Czy tego chcemy, czy nie, 2014 jest już pod kreską. Ledwo zipie. Zaraz się skończy, aby ustąpić miejsca młokosowi w sandałkach. 

Dla mnie to był dobry rok. Także tutaj na blogu. Powstało wiele tekstów i wiem od Was , że poruszyłam masę istotnych tematów.  Poniżej znajdziecie mój subiektywny wybór tego, co moim zdaniem najważniejsze, najmocniejsze i najbardziej trafiające do serca. Weźcie sobie to, czego Wam najbardziej potrzeba. 

Niech ta końcówka będzie bogata w przemyślenia i podsumowania. A potem.. potem zaczniemy wszystko od nowa:). 




Zaczęłam 2014 z grubej rury, mówiąc, że wszyscy mamy przesrane. Tak właśnie jest, tyle że nie kryje się za tym żaden nihilizm ani zachęta do rezygnacji z marzeń. Z "wszyscy mamy przesrane", tak naprawdę płynie nadzieja. Bo chociaż nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli, to każdy, absolutnie każdy, może ze swoim życiem zrobić coś dobrego. Przeczytajcie. Ku pokrzepieniu:)



Prosta ludowa mądrość mówi, aby nie wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. Nie inwestować całej energii, sił i czasu w jedną część życia. Bo jak się zbije, jak się stłucze, to jest tragedia. Dlatego poszukiwanie równowagi, sensu, swojego miejsca to jest praca na całe życie.  To co najważniejsze, nie może być na łasce tego co mniej ważne.


Pozytywne myślenie ma strasznie słaby PR. Mówi się, że inteligentni ludzie, nie mogą myśleć pozytywnie, że jest to raczej domeną mało świadomych głuptasów.  Widzimy to, co decydujemy się widzieć. Słyszymy to co chcemy słyszeć, żyjemy tym, czym wybieramy żyć. Negatywne myśli wpływają na nasze życie, tak samo jak te pełne światła. Pozytywnie, ale właściwie po co??




O tej miłości można by tak dużo... A ciągle króluje jej wydelikacony, romantyczny obraz, który z rzeczywistością ma wspólnego tyle co nic. W tym tekście trochę radzę, chociaż rad nie lubię. Piszę o bólu, o rozstaniu, o poszukiwaniu samego siebie, a przede wszystkim o tym, czemu miłość nas nie zbawi, jeśli sami tego sobie nie zrobimy. Rady nie od parady.  Nie tylko dla zakochanych. 





Ciało jest naszym ostatecznym sprawdzianem. To miejsce, którego nie możemy opuścić do śmierci. Nie da się z niego uciec, nie można przeprowadzić dezercji i żyć sobie potem gdzie indziej. Nie da się. Po prostu. A jednak, mimo wszystkich zmian, mimo rewolucji, mimo odmiany paradygmatu, ciągle mamy problem z ciałem. Czy zgadzasz się być niewidzialna? Czy sama siebie widzisz? Uwierz w ciało. A najlepiej je pokochaj. 



Czy umiecie stawiać granice? Czy uczycie tego własne dzieci? Wreszcie czy szanujecie ich granice i te które stawiają Wam inni ludzie? To ważna nauka.  Kto nie umie, ten na korepetycje!!! Stawiania granic można się nauczyć. To świetne postanowienie na nowy rok:) 



Mocny tekst, o mocnych sprawach. Czasem jest tylko albo - albo. W sytuacji granicznej, w sytuacji w której chodzi o życie, nie ma miejsca na połowiczne rozwiązania. Kiedy jesteś w złym miejscu, w złym związku, w sytuacji, która Cię tłamsi, musisz działać. Nawet jeśli to boli. Po prostu. 


Relacje między matkami, a córkami są jednymi z najpiękniejszych i najtrudniejszych w życiu. Jak je budować? Jak pielęgnować? Czego absolutnie nie robić kiedy jesteś córką, matką? O trudnej sztuce relacji. Subiektywnie, najważniejszy tekst jaki w tym roku napisałam. 



