środa, 23 lipca 2014

Oddajcie mi skrzydła

FOTO by: Sixtwelfe
  
Zaufać, zawierzyć, wszystko stracić. To jedna wersja skryptu. Zaufać, zawierzyć, wszystko stracić, wszystko zyskać - druga. Życie, tak jak ludzie, rzadko bywa jednowymiarowe. Nawet jeśli bardzo chcemy ich takimi widzieć. 

Klasycznie, nie znaczy dobrze

Opowieść, którą wszyscy znamy brzmi tak: jest mała słodka księżniczka, jest zła, obrażona wróżka, której nie zaproszono na chrzciny, jest klątwa i wrzeciono, długi sen, twardy jak śmierć i książe, który przybywa, aby pocałunkiem pokonać każdą magię. 

Jest też zgrzyt. I pytania, pytania zasadnicze, których nikt nigdy nie zadał. 

Od podszewki

Była sobie mała wróżka, Diabolina, która mieszkała w krainie jak z baśni. Miała skrzydła, miała dobre, sprawiedliwe serce. Pewnego razu poznała człowieka. Tak samo małego jak ona, tak samo potrzebującego zabawy i towarzystwa. 

Rośli oboje, pokochali się, obdarzyli tkliwością i zaufaniem. 

Z dorosłością przyszły dorosłe żądze: władzy, bogactwa, wpływów i zaszczytów. Przynajmniej po stronie mężczyzny. Diabolina, to ta zła wróżka, którą znamy z pierwszej wersji bajki.  Wyrosła na mocną i silną kobietę, obrończynię swojego królestwa. Jej głos, jej spojrzenie, gdy staje sama przed armią króla, aby bronić swojego lasu, ciągle są ze mną. Powstańcie na moje wezwanie! - krzyczy. Zbudźcie się i stańcie u mojego boku! - woła. Jest w tym wielka, nieprawdopodobna pewność siebie, wiara, której nic i nikt nie jet w stanie nadwątlić. 

Foto: F. Connor, materiały prasowe
Diabolina zwycięża, ale jak to bywa w życiu, każde zwycięstwo ma swoją cenę. Towarzysz jej dziecięcych zabaw, ten samotny mężczyzna - Stefan, który w młodości skradł jej serce, teraz wraca po to, aby to serce złamać. Także po to, by zabrać coś, co ma najcenniejszego. Jej skrzydła. Zdrada, najgorsza zdrada. 
To boli, niewyrażalnie boli. 
Tak, nawet czarownice. 

Co zostaje, gdy krwawi serce, i nie ma się już tego co w nas najcenniejsze? Ruina. 

W ruinie można zamieszkać. Ale ruinę, można też odbudować. Nawet jeśli po drodze, zrobiło się parę zupełnie bezsensownych rzeczy.


Życie bez skrzydeł

Jak to bywa w opowieściach, wszystko to, to tylko pewien symbol, metafora. A najbardziej metaforyczne są skrzydła. Czarownica - Diabolina, mówi o nich, że były silne i niezawodne. Nigdy się nie zachwiały. Mogła na nich polegać, były istotą jej samej. Określały ją. Bez skrzydeł jest kimś innym. Pozbawić ją skrzydeł, to tak jakby pozbawić ją serca. 

Dobrze wiemy, albo przynajmniej przeczuwamy, czym są dla nas skrzydła. Wiarą w siebie? Zaufaniem do życia? Wolą przetrwania mimo wszystko? Pasją, która nas określa? Skrzydła, to coś, co dodaje nam mocy. Wprawia w ruch powietrze wokół. Coś, dzięki czemu możemy poczuć, że latamy centymetry nad ziemią. Każdy ma coś takiego. Każdy. 

Ból po stracie jest wielki. I zmienia świat. Nie mówiąc już nawet o tym, że zmienia także nas. 


Życie z bólem

Baśnie, także ta, pokazują pewne niezbędne etapy radzenia sobie z kryzysem, z żałobą. Tu nie ma miejsca na skróty. Nie ma łatwych formułek. Trzeba od nowa nauczyć się chodzić, nauczyć się żyć. To się robi stopa za stopą, krok po kroku. Ten ból trzeba przyjąć, trzeba oswoić. Trzeba go pokochać, przywitać jak brata. Tylko wtedy, któregoś dnia odejdzie. 

Historia, która jest kanwą tych rozważań, historia Diaboliny, pokazuje, że w bólu czai się pułapka. Gdy przyjrzeć się historii świata, kolejom losów naszych rodzin, widać jak wielu w nią wpada. Z bólu, ze strachu, z żądzy zemsty, wyrównania swojego skrzywdzenia, robi się często głupie rzeczy. Rzeczy, których nie da się odwrócić. Albo inaczej: które da się odwrócić TYLKO MIŁOŚCIĄ. 

Książe nie pomoże

Tę wiarę, w cudowna receptę, w przychodzący z niebios ratunek, wysysamy z mlekiem matki, czerpiemy z baśni, z klasycznych opowieści, w których bezwolne królewny, czekają w wieży, aż ktoś, wreszcie wybawi je od złego smoka, potwora, ich samych. A potem czekamy, że to samo nam spadnie z nieba. Że się wydarzy, zadzieje. 

Otóż, moi drodzy, nic się nie wydarzy. Nie bez Was. Nie bez waszego udziału. 

Młodą królewnę ratuje miłość. I widać tak miało się stać. Ale ta miłość, to nie frywolna wstążeczka, ani młody książę, który widział ją raz w życiu. Miłość to coś znacznie bardziej skomplikowanego, głębokiego i ważnego. I taka miłość, ratuje życie, ratuje zrujnowane serce. 

