Mężczyźni rządzą światem, ale to kobiety go zmieniają. Odkąd odzyskałyśmy głos i nauczyłyśmy się krzyczeć, podwaliny starego porządku zaczęły trzeszczeć w posadach. 
Co jeszcze mamy do zrobienia? Dla siebie i dla innych? 


Czy wiecie, że 2 na 3 pozwy rozwodowe składają kobiety? To one mają naprawdę dość, mimo że nieudany związek to przecież bagaż dla obu stron. 

Kobiety także częściej zmieniają pracę, szukają pomocy w przypadku życiowych trudności, mniej chorują na choroby psychosomatyczne bo lepiej wyrażają swoje uczucia, zamiast je chować do środka. Generalnie są bardziej otwarte na zmianę nawet jeśli nie jest ona dla nich łatwa - bo przecież często jest właśnie bardzo trudna i niekomfortowa.  

Męski konserwatyzm często stoi na drodze do zmiany, a mężczyźni mimo że cierpią, nie robią wiele aby wyjść z sytuacji, która jest dla nich trudna. Wydaje się im, że MUSZĄ to wytrzymać. Zawsze tak było, zaciskanie zębów wpisało się w ich zestaw zachowań obowiązkowych. 


Kobiety mówią "NIE"

Dziś tak naprawdę w bardzo wielu sprawach. I chociaż często jeszcze się nas lekceważy i pomija, to jeśli naprawdę uświadomimy sobie, że stanowimy połowę społeczeństwa i mamy OGROMNY wpływ na to jak ono wygląda, świat nie będzie miał innego wyjścia jak zacząć się z nami NAPRAWDĘ liczyć. 

Nie chodzi tu o rozwiązania siłowe czy agresywne deklaracje. W historii kobiety rzadko (jeśli nie prawie wcale) doprowadzały do wojen.  Możemy wygrywać naszą postawą, zdecydowaniem i siłą ducha, a także kobiecą solidarnością, której na szczęście się uczymy. 



Jeśli ktoś ocenia Twoją drogę, powiedz mu, żeby nią poszedł za miast Ciebie. 


Nie rywalizujmy, mówmy jednym głosem

Myślę, że my kobiety musimy się nauczyć jeszcze jednej rzeczy: jak się nie oceniać, a wspierać. Ciągle żywe są we mnie obrazy mojej własnej rywalizacji z koleżankami, przyjaciółkami, porównywania się na którym traciły zawsze obie strony. Tych relacji dawno już nie ma. Być może wyrasta się z nich tak jak z młodzieńczych ciuchów, a być może mogłyby dalej istnieć i być wsparciem dla obu stron, gdyby nie moja, ich, krytyczna i pełna lęku potrzeba udowodnienia, że nawet jeśli nie jestem lepsza, to chociaż nie gorsza od tej drugiej. 

Dziś kobiety z różnych środowisk mówią jednym głosem i zaczynają wspólnie tupać nogą. Modelki, aktorki z botoksem, młode i stare, grube i chude. Pewnie daleko nam jeszcze do prawdziwej wspólnoty, ale chyba z każdym krokiem coraz bliżej. 

O tym jest także #czarnyprotest

O tym, żeby nie decydować za nas, za nasze siostry, przyjaciółki, czy nawet za tą dziewczynę z sąsiedztwa, której nie lubimy. Bo jakie mamy prawo to robić? W czyim tak naprawdę imieniu to robimy? 

Kto nigdy nie chodził w naszych butach, nie może nic wiedzieć o naszym życiu, a tym bardziej mówić nam jak mamy je przeżyć. 


Jesteś na progu zmiany? Nie bój się!

Kobiety mają moc, z której nie zdają sobie sprawy. I to nie jest oskarżenie wobec mężczyzn, czy próba mówienia kto jest lepszy czy gorszy bo takie walki i potyczki są bez sensu. 

Czujesz się z tej siły obdarta? "Dopóki kobiecie wmawia się, że jest bezsilna, dopóki uczy się ją niedostrzegania tego, o czym wie, że jest prawdą, dopóty kobiece impulsy i dary psychiczne giną jeden po drugim" -  pisze Clarissa Pinkola Estes. 

Jak temu zaradzić? Przestać tego słuchać. Przestać uważać za prawdę o sobie opinie ludzi, którzy wcale dobrze nam nie życzą. Dokładnie wiemy kto to jest. Czemu dajemy im moc stanowienia prawdy o nas samych? Czy to nie jest niedorzeczne? 

Jeśli czujesz się jak posąg z lodu, który nie może zrobić kroku, ruszaj się, ruszaj mimo wszystko. Coś co jest w ruchu nie może zamarznąć. I z każdym kolejnym krokiem będzie odzyskiwało siłę i radość życia. 

To tak działa i działać będzie, gwarantuję. 


Kobiety zmieniają

I będą zmieniać. Dalajlama podczas  pokojowego szczytu w Vancouver, w 2009 roku powiedział, że "Świat uratuje kobieta Zachodu".  

Myślę, że tak właśnie będzie i że idziemy we właściwym kierunku. 