Słowa leczą, słowa kaleczą. Uważaj na słowa. Zanim coś powiesz zastanów się czy to konieczne, pożyteczne, czy warto w ogóle otwierać usta. Przypowieść na całe życie. Szkoda, że nie wszyscy potrafimy milczeć. Szkoda, że nie każdy ma trzy sita. 



Tego już nie ma. Zgubiło się w cywilizacji. Zapadło pod ziemię i próżno drzeć ją gołymi rękami. Solidarność kobiet, w wydaniu europejskim, jest mitem. Nasza bliskość jest bliskością z oddalenia. Coraz mniej intensywną i żywiołową. Ściskam Was jak siostra siostrę. Bądźmy dla siebie dobre. 


Napisz proszę, który tekst jest dla Ciebie szczególnie ważny. 
I podaj dalej :) 



W tym świecie, w którym liczą się tylko złe wiadomości, można by powiedzieć o nas wiele okropieństw. Że kradniemy, jesteśmy obojętni, smutni i wrogo do siebie nastawieni. Ale to byłaby nieprawda, albo tylko maleńka część prawdy. Bo jesteśmy, potrafimy być także wielkoduszni, dobrzy, hojni i ciepli. I wyciągając rękę do drugiego człowieka sprawiamy, że zaczyna on wierzyć w lepszy świat. 



O dobroczynności wiele ostatnio. Taki czas. Święta sprawiają, że nasze serca stają się miększe, dzielimy się tym co mamy, widzimy tych, którzy czasami zdają się być dla nas niewidzialni. 

Bardzo wielu z nas pomaga. Tak jak może, tak jak potrafi, na tyle na ile nas stać. 

Każda pomoc jest ważna i wartościowa. 

Kiedy ktoś jest głodny, potrzebuje najpierw zapełnić żołądek, a nie słuchać wykładu o łowieniu ryb. Ale prawda o tej pomocy jest także taka, że część jest przypadkowa i nieprzemyślana. I w gruncie rzeczy niczego nie zmienia. Dokłada się do kolejnego kieliszka na ulicy, albo zapełnia następną strzykawkę. 

Najsensowniejsza pomoc działa długofalowo. I zmienia coś więcej niż tylko zewnętrzne okoliczności. 

W dzieciach nadzieja

Ze wstydem przyznaję, że nie miałam pojęcia o tym, jak wielka jest skala biedy w bogatej Warszawie. A przecież Stolica to tylko czubek góry lodowej. Są jeszcze jakieś Siedlce, Inwałd, mała wieś pod Płońskiem, tysiące miejscowości, w których bezrobocie szybuje wysoko, a rozwój jest czymś tak abstrakcyjnym jak loty w kosmos. Ktoś lata. Ale nie u nas.

Tu myśli się o tym, żeby przeżyć, żeby starczyło do pierwszego, żeby były buty na zimę. 

Wszędzie tam mieszkają także dzieci. I one marzą. Mają nadzieję, która wykracza daleko poza nowe zabawki z reklamy, często sięga gwiazd. 

W dzieciach jest nasza nadzieja, ta najprawdziwsza, absolutnie unikatowa. To one będą POTEM. To ich sukcesy zmienią to, co nie zmienia się od lat. Ich rękami można pokruszyć zastane przez pokolenia koleiny nałogów, biedy, porażek i poczucia, że do niczego się nie nadajemy. Ich wiara w siebie może zdziałać cuda. Tylko skąd ją wziąć? Kto ma ją rozniecać? 

No właśnie....

Ręce, które leczą

Rozejrzyjcie się wokół i poszukajcie miejsc, które pomagają naprawdę. Także lokalnie. Cudowni ludzie, robią cudowne rzeczy. Tak jak Powiślańska Fundacja Społeczna, która wspiera rodziny  i właśnie dzieci, które bardzo potrzebują tego, aby ktoś dał im uwagę, czas i nauczył tego, co niekoniecznie jest dostępne w rodzinnym domu. Piec szarlotkę, zrobić kanapki. Odrabiać lekcje. Odnaleźć swoje talenty. Wyrównać szanse, które są o wiele niższe, już na starcie. 


