O internecie i znajomościach, które zawiera się za jego pomocą mówi się zwykle źle. Chciałabym Wam jednak pokazać, że to mogą być naprawdę wartościowe kontakty i przedstawić kilka wyjątkowych kobiet. 


Często słyszę, że o Internecie i całej przestrzeni on line mówi się źle. Że to zbiór szajsu, lansu i pochłaniacz czasu. Mówi się także, że spłyca czy nawet zastępuje prawdziwe, wartościowe relacje międzyludzkie, a kiedyś to było lepiej i bliżej nam do siebie.  Ale czy to na pewno prawda? 

Wartościowych treści i osób jest w tej przestrzeni mnóstwo! W internecie działa między innymi mnóstwo cudownych, wartych odkrycia i docenienia dziewczyn, które robią przeróżne rzeczy. Gdyby nie to, że istnieją blogi, FB i strony www, nie miałybyśmy szansy się spotkać. 

Dziś chciałabym przedstawić Wam takie, które z różnych względów są dla mnie osobiście bardzo ważne i warte poznania. Myślę, że to dopiero początek serii!

Mam nadzieję, że dla Was też pozostaną inspiracją! 

Zaczynamy! 


1. Kasia Ogórek -  Twoje DIY

Kasię znam od dawna i uważam ją za osobę ultra inspirującą. W ciągu kilku lat odniosła ogromny sukces, a wszystko to co osiągnęła zawdzięcza sobie i własnej wytrwałości. To klasyczny przykład osoby która działa na przekór trudnościom, szuka dla siebie najlepszej opcji i zawsze sprawdza, czy coś jest możliwe. 

Kręciła krótkie filmy dla amerykańskiego oddziału najbardziej znanej na świecie sieci fast foodów, mimo że jak sama przyznaje słabo zna angielski. Nie ma agenta, ani tłumacza - dawała radę. Wielokrotnie występowała w TV, a teraz napisała książkę! Nikt jej nie uczył tego co dziś umie- do wszystkiego doszła sama. Gdy zaczynała, to jak wszyscy od pierwszego kroku, bez żadnej gwarancji sukcesu, raczej po prostu z pasji. I robiła swoje, mimo przeciwności losu. 

Kasia nie ma za sobą łatwych lat, o czym opowiedziała choćby w naszej wspólnej książce, Macierzyństwo bez Photoshopa

Życiowe trudności, bardzo skomplikowane przeleżane ciąże, choroba męża, problemy finansowe, zagrożenie własnego życia. To jednak nie stanęło jej na drodze i dziś działa i to jak! 

"Tyle dobrego możecie dla siebie zrobić" - pisze obok tego zdjęcia. I to naprawdę cudowne przesłanie, które warto sobie wziąć. 


Kasia Ogórek. ❤

2. Agnieszka Prucia - Misiura Design

Agnieszka, trochę na przekór głównym trendom też poszła swoją drogą. W świecie, który z zasady kocha raczej plastik, lepi garnki z gliny. Żeby było jeszcze dziwniej, wymyśliła sobie, że będzie z tego żyć. I wiecie co? Żyje i ma się całkiem dobrze. 

W marcu 2012 roku rozpoczęłam moją przygodę z ceramiką - pisze Od tamtej pory, zamiast wałkować ciasto na gryczane pierogi, wałkuję glinę. Fascynuje mnie jej bury kolor, który kryje w sobie obietnicę jasnego światła. Miękka, by w okolicy 1000 stopni zmienić się w kamień, który po kolejnej obróbce mieni się feerią barw. Roślinne gałązki, zasuszone liście, które odcisną swój kształt w glinie na zawsze. Domek w którym mieszkają dobre duszki, a koty wygrzewają się na ganku. Glina gotowa do zmiany, bez względu na wodę, powietrze i ogień - wprowadza zmianę w Twoim życiu. 

Ruch - jeśli go potrzebujesz,
spokój - jeśli za nim tęsknisz.
Spróbuj! 

Ja poczułam się zachęcona i ponieważ imponuje mi odwaga i to cudowne, utkane z marzeń szaleństwo Agnieszki, mam nadzieję, że Wy też pobiegniecie ją poznać. 

Misiura -  do znalezienia TU i na FB

3. Agnieszka Durska - Matka Godzilli

Agnieszkę znam od kilku lat, poznałyśmy się przy okazji macierzyńskich przygód i zdarzyło się tak, że nasze zawodowe drogi splotły się razem. 

Pewnie się na mnie trochę zezłości, więc nie zdradzę za dużo, ale chciałam tu dla niej znaleźć miejsce, bo myślę, że ona również może być dla wielu kobiet inspiracją. 

Macierzyństwo przerwało jej karierę naukową, po powrocie z urlopu macierzyńskiego okazało się, że nie ma już dla niej miejsca na uczelni. Kolejne lata były różne, zwłaszcza że dwójka urwisów, pieszczotliwe nazywanych Godzillami, nie ułatwiała zadania. 

