Za oknem letnia burza, być może już ostatnia w tym roku. Dlatego pomyślałam o książkach, bo chociaż towarzyszą mi przez cały rok, to na przełomie lata i jesieni smakują inaczej. I łatwo się w nich zapomnieć. 


O książkach piszę zwykle w Czytam, polecam, ale ponieważ te tytuły, o których chcę napisać dziś chciałabym przedstawić trochę bliżej, poświecę im osobny post. 

Oczywiście to nie wszystkie pozycje, które przewinęły się przez mój dom i walizkę tego lata. Wybrałam jednak 4 szczególne, które zasługują na uwagę i na to, aby poświęcić im ostatnie letnie, albo pierwsze jesienne wieczory. 


1. "Oswobodzenie Silnej Kobiety" - Clarissa Pinkola Estes

Jest to druga książka autorki mojej ukochanej, kultowej już "Biegnącej z wilkami", na którą długo czekałam. 

Tak, jest kompletnie inna niż pierwsza i faktycznie może zaskoczyć. Z pewnością wywoła protesty wielu stron. Katolicy powiedzą, że jest w pewnym sensie obrazoburcza, ateiści i Ci, którzy nie mają wiele wspólnego z wiarą chrześcijańską, że jest zbyt katolicka. Mistycy, że za bardzo dotyka ziemi. Realiści, że buja w obłokach. 

Dla mnie jednak jest to książka o tym jak to wszystko połączyć i upleść we własny, szyty na miarę wianek, dzięki któremu lepiej się żyje. 

Clarisa pisze: "Jedz pożywne jedzenie, odpoczywaj w spokoju, podążaj za swoim przeznaczeniem, zachowaj lojalność, kochaj dzieci, tańcz z radością, dostrój swoje ucho, uczestnicz w misterium śmierci i zmartwychwstania, siej w świecie miłość na wszelkie możliwe sposoby, módl się, mówiąc prawdę, która podniesie na duchu Ciebie i innych". 

I chociaż pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to tylko banał, to ja nie znam lepszej i mądrzejszej recepty na życie. 


Oswobodzenie silnej kobiety - recenzja

2. "Historia pszczół" - Maja Lunde

Nie dajcie się zwieść, to nie jest historia o pszczołach, a właściwie to są one tłem, elementem wszystkich trzech opowieści, które przeplatają się w tej książce jak plastry miodu w ludzkim ulu. 

Czy czeka nas świat, o którym wspomina Lunde w kontekście przyszłości? 
Być może. 

Już dziś pszczoły giną i istnieją rejony, gdzie ludzie musieli przejąć ich zadania, aby zapewnić sobie niezbędne do przeżycia pożywienie. 

Świat bez pszczół, bez owadów, będzie światem martwym. Nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. 

Podobnie nie doceniamy znaczenia pasji, która może sprawić, że prawie dosłownie wstajemy z martwych, lub bez której tacy się stajemy. 

O tym jest ta książka. I jeszcze o miłości, chociaż to już będziecie musieli sprawdzić sami. 


Historia pszczół - recenzja


3. "(Nie) Grzeczni"  -  M. Bajko , M. Janiszewska

Grzeczność to słowo wytrych. Przeze mnie osobiście znienawidzone. Dlaczego? Bo bardzo często tożsame nie z dobrym wychodzeniem, które jest ok, ale ze ślepym posłuszeństwem, z odbieraniem wolności decydowania nawet o sprawach błahych, podporządkowywaniem się zawsze i wszędzie. 

Walce o grzeczność źle pojętą, ciągle niestety towarzyszy niezrozumienie podstawowych mechanizmów psychologicznych funkcjonujących u dzieci, zachowania agresywne dorosłych, którzy nie panują nad własną złością i bardzo, bardzo często brak szacunku do małego człowieka. 

Czy niemowlak, który płacze jest niegrzeczny? Słyszeliście to? Sami tak uważacie? To niedorzeczne. 

Czy maluch rozpaczający nad utraconą lalką przesadza i histeryzuje? Ktoś powiedział, że utrata korony przez króla jest takim samym dramatem jak ta lalka, nie ma więc mowy o przesadzie czy niegrzeczności, ale o różnicy skali. 

My dorośli czujemy presję otoczenia na to, aby nasze dzieci były grzeczne. I to ta presja staje nam na drodze do tego, aby dzieci zrozumieć. 