Powiślańska pomaga lokalnie, w Warszawie
. Prowadzi dwie świetlice, gdzie dzieci mogą dostać to, o co nieraz trudno w rodzinnym domu. Pomoc dostają także rodzice. Dzięki wsparciu fundacji uczą się, jak być lepszymi rodzicami. 

Tak Kochani, także w Warszawie, w jednej klasie, są dzieci, które 3 razy w roku jeżdżą z rodzicami na wakacje na drugi koniec globu i takie, które nigdy nie były poza Stolica. No chyba, że liczyć wyprawę do cioci pod Pruszków... 

Warto im pomagać. Dać mozliwość, żeby wyszły poza zaklęty krąg biedy i miały szansę na to, co wielu z nas wydaje się takie oczywiste i proste. Niestety nie dla wszystkich takie jest. 

Drugą organizacją, o której warto napisać jest Stowarzyszenie Wiosna, które zapoczątkowało nadzwyczajny projekt Akademia Przyszłości.  Dzięki Akademii, w całej Polsce, dzieci, które do tej pory znały tylko smak porażki, uczą się jak wygląda i smakuje zwycięstwo. Otrzymują opiekę i wsparcie. Czują się partnerami i odzyskują wiarę we własne siły. Projektują swoje życie, odzyskują odwagę i moc do tego, żeby spełniać swoje marzenia. 




AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI
to System Motywatorów Zmiany.
Ogólnopolski program, który za pomocą unikalnej metody pracy przeprowadza dzieci od porażki w szkole do sukcesów w życiu.


Ta pomoc ma sens. 

Ciągle wokół nas jest wiele biedy i alienacji.  To powinien być nasz wyrzut sumienia. Nie odwracajmy się od tego plecami. Nie chowajmy głęboko, bo jest mało fotogeniczne. 

To nasza społeczna odpowiedzialność. To także nasz dług wdzięczności, który trzeba spłacić. 

Kropla, po kropli

Nie trzeba mieć milionów, aby pomagać. Także teraz, gdy szykujemy się do świąt. Zobaczcie, jak wiele jedzenia marnujemy co roku. Pomyślcie o tych prezentach, które wylądują znów na dnie szafy. 

Może uda się Wam namówić rodzinę, aby wspólnie komuś pomóc? 

Może zrezygnujecie z ósmego ciasta, a fundusze przeznaczycie na to, aby zmienić czyjeś życie? To brzmi górnolotnie, ale NAPRAWDĘ się dzieje!

Pomagając stajemy się lepszymi ludźmi. Warto więc pomagać nie tylko dla innych... ale także dla siebie. 

Ciepło o Was myślę. Bądźmy hojni! 





Niedziela, pada. Szarość nie chce ustąpić, ale nie mamy zamiaru ulec szarości. Na mieście mieszka kolor, postanawiamy go poszukać. Przedświąteczny weekend, jeszcze nie tak gorący, jak ten, który będzie za tydzień. Ruszamy. Deszcz jedzie razem z nami. 




Tato, czy da się zatrzymać światło? 



Na pewno da się uchwycić miękkość


Albo blask... jak ten z Ćmielowa



W mojej głowie też czasem kwitną różne rzeczy... rozumiem...


Radość. Stężona :) 


Światło, które mnie urzekło

Miasteczko, by Mamolo. Dziewczyny znajdziecie także za tydzień na targach w Pałacu. 


I Matka po godzinach. Zioła od razu suszone. I do tego dobra gospodyni!!


Róż, ach ten róż..




Bombki z Bombkarni. 


No i czary na twarzy :) 

A jutro poniedziałek. Oddycham już świętami. Zamykam sprawy zawodowe, podsumowuję ten rok, planuję kolejny. W kalendarz wpisuję odpoczynek. 


Miesiąc świąt, to także ten, w którym zapada najwięcej decyzji o rozwodach, gdy statystycznie martwimy się i kłócimy najczęściej, straszą nas perspektywy ogromnych wydatków i zobowiązań, oraz wspomnienia tego, czego nie udało się zrealizować w całym roku. Co zrobić, żeby grudzień był nie tylko DO PRZEŻYCIA, ale i DO ZAPAMIĘTANIA? Trzy zasady, garść rad. 