Wybaczyć i iść dalej

Nienawiść zmienia świat, podobnie jak miłość, z tym, że w całkiem odwrotnym kierunku. Dlatego zasklepianie się w bólu, podążanie za żądzą zemsty, to droga donikąd. Stefan -  król, oszalał z powodu swoich pragnień i chorych ambicji. Diabolina - odzyskała to co straciła. Ale dopiero wtedy, gdy poradziła sobie ze swoim bólem, i nauczyła się na nowo kochać. W tym tkwi cała tajemnica. Tak kończy się ta opowieść. 

Co do Ciebie mówi ta bajka? Gdzie są twoje skrzydła, twoje wrzeciono, twój książę lub księżniczka? Co zrobisz, ze swoimi zawiedzionymi nadziejami, z marzeniami? Jak zbudzisz się ze snu, mocnego jak śmierć?

A nade wszystko, gdzie się podziała Twoja miłość? 





Historię Diaboliny, można obejrzeć w filmie "Czarownica" 

piątek, 18 lipca 2014

Comfort food summer

Za: kaboompics.com

Terminem comfort food, określa się jedzenie, które poprawia nastrój. Wywołuje błogość, rozkoszne wspomnienia dzieciństwa, otula lekkością i dodaje energii. Nie znajdziecie tego w Wikipedii, ale ja dodałabym od siebie, że prawdziwe comfort food powinno być jeszcze zdrowe i  jak najlepiej służyć naszemu ogólnemu samopoczuciu. Bo co to za komfort, który trwa tylko chwilę, a po nim boli brzuch, kiszki skręcają się z niesmakiem, a ciało zdaje się być obarczone ciężarem ponad siły? 

Nie wszystko co dobre, tak samo dobrze nam służy. 

Letnie jedzenie, jest inne niż to zimowe i jesienne. I jest w tym wielka mądrość. Jak świat światem, ludzie odżywiali się zgodnie z tym, co dawała aktualnie natura. Zimą nie jedli truskawek, ani pomidorów. Latem gotowali mniej, korzystali z tego co rosło na grządce, zbierali witaminowe plony, które miały starczyć na gorsze miesiące. 



Prosto, prościej, najprościej 

Letnie gotowanie, letnie "comfort", opiera się na tym, czego o tej porze roku najwięcej. Smakując pierwsze jabłka, brudząc sobie palce jagodami, mamy szansę doświadczyć najpełniej słodkiej, orzeźwiającej przyjemności. Sięgając po sezonowe warzywa, doświadczyć prawdziwego katharsis. Nie tylko w głowie, ale i w środku.

Foto: Kaboompics.com

Rozczulają mnie te stragany, uginające się  od dobroci. Proste, szybkie dania, często złożone w istocie z jednego, czy dwóch składników. Usiąść na ganku, albo w balkonowym fotelu i niespiesznie skubać żółtą fasolkę lub bób. Delektować się duszonymi na łyżce oliwy warzywami, które chwilę wcześniej posypaliśmy pokrojonymi grubo ziołami z własnej grządki. Wgryźć się w brzoskwinię, i oblizać palce, gdy sok kapie po rękach i brodzie.

Oto chodzi w letnim comfort. O przyjemność, która jest na wyciągnięcie ręki. Tylko brać, a z pewnością będzie pod dostatkiem.

To co u Was dziś na kolację? Jakie jest wasze letnie jedzenie?


Foto: Kaboompics.com

 


środa, 16 lipca 2014

Jak supeł


Ono zna odpowiedź. Pamięta i nosi w sobie wspomnienia przeżytych chwil. Jak kalka odbija myśli i emocje, gromadzi je niczym w archiwum, analizuje, próbuje znaleźć ich ujście. Ciało ma pamięć. Jest jak mapa podróży, która za nami. 

Nie trzeba zagłębiać się w naukowe dowody, aby wiedzieć, że każde trudne lub przyjemne zdarzenie, odbija się w naszych rękach, nogach, karku, naszym fizycznym samopoczuciu. Jeśli jesteśmy świadomi własnej fizyczności, wiemy gdzie kumuluje się stres, jak odczuwamy napięcia, co oznacza ból skroni, drętwienie rąk, czy głowa, która zdaje się ważyć tonę. Nie zawsze jest to wiedza oczywista, ale warto ją zdobywać i uczyć się z siebie, jak z książki. 

Ciało jako lustro naszej psychiki, odbija zepchnięte i niewyrażone uczucia i  potrzeby, naszą historię i przebyte traumy. W napięciach mięśni, w płytkim, rwanym  oddechu czy usztywnionych, "twardych" partiach ciała można wyczytać stłumione emocje i zahamowania. 

Złe samopoczucie rzadko jest wyłącznie sprawą ciała lub umysłu. Przeważnie wszystko się łączy, jedno wpływa na drugie. Pracując z psychiką, rozluźniamy ciało, pracując z ciałem, uwalniamy umysł. Nie bez powodu mówi się, że "spadł nam kamień z serca", gdy pozbędziemy się jakiegoś kłopotu, lub czujemy się jakby urosły nam skrzydła, gdy rozwiążemy trapiące nas sprawy. 

Porządkując własne życie, dobrze pracować nie tylko z głową, ale i z tym co mamy poza nią. 

