się mało kimś, to łatwiej pogardza innymi - przeczytałam jakiś czas temu w książce "Polska na kozetce", której współautorem jest między innymi Jacek Santorski. Ta książka - rozmowa - pozwoliła mi z dużą empatią i większą głębią spojrzeć na postawy, których nie rozumiem i w głębi duszy pewnie nie akceptuję. Dziś mogę z powagą stwierdzić, że i mnie, w moim postrzeganiu świata brakowało empatii, i że nie raz, nie dwa, sama mówiłam językiem pełnym pogardy. 

A problem w tym, że pogarda nie buduje, tylko burzy, no chyba, że mówimy o murze, który stawiamy między sobą. 

Problemem nie są w gruncie rzeczy różnice, tylko to, że przez nasze zamknięte głowy, przez nasz brak oglądu i prawdziwej tolerancji, nie jesteśmy w stanie dopuścić, że ludzie mogą myśleć i czuć w różny sposób i że nie ma - chcę to podkreślić z pełną mocą -  NIE MA - jednego, idealnego sposobu na życie, który odpowiadałby wszystkim. 

Nie chodzisz w moich butach -  co możesz o mnie wiedzieć -  i jakim prawem chcesz o mnie decydować, na jakiej podstawie mnie oceniasz?! 

Uwaga! To dotyczy wszystkich! Także tych, o których teraz myślisz, że to buraki i ćwierćinteligenci.


Antidotum na zamknięte głowy

Chciałabym je znać, ale niestety jest tak samo niedostępne jak kamień filozoficzny. 

Ksiądz Twardowski, napisał kiedyś taki wiersz, który mógłby być manifestacją tego jak powinno się żyć:

Nie przyszedłem Pana nawracać. Obce mi są retoryka, dydaktyka i patos. Próbuję pisać takie wiersze, które nie byłyby manifestami. Lepiej niech nie nawołują i nie nawracają. Niech niosą swoje treści w łagodnym zawieszeniu, w zaufaniu w żarliwej otwartości na życie i jego powszednie sprawy. Niech podejmują dialog ze wszystkimi postawami.

I marzy mi się taki świat, w którym przestalibyście siebie nawzajem nawracać, za to z miłością, wyrozumiałością i otwartością, przyjęlibyśmy, że dopóki nikomu nie dzieje się krzywda, to każdy ma PRAWO i OBOWIĄZEK, żyć najlepiej jak umie -  PO SWOJEMU. 

To jest jedyne, znane mi antidotum na zamknięte głowy i zamknięte serca.

Jeśli też nie znasz innego, spróbuj zastosować to. Dla siebie i dla innych. Z miłością.  

Sam nie wiesz, ile z rzeczy, które dziś Ci się nie mieszczą w głowie, jeszcze znajdzie w niej wygodne miejsce. 




×