Każda mała zmiana, której dokonujesz w swoim życiu sprawiając że staje się ono lepsze, każde małe "nie", które mówisz po to by nie przekraczano Twoich granic, to właśnie cegiełki, które sprawiają, że świat staje się doskonalszym miejscem. 

Jedna cegiełka to może nic. Jedna kropla to niewiele. Ale to właśnie z kropel składa się wodospad, który drąży skały, a z miliona cegieł można zbudować choćby królestwo. 

Siła jest w nas.  Czujesz? 




Dziedziczymy nie tylko niebieskie oczy czy skłonność do wysokiego wzrostu, ale także strach, poczucie wyobcowania czy nastawienie do życia. Wielu z nas niesie ze sobą przeżycia przodków, z których nie do końca zdaje sobie sprawę. Jak to wpływa na nasze życie? Bywa, że konsekwencje są dramatyczne. 


Ten temat chodzi za mną od dawna i z pewnością nie zdołam go wyczerpać w tym tekście, ale chciałabym go przynajmniej zainicjować. Jest szalenie ważny, a większość z nas nigdy się z nim świadomie nie spotkała, mimo że dotyczy naprawdę WSZYSTKICH. 

To co intuicyjnie przeczuwaliśmy od dawna, potwierdza dziś nauka. 

Jak wpływają na nas nasi przodkowie? Czy znane z Biblii siedem pokoleń wstecz naprawdę ma znaczenie? Czy poszukując swoich pradziadów, praciotek i praprababek możemy dowiedzieć się czegoś o sobie, o źródłach naszych lęków, sukcesów i niepowodzeń? 

Z pewnością tak. To nie czary, ani magia. 

Tylko jak się to właściwie dzieje? 



Dlaczego dziedziczymy strach? 

Dlaczego dziedziczymy strach, albo nieufność? Dlaczego na określone zdarzenia reagujemy agresją lub przerażeniem? Wiele wskazuje na to, że znaczenie ma tu epigenetyka, czyli dziedziczenie nie tyle samych genów, co ich określonej ekspresji. Tak, brzmi to już na wstępie bardzo skomplikowanie, posłużmy się więc przykładem, który podaję np. tutaj

Naukowcy z Zurychu, chcieli sprawdzić, jak trauma z wczesnego dzieciństwa wpływa na genetyczną ekspresję. Wykradali mysim mamom ich nowo narodzone dzieci na trzy godziny dziennie przez okres 14 dni. Małe myszki musiały niewątpliwie przeżywać duży stres, ale też nikt ich nie torturował, nie cierpiały z głodu czy zimna. Z pozoru nic złego się nie działo. Podobnie jak ich koledzy z grupy kontrolnej rosły i stawały się dorosłymi osobnikami. Jednak ich osobowość była zupełna inna. 

Naukowcy stwierdzili, że myszki wyrosły na istoty źle przystosowane. 

Miały problemy z oceną potencjalnie niebezpiecznych miejsc, częściej wpadały w kłopoty, w obliczu trudności zamiast podejmować walkę czy próbę obejścia problemu, wolały się wycofać. 


Jak bardzo na to kim jesteśmy wpływa to KIM byli nasi przodkowie? 

Coś Wam to przypomina?!


Najbardziej jednak zdumiewającym, jest fakt, że transmitowały te cechy osobowości dalej, nawet jeśli nie uczestniczyły w wychowaniu swoich dzieci! Trauma doświadczona w jednym pokoleniu, była obecna nawet 2 pokolenia później! 

Podobne wyniki przyniosły inne badania. Przed zapłodnieniem samice myszy wąchały miętę, a potem zadawano im ból. Po kilku powtórzeniach myszy na zapach mięty zaczęły reagować lękiem. Kojarzył się im jednoznacznie: czuję miętę, zaraz zdarzy się coś złego. Kiedy urodziły się młode, reagowały tak samo: bały się zapachu mięty i były agresywne kiedy zaczynały go czuć. Czy była to reakcja wyuczona, czy zaobserwowały ją u matek?  Nie. Nie mogły się nauczyć jej od nich, bo zostały odseparowane zaraz po porodzie. Jakoś więc ten strach odziedziczyły. 

Wbrew temu co się nam wydaje nie różnimy się aż tak bardzo od myszy. I z pewnością w naszej niepamięci, genomie, duszy czy jakkolwiek chcemy to nazywać zapisują się setki różnych rodzajów przeżyć, które potem wpływają na nasze życie. 

Zamiast mięty możemy wstawić każdy inny bodziec. Hałas, huk, las, zwierzę, mężczyznę o ciemnym zaroście, określoną sytuację, którą potem, z niewiadomych przyczyn budzi nasze przerażenie, zmieszanie czy wbrew logice wywołuje pozytywne skojarzenia. 


Czy to kim jesteś bierze się z tego kim ONI byli?

Przyzwyczailiśmy się do myślenia o tym, że dziedziczymy pewne skłonności, talenty czy ograniczenia po rodzicach i dziadkach. Rzadko kto sięga głębiej, a przecież genetyczna ekspresja to koktajl który tworzy się i żyje przez wiele, wiele pokoleń. 