Jeśli tak jest też z Tobą, koniecznie sięgnij po tę małą, niepozorną, ale bardzo mądrą książeczkę. 

Niegrzeczni  - książka do kupienia także w zestawie z naszym
Macierzyństwem bez Photoshopa! KLIK

4. "Historia wewnętrzna" - Giulia Enders

Na koniec trochę przewrotnie, bo nie o duszy, jak zwykle, ale o tym co w środku. 

"Historia wewnętrzna" to absolutnie fascynująca podróż przez ludzkie kiszki. Na co dzień niedoceniane, wręcz odsądzane od czci, bo kto by się tam zajmował taką prozą życia, gdy poezja woła o uwagę! 

To błąd. Od kilku lat wiadomo już na pewno, że zdrowie jelit i odpowiedni skład naszej flory bakteryjnej wpływają ... właściwie na wszystko. Z pewnością mają związek z nastrojem, samopoczuciem, odczuwaniem lub brakiem energii, a także kilkoma chorobami psychicznymi. 

Nieprawidłowa flora bakteryjna może mieć poza tym związek z wieloma chorobami, których w życiu nie łączyliśmy z jelitami, np. cukrzycą.

Tą książkę czyta się jak kryminał, powieść i komedię w jednym. Jest przezabawna, niesłychanie ciekawa i bardzo, bardzo ją polecam. Nawet jeśli nigdy nie interesowaliście się biologią. 


Historia wewnętrzna -  recenzja


A Wy? Co czytaliście tego lata? Jakie pozycje zagoszczą na waszej półce na jesieni? Podzielcie się koniecznie! 



Wyjeżdżamy i wracamy. Zawsze za szybko. Co warto ze sobą przywieźć z wakacji, aby ten czas pozostał z nami jak najdłużej, aby był w nas obecny? 

Wracamy z wakacji często z nadbagażem, a nie przywozimy ze sobą tego, po co pojechaliśmy. Bagażnik czy walizka trzeszczy w szwach, a my czujemy zawód, bo coś znowu poszło nie tak. Zapomnieliśmy o tym co istotne. Reszta pokrywa się kurzem, a nad wszystkim wisi tęsknota. Za czasem, który MA ZNACZENIE. 

Jeśli jesteście jeszcze przed wakacyjnym wyjazdem, warto się temu przyjrzeć. 

Jeśli po: zweryfikować. 

Jeśli w trakcie: sprawdzić, czy to co naprawdę istotne znajdzie się w waszym bagażu powrotnym. 

Jeśli czujecie żal, że nie poszło tak jak trzeba, to okazja do tego, aby dawać sobie więcej tych rzeczy w codzienności. 

Da się! Da naprawdę! 

Co więc naprawdę warto przywieźć do domu z wakacji? 


1. SPOKÓJ

Ten najprawdziwszy, który czujesz w środku. Jeśli w codzienności czujesz się jak rozedrgana kula, to naprawdę najwyższy czas coś z tym zrobić. 

Spokój nie oznacza braku problemów, czy spraw do załatwienia. To trudne nawet na wakacjach, bo przecież zawsze coś trzeba. 

Spokój to umiejętność powracania do stanu równowagi, poczucie, że mimo wszystko panuje się nad swoim życiem, lękami, zamartwianiem się czy skłonnością do nadmiernej kontroli. 

To cudowne uczucie, które warto pielęgnować. 


Dziecko i konie. Połączenie pełne magii. 


Zwierze, które emanuje spokojem, to wspaniały nauczyciel dla człowieka




2. Obecność

W tym osławionym "TU i Teraz", o którym wszyscy słyszeli, ale mało kto był. Na wakacjach to prostsze niż kiedykolwiek, a potem... potem wchodzi w krew. 

Skup się na tym gdzie jesteś i co robisz, na tym co odczuwasz, jak odczuwasz i jakie emocje to w Tobie wywołuje. 

Jeśli głaszczesz psa, bądź głaskaniem. Jeśli pijesz kawę, poczuj jej aromat, smak, strukturę, przyjrzyj się naczyniu, zobacz stół na którym stoi. 

Jesteśmy tak przerażająco nieobecni, że życie mija nam jak we śnie. Czas się obudzić, najwyższy czas. 


Grabarka, miejsce bardzo niezwykłe, miejsce mocy



3. Pogodzenie się ze sobą

Bo chociaż w teorii siebie znamy i może nawet lubimy, to jednak ciągle mamy do siebie pretensje. O własną nieadekwatność, nieskuteczność, brak tego, albo tamtego. 