Pamiętam takie nasze spotkanie przy kawie, jakieś 3 czy 4 lata temu, gdy obie byłyśmy trochę na rozdrożu. Wracać do korporacji, czy dalej próbować na własną rękę? Iść za marzeniami, czy rzucić to wszystko w cholerę?

Obie jesteśmy dziś w kompletnie innym miejscu, a determinacja i pracowitość Agnieszki ciągle mi imponują. Gdybym to jej oddała tu głos pewnie by Wam napisała :  "Ej, dziewczyny, nie poddawajcie się, dacie radę"! I przesłała fokę przyjaźni. 

Dzięki Agnieszka! 




4. Małgosia Rychter - Kita - jablon.gestalt.pl

Małgosia jest terapeutką Gestalt -  znamy się w przestrzeni internetowej od kilku lat, a spotkałyśmy się niedawno w Katowicach przy okazji Konferencji Empatii. 

Obserwuję Małgosię na FB i INSTAGRAMIE, niejednokrotnie sięgam po książki, które poleca i z radością stwierdzam, że nasze drogi poszukiwań często się przecinają, podobnie jak myśli. To takie "wiedźmowskie" porozumienie. Nie trzeba znać się dobrze, ale ma się wrażenie, że widzi się kogoś na wylot. W takim dobrym sensie. 

Często pytacie mnie o terapeutów, których mogę polecić. Jeśli jesteście ze Śląska, to jest to dobry adres. 



Małgosię znajdziecie na jej stronie: www. jablon-destal.pl i na instagramie. 


5. Ewa Zakrzewska - EWOKRACJA

Ewa, to modelka size plus, która prowadzi bloga i uczy jak cieszyć się swoim ciałem bez względu na rozmiar. Jeśli czytacie mnie od dłuższego czasu, wiecie, że ten temat jest mi szalenie bliski i mówienie o nim traktuję trochę jako swoją edukacyjną misję. 

Obserwuję od wielu lat epidemię niezadowolenia z siebie wśród kobiet. Właściwie wszystkie uważają, że są nie takie jakie powinny. Jedne za grube, inne za chude, z za dużym biustem, z za małym, z krzywym nosem, brzydkimi włosami itp. Litania pretensji do siebie nigdy się nie kończy. 

Tymczasem Ewa na swoim blogu pokazuje jak cieszyć się kobiecością nawet jeśli ona nie wpisuje się we wszystkie kanony i medialny obraz tego co piękne. Po prostu nie odkłada bycia kobietą na potem. Nie czeka na mityczne "schudnę, będę wyższa, lepsza, fajniejsza, nazbieram na operację biustu czy wyrzeźbię brzuch", ale jest ze sobą TU I TERAZ. Wychodzi jej to cudownie.

Uwielbiam patrzeć na jej zdjęcia bo bije z nich kobiecość i energia. Jeśli szukacie dla siebie miłości i akceptacji, bierzcie z niej przykład. 



Ewa jest też na FB i na Instagramie. 

Dziś jest ten dzień, w którym można podzielić się w komentarzach swoimi sprawdzonymi, inspirującymi miejscami. Zajrzyjcie też do dziewczyn i napiszcie tutaj za co Wy cenicie sobie internet i znajomości, które zawieracie w ten sposób. 

Mam też nadzieję, że Manufaktura jest jednym z takich dobrych i kojących miejsc w sieci! 



Bałam się tam naprawdę mocno tylko kilka razy w życiu. I zawsze mój strach o siebie, sprzężony był ze strachem o innych. Jak to oswoić?


Mam w głowie taką szufladkę, do której chowam najtrudniejsze wspomnienia. Wyjmuję je rzadko, bo nie ma sensu się w nich nurzać. Czasem jednak dobrze tam zajrzeć. Zwłaszcza wtedy, kiedy wydaje nam się, że w pełni panujemy nad własnym życiem.


Wszystkie moje strachy

Tych strachów moich o mnie jest kilka i policzyłabym je na palcach jednej ręki. Pierwszy wtedy, gdy moja córka miała 2 miesiące, a ja trafiłam do szpitala na chirurgię. Pamiętam tą noc, gęstą od tęsknoty i obaw. Co będzie, jak sobie poradzi beze mnie jeśli to potrwa dłużej? Co będzie jeśli o wiele dłużej? To było nie do wytrzymania i do dziś pamiętam ciężar tamtych myśli.

Pamiętam też drżenie rąk, gdy wyjmowałam z koperty wynik biopsji, na którą czekałam 2 tygodnie. I drżenie kolan, gdy musiałam ją powtórzyć.

Już wtedy bardzo zdrowo jadłam, przestrzegałam sensownej diety, biegałam, dbałam o siebie i nie miałam na koncie wielu zdrowotnych zaniedbań. To wtedy stwierdziłam z pokorą, że chociaż zawsze znajdą się mądrale, którzy powiedzą, że znają sposób na to by ZAWSZE pozostać przy dobrym zdrowiu, to ich opowieści można włożyć między bajki. Bo wpływ mamy na wiele rzeczy, ale nie na wszystko. A w życiu bywa różnie.

