Śmiali się z niej Ci mądrale i asceci o duszach sztywnych i białych jak prześcieradło, chichotali z półuśmiechem na półustach, kiwali główkami jak piesek z auta. Co to za kobieta? -pytali. 


Duchowa przewodniczka od garnka parującej zupy - kpili. Taki mieli ubaw, takie mieli używanie, że zapomnieli co jest co. Aureola świętości zsunęła im się z czółka, gwiazdki nad głowami straciły rachubę, a ascetyczne kości zamarzyły o obiedzie.

Rechotali i rechotali.

Bo kto to w ogóle widział: kobieta - derwisz, kobieta - mędrzec, kobieta - świątynią ducha? No żeby chociaż pościła, żeby chociaż mieszkała w jaskini, znała trudy odosobnienia, kopała się z dniem codziennym jak z koniem, żeby odmówiła z tysiąc modlitw, odprawiła medytacje, nie piła, nie tańczyła, nie grała w lotto. A ta odwrotnie. Jeszcze matka! Nie miesza się sacrum i profanum- krzyknął jeden odważny, nie miesza duszy z krwią, co za pomysły - przytakiwali inni. Że niby taka objawiona. Taka wzniosła. Osiągnęła podobno spokój, nie dotyka jej zmieszanie świata, szczęśliwa, pogodna i pogodzona. Podobno zna odpowiedzi.

Ubaw po pachy, śmiech na sali.


A ona nie dba o żarty, nie dotykają jej ich kpiny. Gotuje obiad, medytuje nad szklanką herbaty, mruży oczy jak kot. Wstaje rano i dziękuje za nowy dzień, kładzie się wieczorem i kłania księżycowi, pozdrawia słońce, śmieje do deszczu. Bawi dzieci zamiast odprawiać modły, nie traci godzin na pacierze. Kroi ziemniaki i segreguje myśli, wącha goździki i letnie kwiaty, zachwyca się życiem, miewa brudne ręce i nogi. Skalała się krwią, skalała miłością, krzyczała przy porodzie, wyła w gorączce, myliła tysiąc razy i potykała dwa miliony. 

Znachorka, mistrzyni w czułości, ułożyła już wszystko. Nie udowadnia, nie chodzi nauczać, nie wypełnia blankietu na prawdę, nie pisze biblii codzienności. Kurs Zen skończyła w połogu. Nie wytrącisz jej z równowagi. Kiedy trzeba kiwa się na wietrze jak potrącony kręgiel; zna opór materii, wie kiedy warto, a kiedy nie. Uśmiecha się często, tarza po dywanie, suszy zioła i gniew na słońcu. Wyzbyła się chciwości, chociaż przecież pragnie, odrzuciła strach, chociaż czasem się boi, mistrzyni uważności, najlepiej zna Tu i Teraz. Nie wisi w asanie, nie zrobi szpagatu. 


Spotkali się kiedyś. Stary filozof, o twarzy pomarszczonej jak sucha figa, zgięty ku ziemi, milczący i ona w kwiecie wieku, w koszulce w kwiaty. Popatrzyli sobie w oczy, pokłonili, spojrzeli w niebo. Nic nie mówili, nie wyjaśniali, nie krzyczeli. Posiedzieli razem, a po chwili odeszli przed siebie, każde w swoją stronę. 

A mądrość była jak była. Omijała sztywniaków, drapały ją w nogi prześcieradła, wolała przeciągi i smaczne żarcie. 

Tamci pościli, drwili i szukali jej w opłotkach. Na próżno.




W ostatnią niedzielę gościłam w radiowej Czwórce. Opowiadałam o tym skąd się wzięła Manufaktura, o tym jak to jest być czarownicą na skraju wioski zwanej internet i jeszcze o paru innych rzeczach. 


To chyba najdłuższa taka rozmowa o Manufakturze, która pojawiła się w medialnej przestrzeni i myślę, że także ciekawa dzięki parze przemiłych prowadzących.  Pozostało mi Was serdecznie na nią zaprosić.