Przekonywujemy się o tym często nagle, gdy tak jak w mojej rodzinie rodzi się  rude dziecko, mimo że nikt z dziadków ani pradziadków nie był rudy i właściwie nie wiadomo skąd się ten gen wziął. 

Nagle jakaś cecha, skłonność, określony rodzaj ekspresji może wyskoczyć jak Filip z konopi. 

Dobrze na ten temat spojrzeć szerzej. Moi dziadkowie przeżyli wojnę i do dziś są we mnie pewne obrazy, o których opowiadali. Moi pradziadkowie byli biednymi, odważnymi ludźmi, którzy także wiele przeżyli. Mam przed oczami obraz prababci, której nigdy nie poznałam, a w której rysach, na fotografii prawie sprzed wieku odnalazłam siebie. Ile jej jest we mnie? Może więcej niż się spodziewam? A co z pokoleniami, które były jeszcze wcześniej? 

Ile radości, strachu i życiowych trudności dostaliśmy od nich w życiowym spadku mimo, że nie zdajemy sobie z tego sprawy? 


Co dziedziczymy? Nie tylko niebieskie oczy czy piękne włosy.
O wiele więcej niż nam się wydaje. Więcej także TUTAJ

Trauma, to się dziedziczy

PTSD (post-traumatic stress disorder) - czyli zaburzenia po stresie traumatycznym to zespół pewnych cech i zachowań, które zasadniczo wpływają na jakość naszego życia i na rodzaj reakcji na bodźce. 

Jeden z psychiatrów zajmujących się tym tematem upuszczał na biurko długopis. Osoby z PTSD reagowały zwykle dość gwałtownie ( zakrycie się, unik, zasłonięcie, grymas twarzy) i była to reakcja instynktowna. 

Co jeszcze oprócz strachu charakteryzuje te osoby? Poczucie wyobcowania, odstawania, trudności we wchodzeniu w bliskie relacje, unikanie określonych sytuacji (czasami nie wiemy czemu), regularne pogarszanie się nastroju, negatywizm, a także tendencja do obwiniania siebie lub innych. 

Z badań prof. Lis-Turlejskiej z Wydziału Psychologoii UW wynika, że objawy PTSD ma aż 55,6 proc. osób pochodzenia żydowskiego oraz 30,9 proc. osób pochodzenia polskiego, które jako dzieci przeżyły wojnę. 

Jeśli przyjmiemy (a są ku temu mocne podstawy), że traumę w takim czy innym stopniu dziedziczymy -  to bardzo uprawnionym jest twierdzenie, że to jacy dziś jesteśmy, to kim jesteśmy: osobniczo, ale także jako Polacy, jako naród, bierze się ciągle z nieprzepracowanej traumy: naszych rodziców, dziadków, pradziadków i wcześniejszych pokoleń. 

To są bardzo ważne odkrycia i szalenie istotne sprawy. Jeśli masz cień podejrzenia, że dotyczą również Ciebie, Twojej rodziny, przyjrzyj się im koniecznie. 


Trudna przeszłość to nie jest koniec świata...


Dobre wiadomości

Aby nie kończyć tego tematu z negatywnym przekazem, chciałabym podkreślić że te wszystkie informacje nie oznaczają wcale, że zostaliśmy naznaczeni, zaprogramowani na konkretny rodzaj zachowań, czy sposób życia. To, że nasi dziadkowie, rodzice czy wcześniejsze pokolenia doświadczyły traumy, nie oznacza, że my również musimy się z nią już zawsze zmagać. 

Żyjemy w naprawdę dobrych czasach. Mamy dostęp do narzędzi i źródeł, o których 50 czy 100 lat temu moglibyśmy tylko marzyć. To, że czytasz ten artykuł, to że pojawia się w Tobie świadomość, albo zalążek świadomości może mieć działanie uzdrawiające, pomóc Ci zrozumieć siebie i przyczyny dla których pewne rzeczy w Twoim życiu wyglądają tak jak wyglądają. 

To, że dziedziczymy traumę przez pokolenia i że oddajemy ją w prezencie kolejnym, to jest w pewnym sensie nasz wybór. Ale trzeba pamiętać, że ktoś kiedyś może w końcu powiedzieć STOP. 

Ktoś może ją wreszcie uleczyć. 

I wierz mi: To możesz być właśnie Ty. 

Jak? Czasem wystarczy, że spojrzysz jej w oczy, że przestaniesz przed tym uciekać. 

To działa. I ja sama doświadczyłam tego na wielu poziomach. 



Jeśli ten temat Cię porusza, masz własne przemyślenia i doświadczenia w tym temacie, opowiedz o nich koniecznie w komentarzu! 





Jeśli mówimy o stresie, to tylko źle. Że powoduje choroby i osłabia nasz system immunologiczny, że miesza w koktajlu hormonów i może przyczynić się do powstania depresji czy nawet niechęci do życia jako takiego. Ale stres to także procesy, które ratują nam życie i wspierają. W czym? Oto lista. 


Nie lubimy się stresować, złościć, odczuwać silnych emocji. Wielu przed tym ucieka, zapominając, że bez nich bylibyśmy w istocie bezbronni. Stres to nic innego jak pewna reakcja przystosowawcza, która POMAGA nam sprostać codzienności. 