Jak więc oswoić strach przed tym co się może zdarzyć? Chyba tylko myślami o tym, że nie zaniedbujemy siebie i tego co konieczne.


A czy Ty możesz sobie spojrzeć w oczy? Czy dbasz o siebie naprawdę? 


***

Miesiąc temu w tym wpisie, pisałam Wam o nowym urządzeniu Braster. Obiecałam wtedy, że napiszę o moich wrażeniach i doświadczeniach.

Braster – słowem przypomnienia – służy do domowego badania piersi. Badanie jest proste i nieinwazyjne oraz oczywiście zupełnie niebolesne. Aby zbadać piersi, przykładamy głowicę Brastera kilkakrotnie najpierw do jednej, potem do drugiej piersi ( liczba przyłożeń zależy od rozmiaru piersi) -  wynik uzyskujemy w ciągu ok. 2 dni roboczych przez aplikację. Badanie powtarza się co miesiąc. Co szczególnie ważne, skuteczność urządzenia została potwierdzona w badaniach klinicznych

Producent deklaruje, że samo badanie zajmuje około 15 minut, mnie zajęło dłużej (cała procedura około 45 minut) -  ale jest to z pewnością i tak dużo mniej niż umówienie/ przybycie i odbycie wizyty u specjalisty – nie mówiąc już o ewentualnych kosztach. Podejrzewam również, że kolejne badanie będzie krótsze – w końcu wszystko wymaga pewnej wprawy.

Dlaczego uważam to urządzenie za przydatne? Ponieważ comiesięczne badanie powinno stać się naszym dobrym nawykiem. Mojego własnego sumienia i strachu nie oswaja coroczna wizyta u lekarza i wykonanie USG -  a przecież częściej rzadko udaje nam się taką procedurę powtórzyć. Badanie palpacyjne jest dyskusyjne. Małej zmiany możemy nie wyczuć – poza tym większość z nas niestety ciągle deklaruje, że nie potrafi go robić.



Urządzenie działa wraz z dedykowaną aplikacją.
To ona przeprowadzi Cię przez cały proces badania. Szczegóły na www.braster.eu


***

Strachu nie da się odciąć od życia i to w gruncie rzeczy dobrze. Bez niego bylibyśmy brawurowo głupi, ale da się go z pewnością oswoić na tyle, aby codziennie, bez problemu móc spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: ROBIĘ, TO CO W MOJEJ MOCY.


A Ty, robisz co w Twojej MOCY? Jeśli nie, to może najwyższy czas zacząć?


Wpis powstał we współpracy z marką Braster.


Cała współczesna pedagogika, to właściwie równanie do średniej. Podobnie jest niestety często z coachingiem i wąsko rozumianą psychologią. Mamy stawać się lepszą wersją kogoś, kim nie jesteśmy, zamiast doceniać to, co naprawdę mamy. Czy to ma sens? 


"Stań się lepszą wersją siebie, pokonaj swoje niedoskonałości, walcz z własną słabością, pokonaj sam siebie, stań się kimś o kim marzysz" -  to tylko kilka ze znanych wszystkim sloganów, które można znaleźć w poradnikach. 

Wszystko to dobrze brzmi, ale często prowadzi na manowce. Dlaczego? 

Ponieważ tracimy masę czasu i hektolitry energii na walkę z samym sobą. Zamiast wzmacniać to co w nas najlepsze (co też wymaga czasu, pracy i wysiłku), stajemy w szranki, które często już na starcie wydają się być sprawą przegraną. Dociskamy, przyciskamy, piłujemy, a potem i tak nie jesteśmy zadowoleni z wyniku i rozczarowani sami sobą. 

Czemu to robimy? Bo wydaje nam się, że tak trzeba. 

Na szczęście jest tez inna droga. 


Orzeł w kurniku

Anthony de Mello opowiada w jednej z książek poruszającą historię orła, który został zamknięty w kurniku i przystosował się do bycia kurą, chociaż w głowie miał szerokie, bezbrzeżne niebo. 

Podobna historia o zmarnowanym potencjale i równaniu do średniej, wyszła spod pióra profesora Michaela Bönsch z Uniwersytetu w Hanowerze. Porusza ona temat, który jest edukacyjnym chlebem powszednim i moim zdaniem potworną bolączką nie tylko dzieci, ale także  dorosłych. 

„Dawno, dawno temu również zwierzęta chodziły do szkoły. W planie zajęć lekcyjnych były: bieganie, wspinaczka, latanie i pływanie. Wszystkie zwierzęta uczyły się wszystkich przedmiotów. 