Gdyby tak zamiast tych pretensji odkopać w sobie łagodność, tą którą kierujemy zwykle do dziecka, kochanka, kogoś kogo wielbimy bezgranicznie i dać to sobie? 

I pojechać z tą tkliwością do domu? 
Cuda. Mówię Wam, dzieją się cuda. 



Figura Matki Bożej z początków ubiegłego wieku, na terenie Zamku Biskupów w Janowcu



Janów Podlaski


Co warto przywieźć z wakacji? Prawdziwszego siebie! 


Stadnina koni w Janowie Podlaskim. Lubimy :) 

4. Łagodność

Łagodność rodzi się ze spokoju, obecności i pogodzenia się ze sobą. Za każdym razem gdy mnie na nią nie stać, obserwuję, że stoją za tym brak zrozumienia siebie, brak kontaktu ze swoimi emocjami, prześlizgiwanie się po rzeczywistości bez rozeznania gdzie jestem i czego doświadczam. 

Łagodność jest dobra na wszystko. Na ten dzień po wakacjach, gdy zdaje się, że świat wali się nam na głowę bo tysiąc spraw krzyczy o naszą uwagę. I na ten gdy stwierdzamy, że nie musimy robić wszystkiego na raz, tylko czasem odpuścić sobie i innym, działać wolniej, ale z rozmysłem, uspokajać fale emocji. 

Szukajcie łagodności na wakacjach i pakujcie ją do walizki. Upychajcie między ziarnami piasku i muszlami z nad morza. 

Przyda się przez cały rok. 


Zamek Biskupi w Janowie Podlaskim.
Miejsce z niezwykłą historią. Także moją. Jest szansa, że kiedyś ją opowiem:) 


5. Poczucie sytości

Chociaż wakacji rzadko mamy dość, to możemy się nasycić sobą, doświadczeniami, przyjemnością, radością z tego że ten czas nas spotkał. 

Tak syci możemy wrócić do domu i ... planować kolejne wakacje albo życiowe rewolucje.

Jakkolwiek by się skończyły wasze wakacyjne rozmyślania, życzę Wam bardzo, żeby był to bardzo owocny czas. 

Dajcie znać czy tak było! 




Co jest powodem tego, że jesteśmy niezadowoleni z siebie, swoich domów, związków, dzieci? Wyobrażenia. Szczególnie te o idealnym życiu, partnerze, egzystencji rodem z magazynu o designie i fotek na Instagramie. To one szepczą nam ciągle do ucha, że nie dość i że cieszyć można się później, gdy już to wszystko się ma. Tylko że to później nie przychodzi nigdy. 


Żyjemy w dziwnych czasach. Jeszcze nigdy nie byliśmy od siebie tak daleko i tak blisko jednocześnie. 

Jeszcze 20 lat temu, gdy chcieliśmy pozostać z kimś w kontakcie trzeba było pisać listy, przesyłać sobie analogowe fotografie, wydawać krocie na telefon. 

Dziś komunikacja, przynajmniej w warstwie formalnej, przebiega bez problemu. Zaglądamy sobie do łóżek i do lodówki, widzimy co kto je na śniadanie i jak umalowany/ uczesany wychodzi do pracy. 

Siłą rzeczy to co sami pokazujemy i to co oglądamy, to są te najlepsze momenty. Rzeczywistość wystylizowana i zagrana pod oko kamery czy aparatu foto. Okraszona filtrem, poprawiona w dziesiątce ujęć. 

Ile w tym prawdy? Sami sobie odpowiedzcie. 

Reszty w końcu nie widać, reszty się wstydzimy i myślimy, że jej nie ma. A bez tej reszty nie mamy pełnego kontekstu i dajemy się wpędzać w maliny wyobrażeń. 


Smutna prawda o naszych czasach

Ikea, przeprowadziła niedawno ciekawe badania i przygotowała raport "Life at Home" (linkuję wersję anglojęzyczną bo polskiej nie znalazłam - tu artykuł, który ukazał się na stronie radia Chilli Zet). O co chodziło? O to dlaczego trudno nam się zrelaksować w naszych domach, dlaczego nas nie cieszą, co nam najbardziej przeszkadza i jak można to zmienić. 

Abstrahując od czysto marketingowego wydźwięku tego opracowania, można wysnuć ciekawe, ale też dość przygnębiające wnioski. 