Dajcie znać czy coś Was zaskoczyło :)  

Ps. Za dużo się śmieję, wiem ;)  Przepraszam! 


Manufaktura Radości w radiowej Czwórce: KLIK




Jeśli cisza jest tym co Cię przeraża i wywołuje niepokój, to oznacza, że tym bardziej jej potrzebujesz. Nie zasłaniaj się dźwiękiem, nie zagłuszaj jej szumem telewizji. Nie słuchaj nawet muzyki. Pobądź w niej. Tylko tam możesz naprawdę usłyszeć siebie. 

Zawsze lubiłam ciszę. Zawszę. Kiedy pracuję, pracuję w ciszy. Kiedy wracam do domu, nigdy nie włączam urządzeń emitujących hałas. Nie mam radia, nie potrzebuję towarzystwa telewizji. "Być może dlatego tak dobrze idzie Ci praca" - powiedziała ostatnio moja koleżanka. 

Badania dowodzą, że hałas podnosi nasz poziom agresji, zmniejsza odczuwanie empatii, wpływa na poziom hormonów stresu, przyczynia się do powstawania poważnych chorób. 

Tak, ten zwykły, na pozór wcale nie intensywny hałas codzienny który nas otacza i do którego dodajemy grające radio, dźwięki powiadomień w komórce, krzyk, który nie raz i nie dwa gości w naszym domu. 


Uzależnieni od hałasu


Znam ludzi, którzy w ciszy nie mogą wytrzymać pięciu minut. Patrząc z boku można powiedzieć, że to nic groźnego, ale to uzależnienie od wypełniaczy, od aktywności, od dźwięków, które odwracają uwagę jest naprawdę niebezpieczne. 

W hałasie nie słychać siebie. 

Nie ma kontaktu, nie ma prawdziwej relacji. Rozproszony umysł ciągle gdzieś ucieka, ciało jest jak lewitujący w przestrzeni przedmiot, na którym nikt nie ma kontroli. 

Wychodzenie z hałasu w stronę ciszy może być trudnym zadaniem, zwłaszcza jeśli towarzyszy nam właściwie bez przerwy, jest tłem na którym funkcjonujemy ... od zawsze. 

W pierwszej chwili może się pojawić niepokój, smutek, rozdrażnienie, potrzeba natychmiastowej aktywności zrobienia "czegoś", byle tylko ta cisza przestała dzwonić w uszach. 

Ale to da się przetrwać, da się przeżyć. 


O ciszy także w moim felietonie w "Sielskie Życie". Do znalezienia w kioskach! 


Wakacje od dźwięków? 

Może uda się je zorganizować, nawet jeśli jedziesz w miejsce które z ciszą niekoniecznie się kojarzy. Spróbuj posiedzieć na plaży, wieczorem, kiedy nie ma prawie nikogo. Położyć się w wodzie, iść do lasu. Nie bierz ze sobą telefonu, jeśli idziesz z kimś, umówcie się, że pomilczycie oboje przynajmniej chwilę. 

Popatrz w chmury, spróbuj się wyciszyć, zminimalizować ilość dźwięków, które do Ciebie dochodzą. Może będzie to tylko chwila, a może ten czas przedłuży się i wejdzie Ci w krew? 

Cisza bywa oszałamiająca tak jak zimna woda: w pierwszym momencie. Potem jest tylko lepiej. 

Zyski? Zysków jest mnóstwo. Skorzystasz zwłaszcza wtedy jeśli czujesz się zagubiony, zagubiona, albo masz wrażenie że świat wchodzi Ci na głowę. 

Z wakacji, w których znajdziesz czas na to aby siebie usłyszeć możesz wrócić naprawdę innym człowiekiem. I nie są to puste słowa, które brzmią w ciszy. 




Jestem złą matką. Przynajmniej w oczach tych wszystkich, którzy patrzą na nas przez pryzmat butów czy raczej ich braku. Gołe stopy, tak jak goła głowa budzą jakiegoś dorosłego demona. Wywołują przestrach. A może po prostu boimy się tego, co nasze dzieci poczują kiedy poluźnimy postronki naszej permanentnej kontroli? 