Kaczka była dobra w pływaniu; była nawet lepsza od nauczyciela. W lataniu była przeciętna, no a w bieganiu to już całkowicie beznadziejna. Ponieważ w bieganiu miała tak słabe oceny, musiała zostawać po lekcjach i zrezygnować z pływania, żeby trenować bieganie. Trwało to tak długo, że w końcu nawet w pływaniu stała się przeciętna. No, ale przecież przeciętne oceny były jak najbardziej do przyjęcia…. [...]. 

Orzeł postrzegany był jako problematyczny uczeń [...]. Podczas zajęć ze wspinaczki pobijał wszystkich na głowę i pierwszy docierał na czubek drzewa, tylko że upierał się robić to na swój własny sposób. 

Zając na początku był najlepszy w bieganiu, ale kiedy załamał się nerwowo z powodu ciągłych korepetycji w pływaniu, musiał całkowicie zrezygnować ze szkoły. 

Wiewiórka była najlepsza we wspinaczce, ale nauczyciel latania kazał jej zacząć trenować latanie ze startem z ziemi, a nie z gałęzi na gałąź. Zmęczona nauką startowania z ziemi, coraz częściej otrzymywała oceny mierne z biegania i dostateczne ze wspinaczki [...].

Na koniec roku przemowę wygłosił najlepszy uczeń: dziwny węgorz, który był dobry w pływaniu, umiał też trochę biegać, wspinać się i latać." - znalezione TU. 


Mocne strony: co jest Twoją, a co Twojego dziecka? 


A Ty w czym jesteś dobry? 

Wielu z nas totalnie nie zna swoich największych kompetencji, a nawet jeśli zna, to ich nie docenia, uważa za mało warte. Większość obecnych 10 -12 latków, ma problem z określeniem obszarów, w których są dobrzy, a jeszcze mniej potrafi stwierdzić, co sprawia im autentyczną przyjemność. 

To wszystko prowadzi po pierwsze do równania do średniej, po drugie, do zawierzenia w magiczną rolę szkolnych ocen jako gwarantów powodzenia w życiu (chciałabym się tu złowieszczo roześmiać...), a po trzecie do zaprzepaszczenia PRAWDZIWYCH talentów. 



Czy to co uważamy za trudne, niepotrzebne i kłopotliwe naprawdę takie jest? 

Rachunek sumienia

Może Ty jesteś taką kaczką, która na siłę uczy się startować z wysokiej gałęzi, do której ni cholery nie może dolecieć? A może jesteś orłem, który zamiast rozłożyć szeroko skrzydła i wznieść się w przestworza drobi po ścieżkach życia i marnuje swój prawdziwy potencjał? 

Czasu nie możemy cofnąć, ale zawsze możemy zacząć doceniać PRAWDZIWYCH siebie, zamiast gonić za mrzonkami, których nie sposób dogonić. 

Kiedy, jeśli nie TERAZ? 



Czasem jest dobrze, czasem jest źle. Czasem świeci słońce, czasem pada deszcz, czasem jest tak sobie. To podstawowa prawda o życiu. Oczekiwanie, że będzie TYLKO dobrze, jest nierealne i z góry zakłada potężne rozczarowanie. Czemu zakłamujemy życie? 


Rozumiem to i w środku czasem czuję to samo. Taką dziecięcą tęsknotę za tym, aby było jak w bajce. Ale po chwili przychodzi refleksja, że bawet w bajkach nie ma tak dobrze! 

Pierwsza z brzegu: Kopciuszek. Sierota, na dodatek pomiatana przez macochę i siostry, a ojciec to wielki nieobecny. 

Królewna Śnieżka? Co z tego, że piękna, jeśli ta uroda sprowadza na nią złość innej kobiety i prawie doprowadza do smutnego finału. Gdy już myśli, że znalazła swoje miejsce na ziemi, przeznaczenie i tak ją dopada. Do tego te krasnoludki. 7 chłopa do oprania i nakarmienia... Czy naprawdę jest czego zazdrościć? 

Mogłabym wymieniać dalej, ale dobrze wiecie, że nie ma życia jak z bajki, a nawet jeśli wydaje się inaczej i wszystko zaczyna wyglądać naprawdę idyllicznie (żyli długo i szczęśliwie) to skrywa pod spodem prozę życia, o której w książkach rzadko się pisze. 


Życie jest jakie jest

Dobre, piękne, pełne wyzwań i cudownych zbiegów okoliczności, ale czasami także pułapek, trudności, smutków i sytuacji, które wydają się być bez wyjścia. 

Oprócz miłości, okazji i chwil, które uskrzydlają, zdarzają się w nim choroby, momenty próby, zdrada czy śmierć. 

Są narodziny i są odejścia. Jesień i zima, lato i wiosna, a także poranna szarówka i ciepłe zachody słońca. 

Tak jest i nikt z nas nie może tego zmienić. 

Może właśnie dzięki temu życie ma szansę być pełne i piękne? Może bez tej pełnej gamy światła, cienia i półmroku, nie umielibyśmy go naprawdę docenić?


Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija 💛


Nie zakłamuj życia

Nie zakłamujmy życie i nie udawajmy, że jest inaczej. Kiedy jest trudno, dajmy sobie czas na odreagowanie, na chorobę, na ciszę, leczenie i spokój. 

Kiedy jest dobrze, nie oczekujmy że czas zatrzyma się na tej chwili i jak w bajce, zamieni nasze szczęśliwe trwanie w bezruch. Wszystko się zmienia, wszystko płynie, każdy dzień jest inny - może jeszcze lepszy od poprzedniego, a może wcale nie. 

Często, bardzo często nosimy pokerową twarz obojętności na siebie -  i to nie pozwala nam zająć się problemem. W końcu jeśli udaję, że jest dobrze, to chyba jest, nie? Siebie również można bardzo skutecznie okłamać, ale to wcale nie znaczy, że będzie nam od tego lżej. 


Nie zakłamujmy życia naszym dzieciom

Opowiadajmy im bajki, nie cenzurujmy ich, nie udawajmy że nie ma trudności, a my sami zawsze i wszędzie sobie radzimy. 

Dzieci nie potrzebują rodziców ze stali, bo same czują że ze stali nie są. 

Potrzebują autentyczności i zobaczenia, że świat ma różne barwy. Potrzebują też naszej zgody na to że można mieć gorszy dzień, przeżywać smutek, złość, radość czy euforię. 

Im też bywa smutno, one też bywają rozczarowane, przeżywają małe i duże żałoby i mają do tego prawo. 


Zgoda

Zgoda na to, że wszystko ma różne barwy wcale nie niesie rezygnacji, ani smutku, ale raczej spokój. 

Kiedy jesteśmy na górce, ale przede wszystkim wtedy kiedy jesteśmy w dołku. 

Cokolwiek by się działo, dobrze pamiętać, że tak jak w tej opowieści, TO TEŻ MINIE. 


Nie wiem czy jest bardziej nielubiany miesiąc w roku niż listopad. Gwarantuje Wam jednak, że można go oswoić i wycisnąć jak cytrynę. I że dzięki małym przyjemnościom to może być naprawdę dobry czas. 


Styczeń jest jak świeża bułka, jeszcze chrupiący i pachnący nowością, luty w sumie też, zwłaszcza, że krótszy, marzec to już marzenia o wiośnie, w kwietniu czasem nam się poszczęści bo zieleń zaczyna buchać i szaleć, a potem przychodzą 4 miesiące prawdziwej rozkoszy kiedy w sumie tylko malkontenci narzekają na pogodę. We wrześniu bywa podobnie, a potem to już jest z górki.. aż do dołka, który kulminację swoją osiąga właśnie w okolicach listopada. Do świąt jeszcze trochę, jest szaro, buro, plucha, wiatr i smutek na twarzach. 

I tak co roku...

Fakty są  nam nieprzychylne, ale to wcale nie jest koniec świata. 

Jak nie zmarnować tych 30 dni na narzekaniu, że jest źle? Korzystając z magii małych przyjemności i wydłubując je z codzienności niczym rodzynki z ciasta. Dzisiaj o nich! Bierzcie i jedzcie! 


1. Ciepło! Więcej ciepła! 

Gdybym miała zrobić ranking najczęstszych rzeczy na jakie narzekamy o tej porze roku, to pewnie wygrałoby bezkonkurencyjnie zimno. Tak, jest zimno. Nie jest to przyjemny mróz, który mnie osobiście wprawia w lekką euforię (wcale nie z powodu nazwiska;), ale taka chłodna i przenikająca plucha, która osacza i oblepia. 

Skandynawowie, którzy o trudnej pogodzie wiedzą więcej niż my, mają takie powiedzenie, że nie ma złej aury, jest tylko nieodpowiednie ubranie. I ja się z nimi zgadzam. 

Problem w tym, że nie potrafimy się ubierać: nie mówię tutaj o modzie i o stylu, tylko o zapewnieniu sobie ciepła. 

Sama od niedawna doceniam puchową kurtkę i wełniany płaszcz. Naprawdę robią różnicę. Tak samo jak czapka, szalik i dobrze izolujące buty. Kiedy więc patrzę na biegające po mieście kobiety w cienkich rajtkach i płaszczykach odsłaniających okolice pod pępkiem, które kulą się w sobie i drżą, to myślę sobie, że dobrze by było je uświadomić, że można, naprawdę można ubrać się cieplej. I że wcale nie będzie od tego brzydziej, gorzej i mniej stylowo. Ale może do tego trzeba dorosnąć? Tak samo jak do porzucenia permanentnego narzekania? 


Ciesz się z małych rzeczy, bo inaczej dużych też nie docenisz! 

2. Światło, więcej światła! 