Dobry grudzień? Do it yourself! 


1. Wybieraj świadomie

Świadomie, oznacza widząc konsekwencje i wybierając to, co nam się przysłuży, a nie to co się nam tylko przytrafi. Ludzie często w kółko robią to samo, a potem dziwią się i złoszczą, że efekty są zawsze identyczne. Jakim cudem ma być inaczej?

Planując święta, dobrze pomyśleć o tym, co w nich lubimy, wyłuskać z worka dni te, które mogą dać nam najwięcej radości, a także opisać sobie to, czego organicznie nie znosimy i co przyprawia nas zawsze o ból głowy. 

Z tego można zrezygnować. Nie musisz biegać na ostatnią chwilę po przepełnionych centrach handlowych, albo odwiedzać cioci Stasi, która znów, mimo setki upomnień i próśb, przy stole pełnym gości zapyta, dlaczego jeszcze nie masz męża i odpowie sobie sama, mówiąc, że to na pewno przez to, że jesteś gruba. A potem podsunie makowiec i zapyta czemu nie jesz i dlaczego musisz być zawsze taka obrażalska? 

Jesteś wyznawcą teorii, że to po prostu trzeba przeżyć?  Nic bardziej mylnego. Właściwie...  to po co? Można, ale nie ma przymusu. 

Jeśli nie wybierzesz, nie podejmiesz żadnych akcji, pewnie będzie tak jak zwykle, a grudzień skończy się zmęczeniem, przejedzeniem, złością i pretensjami. 


A miało być tak pięknie... Cóż, jeszcze może. 



Może zamiast Tour de Pologne w święta, wystarczy wysłać piękne, własnoręcznie wykonane kartki?  Aby je zrobić, zajrzyjcie do HAART. 


2. Bądź dla siebie łagodny... i dla innych też. 

Grudzień to ostatni miesiąc roku, czas podsumowań tego co się udało, a co znów poszło nie tak. Sprawdzian bycia idealną panią  i panem domu. 
Wszystko ma błyszczeć, lśnić i idyllicznie wpisywać się w bajkę o świętach i sukcesie. 

Nawet w bożonarodzeniowym hicie pt. "Kevin sam w domu", nie wszystko poszło tak jak trzeba.  Nie ma świąt idealnych. Tak samo jak nie ma idealnego życia. 

Pamiętaj, że z dziesięciu projektów, zwykle sukcesem kończy się nie więcej niż 2-3. 

Nawet jeśli coś się nie udało, nie kop się po kostkach. 

Przeanalizuj, wyciągnij wnioski powiedz sobie, że spróbujesz jeszcze raz, albo że po prostu wyciągniesz wnioski z tego roku. Zamknij grudzień pozytywnie. 

Poczucie winy, strach, złość, dobrze poczuć, ale nie ma sensu się w nich pławić. 

Zrobiłeś co mogłeś. Teraz będzie nowy rok. Z nim możesz zrobić jeszcze co zechcesz. 


3. Weź się do roboty

Grudzień, to mimo pogody, najcieplejszy miesiąc w roku. Można zrobić tyle wspaniałych rzeczy! Dekoracje, jadalne prezenty, pierniczki na choinkę, ulubioną kapustę z grzybami. 


Dekoracja świąteczna, którą zrobicie w kwadrans, instrukcja: www.haart.com.pl


Im bardziej gubimy się w komercji, tym mniej czujemy swój wpływ. Tym rzadziej wierzymy w swoje ręce i umiejętności. 

Tak, dziś wszystko można kupić. Ale nawet jeśli pieniądze to nie problem, cudownie jest poczuć, że ciągle coś potrafię, odnaleźć w sobie radość dziecka, pasję tworzenia i miłość, którą można potem obdarować innych. 