Co mówi do Ciebie Twoje ciało? Gdzie są Twoje największe napięcia? Jak możesz sobie z nimi poradzić? 




niedziela, 13 lipca 2014

Kością w bikini


Zaczęło się od błahej wymiany zdań. O bikini. Wynikało z niej, że od pewnego rozmiaru nie przystoi. Nie, nie od 50. Granica rozpościerała się znaczenie wcześniej, gdzieś w okolicach swojskiej 40-tki, ciągle nieosiągalnej dla wielu, wcale niekoniecznie tych, co to wyłącznie bułka i ciastko. Z wymiany wynikało niezbicie, że owy strzęp materiału, ochrzczony tak od atolu, na którym ( o przewrotny losie! ) testowano niegdyś broń jądrową, nie należy się też tym starym, tym z cellulitem, a już na pewno tym, którzy w kanony współczesnego piękna mogą wpisywać się wyłącznie po zmroku. I to koniecznie po lampce alkoholu. A lepiej dwóch. Taki dowcip. Dla niektórych śmieszny. 

Bo plaża w  końcu obnaża. Nie tylko ciało. Także - jak pisze Zyta Rudzka, w "Pani", deficyty miłości własnej. To, że nie kochamy siebie to jedno. Jeszcze więcej deficytów mamy w miłości bliźniego. A już tego, który o zgrozo, nie jest piękny lecz brzydki, nie kochamy wcale. 

Nieestetyczne, niesmaczne, ohydne. To najdelikatniejsze słowa w tym słowniku. Gdy cenzura idzie do kąta, robi się tylko gorzej. Tacy się zrobiliśmy wrażliwi. Tacy się zrobiliśmy chorzy. 

Jak świat światem, byli piękni i brzydcy. Chudzi i ci, którzy mieli więcej ciała. Ci z uszami blisko głowy i ci, z nosami jak klamka od zakrystii. Taki świat. Taka uroda. Dziś kanon się zawęził, a świat złapał za skalpel. Bo najważniejsze, to się podobać. 

Merlin pod kreską 

Boska Merlin nosiła okrągłe 42, lub 44.  Dziś, pewnie byłaby pospolitą grubaską, a plotkarskie portale fotografowałyby ją z ukrycia, porównując z koleżankami o biodrach jak brzoza. Hit czy Kit -  brzmiałoby pytanie, a pod spodem, znalazłaby się litania komentarzy. O tym, że fu, o tym, że ble, o grubych lochach, które powinny zakryć swoje wdzięki, żeby nie oburzać estetycznych gustów wysublimowanej gawiedzi. Może jakiś spec od odchudzania pomógłby jej zrzucić te 15 kg. Pewnie dałaby się skusić. Wtedy te same plotkarskie portale zaprezentowałyby zdjęcia z entuzjastyczną adnotacją: "zobaczcie, jak ona schudła!". 

Świat wreszcie miałby uciechę. Może pozwoliłby jej ubrać bikini. W końcu chudym wolno. 




Nie, nie noszę bikini. Nie lubię. Nie potrzebuję, nie mam z tym problemu.  W gruncie rzeczy, nie chodzi wcale o bikini. Nie chodzi o to, co komu wolno, albo nie. Rzecz w tym, że mam dosyć, serdecznie dosyć, stosunku do kobiecego ciała, ocen, którym się je poddaje i społecznego ostracyzmu dla tych, którym kawałek do modelki z okładki. Przelało mi się. Basta. 

Porobiły nam się z głową straszne rzeczy. Jeśli już małe dziewczynki wiedzą, że żeby być piękną, trzeba być bardzo chudą, to świat zbacza na niebezpieczne tory. Liczba diagnozowanych zaburzeń odżywiania ciągle rośnie. Ponad 80% kobiet nie jest zadowolona ze swojego wyglądu. Prawie tyle samo uważa, że jest za gruba, podczas gdy w rzeczywistości ledwo jedna czwarta ma nadwagę. Świat oszalał. A my razem z nim. 

Pod linijką

Sophie Dahl, była pierwszą, szeroko prezentowaną na wybiegach modelką, o rozmiarze dalekim od 36. A potem schudła. Nie dlatego, że zapragnęła dorównać szczupłym koleżankom. Tak wyszło. Z różnych względów. Pozostała seksowna, pozostała kobieca, chociaż znacznie szczuplejsza. Kluczem do zmiany, była transformacja w myśleniu o pożywieniu, w troszczeniu się o siebie. Sophie nie przestała jeść. Zaczęła jeść inaczej. 

"Głodowanie nie jest seksowne. - pisze Dahl. To krwawiące dziąsła, nieprzyjemny oddech, kruche kości, osteoporoza, bezpłodność i powikłania. Utrata i zanik. Seksowne jest za to zdrowe zamiłowanie do jedzenia, seksowne jest mieć dość energii, żeby baraszkować z ukochanym, wziąć dziecko na ręce, ugotować obiad dla przyjaciół, pobiegać, albo po prostu przejść się powoli na targ. Seksowne jest poczucie spełnienia, poczucie, że ma się możliwości, że się żyje". 
"Apetyczna panna Dahl" 

Czy widzicie tu gdzieś informację o rozmiarze? Czy zamierzacie dalej poddawać się tej dyktaturze? Dawać się obrażać? Prześlizgiwać się po plaży jak po polu minowym, unikać wzroku, spuszczać głowę, nosić swoje ciało za karę? 

Czy mamy żyć wyłącznie w takt tego co wypada? Czy to właśnie nie jest czyste szaleństwo? 