Czy życie bez niego w ogóle jest możliwe? Ludzie mówią czasem np. o bezstresowym wychowaniu, które NIE ISTNIEJE, bo stres towarzyszy nam nawet w brzuchu mamy, podczas porodu, a potem już nigdy nas nie opuszcza. 

Do czego w takim razie jest nam potrzebny? 


1.  Pomaga sprostać wyzwaniom 

Stres to sygnał dla naszej głowy. Mówi: skup się, skoncentruj, używaj wszystkich zmysłów, nie rozpraszaj się, wykorzystuj zasoby energii. 

Czasem ta reakcja jest nieadekwatna, np. wtedy gdy serce wali Ci jak młot na widok szefa i wtedy dobrze nad tym popracować, ale przeważnie jest to po prostu sygnał dla ciała i umysłu do mobilizacji. 

Biorąc pod uwagę nasze częste (u niektórych permanentne) rozkojarzenie, stres wyświadcza nam przysługę. Pomaga działać efektywniej i lepiej korzystać ze swoich zasobów. 


2. Pomaga wzmacniać więzi

Tak, mnie też to zdziwiło, ale w istocie, kiedy jesteśmy zestresowani, bardziej lgniemy do innych ludzi. Bliskość pomaga łagodzić reakcję stresową, a jednocześnie pomaga budować więzi. 

W stresie widzimy bardziej, bo jesteśmy mocniej skoncentrowani. Ten fokus naprawdę może pomóc, zwłaszcza jeśli uznamy, że UWAGA, którą dajemy sobie i innym naprawdę leczy. 

A leczy! Jeśli w to nie wierzycie, sprawdźcie koniecznie! 


3. Pomaga uczyć się i rozwijać

Pamiętacie swoje stresy dziecięce, szkolne, studenckie, z pierwszego dnia w pracy? Dziś zapewne te sytuacje nie byłyby dla Was wcale, albo aż tak bardzo stresujące. Dzięki doświadczeniu uczymy się i przyswajamy nowe kompetencje. 

Działając na 100 % naszych możliwości pomagamy mózgowi tworzyć nowe połączenia między neuronami i rozwijać się. Każda sytuacja zostanie przeanalizowana i zapamiętana. Mózg jak genialny analityk wyciągnie z niej wnioski. Dlatego kolejna sytuacja, nawet jeśli bliźniaczo podobna do poprzedniej, nie jest już AŻ TAK stresująca. 


Nie pozwól się ZASTRESOWAĆ

Nie, to nie literówka. Stres sam w sobie nie zrobi Ci krzywdy jeśli nie dasz się mu totalnie opanować, wypełnić.  Korzystaj z tego co Ci daje, ale także pamiętaj o odpoczynku i relaksie. Jest na to wiele sposobów i każdy, absolutnie każdy może znaleźć kilka dla siebie. Jeśli potrzebujesz inspiracji, zajrzyj także TUTAJ. 



Inspiracja: "Siła Stresu" -  Kelly McGonigal




Powiedzmy to sobie wprost: ludzie pieprzą głupoty bez opamiętania. A ludzie to MY. Ja i Ty. Często, bardzo często, lepiej nie mówić nic. Milczenie naprawdę jest złotem, a empatia, cóż empatia, szczególnie w wypowiedziach to diament. Skarb, który naprawdę niewielu ma.


Czy słowa mają znaczenie? Jeśli masz wątpliwość, przypomnij sobie kiedy ktoś bardzo mocno Cię zranił. Przywołaj w myślach sytuację, która siedzi w Tobie głęboko. Coś co jest jak zadra, coś co wywołuje dyskomfort i smutek. Często są to wspomnienia związane właśnie z tymi z pozoru mało znaczącymi słowami. Ktoś coś powiedział, ktoś jakoś Cię osądził, ktoś nazwał Cię tak albo inaczej. I to gra w Tobie i żyje. 

Słowa ranią bardziej niż kamienie. Siniaki znikają, a te zranienia których nie widać żyją. Albo wywołują niepotrzebny myślowy chaos. 

Czy naprawdę nie sposób pomyśleć, zanim coś się powie? W porę ugryźć się w język? 


Bez kompetencji

Podobnych sytuacji znacie pewnie mnóstwo ze swojego życia, ale opowiem Wam o dwóch, bo są dość klasyczne i dobrze ukazują istotę problemu. 

Jakiś czas temu dziennikarka i blogerka, Lidia, extremama, napisała o problemach z mówieniem u swojego synka. Chłopiec jest pod opieką specjalistów, został przebadany na wszystkie możliwe sposoby, pracuje z logopedą, faktem jest jednak, że ma opóźniony rozwój mowy i nikt temu nie przeczy, ale też nie robi z tego dramatu, bo nie ma ku temu powodu, trzeba mu po prostu dać więcej czasu. 

Komentarze? 

Myślę że może być to na pograniczu autyzmu….oby nie ale w wieku 4 lat dzieci potrafią recytować wierszyki z pamięci i swobodnie się wypowiadać. Współpraca z logopedą powinna zacząć się dużo wcześniej…możne mało mu czytasz?