Cudny, bożonarodzeniowy wianek, by Haart. Do it yourself :) 


Jeśli brakuje Wam pomysłów podrzucam kilka. Pisałam o nich w zeszłym roku. 
Pomysły na prezenty także tutaj: Wyjątkowe prezenty 

Cudowne zdjęcia i przepisy, znajdziecie także w bezpłatnym magazynie małopolskich blogerów Apetyt. 


Apetyt, zima. Jadalne prezenty, pomysły na świąteczne dania. 

Niech to będzie niezapomniany grudzień. Działaj, planuj, wybieraj. 

Wszystko w Twoich rękach! 



Bez marzeń świat jest miałki. Dni mijają, ranek po świcie i świt po nocy. To marzenia nadają naszej egzystencji sens i sprawiają, że bardziej chce nam się żyć. Jeśli o nich mowa, to to jedno jest wspólne dla wielu. Wydać książkę, pokazać się szerokiemu światu, zadebiutować, pozwolić się odkryć. Bardzo wiele osób pisze, ale mało ma szansę na prawdziwy "papierowy" debiut. Dziś o tym czemu tak się dzieje i jak można wyjść na przeciw swoim marzeniom. 


Przychodzi autor do wydawnictwa...

To pierwsza, najbardziej oczywista droga do tego, aby ziścić swoje książkowe marzenie. Nie jest jednak wbrew pozorom najłatwiejsza i nie gwarantuje sukcesu. Co więcej, decyzyjność leży całkiem po drugiej stronie i w gruncie rzeczy, autor ma tutaj niewielki wpływ i małe pole manewru. 

Kiedy prawie dwa lata temu, rozpoczęłam poszukiwania wydawcy, spotkałam się z przeróżnymi reakcjami. Pierwszą było zupełne ignorowanie. Nie odpowiadamy na maile, nie oddzwaniamy, nie interesuje nas, proszę nie zawracać nam głowy.

Osobiście bardzo cenię każdy feedback i nie rozumiem, czemu dużych, profesjonalnie zarządzanych firm nie stać na 3 słowa podziękowania i odpowiedź odmowną wysłaną mailem. To jest po prostu niegrzeczne.  Być może jest to pewna maniera, często niestety spotykana w naszych realiach. 

Wiele firm, na swoich stronach internetowych deklaruje wolę poszukiwania nowych autorów. Niestety z doświadczenia wiem, że trudno uzyskać od nich JAKĄKOLWIEK reakcję, nie mówiąc już nawet o rozpoczęciu konstruktywnych rozmów. 

Wydawnictwa działają na zasadach rynkowych.  Polacy nie czytają i nie kupują książek, rynek ten jest  więc niezwykle trudny i  trudno się dziwić, że firmy na nim operujące są bardzo ostrożne w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji.


"Bajki o życiu", odsłona świąteczna, także na prezent!

Z pewnością znacznie łatwiej jest wydać książkę celebrycie, osobie znanej z TV czy reality show. Sama usłyszałam od jednego z wydawców, że to co proponuję sprzeda się, ale dopiero "gdy będę sławna". Wtedy sprzedaje się wszystko, ale to już zupełnie inna kwestia. 

Drugą reakcją było życzliwe zainteresowanie, jednak obarczone masą trudnych do zaakceptowania warunków. 


Czy to się opłaca?

Czy wiecie, że w Polsce autor może liczyć średnio na 5 do 10 % ceny okładkowej? Daje nam to jakieś 2-3 zł od każdego sprzedanego egzemplarza książki. Oczywiście minus podatek. Przeciętny nakład, rzadko przekracza 2000 egzemplarzy, więc jak łatwo policzyć, autor może uzyskać w ten sposób w najlepszym razie kwotę 5000-6000 brutto.  Taką też kwotę zarobiła na swojej książce Kaja Malanowska, nominowana do nagrody NIKE. 

To nie autorzy zarabiają na książkach. Robią to głównie pośrednicy. Taka jest niestety prawda o polskim rynku wydawniczym. 

Wydawnictwa, ze względów ekonomicznych oszczędzają na każdej składowej części książki. Dlatego w moim wypadku, nie wchodziłyby w grę zdjęcia, ładniejszy papier i kilka innych elementów, na których mi zależało. 