Odpuścić

Nie mamy wpływu na to co myślą o nas inni. To prawda. Świata nie zmieni się, tylko dlatego, że złość na jego kiepskie wybory, kpiący ton, wyleje się z ciebie czy ze mnie. Ale świat zmieni się, dość szybko, jeśli więcej kobiet, takich jak ty i ja, pokocha wreszcie swoje ciało i wyrzuci ze słownika oceniające, raniące słowa, którymi obdarzamy ciała własne i koleżanek. 

Dzisiejsze kanony piękna, są dalekie od natury. Barbie nie jest prawdziwą kobietą. Nie dopasujemy się do niej. Nie jesteśmy z plastiku. 

Wymagania zmieniają się szybko. My też mamy moc, aby na nie wpływać. Nie musimy się im bezwolnie poddawać. Możemy wybierać inaczej: dbając o siebie, kochając swoje ręce i nogi, pielęgnując piersi, troszcząc się o sprawność fizyczną i zdrowie, a nie wyłącznie o rozmiar.  Przede wszystkim szanując to kim jesteśmy. 

Ciało, dobre ciało, odwzajemnia się za miłość własną. Emanuje energią, zachwyca, nawet jeśli jest stare i pomarszczone. 

Apeluję do Was, Kobiety. Kochajmy siebie. Zwyczajnie. Po prostu. To mało, a tak dużo. I to naprawdę wystarczy. Także do tego, żeby zmienić współczesne kanony piękna. Reszta, tak jak bikini, to tylko szczegół. 


Post scriptum

Tekst ten, poza Manufakturą, wywołał wielką dyskusję. Pewna część czytelniczek, uznała go za pochwałę i promocję otyłości, lenistwa i wymówkę, dla nie dbania o swoje ciało. Moim zdaniem jest to zarzut zupełnie bezsensowny, ale czuje się w obowiązku napisać, raz jeszcze, że bardzo zachęcam do tego aby zmieniać to co zmienić możemy, także w kwestii swojej wagi, figury, odżywiania. Warto jednak robić to w imię zdrowia, sprawności i miłości własnej, a nie dyktowanych przez ogół wymogów, które nieraz nijak nie przystają do tego kim jesteśmy i jakie jesteśmy. 

Mierząca 155 centymetrów kobietka, nie stanie się Claudią Schiffer, ile by nie pracowała. To nie chodzi o to, aby się bardziej postarać. Nikt nie będzie wiecznie młody i jędrny. Jako sześćdziesięcioletnia kobieta, także chcę wyjść na plażę i nie zgadzam się na społeczny ostracyzm, który mówi, że jest to nieestetyczne. Jeśli się nie da inaczej, będę szczęśliwą, zdrową, grubą babą. I to moja sprawa. Niczyja więcej. Moja piękna, ruda córka, nigdy nie będzie jak Naomi Cambell, ani Jeniffer Lopez. Będzie sobą. I mam nadzieję, że tą swoją inność pokocha- pracując nad tym, co może i chce zmienić i z miłością godząc się z tym, na co nie ma wpływu. 

I nie mowa tu tylko o kilogramach. Mowa o całym obrazie kobiecego ciała, który jest poddawany wiecznej wiwisekcji i ocenie. 

W temacie kilogramów serdecznie polecam ten tekst. 

A temacie prawdziwego kobiecego piękna, teledysk Colbie Caillat. 



Ilustracje do tekstu są dziełem Matki po Godzinach, do której Was serdecznie zapraszam!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Kłopot i nieporozumienie



W ubiegłym tygodniu, opisałam na Facebooku, krótką wymianę zdań, pomiędzy mną, Amelką, a sąsiadką, która w dobrej wierze, chciała nagradzać ją brawami, za to, że jest duża i już nie płacze. Moja elokwentna córka, po chwili namysłu, powiedziała, że gdyby była smutna, albo zezłoszczona i nie płakała.. to byłby to kłopot i nieporozumienie. 

W rzeczywistości jest dokładnie tak. Nie bierzemy jednak tego pod uwagę. 

Udawaj, na zdrowie?

Wszystkim byłoby wygodniej, gdyby świat nie manifestował trudnych zachowań i emocji. Tak przynajmniej może się wydawać. Wielu z nas ma problem z tym, że żona płacze ( jak ją uspokoić, po co te łzy?), mąż jest smutny (  ale o co, czemu on nie umie rozmawiać?), ktoś wyraża swoje zdenerwowanie, złość, jest zbyt podekscytowany itp. Bywa, że irytuje nas ponad miarę dziecięca ekspresja i wydaje nam się, że naszym obowiązkiem, jako rodziców, jest to poskromić, utemperować, sprawić, że mały człowiek będzie się zachowywał spokojnie,  z godnością, i na miarę tego jak my sami postrzegamy sytuacje, w których się znajduje. 

Latami uczymy się udawać. Tak udawać. Że nic się nie stało. Że nie ma o czym mówić. Że to nic wielkiego. Tracimy w pewnym momencie rozeznanie, czy tak w istocie jest, czy nasza reakcja jest zasłoną dymną, rozwieszoną po to, by się nie wygłupić, nie zbłaźnić, nie wyjść na sentymentalnego durnia, który ( o zgrozo!!) nad sobą nie panuje. 


Chłopaki nie płaczą

Dzieci, od niemowlęctwa znają komunikat: "ależ nic się nie stało". Nie boli cię, nie płacz, to nic wielkiego, uspokój się. W dobrej wierze zaprzeczamy temu, co naprawdę czują i uczymy je tego samego. Nie płacz -  duże dziewczynki nie płaczą. Nie mazgaj się - jesteś mężczyzną mamusi, no już, pani będzie się z ciebie śmiać. Znacie? Jestem pewna, że tak. To tak powszechne jak dzień dobry. 