Po pierwsze dopada nas presja spędzania czasu w określony, aktywny i modny sposób. Wiecie, pewne rzeczy są już passe i po pracy nie wypada już wrócić ot tak do siebie i założyć kapci. Normalne życie stało się synonimem obciachu. 

Po drugie, czujemy imperatyw aby utrzymywać swój dom w idealnym stanie. Bałagan nie wchodzi w grę. Wstydzimy się swojego nieidealnego domostwa przed znajomymi i rodziną.

Po trzecie wpadamy w poczucie winy, że posiłki które gotujemy nie są dość zdrowe i wyszukane. 

Wreszcie: jak wisienka na torcie, porównujemy się w tych wszystkich kwestiach z obrazami prezentowanymi przez znajomych, influancerów internetowych w social mediach i czujemy jak bardzo odstajemy. Jak dalecy jesteśmy od mitu idealnego życia, które warto sfotografować i umieścić na Instagramie. 


Czy naprawdę musimy być idealni? 

Gdyby te badania rozciągnąć dalej, potraktować szerzej okazałoby się, że tak jest we wszystkich aspektach naszego życia.

Wstydzimy się, że nie odnieśliśmy spektakularnego sukcesu zawodowego, tylko mamy "zwykłą" pracę. A czy naprawdę każdy musi? Czy to w ogóle realne? Czy chociaż tego chcemy naprawdę? 

Wolelibyśmy spędzać wakacje na Malediwach, albo chociaż w Grecji, w końcu wszystkie koleżanki wstawiają zdjęcia stamtąd - więc wakacje na działce babci czy w leśniczówce u znajomego jawią się szczytem obciachu i nie potrafimy się nimi cieszyć. 

Partnerów też się wstydzimy, no bo w końcu tacy zwykli. Żeby chociaż była piękna/ był przystojny, a tak to szału nie ma. W dobie piękności ze zdjęć foto w mediach społecznościowych byle Grażynka czy pan Czesiek, nie ma żadnych szans. A przecież też mają prawo do miłości i szczęścia!

Pod pręgierzem oceny ugina się też nawet nasze życie seksualne. Mężczyźni wychowani na filmach porno mają kompleksy, że nie mogą sprostać wyobraźniom swoich partnerek i odwrotnie.  

Na samym końcu, albo na początku tej wyliczanki zabieramy się za siebie. I też okazuje się, że wcale nie pasujemy. A to za grubi, a to za chudzi, za starzy i w niemodnych butach. Jak tu się samemu ze sobą pokazać? 


Jaki świat jest prawdziwy? 

Ten który widzisz w krzywym zwierciadle tego, co ktoś chce Ci pokazać, czy ten wokół Ciebie? 

Czy naprawdę wierzysz w to, że w idealnych domach nie osiada kurz, idealne dzieci nie bałaganią i nie mówią nigdy "kupa,gówno i nie lubię Cię?"

Jak się czujesz, gdy uświadomisz sobie, że naprawdę nie musisz się aż tak starać? 

Gdy przyjmiesz do wiadomości, że nawet na idealnie proporcjonalnej twarzy modelki z Instagrama wyskakuje czasem pryszcz, a koledze, który jeździ najlepszym autem w dzielnicy też zdarza się mieć doła i wszystkiego dosyć?  

Że komuś też, tak jak Tobie bywa trudno i źle, że dużo go kosztuje utrzymanie tego mirażu bycia zawsze od linijki, perfekt i w głównym trendzie? 

Ulga, co? Kiedy zdejmujemy maski i wyłączamy filtry, stajemy się prawdziwsi. I dopiero wtedy mamy szansę na prawdziwe życie. 


Idealne życie nie istnieje

Idealne życie, idealne obrazki z niego, należy traktować jako inspirację i rodzaj życiowego folkloru. W istocie, większość z nas jest przerażająco zwyczajna. Mierzy się z przeciwnościami losu, nieładem, niedociągnięciami i życiem, któremu daleko do sesji foto w czasopiśmie. 

Ale czy to naprawdę źle? Czy takie wygórowane, często nierealne pragnienia, w ogóle mają sens? 

Przeważnie nas tylko unieszczęśliwiają i stają nam na drodze. 

Kiedy to uznamy, kiedy naprawdę doświadczymy tego, że zwyczajność: dzisiaj, jutro i pojutrze jest wszystkim co mamy, damy radę się tym cieszyć i odnaleźć satysfakcję. 