Co do promocji, to nie ma złudzeń. Początkujący, debiutant, nie ma co liczyć na bilbord na mieście czy reklamę w opiniotwórczej prasie. Wszystko dzieje się w oparciu o zasadę minimalizowania kosztów. Autor oddaje także przeważnie prawa do publikacji wydawnictwu, nie może więc w przyszłości sam decydować o losie książki. Aspekty prawne są tu niezwykle skomplikowane i bardzo trudno samodzielnie przez nie przebrnąć, dobrze skorzystać z pomocy prawnika, a to oczywiście też kosztuje. 

Decydując się na wydanie "Bajek" w którymś z wstępnie zainteresowanych wydawnictw mogłam liczyć na symboliczny zysk (jeśli książka by się sprzedała), ekonomiczną promocję i satysfakcję... że w ogóle się udało. 

Kiedy się nad tym zastanowiłam, stwierdziłam, że nie ma to dla mnie sensu. 

Trudno obrażać się na warunki rynkowe i politykę wydawniczą. Lepiej działać konstruktywnie. Dlatego zdecydowałam się wydać książkę sama. 


Autorem ilustracji do "Bajek o życiu" jest Dariusz Klimczak


Self publishing, czyli z czym to się je? 

Wydawanie książek samodzielnie, za własne pieniądze, jeszcze dziś, ma słabą prasę, bo wielu uważa, że coś co odrzuciło wielu znanych i z pewnością dobrze zorientowanych w temacie profesjonalistów, nie może być wiele warte. Nic bardziej mylnego i jest na to masa dowodów. 

Czy wiecie, że wielu dziś znanych autorów zaczynało od self -publishingu? 

Znacie "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta? Kto nie zna! Książka jest jedną z kultowych pozycji literatury francuskiej.  Autor nie mógł jej nigdzie wydać, a pierwsze recenzje, w tym sławnego Gallimarda, były druzgocące. Finalnie książka ukazała się za jego własne pieniądze. 

Podobnie było w przypadku Virginii Woolf, czy Marka Twain. W Polsce podobna historia jest udziałem choćby Olgi Tokarczuk. Dwie książki, samodzielnie wydał i nawet rozesłał Wojciech Modest Amaro. 

Trend wydawania książek na własną rękę, rozwija się bardzo prężnie w całej Europie i zauważają go już od dawna także tradycyjne i dość skostniałe w poglądach media. Nie ma powodów, aby w Polsce miało być inaczej. 

W Wielkiej Brytanii The Guardian ufundował comiesięczną nagrodę dla najlepszego self-publishera. Dynamiczne zmiany widać także w Niemczech i Kanadzie. 


Bardzo zależało mi, aby środek był dopracowany. Z waszych reakcji wiem, że jest. 


Samemu czy samemu ze wsparciem? 



Także w przypadku self publishingu, można rozważyć co najmniej dwa warianty. 



Pierwszy: robimy wszystko samodzielnie. Ja zdecydowałam się właśnie na ten.

Wiąże się to z obowiązkiem załatwienia i zorganizowania wszelkich spraw formalnych, w tym, produkcji książki, jej późniejszej dystrybucji i magazynowania. Pamiętajcie, że koszty wydania książki to nie tylko koszty druku. Należy pomyśleć o składzie, okładce, projekcie graficznym, korekcie tekstu, promocji, zdobyciu patronatów i wielu innych organizacyjnych kwestiach. 

W moim przypadku koszty te (nie licząc pracy własnej) wyniosły około 15 tys. złotych, przy 2 tysiącach egzemplarzy. W przypadku dodruku, byłaby to już jednak najwyżej połowa tej sumy.


Plusy:
  • nie dzielisz się zyskiem, 100% zysku dla autora
  • masz wpływ na wszystkie elementy składowe publikacji
  • zachowujesz całość praw do książki i możesz decydować o jej dalszym losie.