Dając dziecku tego typu komunikaty, uczymy je że nie warto manifestować swoich uczuć: a już na pewno nie tych, z którymi otoczeniu nie po drodze. Boli? Zaciśnij zęby. Jest ci smutno, źle, jesteś rozczarowany? Przyzwyczajaj się! Życie jest ciężkie, nikt cię nie będzie głaskał po główce. 

W ten sposób hodujemy kolejne pokolenia ludzi, którzy nie potrafią mówić o tym co czują, nie znają siebie, nie ufają swojemu ciału, nie wiedzą, kiedy ich boli, a kiedy nie i jak to wyrazić. 


Poprawność szkodzi

Afiliacja - czyli przystosowanie do warunków panujących w środowisku,  jest konieczna. Nie powinna ona jednak nigdy oznaczać zaprzeczenia sobie, wyparcia się wszystkiego co nasze, w imię tego, co dla kogoś wygodne. Dziś, często, dorośli starają się być tak poprawni jak to tylko możliwe. Zbierają niewyrażone emocje, razem z kapitałem lat. Kiedy patrzę na takich z pozoru uporządkowanych, wzorowych obywateli, zastanawiam się, kiedy to w końcu w nich wybuchnie. I w jaki sposób. 

Niewyrażona złość, gniew -  często manifestuje się w różnych, psychosomatycznych schorzeniach, bywa, że kończy się nawet rakiem, zawałem, poważnymi chorobami serca.  Czasem ktoś dostanie zwykłej furii, ale to najoptymistyczniejsza wersja zdarzeń. Furia mija szybko. Choroby leczy się latami. 


Ma być lepiej

Jeśli wyrazimy nasze emocje, one znikają, ewaluują, przechodzą do innego stadium. Zaprzeczanie temu, to kłopot i nieporozumienie. Zupełnie jak odkładanie w kółko pracy, którą kiedyś i tak należy będzie wykonać. 

Czasem trzeba się zezłościć, czasem trzeba się popłakać. Mamy prawo bywać rozczarowani, wkurzeni, rozgniewani, mamy prawo czasem źle się czuć. Nie ma co udawać. Nie rzucamy się na podłogę i nie bijemy pięściami o podłogę. Nasze dzieci też z tego wyrosną. Nie mówmy im tylko, że złość, płacz, smutek, to rzeczy wstydliwe, których nie wolno odczuwać. 

Zrobimy tym niedźwiedzią przysługę. I im i sobie. 

piątek, 4 lipca 2014

Radości codzienności: lato!

Za: kaboompics.com/

Kwiaty kwitną, słońce świeci, ptaki wstają przed świtem, świat przygląda się światu i nie może wyjść ze zdumienia. 

Wyświechtane "pięknie" pasuje jak ulał.

A teraz jeszcze weekend. 

Wycisnąć sok z limonki, zerwać ciepłe od dnia liście mięty, usiąść w cieniu i patrzeć, jak brązowieją nogi. 

Szukać w zagonkach ostatnich truskawek. 
Miarowo huśtać się w hamaku, słysząc jak wokół gada ziemia. 

Zbierać myśli, rozpuszczać z wiatrem. 
Celebrować. To słowo pasuje do lata. Jak ulał. 

Nie dbajcie o banały. Cieszcie się. Po Prostu. 

Dobrego weekendu. 
W lecie jest moc. 





czwartek, 3 lipca 2014

Między mamą, a córką. O trudnej sztuce relacji.

Dziecko, dla matki może być centrum wszystkiego -  może też być jedną z planet całego wszechświata. Matka może zrezygnować z relacji, może ją ograniczyć, może sprawić, że dziecko całkiem zniknie z jej życia, albo będzie wyłącznie tłem. Ale jakkolwiek by się te relacje nie potoczyły, MAMA - zawsze dla dziecka pozostaje postacią centralną -  do której się wraca - jeśli nie materialnie to w myślach. Bez względu na to jaka ona jest.

CC by Rolfe Kolbe
Temat relacji córek, ale i synów z matkami, jest na tyle istotny, że wraca, prawie we wszystkich bliskich rozmowach.  Przez ostatnie miesiące, na bazie doświadczeń własnych i cudzych, na kanwie wielu rozmów, z wieloma kobietami, tymi młodymi i tymi trochę starszymi, tymi pogodzonymi z tym co jest i tymi zmagającymi się z wieloma kłopotami, wysnułam wiele wniosków. 

Nie chciałam, żeby były przedwczesne, nieuzasadnione, zbyt subiektywne. Dlatego poprosiłam Was o uzupełnienie ankiety. 


Biedne matki

Zofia Milska -Wrzosińska, psychoterapeutka, słusznie zauważa, że od jakichś stu lat obwinia się matkę o wszystkie nieszczęścia, których doświadcza dziecko. Mówiło się o matce schizofrenogennej, o matce jako źródle kłopotów dorosłych córek z relacjami z mężczyznami, o przyczynie niepowodzeń życiowych itp. O ile nie sposób zaprzeczyć, że relacja z mamą, szczególnie w pierwszych 3-5 latach naszego życia, jest kluczowa dla rozwoju naszej osobowości, predyspozycji, czy  nawet stanu zdrowia, to odpowiedzialności tej nie wolno, nie da się złożyć wyłącznie w jedne ręce. W pewnym momencie, dziecko przestaje być dzieckiem i samo ponosi odpowiedzialność za swoje życie. Przeważnie ma też tatę, oraz resztę rodziny. 