Od późnej wiosny do jesieni, moje dziecko chadza na zewnątrz boso. Na placach zabaw, na podwórku, w piaskownicy, po łące, po ziemi, po kamieniach. Kiedy tylko może pyta: "Mamo, mogę zdjąć buty?". W domu też chodzi boso, a skarpety zdejmuje razem z butami. 

Dla mnie to nigdy nie był problem, bo sama też lubię mieć  gołe stopy, ale odkąd bywamy w miejscach gdzie przebywają inne dzieci czuję, słyszę i śmieję się trochę w duchu z tych pełnych trwogi, pretensji i wyrzutu słów i spojrzeń. "Jeśli mama pozwala dziewczynce zdjąć buciki, to jej sprawa, ja SIĘ o CIEBIE MARTWIĘ". Nie wolno, ja nie pozwalam! Czemu Pani pozwala dziecku chodzić boso, teraz WSZYSTKIE dzieci chcą!?". 

Oczywiście nie wszędzie i nie zawsze się da, ale mój sprzeciw budzi sytuacja w której właściwie NIGDY dzieciom nie wolno zdjąć butów!

Tymczasem chodzenie boso to ważna, bardzo istotna lekcja uważności i pro zdrowotny zabieg, który fundujemy sobie całkiem za darmo!

Żyjemy dziś w permanentnym strachu i przenosimy go na własne dzieci. Efekt jest taki, że nie mają one kontaktu ze swoim ciałem, a od ciała do emocji, kontroli i psyche, bardzo blisko. 

O co właściwie chodzi z tymi stopami?


Stopy - fundament - czucie

Stopy jako takie są naszą podstawą: dosłownie i w przenośni. Odcięcie od stóp sprawia, że tracimy ugruntowanie, nie czujemy się dość dobrze w swoim ciele. To na nich znajdują się setki zakończeń nerwowych, a ich masaż jest częścią najstarszych praktyk medycznych świata. Skutecznych w leczeniu wielu chorób i bez dwóch zdań odbijających się na naszym życiu psychicznym. 

Wojciech Eichelberger w "Ciałko" i w tym artykule pisze o ważności stóp. 

"Słyszeliśmy nieraz, że należy „stać pewnie na nogach”. Ale zapominamy, że aby pewnie stać na nogach, trzeba przede wszystkim je czuć, być świadomym ich istnienia. A wiele od tego zależy, bo gdy ktoś mocno stoi na nogach, to jest spokojny, ma poczucie wewnętrznego oparcia i pewności siebie. (...) Dobrze, gdy dziecko ma jak najczęściej gołe stopy. (...) W ten sposób nie tylko je poznają, ale także poprzez refleksologiczną tablicę rozdzielczą będą stymulować cały organizm. Pozwólmy dziecku mieć bose nóżki, gdy zaczyna chodzić, żeby mogło poznawać różne faktury i temperatury, odkrywało bogactwo świata doświadczanego stopami. To stymuluje i rozwija. Raz stoi na śliskim, raz na chropowatym. Raz podłoże jest ciepłe, innym razem zimne. Raz chwiejne, raz stabilne itd. Inaczej chodzi się po piasku, inaczej po trawie, po szyszkach, po żwirku. Chodzenie na bosaka kształtuje uważność. Ciało zachowuje się inaczej, gdy stoimy na czymś ostrym, a inaczej, gdy na miękkim. Jeżeli chodzimy stale w grubych butach, to jesteśmy odizolowani od ziemi i tracimy wrażliwość. Wtedy łatwiej może się nam zdarzyć wejść komuś w życie z butami." 



Pozwólcie dzieciom chodzić boso. Buty przydadzą się też do innych rzeczy ;)
Więcej na moim instagramie :)  


Odcięcie od emocji

Przez odcięcie od stóp, od głowy, na której zawsze, nawet latem czapka, przez mówienie dzieciom kiedy jest im zimno, ciepło, kiedy są głodne, kiedy boli, a kiedy nie, uczymy je odcinania się od siebie i tego  co czują. Jakim cudem potem naprawdę mają się tego nauczyć? 