Minusy:
  • konieczność jednorazowej, sporej inwestycji finansowej
  • konieczność rejestracji firmy i organizacji całego procesu sprzedaży (podatki, zus itp.) 
  • stajesz się nie tylko autorem, ale także dystrybutorem, osobą odpowiedzialną ze wszystkie kwestie, które normalnie nie obchodzą autora
  • ograniczenia w dystrybucji, np. w dużych sieciach ( ogromne koszty, trudne do udźwignięcia dla małych wydawców).


W książce znalazło się 50 bajek -opowieści. Są także świąteczne akcenty:) 


Drugi wariant, to wsparcie tradycyjnego wydawcy i skorzystanie z jego know-how, przy całościowym lub częściowym samofinansowaniu. 

Takie oferty proponują autorom serwisy Rozpisani.pl, Poligraf czy Sowa. 

Koszty?  Różne. Od 500 zł do około 10 tys. złotych. Wszystko zależy od objętości pozycji, rodzaju publikacji i dodatkowych usług, w tym dystrybucji, które wykona za nas nasz Partner. 

W tym wypadku oprócz kosztów wydania, dzielimy się także zyskami ze sprzedaży. Tu kwoty są różne, ale zwykle autorowi przypada około 50 % zysku ze sprzedaży książki, co daje kwoty znacznie większe niż w przypadku tradycyjnych wydawnictw, nie zwalnia nas jednak z konieczności  własnej inwestycji. 


Podsumowanie

Warto wydać książkę samemu, jeśli ma się pomysł na jej sprzedaż. Jeśli chcecie spełnić swoje marzenie, a tradycyjni wydawcy odsyłają Was z kwitkiem, zastanówcie się, jak będziecie ją dystrybuować? Do kogo chcecie trafić? Na jakie zyski liczycie? Czy wystarczy sama satysfakcja? Może po prostu chodzi o to, aby wydrukować kilkadziesiąt egzemplarzy i rozdać je znajomym? Często wystarczy kilkaset złotych, zaoszczędzone na jednym wakacyjnym wyjeździe i marzenie udaje się zrealizować. 

Czy  moim zdaniem było warto? Czy  moja inwestycja się zwróciła? Czy jestem zadowolona, że wydałam "Bajki o życiu"? 

Tak, chociaż narazie trudno mówić o ich finansowym sukcesie. Koszty się zwróciły, zyski są niewielkie, ale nie mniejsze, niż w przypadku wydania książki, u tradycyjnego wydawcy, który przy zbliżonym nakładzie zaoferowałby mi maksymalnie 1000-2000 netto. Co najważniejsze, książka ciągle się sprzedaje i wiem od Was, że podoba się i budzi dobre emocje. Nie powiedziałam więc jeszcze ostatniego słowa. 

Marzenia warto spełniać. Warto szukać rozwiązań, dróg, okazji do tego, żeby się realizować. 
Pamiętajcie: świat nie zawsze ma rację. Czasem dobrze pokazać mu, że się mylił. 

Jeśli macie pytania do tekstu, napiszcie je proszę w komentarzu. 

Jeśli jeszcze nie macie mojej książki, a chcielibyście podarować ją sobie lub komuś bliskiemu na święta, to zapraszam TUTAJ. 

Wszystkie szczegóły i informacje o tym, gdzie jeszcze można jeszcze kupić książkę znajdziecie w TYM miejscu. 

Powodzenia!







Codzienność wciąga. Chociaż miewam jej dosyć, zwłaszcza kiedy nerwowość góruje nad rozsądkiem. Zawsze wtedy można wyjść. Odetchnąć. Zgubić się w szarości, która wcale nie jest szara. Potupać nogami. Zapatrzeć się we mgłę. Potowarzyszyć naturze. Nawet trochę zmarznąć. 

Dzień, noc, radość, złość, zmęczenie, potrzeba spokoju: mało ważna potrzeba. Ona jest. Ciągle jest. 

Dobrze widzieć. Dobrze zobaczyć. Dobrze podnieść kamień spod stóp  i poczuć, jak pulsuje ziemia. 

Oddycham. Oddycham. 

Natura.  Lekarstwo. Na wyciągnięcie ręki.













×