Bert Hellinger, pisze że matkom należy odpuścić i podziękować. Nawet jeśli nie wywiązały się ze swoich zadań wzorowo, to zrobiły co mogły. Poza tym dały nam życie. Czy może być coś cenniejszego? 


Relacje na cenzurowanym 
  
Z ankiety, którą wypełniło prawie 200 czytelniczek, wynika, że 33% jest w pełni usatysfakcjonowanych relacją z mamą. Większość relacji jest poprawna (39%), ale ponad 21% to relacje okropne, słabe. Padają także stwierdzenia: bolesne, ewoluujące, pełne poczucia winy. 
 

Olga Kersten -Matwin, w "Matkach i córkach", pisze, że relacja ta jest bardzo paradoksalna. Zakłada wielką bliskość, ale z upływem czasu, także potrzebę ogromnej wolności. Matka, któregoś dnia, musi pozwolić dziecku dorosnąć. Podejmować własne decyzje, popełniać błędy, ponosić zyski i koszta niezależności. Bez tego nie będzie relacji, bez tego nie sposób mówić o prawdziwej dorosłości. 

Najbardziej irytujące dla córek i pewnie także dla matek, są wzajemne wybory, ocenianie, stosowanie manipulacji, gra na emocjach, ingerencje w życie rodzinne i wychowanie dzieci. Tylko 14 % ankietowanych deklaruje, że wszystko w relacji z mamą jest ok. i ewentualne konflikty rozwiązywane są na bieżąco. 

Gdy jest dobrze...
"Moja Mama jest moją najlepszą Przyjaciółką, wielkim wsparciem i opoka. Jedyne co mogłybyśmy zmienić to pozwolenie mi na całkowite uniezależnienie się. 
Mama jest moja najlepsza przyjaciółką (tak naprawdę jedyną bo reszta to tylko koleżanki, z którymi nie chce wchodzić w bardziej zażyłe relacje). Niezależnie od tego jaką decyzję podejmuję ona mnie wspiera. Nie narzuca mi swojego zdania. (...). Mam 2 synów i czuje niedosyt bo nie mam córki, a chciałabym mieć z nią taką relację jak ja z moja mama. (...)
Chciałabym być dla swoich dzieci taką mamą jaką moja jest dla mnie, ot tyle :-) 


Zawsze mówiłam że ją kocham najbardziej na świecie. Słowo "mama" zawsze było dla mnie najpiękniejszym słowem na świecie. Odkąd sama zostałam Mamą, nabrało ono dla mnie głębszego sensu, znaczenia. Mój pierwszy dzień Mamy przepłakałam - z radości. Że jestem Mamą, i że mam Mamę. Najcudowniejszą i Najukochańszą na świecie. Jetem wdzięczna losowi, że dał mi córkę - dla której staram się być Dobrą Mamą - chcę żeby kiedyś poczuła to co czuje Mama obchodząc swój pierwszy Dzień Mamy - szczęście, radość, wdzięczność i ogromną miłość, nieporównywalną z żadną inną. Dla mnie relacja Matka - Córka jest jedną z piękniejszych jakie mam w swoim życiu. Mojej Mamie dziękuję za wszystko, za każdą chwilę jaką mi poświęca, za każdą ciepłą myśl, którą zawsze telepatycznie czuję, za każde słowo, gest, uśmiech czy łzę."
(wszystkie wypowiedzi za czytelniczkami)  

Gdy jest źle...
"Brakowało mi mojej mamy która była nieobecna w moim życiu. Nieobecna w sensie wychowania, bycia ze mną, odbierania mnie ze szkoły, o czytaniu książki, spacerach, wspólnych rozmowach nie wspomnę. Mieszkałyśmy razem ale jakby w ogóle jej nie było. 
Nigdy nie była dla mnie przykładem, rujnowała mi psychikę opowieściami o złym ojcu, kiedy byłam jeszcze bardzo mała. Była zawsze negatywnie nastawiona, zawsze kazała się wszystkim leczyć psychicznie. 
Mama od zawsze chciała układać mi życie. Wysłała mnie na studia, z których mnie wyrzucono. O moim dziecku powiedziała, że jest "chyba nienormalne". Cały czas uważa, że źle karmię, źle wychowuje i źle opiekuję się dziećmi. Nigdy w życiu mnie nie doceniła. "
"Moja mama, to toksyczna mama. Nie szanuje moich granic, nie respektuje moich decyzji, nigdy nie dorosła, chociaż uważa, że jest idealna, najmądrzejsza, najlepiej zna życie i ma prawo narzucać wszystkim swój punkt widzenia. Nie da się z nią rozmawiać. Zawsze dąży do konfrontacji, zna tylko życie w stanie kłótni, nie akceptuje stanów pośrednich"  
 (wszystkie wypowiedzi za czytelniczkami)  

Dobre i złe wiadomości

Dobra, wspierająca relacja to prawdziwy skarb. Warto ją pielęgnować, warto rozwijać się i dawać sobie wzajemnie wolność. To co psuje układ pomiędzy matką, a córką, to przede wszystkim małostkowość i nieumiejętność odpuszczania. 

Tego stosunkowo łatwo się oduczyć. I warto to zrobić. Dla dobra mamy, swojego i wzajemnej relacji. Miłość jest ważniejsza niż racja. Nie musimy wiecznie rywalizować: gramy w jednej drużynie. Jesteśmy sobie potrzebne, łączy nas jedyna i niepowtarzalna więź. 