Inna sytuacja, inna osoba, bardzo szczupła z natury, tak ma. I moc komentarzy o tym, że wygląda dziwnie, że chyba nic nie je, że to nienaturalne tak wyglądać. 

Na szczęście pojawiają się też głosy rozsądku: 

Gruba źle, chuda źle :P Co Ci ludzie tak z tą wagą, fobie jakieś? 

Ludzie. Kobiety co najdziwniejsze. Każdemu metkę, każdemu ocenę. Włosy ładne, nieładne. Makijażu za dużo, za mało. Za szczupła, za gruba. Przerażające.

Większość komentujących w ten sposób osób, nie ma żadnych kompetencji do tego, aby dokonać rzeczowej oceny. Skąd to wiem? Bo żaden specjalista nie mówiłby matce o autyzmie u chłopca, którego jednym problemem komunikacyjnym jest opóźniony rozwój mowy, a każdy dietetyk wie, że są także ludzie szczupli z natury, którzy jedzą, a jakże! Ale nie tyją. 

Zresztą nawet zakładając, że mamy kompetencje do tego aby ludzi oceniać czy wypowiadać swoje zdanie, to często robimy to nieproszeni i bez znajomości całego kontekstu, który jest kluczowy dla zrozumienia sprawy. A to szalenie krzywdzące, jednostronne i bardzo często nieprawdziwe. 

Czy naprawdę musimy to robić? 




Komentujesz, ale po co? 

Główny ludzki problem komunikacyjny wiąże się z tym, że słuchamy nie po to aby ZROZUMIEĆ, ale po to by ODPOWIEDZIEĆ. I często poczuć się lepiej, dodać sobie ważności, podkreślić swoją wyższość. 

Co? Jeszcze karmisz? Potem z  niego wyrośnie jakiś rozmemłany mazgaj! 

Jeszcze w pieluszkach? Moja robiła na nocnik jak miała 8 miesięcy! W życiu nie dałabym dziecku robić w gacie do tego wieku! 

Chyba znowu przytyłaś! Ja nie jem po 18 i odstawiłam gluten, od razu mi pomogło, powinnaś tego spróbować! 

Ten rodzaj komentarzy można mnożyć. 

Ale czy naprawdę warto? Czy lubimy je słyszeć? A co ważniejsze: czy one naprawdę komukolwiek pomagają? Czy ktoś o nie prosi? 

Zanim następnym razem otworzysz usta zastanów się czy to ma sens. Czy nie lepiej nic nie mówić. Sokrates mówił o trzech sitach. I ciągle za mało  z nas ich używa. 



Za oknem letnia burza, być może już ostatnia w tym roku. Dlatego pomyślałam o książkach, bo chociaż towarzyszą mi przez cały rok, to na przełomie lata i jesieni smakują inaczej. I łatwo się w nich zapomnieć. 


O książkach piszę zwykle w Czytam, polecam, ale ponieważ te tytuły, o których chcę napisać dziś chciałabym przedstawić trochę bliżej, poświecę im osobny post. 

Oczywiście to nie wszystkie pozycje, które przewinęły się przez mój dom i walizkę tego lata. Wybrałam jednak 4 szczególne, które zasługują na uwagę i na to, aby poświęcić im ostatnie letnie, albo pierwsze jesienne wieczory. 


1. "Oswobodzenie Silnej Kobiety" - Clarissa Pinkola Estes

Jest to druga książka autorki mojej ukochanej, kultowej już "Biegnącej z wilkami", na którą długo czekałam. 

Tak, jest kompletnie inna niż pierwsza i faktycznie może zaskoczyć. Z pewnością wywoła protesty wielu stron. Katolicy powiedzą, że jest w pewnym sensie obrazoburcza, ateiści i Ci, którzy nie mają wiele wspólnego z wiarą chrześcijańską, że jest zbyt katolicka. Mistycy, że za bardzo dotyka ziemi. Realiści, że buja w obłokach. 

Dla mnie jednak jest to książka o tym jak to wszystko połączyć i upleść we własny, szyty na miarę wianek, dzięki któremu lepiej się żyje. 

Clarisa pisze: "Jedz pożywne jedzenie, odpoczywaj w spokoju, podążaj za swoim przeznaczeniem, zachowaj lojalność, kochaj dzieci, tańcz z radością, dostrój swoje ucho, uczestnicz w misterium śmierci i zmartwychwstania, siej w świecie miłość na wszelkie możliwe sposoby, módl się, mówiąc prawdę, która podniesie na duchu Ciebie i innych". 

I chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to tylko banał, to ja nie znam lepszej i mądrzejszej recepty na życie. 


Oswobodzenie silnej kobiety - recenzja

2. "Historia pszczół" - Maja Lunde

Nie dajcie się zwieść, to nie jest historia o pszczołach, a właściwie to są one tłem, elementem wszystkich trzech opowieści, które przeplatają się w tej książce jak plastry miodu w ludzkim ulu. 

Czy czeka nas świat, o którym wspomina Lunde w kontekście przyszłości? 
Być może. 