Niebezpieczne nie jest ewentualne zranienie w stopę (które nigdy nam się nie zdarzyło!), ale to, że stajemy się pomału ludźmi bez czucia! 

Zamiast naszego zaufania dajemy dzieciom swój strach i własną niepewność ciała. 

Bo coś Ci wejdzie w stopę, bo zmarzniesz i się przeziębisz, bo brud i bakterie. 

Sterylny świat, w którym chcemy wychowywać nasze dzieci pomału wchodzi także do ich głów i czyni je miejscami równie jałowymi. Bez kontaktu z ciałem nie ma kreatywności, nie ma radości i codziennego szczęścia. 

Bez emocji, bez czucia, bez kontaktu ze sobą i światem nie ma mowy o rozwoju i prawdziwie autentycznym życiu. 


Brudne stopy to naprawdę nie jest koniec świata.
Jeśli nie możesz tego znieść, zastanów się właściwie dlaczego?
Zdjęcie od Natalii z youchustki


Prawdziwa edukacja

"Każde dziecko powinno mieć ciasta z błota, koniki polne, (...) kijanki, żaby, żółwie błotne, bez, poziomki, żołędzie, kasztany, drzewa do wspinania, strumyki doi brodzenia, lilie wodne, świstaki, nietoperze, pszczoły, motyle, różne zwierzęta do głaskania, pola z sianem, szyszki sosen, kamienie do toczenia, piasek, węże, borówki i szerszenie: a każde dziecko, które zostało tego pozbawione, zostało pozbawione najlepszej części swojej edukacji." - tu Luther Burbank. 

Ja dodałabym tylko, że jeśli nie jesteś w stanie dać mu nawet połowy z tych rzeczy, to pomyśl co straci jeśli odbierzesz mu jeszcze szansę czucia i dotykania ziemi i ten ostatni bastion, który łączy nas z miejscem, które tak czy inaczej jest naszym domem. 

Nie zabierajcie dzieciom ich stóp i dajcie im poczuć, że żyją! Przynajmniej latem! 



Koncepcja wewnętrznego dziecka i dorosłego nie jest niczym nowym, ale wielu z nas pewnie nie spotkało się z tym terminem na gruncie osobistego doświadczenia. O co chodzi i czemu warto? 

Pojęcie wewnętrznego dziecka pochodzi między innymi z pracy Erica Berna, mówił o nim także Jung. Każdy z nas nosi je w sobie, bez znaczenia czy ma 12 czy 80 lat. Wewnętrzne dziecko uosabia to wszystko co związane z energią, witalnością, radością życia, spełnieniem i spontanicznością. Jeśli czujesz, że masz tu braki, ciągle coś Ci nie wychodzi, twój kurek z energią, kreatywnością, mocą i siłą jest zakręcony, to prawdopodobnie Twoje wewnętrzne dziecko siedzi w piwnicy i płacze. 

To od jego kondycji, od tego czy zdołamy się nim w sobie zaopiekować zależy poziom naszej satysfakcji z życia. 

Praca z wewnętrznym dzieckiem może być kluczem, brakującym ogniwem, które pomoże wreszcie ruszyć z miejsca. Wymaga to odwagi i hartu ducha. 

Wejście do piwnicy, której nikt nie otwierał od 20 czy 40 lat może być w pierwszym odruchu zadaniem ponad siły. Tłumaczy to czemu wielu z nas tego nigdy nie robi. 


Skąd się biorą problemy z wewnętrznym dzieckiem? 

"Zwykle przychodzimy na świat z wielkim apetytem i wielką ciekawością, pulsującą, żywiołową energią - pisze Tanna Jakubowicz-Mount. Jest to dar, którym przynosimy naszym rodzicom. Ale oni na ogół tego nie chcą albo nie potrafią przyjąć. Chcą mieć miłą córkę i dobrego syna, którzy pomogą im lepiej poczuć się na świecie."  