Jednak nie zawsze się da. Wynika to przede wszystkim z jednego, oczywistego faktu: do relacji, tak jak do tanga, trzeba dwojga.

Jeśli nie ma współpracy, jeśli nie ma dobrej woli z obu stron, nie sposób się porozumieć. Można chcieć za dwoje, ale nie można się zmienić za dwoje. 

Clarissa Pinkola Estees, pisze, że niektóre kobiety, pozostają dziewczynkami na zawsze. Nie ważne czy mają lat 30 czy 70. Dziewczynki są niedojrzałe, nie potrafią brać odpowiedzialności za to co robią i mówią, bywa że są skrzywdzone, niedoopiekowane przez własną mamę i wchodząc w dorosłe życie i dorosłe role, dalej zachowują się jak zranione, obrażone na świat dzieci. Nie są w stanie dać oparcia własnym dzieciom. Chętnie by się na nich wsparły. Oddały im trochę tego z czym sobie same nie radzą. Tu nie ma mowy o bezwarunkowej miłości i oparciu.  Nie da się podzielić tym, czego się po prostu nie ma. 

Niestety, psychologowie potwierdzają, że im gorsza była matka, tym mocniej jest obecna w przeżyciach i myślach dziecka.  Jest to obecność trudna i niszcząca. Należy sobie z nią poradzić -  jest to niezbędny element dorastania i dojrzałości. Jest to także warunek pójścia w rozwoju dalej, poza krąg skrzywdzenia, pretensji i wzajemnego ranienia się. Trzeba to przeboleć, przepracować, uznać że zdarzyło się tak z niczyjej winy, bo po prostu tak czasem układa się życie.  Czasem inaczej się nie da -  i jest to zadanie o priorytecie najwyższym. Jeśli się tym nie zajmiemy, będziemy biegać po świecie próbując skompensować sobie to, czego nie dostałyśmy w relacji z mamą. Jest do bieg daremny, bo nigdy już nie będziemy mieć lat trzy czy dwanaście, nigdy już nie zdołamy wrócić do łona, w którym kochano nas za mało albo za bardzo. Za frustrację i wieczną walkę o to, czego nie można odzyskać, płaci się nieraz wysoką cenę. 


Podaj dalej, nie podawaj

By VISIT ST. Pete/Clearwater
To co dostałyśmy, to czego nie dostałyśmy, możemy podawać dalej, możemy też tego nie robić. To jakimi są nasi rodzice, jest pokłosiem tego, jacy byli ich rodzice, dziadkowie, poprzednie pokolenia. Generacja za generacją, podajemy miłość, odwagę, wiarę, nadzieję, siłę, ale i słabość, przemoc, agresję, uczucie zranienia, niedopasowania, nieadekwatności czy skrzywdzenie. Widać to jak na dłoni. 

Przyjrzyjcie się  rodzinnym historiom. Wyciągnijcie z nich wnioski. 

Dorosłość jest nadzwyczajna. Dlatego, że wreszcie, jako w pełni świadomi ludzie możemy wybierać: to jakimi się staniemy, to jakie decyzje podejmiemy, to co puścimy dalej w pokoleniowej sztafecie.To czego nie dostałyśmy jako dzieci, jako dorosłe, możemy dać sobie same. Mowa o miłości, czułości, wsparciu i spokojnej, czułej obecności.  Podając pałeczkę miłości i zrozumienia: nawet jeśli nie będzie to podanie idealne, dajemy naszym dzieciom szanse na to, aby ich relacje z nami, z tymi, którzy przyjdą po nas i po nich, były lepsze, empatyczne, wypełnione zrozumieniem i współczuciem. Bez obwiniania, bez ocen, wolne, autentyczne.


Zmień siebie

Victor Frankl, napisał, że gdy nie jesteśmy w stanie zmienić sytuacji( …) stajemy przed wyzwaniem zmiany samych siebie.

Nie jesteśmy w stanie zmienić naszych Mam, tak samo jak nie możemy jeszcze raz się narodzić. To jak będzie ewaluowała nasza relacja zależy od stopnia dojrzałości nas obu, od dobrej woli, od umiejętności szanowania i stawiania granic. Czasem wzajemna miłość jest mocniejsza. A czasem nie. 

Możemy żyć dobrym, radosnym życiem, nawet jeśli nie wszystko poszło tak jak trzeba. Możemy dawać sobie razem z mamą wzajemne oparcie i jest to cudowne, mocne doświadczenie. Kiedy trzeba, możemy odpuścić. Bywa, że jest to jedyne wyjście. 

Bez względu na wszystko możemy wybierać. I jeśli tylko są to wybory mądre, świadome - dadzą owoce w postaci dobrego i mądrego życia. A potem pójdą dalej, przez pokolenia. I tak, właśnie tak, zmienia się  ten świat. Nie, nie od mamy. Od siebie. 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wakacje. Uwaga: nie zwariować!


Podobno najwięcej pozwów rozwodowych jest składanych po wakacjach i Bożym Narodzeniu. Wtedy też zapełniają się gabinety terapeutów, lekarze mają pełne ręce roboty. 

Wakacje to czas relaksu -  ale jak wiemy - wcale nie łatwo jest odpoczywać, kiedy żyje się na co dzień jak hart w gonitwie. Jeszcze trudniej spotkać się ze sobą, z bliskimi, kiedy nagle mamy więcej czasu, więcej bliskości i wszystko to, od czego udawało nam się miesiącami odwracać plecami, staje z nami nagle twarzą w twarz. 