To co mnie obezwładnia zawsze kiedy zmienia się czas, to fakt, że noc przychodzi tak wcześnie. Efekt jest taki, że o 19:00 mam wrażenie, że jest już późno, zimno i trochę strasznie -  w końcu mrok trwa już ponad 3 godziny. Głęboka noc!

Jeśli do tego dodać brak słońca i niedostępną większości z nas opcję wyniesienia się stąd na dobre 2 miesiące w rejony gdzie ono częściej zagląda, listopad, grudzień i styczeń mogą się malować w iście czarnych barwach. 

Także tutaj możemy brać przykład ze Skandynawów, którzy o braku słonecznego światła wiedzą więcej niż my. 

Rozwiązań jest kilka, a znajdują się wśród nich np. świeczki. Ich miękkie, delikatne światło koi i duszę i ciało. 

Drugim źródłem światła jest po prostu oświetlenie. W większości domów, które odwiedzam jest po prostu ciemno! Nie wiem skąd bierze się to nasze umiłowanie do mroku, kiedy wszystko w nas woła o jasność? Być może dalej, tak jak nasi przodkowie "oszczędzamy prąd", który kiedyś był bardzo drogi, może to wewnętrzny przymus, z którego nie do końca zdajemy sobie sprawę? 

Mocna, jasna żarówka o przyjemnej, ciepłej barwie naprawdę robi różnicę i jest z pewnością tańsza i łatwiejsza w organizacji niż leczenie jesiennej chandry czy depresji. 

Masz w domu za ciemno? Zrób coś z tym! 


3. Literka "K"

Tu kryje się co najmniej kilka przyjemności, które wymieniały dziewczyny na FB . Książka, kawa, koc, kot, kakao, kadzidło, kino i pewnie jeszcze trochę więcej. 

Jeśli się je świadomie celebruje, zyskują inny wymiar. Dodajcie do tego kolor, a różnica z pewnością będzie zauważalna. 

Myślę, że potrzebujemy w roku takiego czasu, kiedy zaszywamy się w swoim domu, jesteśmy bardziej do środka niż na zewnątrz. Kiedy to zrobić, jeśli nie w listopadzie? 

To ten moment na nadrabianie zaległości: w czytaniu, oglądaniu, byciu. Jeśli się przez to przejdzie i przyjmie jako idealną okoliczność, może się okazać, że do takiego listopada będziemy jeszcze tęsknić gdy przyjdą inne, bardziej intensywne miesiące. 

Gdzie Cię prowadzą Twoje zmysły? 

4. Przyjmowanie i dawanie

Zawsze na czasie, ale teraz może w trochę innym wymiarze? Jeśli jesień skłania nas do zaglądania do wnętrza, to może być okazją do tego, żeby się ze sobą spotkać i z miłością pogadać o brakach, stanach i potrzebach. 

Czego jest za dużo, czego za mało? Skąd można to wziąć, jak się pozbyć tego co uwiera? 

Często jest tak, że nie mamy czegoś nie dlatego, że życie, los czy ktoś kto obok nie umie nam tego dać, tylko dlatego że nie potrafimy brać. Jest w nas taka zamknięta brama, przez którą nic nie może się przedostać. Zobaczcie to oczami duszy: to przepychanie obfitości przez dziurkę od klucza. Nie jest to dziwne, że ciągle mamy za mało, prawda? 

Dobrze w tym czasie pomyśleć o tym czemu utrzymujemy te zamknięte drzwi i dlaczego boimy się je otworzyć. Czemu to nie idzie także w drugą stronę, albo idzie nadmiernie? 


5. Zmysłowość

Mieści się w niej właściwie wszystko o czym wcześniej, bo przecież świata i siebie doświadczamy głównie przez zmysły. Teraz jest na to idealny czas - zresztą zawsze jest dobry, chociaż nie zawsze dobrze to widzimy. 

W najbliższym tygodniu (14 listopada), czeka nas SUPER Pełnia w Byku (więcej TU) , który o zmysłowości wie bardzo dużo i mocno nas do niej zachęca. 

Sprawiajmy sobie przyjemności zmysłowe, karmmy ciała i pielęgnujmy je, nasycajmy się smakami, dotykiem, muzyką - pisze na Moonset Story Maria. Zmysłowa kąpiel, masowanie swojego ciała samemu lub z parterem, cieszenie się własną seksualnością – to wszystko możemy sobie dać w dniu pełni jako przedsmak przyjemności i obfitości, która jest przed nami. Żeby brać od świata całymi garściami musimy otworzyć się na przyjmowanie, dlatego daj sobie w tym czasie to czego pragniesz, nawet jeżeli możesz to zrobić tylko symbolicznie. Pragniesz miłości? Daj sobie samej tyle miłości ile zdołasz! Pragniesz dobrobytu materialnego? Nakarm się tym co uważasz za najlepsze lub kup sobie piękny drobiazg ucieleśniający Twoją intencję. 

Mnie pozostaje się pod tym tylko podpisać. I dać sobie to samo. 