Już dziś pszczoły giną i istnieją rejony, gdzie ludzie musieli przejąć ich zadania, aby zapewnić sobie niezbędne do przeżycia pożywienie. 

Świat bez pszczół, bez owadów, będzie światem martwym. Nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. 

Podobnie nie doceniamy znaczenia pasji, która może sprawić, że prawie dosłownie wstajemy z martwych, lub bez której tacy się stajemy. 

O tym jest ta książka. I jeszcze o miłości, chociaż to już będziecie musieli sprawdzić sami. 


Historia pszczół - recenzja


3. "(Nie) Grzeczni"  -  M. Bajko , M. Janiszewska

Grzeczność to słowo wytrych. Przeze mnie osobiście znienawidzone. Dlaczego? Bo bardzo często tożsame nie z dobrym wychodzeniem, które jest ok, ale ze ślepym posłuszeństwem, z odbieraniem wolności decydowania nawet o sprawach błahych, podporządkowywaniem się zawsze i wszędzie. 

Walce o grzeczność źle pojętą, ciągle niestety towarzyszy niezrozumienie podstawowych mechanizmów psychologicznych funkcjonujących u dzieci, zachowania agresywne dorosłych, którzy nie panują nad własną złością i bardzo, bardzo często brak szacunku do małego człowieka. 

Czy niemowlak, który płacze jest niegrzeczny? Słyszeliście to? Sami tak uważacie? To niedorzeczne. 

Czy maluch rozpaczający nad utraconą lalką przesadza i histeryzuje? Ktoś powiedział, że utrata korony przez króla jest takim samym dramatem jak ta lalka, nie ma więc mowy o przesadzie czy niegrzeczności, ale o różnicy skali. 

My dorośli czujemy presję otoczenia na to, aby nasze dzieci były grzeczne. I to ta presja staje nam na drodze do tego, aby dzieci zrozumieć. 

Jeśli tak jest też z Tobą, koniecznie sięgnij po tę małą, niepozorną, ale bardzo mądrą książeczkę. 

Niegrzeczni  - książka do kupienia także w zestawie z naszym
Macierzyństwem bez Photoshopa! KLIK

4. "Historia wewnętrzna" - Giulia Enders

Na koniec trochę przewrotnie, bo nie o duszy, jak zwykle, ale o tym co w środku. 

"Historia wewnętrzna" to absolutnie fascynująca podróż przez ludzkie kiszki. Na co dzień niedoceniane, wręcz odsądzane od czci, bo kto by się tam zajmował taką prozą życia, gdy poezja woła o uwagę! 

To błąd. Od kilku lat wiadomo już na pewno, że zdrowie jelit i odpowiedni skład naszej flory bakteryjnej wpływają ... właściwie na wszystko. Z pewnością mają związek z nastrojem, samopoczuciem, odczuwaniem lub brakiem energii, a także kilkoma chorobami psychicznymi. 

Nieprawidłowa flora bakteryjna może mieć poza tym związek z wieloma chorobami, których w życiu nie łączyliśmy z jelitami, np. cukrzycą.

Tą książkę czyta się jak kryminał, powieść i komedię w jednym. Jest przezabawna, niesłychanie ciekawa i bardzo, bardzo ją polecam. Nawet jeśli nigdy nie interesowaliście się biologią. 


Historia wewnętrzna -  recenzja


A Wy? Co czytaliście tego lata? Jakie pozycje zagoszczą na waszej półce na jesieni? Podzielcie się koniecznie! 



Wyjeżdżamy i wracamy. Zawsze za szybko. Co warto ze sobą przywieźć z wakacji, aby ten czas pozostał z nami jak najdłużej, aby był w nas obecny? 

Wracamy z wakacji często z nadbagażem, a nie przywozimy ze sobą tego, po co pojechaliśmy. Bagażnik czy walizka trzeszczy w szwach, a my czujemy zawód, bo coś znowu poszło nie tak. Zapomnieliśmy o tym co istotne. Reszta pokrywa się kurzem, a nad wszystkim wisi tęsknota. Za czasem, który MA ZNACZENIE. 

Jeśli jesteście jeszcze przed wakacyjnym wyjazdem, warto się temu przyjrzeć. 

Jeśli po: zweryfikować. 

Jeśli w trakcie: sprawdzić, czy to co naprawdę istotne znajdzie się w waszym bagażu powrotnym. 

Jeśli czujecie żal, że nie poszło tak jak trzeba, to okazja do tego, aby dawać sobie więcej tych rzeczy w codzienności. 

Da się! Da naprawdę! 

Co więc naprawdę warto przywieźć do domu z wakacji? 


1. SPOKÓJ

Ten najprawdziwszy, który czujesz w środku. Jeśli w codzienności czujesz się jak rozedrgana kula, to naprawdę najwyższy czas coś z tym zrobić. 

Spokój nie oznacza braku problemów, czy spraw do załatwienia. To trudne nawet na wakacjach, bo przecież zawsze coś trzeba. 

Spokój to umiejętność powracania do stanu równowagi, poczucie, że mimo wszystko panuje się nad swoim życiem, lękami, zamartwianiem się czy skłonnością do nadmiernej kontroli. 

To cudowne uczucie, które warto pielęgnować. 