Nie od razu..

Sam wyjazd, sama organizacja, generuje stres. Czy samolot będzie na czas? Czy w aucie nie pęknie opona? Jak dzieci zniosą podróż? Czy biuro podróży wywiąże się z umowy? Jeśli nasze oczekiwania są usztywnione jak gorset sprzed wieków, bardzo łatwo o lawinę emocji, która nie ułatwi nam wypoczynku. 

Rozgorączkowany, rozhuśtany umysł, zachowuje się jak łódka na pełnym morzu. W tym stanie łatwo o chorobę. Nie tylko morską. Nie oczekujmy, że nagle, od poniedziałku, zatrzyma się i wskoczy na inne tory. Hamowanie musi trwać, a jak wiemy z fizyki, im większa szybkość, tym silniejszy opór i droga niezbędna, aby się zatrzymać. 

Momenty były? 

Kiedy staramy się ZA BARDZO, często coś nie wychodzi. Pojawiają się kłótnie, pretensje i frustracja. Miało być nadzwyczajnie, a jest tak sobie. Podobnie gdy plan zasłania właściwy cel. Gdy ważniejsze stają się punkty do zrealizowania, samopoczucie uczestników leci na łeb, na szyję. Szczególnie istotne jest to w przypadku dzieci. One chcą po prostu z nami być i dobrze się bawić. Nie potrzebują zwiedzać ósmego muzeum, czy zaliczać piątej, niezbędnej atrakcji. To co pamiętamy potem z wakacji, to wcale nie monumentalne budowle, czy fantastyczne dzieła ludzkich rąk, ale własne ręce, splecione w uścisku, czy atmosferę na brzegu morza, kiedy słońce zachodziło na horyzoncie, a nasze dzieciaki grzebały patykiem w piachu i przekrzykiwały szum fal. 

Połączyć to, co zerwane 

Prawda jest taka, że na co dzień żyjemy oddzieleni od rzeczywistości. Przynajmniej tej najbardziej realnej. Nie widzimy drzewa, nie słyszymy o co nas boli głowa, nie czujemy powiewu wiatru. To oddzielenie od siebie, od natury, szkodzi nam bardziej, niż nam się wydaje. Biegając jak chomik w kołowrotku, łatwo zapomnieć, że coś poza tym kołowrotkiem istnieje. Łatwo przegapić cały świat. 

Wyjeżdżając na wakacje, warto zostawić go w domu. Nastawić się na bycie, a nie na działanie. Z tego rodzą się fantastyczne pomysły, naprawiają się nadwątlone relacje, zostają cudowne wspomnienia. Nie trzeba jechać na Mauritius, żeby to odnaleźć. Liczy się nie pokonana odległość, ale bliskość. Ta ze sobą, z rodziną, z tymi, na których nam najbardziej zależy. 


Obok, całkiem obok

Przyroda potrafi być wspaniałym terapeutą i cudowną nauczycielką. Aby nie zwariować na wakacjach, aby nie oszaleć w życiu, dobrze do niej wracać jak najczęściej, nie tylko na dwutygodniowym urlopie. Każde drzewo to pulsująca energią materia. Każdy las to miliony jeśli nie miliardy stworzeń. Ziemia, po której chodzimy gra i tańczy pod naszymi stopami. Świat żyje wraz z nami. 

Wakacje, tak jak życie, mogą być czasem wzrastania, spokoju, radości, albo pasmem udręk. 
Czego Wam najbardziej potrzeba? Czemu tego nie zaplanować? Czemu, po prostu sobie tego nie dać ?  Kiedy jeśli nie teraz, będzie dobry moment, żeby siebie i bliskich usłyszeć? 

Dobrych wakacji!

niedziela, 29 czerwca 2014

Biegowa niedziela


Dziś, z uśmiechem na ustach i wielką frajdą, pobiegłam w pierwszym w swoim życiu zorganizowanym biegu. O bieganiu, z morałem pisałam już kiedyś. Wspominałam, że biegać nie znosiłam i nie przypuszczałam, że ktokolwiek, kiedykolwiek mógłby mnie do tego namówić. A jednak biegam. Tak jak lubię. Bez napinania się, bez presji na wyniki, z radością i wiarą w to, że to dla mnie dobre. Dzisiejszy bieg, trochę z przypadku, odbyłam dzięki Izie, Gromatkowej Mamie, która podarowała mi swój startowy pakiet. 

Jeszcze przed. Humory wzorowe. 
Patronka biegu, p. Irena Szewińska


Po porannej burzy w Warszawie było parno, ale dość przyjemnie. Na drugim, trzecim kilometrze biegu słońce świeciło prosto w twarz. Pod górkę było ciężko, skrzydła odrosły dopiero w okolicach czwartego kilometra. Biegło się wspaniale. Łazienki, aleje Ujazdowskie, cudowne, klimatyczne warszawskie miejsca i kobiece towarzystwo. Mój sprzęt pomiarowy zwariował od nadmiaru emocji i nie wystartował wcale... więc pobiegłam tak jak czułam. Wyszło całkiem nieźle. Trzydzieści pięć minut, to wynik, który zawodowca nie powala na kolana, ale dla mnie, amatorki, która bieganie traktuje jako formę rekreacji, a nie treningu wytrzymałościowego - bardzo zadowalający. 

Medal podzieliłyśmy na dwie:) 

W końcu nie tylko ja biegałam:) 


Dużo uśmiechu w tej niedzieli. Dużo radości. Warto było spróbować, aby tego doświadczyć. Bardzo Wam polecam :) 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...