Kiedy mamy dostęp do zmysłowości, wiemy też więcej o sobie, o świecie, mamy lepsze relacje i możliwości aby sięgać po to, co wydawało nam się do tej pory niedostępne, a przecież jest i tylko na nas czeka. 


Listopad też może być dobry! Dorzućcie swoje sposoby i cieszmy się razem. W końcu kto, jeśli nie my?! Kiedy, jeśli nie TERAZ? 




Jak sobie odpuścić, jak powiedzieć dość? Kiedy warto i czy z gruntu rzeczy psychotyczne "możesz wszystko", nie sprawia, że tak naprawdę wszystko MUSIMY, a nie mamy prawa do niczego? Jak to wszystko rozróżnić? 


Zapytałam Was na FB o temat, który Was teraz porusza, bo mnie dopadła twórcza niemoc. I większość napisała właśnie o niej. O tym jak się przemóc, zmusić, jak dodać sobie energetycznego kopa, który sprawi, że znów będzie się chciało. 

Pomyślałam o tym chwilę i stwierdziłam, że to właśnie jest temat. Ważny i dla mnie i dla wielu z nas. 

Nikt nie jest cyborgiem i nikt nie może działać ciągle na pełnych obrotach. 

Jeśli chcemy żyć zdrowo, dobrze i zachować dla siebie miłość, pogodę ducha, to trzeba nauczyć się odpuszczać, ustępować i akceptować, że czasem po prostu nie da się inaczej. 

Czy masz w sobie na to zgodę? 

Ja szukam. 


Czemu tak trudno jest nam odpuścić? 

Winowajców jest wielu. Jednym z nich jest pewnie mit, że wszelkie zaczęte rzeczy i przedsięwzięcia należy kończyć (czy aby na pewno?), innym lansowana mocno moda na bycie hiper wydajnym, absolutnie ogarniętym, nadzwyczajnie skutecznym. 

Odpuszczenie to dla wielu klęska, a przecież to tak naprawdę pomieszanie pojęć. 

Potrzebujemy chwili oddechu, ciszy wokół, spokoju w środku, żeby móc iść dalej. Odpuścić można na chwilę. Można też na zawsze jeśli uznamy, że nasze działania są bez sensu, ale to przecież nie oznacza, że przegrywamy. 

Często uparte trwanie w przedsięwzięciach, które w ogóle nie mają sensu jest znacznie gorszą decyzją, niż odważne "pomyliłem się, ustępuję z tego pola, idę inną drogą". 

Jesteśmy częścią przyrody, w której też przecież nie ma stanów permanentnego kwitnienia, ciągłego festiwalu obfitości. Czemu więc oczekujemy, że tu będzie inaczej, czemu nie wybaczamy sobie gdy w środku  nas też przychodzi jesień i woła, że teraz nie pora zdobywać świat? 



Słabość bierze się często z tego, że byliśmy silni na próżno i wbrew logice. 


Nie wierz w to, że możesz wszystko

Ten mit, że możemy wszystko, zawdzięczamy całkiem nowej, może dwudziestoletniej coachingowej, czy tez psychologicznej modzie motywacyjnej. 

To faktycznie kuszące: móc tak wiele i to pewnie jest powód dla którego tak świetnie ten mit się sprzedaje. Intencje były zresztą całkiem dobre. Problem w tym, że efekt dla wielu z nas jest marny. 

Im bardziej wierzymy i oczekujemy od siebie "wszystkiego" tym bardziej widać, że tego się nie da zrobić.  

Nie możemy wszystkiego, nie jesteśmy w stanie sięgać po wszystko i chyba całe szczęście. Co byśmy zrobili z tym wszystkim? Czy byśmy od tego nie poszaleli? 

Pogodzenie się z ograniczeniami, akceptacja tego, czego się nie da zmienić i zgoda na własną, czasową słabość to elementarne części życia. 

Niezgoda na to prowadzi za to do sytuacji ciągłego rozczarowania i nadwątlania swoich sił w obszarach, które z góry można było sobie odpuścić, albo przynajmniej nie ładować tam całego siebie. 

Jak w kawale: im bardziej się wysilam, tym mniej mi wychodzi. 



Jak sobie odpuścić i kiedy warto to zrobić? 

Z pewnością znacie takie sytuacje, w których czujecie się jak balonik, z którego uszło powietrze. Nic się nie chce, nie ma opcji, aby napełnić go od nowa, a sama myśl o tym wysiłku sprawia, że odechciewa Wam się jeszcze bardziej. 

Kiedy ciało, dusza i cała reszta mówi Wam "NIE", to jest z pewnością ten moment aby odpuścić. Przynajmniej na chwilę. Złapać oddech, zająć się sobą, posłuchać co za tym "NIE" stoi.

W życiu zbyt często jesteśmy przemocowi, nie tylko dla innych ale przede wszystkim dla siebie.  Te wszystkie "rusz dupę", "weź się w garść", to często ostatnia rzecz, którą chcemy usłyszeć, a pierwsza jaką mówimy. 