Tu zróbmy mały STOP i wytłumaczmy coś moim zdaniem bardzo istotnego, co często się pomija.  Nasi rodzice, a wcześniej ich rodzice też byli dziećmi. Często takimi, których ktoś nie dokochał, bo nie umiał, nie potrafił, albo nie dał rady bo okoliczności historyczne sprawiły, że poszedł na wojnę, zginął, umarł, albo doznał poważnych ran na ciele czy psychice. To smutne, ale ta pokoleniowa sztafeta idzie tak od wieków i jeśli nie masz czegoś w sobie (miłości, ciepła, dobroci, uwagi), to po prostu nie dasz tego innym. Z próżnego i Salomon nie naleje. Można się tu zatrzymać na pretensji, ale to nie bardzo ma sens. Musiałaby sięgać dziesiątki, setki lat do tyłu, a i tak NICZEGO by nie zmieniła. 

Dobra wiadomość jest jednak taka, że możemy tą pokoleniową sztafetę smutku i niespełnienia zatrzymać. Tu, właśnie teraz, tak jak stoimy. Jak? Zajmując się swoim wewnętrznym dzieckiem i docierając do tego co ma nam do powiedzenia. 

Jako maluchy jesteśmy otwarci na świat, spontaniczni, wyrażamy swoje uczucia: radość, miłość, smutek, żal, zazdrość, nienawiść, rozczarowanie i ekscytację.   

Bywa że spotyka nas za to kara. Nie wolno płakać, nie wolno krzyczeć, nie wolno się złościć. Rozczarowane? Nie przesadzaj! Zbite kolano? Mówiłam Ci, żebyś nie biegał, teraz mam z Tobą same kłopoty! Smutek? Nie ma się co smucić, trzeba się śmiać! Masz być dzielny! Grzeczny! Pomyśl najpierw o siostrze, a nie o sobie! Poświęcaj się! Nie ważne, że Ci niewygodnie, nie siedź tak! 

"W ten sposób uczymy się ukrywania swoich przeżyć. W obliczu cierpienia - jak pisze dalej Tanna Jakubowicz - Mount - wobec niemożności jego tolerancji, aby ochronić siebie i przeżyć, dziecko musi zaprzeczyć swoim wewnętrznym stanom.

W ten sposób budujemy swoją sferę Cienia (...). Do naszej „ciemnicy” strącone zostało dziecko, które zgodnie ze swoją naturą chciało zachowywać się swobodnie i spontanicznie - tzn. sięgać po miłość i bliskość, odpychać osoby krępujące ruchy i uwodzące, dokonywać odważnej ekspansji otoczenia, wyrażać złość, rozpacz i lęki, bawić się własnym ciałem (...). Nasze wewnętrzne dziecko często czuje się bardzo osamotnione, bezradne i zrozpaczone, a czasem też wściekłe, pełne nienawiści i buntu, zdławione przez lęk przed karą."

Siedzi w tej piwnicy i wrzeszczy póki ma siły. Czasem tylko cichutko drapie w okno i kiedy siedzisz w ciszy to właśnie to słyszysz. Czasem jest tak ciche i zmęczone, że już nie ma siły prosić o uwagę, czas i straciło nadzieję, że ktoś się nim zajmie. Wtedy najczęściej pojawia się depresja, albo inne równie poważne stany. Beznadzieja, czarna dziura, uczucie, że wszystko się już skończyło, a nawet jeśli nie, to nic nowego się na pewno nie zacznie. 


Praca z wewnętrznym dzieckiem bywa jednym z najbardziej odkrywczych
i transformujących doświadczeń. 


Dlaczego warto zająć się wewnętrznym dzieckiem?

Ponieważ póki się tego zadania nie podejmiemy, dopóty nie dorośniemy. Ile można mieć nieszczęśliwe dzieciństwo? Ile można płakać na zewnątrz i w środku? Nosić maskę tego dzielnego chłopca, rycerzyka mamusi, czy odważnej lwicy, której nic nie złamie?  Tak długo jak dziecko siedzi w piwnicy. 