Dziecko i konie. Połączenie pełne magii. 


Zwierze, które emanuje spokojem, to wspaniały nauczyciel dla człowieka




2. Obecność

W tym osławionym "TU i Teraz", o którym wszyscy słyszeli, ale mało kto był. Na wakacjach to prostsze niż kiedykolwiek, a potem... potem wchodzi w krew. 

Skup się na tym gdzie jesteś i co robisz, na tym co odczuwasz, jak odczuwasz i jakie emocje to w Tobie wywołuje. 

Jeśli głaszczesz psa, bądź głaskaniem. Jeśli pijesz kawę, poczuj jej aromat, smak, strukturę, przyjrzyj się naczyniu, zobacz stół na którym stoi. 

Jesteśmy tak przerażająco nieobecni, że życie mija nam jak we śnie. Czas się obudzić, najwyższy czas. 


Grabarka, miejsce bardzo niezwykłe, miejsce mocy



3. Pogodzenie się ze sobą

Bo chociaż w teorii siebie znamy i może nawet lubimy, to jednak ciągle mamy do siebie pretensje. O własną nieadekwatność, nieskuteczność, brak tego, albo tamtego. 

Gdyby tak zamiast tych pretensji odkopać w sobie łagodność, tą którą kierujemy zwykle do dziecka, kochanka, kogoś kogo wielbimy bezgranicznie i dać to sobie? 

I pojechać z tą tkliwością do domu? 
Cuda. Mówię Wam, dzieją się cuda. 



Figura Matki Bożej z początków ubiegłego wieku, na terenie Zamku Biskupów w Janowcu



Janów Podlaski


Co warto przywieźć z wakacji? Prawdziwszego siebie! 


Stadnina koni w Janowie Podlaskim. Lubimy :) 

4. Łagodność

Łagodność rodzi się ze spokoju, obecności i pogodzenia się ze sobą. Za każdym razem gdy mnie na nią nie stać, obserwuję, że stoją za tym brak zrozumienia siebie, brak kontaktu ze swoimi emocjami, prześlizgiwanie się po rzeczywistości bez rozeznania gdzie jestem i czego doświadczam. 

Łagodność jest dobra na wszystko. Na ten dzień po wakacjach, gdy zdaje się, że świat wali się nam na głowę bo tysiąc spraw krzyczy o naszą uwagę. I na ten gdy stwierdzamy, że nie musimy robić wszystkiego na raz, tylko czasem odpuścić sobie i innym, działać wolniej, ale z rozmysłem, uspokajać fale emocji. 

Szukajcie łagodności na wakacjach i pakujcie ją do walizki. Upychajcie między ziarnami piasku i muszlami z nad morza. 

Przyda się przez cały rok. 


Zamek Biskupi w Janowie Podlaskim.
Miejsce z niezwykłą historią. Także moją. Jest szansa, że kiedyś ją opowiem:) 


5. Poczucie sytości

Chociaż wakacji rzadko mamy dość, to możemy się nasycić sobą, doświadczeniami, przyjemnością, radością z tego że ten czas nas spotkał. 

Tak syci możemy wrócić do domu i ... planować kolejne wakacje albo życiowe rewolucje.

Jakkolwiek by się skończyły wasze wakacyjne rozmyślania, życzę Wam bardzo, żeby był to bardzo owocny czas. 

Dajcie znać czy tak było! 




Co jest powodem tego, że jesteśmy niezadowoleni z siebie, swoich domów, związków, dzieci? Wyobrażenia. Szczególnie te o idealnym życiu, partnerze, egzystencji rodem z magazynu o designie i fotek na Instagramie. To one szepczą nam ciągle do ucha, że nie dość i że cieszyć można się później, gdy już to wszystko się ma. Tylko że to później nie przychodzi nigdy. 


Żyjemy w dziwnych czasach. Jeszcze nigdy nie byliśmy od siebie tak daleko i tak blisko jednocześnie. 

Jeszcze 20 lat temu, gdy chcieliśmy pozostać z kimś w kontakcie trzeba było pisać listy, przesyłać sobie analogowe fotografie, wydawać krocie na telefon. 

Dziś komunikacja, przynajmniej w warstwie formalnej, przebiega bez problemu. Zaglądamy sobie do łóżek i do lodówki, widzimy co kto je na śniadanie i jak umalowany/ uczesany wychodzi do pracy. 

Siłą rzeczy to co sami pokazujemy i to co oglądamy, to są te najlepsze momenty. Rzeczywistość wystylizowana i zagrana pod oko kamery czy aparatu foto. Okraszona filtrem, poprawiona w dziesiątce ujęć. 

Ile w tym prawdy? Sami sobie odpowiedzcie. 

Reszty w końcu nie widać, reszty się wstydzimy i myślimy, że jej nie ma. A bez tej reszty nie mamy pełnego kontekstu i dajemy się wpędzać w maliny wyobrażeń. 