To także może być motorem zmian, petardą, która poniesie nas wyżej, w stronę marzeń, ale już bez mrzonek o tym, że gdzieś, kiedyś, z kimś, w jakiejś innej galaktyce, będziemy jak wszyscy czyli nikt.


A Ty, czy akceptujesz swoje nieidealne życie? Co sam o nim myślisz?




Uczy się nas schematu budowy pierwotniaków i wzoru na kwas solny, a tymczasem, w szkole życia, pozostajemy uczniami ledwie miernymi, jeśli nie takimi, co repetują rok po roku. Gdyby matura, czyli egzamin dojrzałości oznaczał to, na co literalnie wskazuje słowo dojrzałość, oblalibyśmy z kretesem. Bez względu na to czy mamy 19 czy 40 lat. 


U progu dorosłości, w kwestii tych najistotniejszych dla naszego funkcjonowania kompetencji, pozostajemy często uczniami wybitnie źle przystosowanymi i nieprzygotowanymi do wyzwań, które nas czekają. 

Co tak naprawdę wiesz o związkach? 
Czy potrafisz rozwiązywać konflikty? 
Czy umiesz rozmawiać? 
Czy wiesz jak wychodzić z opresji? 
Czy masz świadomość swojej siły sprawczej? 
Mocnych i słabych stron? 
Czy wiesz jak prosić o pomoc? 
Jak odmawiać? 
Jak dbać o swoje granice i nie przekraczać granic innych osób? 
Jak oddzielić manipulację od troski? Miłość od zawłaszczania? 
Samodzielność od samotności?
Asertywność od agresji?

Jak bez tej wiedzy funkcjonować? 

Żyjemy w micie idealnego życia, a o prawdziwym nie wiemy prawie nic. 

Nie ma się co zresztą dziwić. Nikt nas tego nie uczy bo większość sama nie umie. 


Nauka to potęgi klucz

Nie zrozumcie mnie źle. Życie to fantastyczna przygoda, pełna nadzwyczajnych chwil, ulotnych momentów i spotkań, które zapadają w pamięć. Są w nim takie dni, kiedy chce się płakać ze szczęścia i takie kiedy wydaje się, że już nic nie ma sensu. 

Nie da się na to w pełni przygotować, ani przećwiczyć doświadczalnie każdego możliwego scenariusza. Kiedy przychodzi miłość, zawsze jesteśmy bezbronni. Kiedy rodzi się dziecko, już w pierwszej chwili po tym jak pojawiło się na świecie wiadomo, że wszystkie złote rady, pełne emfazy recepty i podręczniki z jedyną słuszną wiedzą na temat wychowania nadają się przeważnie tylko do palenia w piecu. 

A jednak ciągle tak mało umiemy. Tak mało wiemy. 

Uczymy się ratować życie (dobrze!), uczymy się tego, jak działa świat, wiemy to i owo o technice i astronomii, każde dziecko potrafi dziś obsłużyć smartfona i tablet,  dlaczego jednak nikt nas nie uczy jak żyć?

Jeśli nie dostajemy instrukcji obsługi procesu, dobrze zadbać o nią samemu i uczyć się! Uczyć aż do śmierci!



Nie rozumiem jak można bać się śmieci. Bójmy się bezsensownego życia. 


Żaden dzień się nie powtórzy


„Choćbyśmy uczniami byli – pisała Szymborska – najtępszymi w szkole świata, nie będziemy repetować, żadnej zimy ani lata. Żaden dzień się nie powtórzy”. 

Nie ma dwóch podobnych nocy, dwóch tych samych pocałunków. 

Jeśli czujesz, że masz ciągle repetę z poważnych życiowych zadań, nie wychodzi Ci w związkach, w pracy, popadasz w konflikty, w kółko powtarzasz te same scenariusze, ucz się! Szukaj rozwiązań! 


Jestem za stary na zmiany!? Bzdura!

Spotykam często osoby, które tak myślą, częściej jeszcze ujawniają się one w anonimowych komentarzach pisząc, że się nie da, że za późno, że smutne dzieciństwo i teraz to już nic nie da się zrobić. 

Da się! Naprawdę! 

Uczymy się całe życie i nawet w podeszłym wieku można wyćwiczyć się w istotnych dla naszego funkcjonowania kompetencjach. Większość z Was nie jest jednak wcale po sześćdziesiątce, czy siedemdziesiątce, a co najwyżej na półmetku życia! 