Znam wielu 40, 50, ba! Nawet 70 latków, którzy wciąż trzymają w lochu swoje wewnętrzne dziecko. Nigdy nie dorośli, nie zdołali, nie rozprawili się z przeszłością. Wy też znacie, może teraz kiedy to czytacie czujecie jak bardzo potrzebuje waszej uwagi. To wszystko ma swoje poważne konsekwencje: w wychowaniu kolejnego pokolenia dzieci ( co im dasz, jeśli SAM, SAMA, nie masz?), w miłości, związkach, w pracy. 

Kiedy urodziłam moją córkę, zauważyłam jak trudno jest nam dorosłym znosić płacz, złość, czy rozczarowanie dziecka. Najpierw u siebie, ale potem także z mocą u innych. Pamiętam taką sytuację, w której pewien dorosły mężczyzna musiał, po prostu musiał wyjść, odejść od płaczu i frustracji mojej córki, bo nie był tego w stanie wytrzymać. To napięcie na jego twarzy, właściwie w każdym nerwie, te rozbiegane oczy... To był dla niego stres z gatunku ekstremalnych, a sytuacja wcale nie była nadzwyczajna. Dziecko się rozzłościło, zaczęło płakać, nie udało mu się czegoś wyjaśnić, było zmęczone, wybuchło, po kilkunastu minutach się uspokoiło, fala emocji się przetoczyła, wszystko wróciło do normy. 

Dla tego człowieka było to nie do zniesienia, bo on sam tak głęboko w sobie schował swój smutek, swoją złość, może rozpacz, a może rozczarowanie, że patrzenie na to, jak ktoś inny bez skrępowania to wyraża było zadaniem ponad siły. 

Dopóki nasze dziecko nie wyjdzie z ukrycia, dopóki nie damy mu troski i miłości, której zabrakło, nie ma mowy o autentycznym, pełnym dobrej energii życiu. 



Jak pracować z wewnętrznym dzieckiem? Z miłością!
Masz teraz szansę dać sobie to, czego jako dziecko nie dostałeś, nie dostałaś!

Jak pracować z wewnętrznym dzieckiem? 

Można to robić z terapeutą, można samemu. Ograniczenia  i trudności wynikają przede wszystkim z tego, że sami rzadko, prawie nigdy nie mamy odwagi zaglądać do tej piwnicy o której mowa. Praca z wewnętrznym dzieckiem, to dotykanie w pierwszej kolejności tego co boli i porusza. Jeśli pracujemy sami, bardzo często w tym miejscu robimy w tył zwrot. Uciekamy, oddalamy się od źródła bólu. To normalne, nasz mózg próbuje nas chronić przed konfrontacją. Bez niej jednak nie będzie procesu zdrowienia i świadomości. 

Trzeba ten moment wytrzymać, spojrzeć swojemu dziecku w oczy, ustać tam nawet na trzęsących się nogach. Jeśli nie dasz rady sam, sama, nie warto tego robić na siłę, dobrze poprosić o pomoc. Często to jedno, dwa spotkania, które wszystko zmieniają. Dziecko potrzebuje dorosłego. Bez niego nie urośnie. 

Jeśli pracujesz sam, sama, zatrzymaj się tam gdzie odczuwasz dyskomfort. Przyjrzyj się temu, dopytaj, zobacz, obejrzyj ze wszystkich stron. Ile lat ma Twoje dziecko? Jak wygląda, gdzie siedzi, co robi, jak się zachowuje? Co Ci przychodzi do głowy kiedy się z nim spotykasz? Co chciałabyś mu powiedzieć? 
Czy możesz je przytulić, czy chcesz? 

Kiedy Twoje wewnętrzne dziecko, w procesie wizualizacji, w pracy ze świadomością dostanie od Ciebie wsparcie, zrozumienie i uwagę, może wreszcie zacząć rosnąć i rozwijać się. 

To stan, którego trzeba doświadczyć, bo nie da się go opisać. 