Nie przepędzisz jesieni jednym promieniem słońca, ani nie sprawisz, że zima odejdzie bo bardzo tego zapragniesz. To minie samo, gdy przyjdzie na to czas. Z nami, naszymi naturalnymi rytmami bycia i odchodzenia od siebie i aktywności jest bardzo podobnie.  

Zgoda na to, aby czasami sobie odpuścić, nie przymuszać się i nie przyciskać, nie dopychać kolanem, ani nie wiązać gorsety jeszcze ciaśniej to często WSZYSTKO czego nam potrzeba, aby nabrać sił. 

Ludzie, którzy dziś są bardzo słabi, to często Ci, którzy byli silni zbyt długo. 

Nie idź tą drogą, a jeśli idziesz, to zawróć. 

Świat nas potrzebuje, to jasne. Na pewno jednak nie zawali się, jeśli nauczymy się sobie czasem odpuszczać. 





Śniło mi się, że mogłam żyć wiecznie. Przekraczać granice czasu, przeskakiwać nad epokami i tak bez końca. To był koszmarny sen. Memento mori, to nie przekleństwo, to w pewnym sensie zachęta do afirmacji życia, które szczęśliwie, nie trwa wiecznie. 

Jest taka opowieść o człowieku, który posiadł dar nieśmiertelności. Myślał, że uchroni go on przed cierpieniem i da szansę spróbować więcej i więcej. Ramy zwykłego życia wydawały mu się ciasne i smutne. I cieszył się tym darem, cieszył, aż okazało się, że tkwi w nim przekleństwo. 

Wszyscy wokół starzeli się, a on trwał w miejscu. Odchodzili Ci, których kochał, oddalały się światy, które znał. Codziennie musiał konfrontować się z nowym i żegnać z tym, co nie mogło istnieć tak długo. 

Zrozumiał, że odchodzenie ma sens. Że życie to zmiana i płynięcie, że początki nie mają sensu bez końców i odwrotnie. 

Że bez śmierci nie ma prawdziwego życia. 


Memento mori

Chrześcijańska (choć nie tylko!) medytacja "memento mori" to często idealna, wręcz uszyta na miarę droga do zrozumienia siebie i świata. Pomaga nam się przebudzić ze snu o wiecznym trwaniu, o nieskończonej ilości czasu, obedrzeć ze złudzeń, które wszyscy mamy, ocenić co jest istotne, a co nie. 

Kiedy widzimy, że nie da się żyć wiecznie, ani ocenić ile tak naprawdę czasu jeszcze mamy, nagle może się okazać, że nie mamy już w sobie miejsca na bylejakość, na miałkość, na pustą złość, frustrację, za którą nic nie idzie. 

To jest to miejsce, w którym może urodzić się odwaga. Bo nie ma innego wyjścia. 


Pamięć, że wkrótce umrę... S. Jobs


Wejdź do trumny

Dominikanin, Paweł Gużyński, wspomina o obecnym w wielu kulturach zwyczaju kładzenia się do trumny. 

Wchodziło się do niej kiedy miało się do podjęcia strategiczne, najistotniejsze życiowe decyzje i leżało w niej tak długo, aż wszystko się wyklarowało. 

Z perspektywy trumny życie z pewnością wygląda inaczej. Łatwiej rozstrzygnąć czy coś jest dobre dla nas czy nie. Widać też, że pewne rzeczy są nieodwracalne. 

I że nie ma tak naprawdę od tego ucieczki. 



To właśnie cali śmiertelnicy...- Terry Pratchett


Czemu boimy się śmierci? 

Mark Twain powiedział, że strach przed śmiercią pochodzi ze strachu przed życiem. I że ten kto żyje jego pełnią, jest gotów umrzeć w każdym momencie. 

Współcześnie uciekamy od myślenia o sprawach ostatecznych. Tak jakby zaprzeczanie miało sprawić, że śmierci nie będzie. 

To naprawdę bez znaczenia czy / w co wierzysz lub nie. W śmierć uwierzyć musisz, bo chociaż reszta będzie, albo nie, to od niej nie da się uciec. 

Czy bylibyśmy ludźmi bez narodzin i bez końca? Czy nie są to jedyne pewne składniki ludzkiego losu? Czy godząc się z tym faktem, nie łatwiej jest kochać życie, takim jakie ono jest? Nie wiem, przeczuwam, że tak. 

Strach nie uchroni nas przed tym co ostateczne, nie da nam też  możliwości kontaktu z tym co jest i szansy na prawdziwe przeżycie swojego życia. 

Terry Pratchett wspomniał, że nie ma sensu przed śmiercią uciekać, bo kiedyś i tak się okaże, że czeka na nas właśnie tam gdzie dopiero przybyliśmy. 

I tajemniczo się uśmiecha. 

Co wtedy? 


×