Dlaczego więc stawiacie na sobie krzyżyk? Dlaczego nie dajecie sobie prawa do nauki, dzięki której ta druga połowa może być lepsza niż pierwsza? 

Nie umiesz odmawiać? Ćwicz, ucz się! Czujesz się jak pasażer tramwaju, który jeździ w kółko, a to już dawno nie Twoja trasa? Wysiądź. Usiądź, rozejrzyj się, zastanów nad perspektywami, zmierz się z tym, czego się boisz. Wypowiedz życzenie. Miej odwagę mieć marzenia, a nie tylko cichą rezygnację. Sięgaj na półkę życia po to czego bałeś się dotknąć. 


Ciągle to do mnie wraca. 
Że umiemy tyle niepotrzebnych rzeczy, a te istotne, naprawdę istotne pozostają co najwyżej snem śnionym po cichu, z którym niewielu ma odwagę się spotkać. 

Jak jest z Tobą? 




Śmiali się z niej Ci mądrale i asceci o duszach sztywnych i białych jak prześcieradło, chichotali z półuśmiechem na półustach, kiwali główkami jak piesek z auta. Co to za kobieta? -pytali. 


Duchowa przewodniczka od garnka parującej zupy - kpili. Taki mieli ubaw, takie mieli używanie, że zapomnieli co jest co. Aureola świętości zsunęła im się z czółka, gwiazdki nad głowami straciły rachubę, a ascetyczne kości zamarzyły o obiedzie.

Rechotali i rechotali.

Bo kto to w ogóle widział: kobieta - derwisz, kobieta - mędrzec, kobieta - świątynią ducha? No żeby chociaż pościła, żeby chociaż mieszkała w jaskini, znała trudy odosobnienia, kopała się z dniem codziennym jak z koniem, żeby odmówiła z tysiąc modlitw, odprawiła medytacje, nie piła, nie tańczyła, nie grała w lotto. A ta odwrotnie. Jeszcze matka! Nie miesza się sacrum i profanum- krzyknął jeden odważny, nie miesza duszy z krwią, co za pomysły - przytakiwali inni. Że niby taka objawiona. Taka wzniosła. Osiągnęła podobno spokój, nie dotyka jej zmieszanie świata, szczęśliwa, pogodna i pogodzona. Podobno zna odpowiedzi.

Ubaw po pachy, śmiech na sali.


A ona nie dba o żarty, nie dotykają jej ich kpiny. Gotuje obiad, medytuje nad szklanką herbaty, mruży oczy jak kot. Wstaje rano i dziękuje za nowy dzień, kładzie się wieczorem i kłania księżycowi, pozdrawia słońce, śmieje do deszczu. Bawi dzieci zamiast odprawiać modły, nie traci godzin na pacierze. Kroi ziemniaki i segreguje myśli, wącha goździki i letnie kwiaty, zachwyca się życiem, miewa brudne ręce i nogi. Skalała się krwią, skalała miłością, krzyczała przy porodzie, wyła w gorączce, myliła tysiąc razy i potykała dwa miliony. 

Znachorka, mistrzyni w czułości, ułożyła już wszystko. Nie udowadnia, nie chodzi nauczać, nie wypełnia blankietu na prawdę, nie pisze biblii codzienności. Kurs Zen skończyła w połogu. Nie wytrącisz jej z równowagi. Kiedy trzeba kiwa się na wietrze jak potrącony kręgiel; zna opór materii, wie kiedy warto, a kiedy nie. Uśmiecha się często, tarza po dywanie, suszy zioła i gniew na słońcu. Wyzbyła się chciwości, chociaż przecież pragnie, odrzuciła strach, chociaż czasem się boi, mistrzyni uważności, najlepiej zna Tu i Teraz. Nie wisi w asanie, nie zrobi szpagatu. 


Spotkali się kiedyś. Stary filozof, o twarzy pomarszczonej jak sucha figa, zgięty ku ziemi, milczący i ona w kwiecie wieku, w koszulce w kwiaty. Popatrzyli sobie w oczy, pokłonili, spojrzeli w niebo. Nic nie mówili, nie wyjaśniali, nie krzyczeli. Posiedzieli razem, a po chwili odeszli przed siebie, każde w swoją stronę. 