Jedni mówią o uwolnieniu, o fizycznym uczuciu rozwiązania, o kamieniu, który spada z serca, większość doświadcza ogromnej ulgi. 

Co jest w tym procesie zaskakujące? Że dziecko rośnie!! Naprawdę. I dzięki temu, że ono może, Ty wreszcie też zaczynasz. 

To niezwykły i piękny proces. Bardzo Wam go życzę! 


6 miesięcy nowego roku znów za nami. Zróbcie sobie kawkę albo lemoniadę i chodźcie na 7 najważniejszych tekstów, które pojawiły się tu w tym roku. 


Jeśli szukacie odpowiedzi na ważne pytanie, zamknijcie oczy wybierzcie na chybił trafił liczbę, a potem przeczytajcie. Odpowiedź może być bliżej niż się Wam wydaje! 

Dajcie mi znać, który z tych tekstów jest dla Was ważny. I co Wam wyszło z tego niespodziewanego losowania. Czasami odpowiedzi na trudne pytania przychodzą do nas przypadkiem, okrężną drogą. 

A może właśnie tak miało być? 


1. O czym marzą ludzie i jak spełniać, żeby spełnić? 


O czym marzą ludzie? Zwykle o tym samym. Mamy więcej wspólnego, niż nam się wydaje.
Sprawdźcie TUTAJ.

2. Jak chcieć mniej i cieszyć się tym co się ma? 


Jak chcieć mniej? Czy w ogóle warto? A może nienasycenie nam służy?
Przeczytajcie TUTAJ


3. Nawyki, które unieszczęśliwiają


To nie są wielkie sprawy, ale robią nam dużą krzywdę. Czy to także Twoje nawyki?
Więcej TUTAJ.
4. Życie jest krótkie. Nie żałuj, żyj! 


Życie jest krótkie i wartościowe. Naprawdę. Mimo wszystko. To ważny tekst.
Przeczytaj go jeśli jest Ci trudno. KLIK

5. Jak odzyskać siły? 


No właśnie, jak? Jak odzyskać siły, których tak potrzeba? Jest kilka sprawdzonych i skutecznych sposobów.
Więcej TUTAJ

6. O równowadze


I o tym, że jeśli w naszym życiu brak równowagi pomiędzy pracą, duchowością, aktywnością
i tym wszystkim co nas porywa... łatwo stracić to co sprawia, że chce nam się żyć.
Więcej TUTAJ

7. Nikt z własnej woli nie idzie na dno


Ważny tekst. Jeśli brakło Wam ostatnio odwagi by go przeczytać, to warto.
Uważam, że bardzo warto. KLIK

Czekam na wasze komentarze i przemyślenia! Dajcie znać co do Was szczególnie trafiło!
Dziękuję!




Chcemy być tacy jak wszyscy. Nie odstawać, bo to boli. Jeśli nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam. Czy jednak to, że odstaję i nie jestem taki jak wszyscy nie może być powodem do dumy? 


Do tego, że nie kojarzę celebrytów, gwiazd seriali i popularnych historii porywających miliony już przywykłam. Że odcinam politykę i jałowe spory nie bardzo już wiem kto, co i o co też. Ale że w internecie, w którym w końcu w dużej mierze żyję nie kojarzę zjawisk, które zebrały publiczność rzędu 10 czy 40 milionów ludzi, to mnie zdziwiło. Naprawdę. 

Zawsze miałam poczucie pewnej odrębności od tłumu i nigdy za tłumem nie szłam, ale nie zawsze się z tym dobrze czułam. 

Pamiętacie bajkę o "Brzydkim Kaczątku"? Wyrzutku, który nie pasował nigdzie, wyruszył w drogę bo coś go gnało? 

Wiele osób się tak czuje. Jakby wylądowało na planecie Ziemia, wśród swojej rodziny, znajomych, ale na litość boską! To nie ta stacja! To nie to miejsce! O co w tym do cholery chodzi?! 


Czy naprawdę musimy PASOWAĆ?