Smutna prawda o naszych czasach

Ikea, przeprowadziła niedawno ciekawe badania i przygotowała raport "Life at Home" (linkuję wersję anglojęzyczną bo polskiej nie znalazłam - tu artykuł, który ukazał się na stronie radia Chilli Zet). O co chodziło? O to dlaczego trudno nam się zrelaksować w naszych domach, dlaczego nas nie cieszą, co nam najbardziej przeszkadza i jak można to zmienić. 

Abstrahując od czysto marketingowego wydźwięku tego opracowania, można wysnuć ciekawe, ale też dość przygnębiające wnioski. 

Po pierwsze dopada nas presja spędzania czasu w określony, aktywny i modny sposób. Wiecie, pewne rzeczy są już passe i po pracy nie wypada już wrócić ot tak do siebie i założyć kapci. Normalne życie stało się synonimem obciachu. 

Po drugie, czujemy imperatyw aby utrzymywać swój dom w idealnym stanie. Bałagan nie wchodzi w grę. Wstydzimy się swojego nieidealnego domostwa przed znajomymi i rodziną.

Po trzecie wpadamy w poczucie winy, że posiłki które gotujemy nie są dość zdrowe i wyszukane. 

Wreszcie: jak wisienka na torcie, porównujemy się w tych wszystkich kwestiach z obrazami prezentowanymi przez znajomych, influancerów internetowych w social mediach i czujemy jak bardzo odstajemy. Jak dalecy jesteśmy od mitu idealnego życia, które warto sfotografować i umieścić na Instagramie. 


Czy naprawdę musimy być idealni? 

Gdyby te badania rozciągnąć dalej, potraktować szerzej okazałoby się, że tak jest we wszystkich aspektach naszego życia.

Wstydzimy się, że nie odnieśliśmy spektakularnego sukcesu zawodowego, tylko mamy "zwykłą" pracę. A czy naprawdę każdy musi? Czy to w ogóle realne? Czy chociaż tego chcemy naprawdę? 

Wolelibyśmy spędzać wakacje na Malediwach, albo chociaż w Grecji, w końcu wszystkie koleżanki wstawiają zdjęcia stamtąd - więc wakacje na działce babci czy w leśniczówce u znajomego jawią się szczytem obciachu i nie potrafimy się nimi cieszyć. 

Partnerów też się wstydzimy, no bo w końcu tacy zwykli. Żeby chociaż była piękna/ był przystojny, a tak to szału nie ma. W dobie piękności ze zdjęć foto w mediach społecznościowych byle Grażynka czy pan Czesiek, nie ma żadnych szans. A przecież też mają prawo do miłości i szczęścia!

Pod pręgierzem oceny ugina się też nawet nasze życie seksualne. Mężczyźni wychowani na filmach porno mają kompleksy, że nie mogą sprostać wyobraźniom swoich partnerek i odwrotnie.  

Na samym końcu, albo na początku tej wyliczanki zabieramy się za siebie. I też okazuje się, że wcale nie pasujemy. A to za grubi, a to za chudzi, za starzy i w niemodnych butach. Jak tu się samemu ze sobą pokazać? 


Jaki świat jest prawdziwy? 

Ten który widzisz w krzywym zwierciadle tego, co ktoś chce Ci pokazać, czy ten wokół Ciebie? 

Czy naprawdę wierzysz w to, że w idealnych domach nie osiada kurz, idealne dzieci nie bałaganią i nie mówią nigdy "kupa,gówno i nie lubię Cię?"

Jak się czujesz, gdy uświadomisz sobie, że naprawdę nie musisz się aż tak starać? 

Gdy przyjmiesz do wiadomości, że nawet na idealnie proporcjonalnej twarzy modelki z Instagrama wyskakuje czasem pryszcz, a koledze, który jeździ najlepszym autem w dzielnicy też zdarza się mieć doła i wszystkiego dosyć?  

Że komuś też, tak jak Tobie bywa trudno i źle, że dużo go kosztuje utrzymanie tego mirażu bycia zawsze od linijki, perfekt i w głównym trendzie? 

Ulga, co? Kiedy zdejmujemy maski i wyłączamy filtry, stajemy się prawdziwsi. I dopiero wtedy mamy szansę na prawdziwe życie. 


Idealne życie nie istnieje

Idealne życie, idealne obrazki z niego, należy traktować jako inspirację i rodzaj życiowego folkloru. W istocie, większość z nas jest przerażająco zwyczajna. Mierzy się z przeciwnościami losu, nieładem, niedociągnięciami i życiem, któremu daleko do sesji foto w czasopiśmie. 

Ale czy to naprawdę źle? Czy takie wygórowane, często nierealne pragnienia, w ogóle mają sens? 

Przeważnie nas tylko unieszczęśliwiają i stają nam na drodze. 

Kiedy to uznamy, kiedy naprawdę doświadczymy tego, że zwyczajność: dzisiaj, jutro i pojutrze jest wszystkim co mamy, damy radę się tym cieszyć i odnaleźć satysfakcję. 

To także może być motorem zmian, petardą, która poniesie nas wyżej, w stronę marzeń, ale już bez mrzonek o tym, że gdzieś, kiedyś, z kimś, w jakiejś innej galaktyce, będziemy jak wszyscy czyli nikt.


A Ty, czy akceptujesz swoje nieidealne życie? Co sam o nim myślisz?


×