A mądrość była jak była. Omijała sztywniaków, drapały ją w nogi prześcieradła, wolała przeciągi i smaczne żarcie. 

Tamci pościli, drwili i szukali jej w opłotkach. Na próżno.




W ostatnią niedzielę gościłam w radiowej Czwórce. Opowiadałam o tym skąd się wzięła Manufaktura, o tym jak to jest być czarownicą na skraju wioski zwanej internet i jeszcze o paru innych rzeczach. 


To chyba najdłuższa taka rozmowa o Manufakturze, która pojawiła się w medialnej przestrzeni i myślę, że także ciekawa dzięki parze przemiłych prowadzących.  Pozostało mi Was serdecznie na nią zaprosić.

Dajcie znać czy coś Was zaskoczyło :)  

Ps. Za dużo się śmieję, wiem ;)  Przepraszam! 


Manufaktura Radości w radiowej Czwórce: KLIK




Jeśli cisza jest tym co Cię przeraża i wywołuje niepokój, to oznacza, że tym bardziej jej potrzebujesz. Nie zasłaniaj się dźwiękiem, nie zagłuszaj jej szumem telewizji. Nie słuchaj nawet muzyki. Pobądź w niej. Tylko tam możesz naprawdę usłyszeć siebie. 

Zawsze lubiłam ciszę. Zawszę. Kiedy pracuję, pracuję w ciszy. Kiedy wracam do domu, nigdy nie włączam urządzeń emitujących hałas. Nie mam radia, nie potrzebuję towarzystwa telewizji. "Być może dlatego tak dobrze idzie Ci praca" - powiedziała ostatnio moja koleżanka. 

Badania dowodzą, że hałas podnosi nasz poziom agresji, zmniejsza odczuwanie empatii, wpływa na poziom hormonów stresu, przyczynia się do powstawania poważnych chorób. 

Tak, ten zwykły, na pozór wcale nie intensywny hałas codzienny który nas otacza i do którego dodajemy grające radio, dźwięki powiadomień w komórce, krzyk, który nie raz i nie dwa gości w naszym domu. 


Uzależnieni od hałasu


Znam ludzi, którzy w ciszy nie mogą wytrzymać pięciu minut. Patrząc z boku można powiedzieć, że to nic groźnego, ale to uzależnienie od wypełniaczy, od aktywności, od dźwięków, które odwracają uwagę jest naprawdę niebezpieczne. 

W hałasie nie słychać siebie. 

Nie ma kontaktu, nie ma prawdziwej relacji. Rozproszony umysł ciągle gdzieś ucieka, ciało jest jak lewitujący w przestrzeni przedmiot, na którym nikt nie ma kontroli. 

Wychodzenie z hałasu w stronę ciszy może być trudnym zadaniem, zwłaszcza jeśli towarzyszy nam właściwie bez przerwy, jest tłem na którym funkcjonujemy ... od zawsze. 

W pierwszej chwili może się pojawić niepokój, smutek, rozdrażnienie, potrzeba natychmiastowej aktywności zrobienia "czegoś", byle tylko ta cisza przestała dzwonić w uszach. 

Ale to da się przetrwać, da się przeżyć. 


O ciszy także w moim felietonie w "Sielskie Życie". Do znalezienia w kioskach! 


Wakacje od dźwięków? 

Może uda się je zorganizować, nawet jeśli jedziesz w miejsce które z ciszą niekoniecznie się kojarzy. Spróbuj posiedzieć na plaży, wieczorem, kiedy nie ma prawie nikogo. Położyć się w wodzie, iść do lasu. Nie bierz ze sobą telefonu, jeśli idziesz z kimś, umówcie się, że pomilczycie oboje przynajmniej chwilę. 

Popatrz w chmury, spróbuj się wyciszyć, zminimalizować ilość dźwięków, które do Ciebie dochodzą. Może będzie to tylko chwila, a może ten czas przedłuży się i wejdzie Ci w krew? 

Cisza bywa oszałamiająca tak jak zimna woda: w pierwszym momencie. Potem jest tylko lepiej. 

Zyski? Zysków jest mnóstwo. Skorzystasz zwłaszcza wtedy jeśli czujesz się zagubiony, zagubiona, albo masz wrażenie że świat wchodzi Ci na głowę. 

Z wakacji, w których znajdziesz czas na to aby siebie usłyszeć możesz wrócić naprawdę innym człowiekiem. I nie są to puste słowa, które brzmią w ciszy. 


×