Ten mit, że trzeba pasować, nie odstawać od reszty wziął się trochę z natury, a bardziej z potrzeby kontrolowania naszej aktywności i zachowań. Ludźmi, którzy boją się wykluczenia, tego że stado ich odrzuci i zostawi znacznie łatwiej jest sterować. 

W czasach plemiennych, w starożytności, jedną z największych kar było wykluczenie i wygnanie. I my się tego nadal boimy, nawet jeśli dzisiejszą formą ostracyzmu jest tylko usunięcie ze znajomych na fejsie. 

Jakie to ma konsekwencje? Ludzie potrafią przeżyć całe życie nie w swojej skorupie, w jakimś ciasnym ubranku, które ktoś im założył. 

Tak właśnie działają te wszystkie "trzeba", "musisz", "nie ma innego wyjścia", "wszyscy tak robią".  

A przecież tak naprawdę nie ma opcji, żebyśmy wszyscy byli identyczni i żeby każdy z nas potrzebował tego samego. 


Nie każde miejsce do którego pasujesz, jest tym do którego przynależysz. 


Tłum jest głupi

Rzuć kamieniem w tłum, a zawsze trafisz w głupca - mówił Mark Twain, a Waldemar Łysiak dodawał, że tłum jest tylko chwilami niebezpieczny,  bo głupi to jest zawsze. 

Osądy tłumu, opinia gawiedzi, to zawsze przeciwne bieguny. Jedni mówią, że super, a inni że tragedia. Jeśli się tego słucha, można dostać rozdwojenia jaźni. 

Tłum składa się z jednostek, ale jednostka przestaje istnieć w tłumie. Dla jednych to straszne, a dla drugich wygodne. Zdejmuje odpowiedzialność, zwalnia od myślenia, daje poczucie przynależności i wspólnoty. Ale także zniewala. I odbiera prawo do decydowania o swoim życiu i przeżywania go w sposób dobry dla nas i dla świata. 


Czy naprawdę trzeba się bać tego, że się odstaje od innych? 

Nie, to jest wymyślony strach, coś co zostało nam zaszczepione, a więc także coś czego można się oduczyć. 

Kiedy jesteśmy dziećmi nie przejmujemy się tym co inni o nas pomyślą. Przynajmniej do pewnego czasu. Potrzeba przynależności pojawia się zwykle na początku szkoły podstawowej i faktycznie bywa bardzo intensywna. Im mniejsza pewność siebie i poczucie własnej wartości tym silniejsza. 

Być sobą, dawać z siebie to co najlepsze, a nie to czego może akurat ktoś oczekuje i wymaga, to jest i tak najpiękniejsza forma daru. Nic lepszego nie mamy. 

Udawanie że jest się kimś innym niż się jest, to koszmarna strata potencjału i energii. Czegoś unikalnego co każdy z nas ma. 

Zawsze lepiej być oryginałem niż kopią, prawda? 


A jak nie odstaję, idę za tłumem i ciągle nie wiem kim jestem? 

Szukaj. 

Clarissa Pinkola Estes, która porusza temat „wyrzutków” w „Biegnącej z wilkami”, pisze: „Jeśli próbowałaś się wtłoczyć w jakiś szablon, ale ci się to nie udało, to masz prawdopodobnie duże szczęście. Może i jesteś wyrzutkiem, ale ocaliłaś duszę. (…) Bez porównania gorzej jest tkwić tam, gdzie nie mamy czego szukać, niż tułać się przez jakiś czas w poszukiwaniu psychicznego kontaktu jakiego nam trzeba. Szukanie swojego miejsca nigdy nie jest pomyłką. Nigdy”

Ja też uważam, że nigdy. 

I chociaż długo szukałam drogi do siebie i do pozbycia się wstydu, że nie jestem taka jak wszyscy to dziś mogę z mocą powiedzieć, że było warto. 

I że to bardzo dobre uczucie. Którego wszystkim życzę. Bo wtedy już nic się naprawdę nie musi. Reszta jest wyborem. 

×