Mam bardzo prostą filozofię  - mówiła córka prezydenta Stanów Zjednoczonych, Alice Roosevelt. Napełnij to co jest puste, opróżnij to co jest pełne, podrap tam gdzie swędzi." A Ty? Co możesz dziś dla SIEBIE zrobić? 


Kiedyś życie było prostsze - mówi do mnie pani Alicja, która przeżyła ponad 90 lat, nadal świetnie się trzyma, lubi kawę i z rozrzewnieniem wspomina przystojnych chłopców, z czasów gdy sama miała warkocz do pasa oraz myślała o tym, żeby zostać aktorką. Z marzeń niewiele wyszło, ale pani Alicja miała dobre życie.  

Dziś ludzie za dużo komplikują -mówi- i opowiada mi o wnuczkach, prawnuczkach, które w przeciwieństwie do dziarskiej prababci, ciągle trafiają w życiu na mielizny, z których nie mogą się ruszyć. 

- Moja mama wyszła za mąż gdy miała 19 lat - opowiada. Jej ojciec był bogaty, ale skąpy, więc szybko wydał córki za mąż, a sam powtórnie się ożenił, co wcale nie wyszło mu na zdrowie. Mama była panienką z dobrego domu nienawykłą do trudów, ale gdy urodziła drugie dziecko, a jej mąż, a mój ojciec, zamiast dobrych słów podziękował jej przekleństwem, szturchańcem i pijacką czkawką,  z powodu braku obiadu, kazała zmienić zamki, wystawiła walizki za drzwi, wysłuchała ze stoickim spokojem krzyków o tym, że jeszcze pożałuje i będzie go prosić o powrót na kolanach, po czym odwróciła się na pięcie i w jako takim spokoju przeżyła kolejne 65 lat. Nigdy nie żałowała, że pogoniła ojca - mówi Alicja. Mówiła, że samemu żyje się ciężko, ale z chamem o niebo gorzej

W życiu Alicji bywało podobnie -  ale jak mówi -  kiedy pojawiał się problem - szukała rozwiązań. Nie można czekać z tym co nieuniknione -  dodaje. Jak się śmietana zważy w zupie -  to trzeba wylać i gotować na nowo, a nie płakać nad rozlanym mlekiem. Jak jest dziura w sukience, to zaszyć, albo wyrzucić. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby był koniec świata - śmieje się. Dziś, za dużo przeżywacie -  dodaje i macza ciasto w herbacie, bo jak mówi, w jej wieku to już nie trzeba dbać o figurę. 

Napełnij to co puste

W podejściu pani Alicji jest głęboka, prosta mądrość, której nie wolno mylić z prostactwem. Życie jest w swoim skomplikowaniu proste: trzeba napełnić to co jest puste, opróżnić to co jest zbyt pełne i z czego wylewa się brzegami, dać uwagę tym obszarom życia, które swędzeniem, burczeniem czy bólem o nią wołają. 

Czasem wymaga to poważnych decyzji,  a czasem, zwyczajnych drobnostek, które wiele zmieniają. 

Masz czegoś za mało? Daj to sobie, teraz. 

Masz czegoś za dużo. Wyrzuć, opróżnij, zamknij. 

Swędzi Cię? Podrap się. 

Boli? Naklej plaster, zobacz ranę. 


Zapraszam Cię do świata, w którym małe rzeczy zmieniają bardzo dużo.
Moja książka jest właśnie o tym.
KUP TERAZ

Niepotrzebne firanki

Napisała do mnie kiedyś czytelniczka. W mailu opowiedziała mi historię trudnej znajomości i ... firanek, które dostała od kogoś, z kim chciała raczej zerwać kontakty. Firanki wylądowały w tapczanie i leżały tam jak wyrzut sumienia. Ze dwa razy w roku przekładało się je z miejsca na miejsce, a za każdym dotknięciem materiału i myśli, pojawiało się przeświadczenie o tym, że trzeba się ich pozbyć. No ale jak to tak, wyrzucić? Przecież prezent, do tego dobry, może kiedyś się przydadzą, może kiedyś coś się z nimi zrobi? 

Moja czytelniczka, nazwijmy ją Anną, spała na tym tapczanie i od dłuższego czasu miała problemy ze snem. Próbowała wszystkiego: i spacerów i ćwiczeń, zmieniła dietę, nie oglądała przed snem telewizji, w końcu poprosiła lekarza o coś farmakologicznego, bo albo miała problem z zaśnięciem, albo budziła się po 2-3 godzinach i nie mogła znaleźć sobie miejsca. Nic nie pomagało. 

Wszystko to zbiegło się w czasie z zakończeniem znajomości z "panią od firanek". Trochę to trwało, ale przy okazji świątecznych porządków, nieszczęsny zwitek materiału wreszcie także wylądował na śmietniku. 

I tu dochodzimy do punktu zwrotnego tej historii. Problemy ze snem skończyły się, jak ręką odjął. 

Anna pytała mnie w mailu: Czy te firanki były jakieś zaczarowane? Czy znajoma rzuciła na nie, na mnie urok?! Cóż - zapewne nie - ale przedmioty i ludzie mają moc. 

I czasem, aby ją im odebrać i dać SOBIE tak potrzebny spokój, trzeba COŚ wreszcie zrobić. 



A Ty, co zrobisz dla SIEBIE?

Nieważne czy wierzysz w czary, czy nie wierzysz, czy do wszystkiego podchodzisz z gruntu racjonalnie, bo tylko szkiełko i oko. To naprawdę bez znaczenia.  Na pewno jest dziś coś, co możesz dla siebie zrobić. 

To nie musi być wielka sprawa. Kupić kubek, wyrzucić kubek. Symbolicznie stłuc talerz, którego nienawidzisz. Posprzątać szafę, albo napisać list. Zapalić świeczkę w intencji, która jest dla Ciebie ważna. Podjąć decyzję i poczuć, że to nieodwracalne. Dać sobie pozwolenie na łzy, a potem żyć dalej. Trzasnąć drzwiami, albo je otworzyć. Krzyknąć i poczuć ulgę. Przestać wrzeszczeć i zobaczyć co stoi za wrzaskiem. Kupić czerwoną sukienkę, albo książkę. Zrobić gorącą czekoladę. 

Tak tylko to. Nie musisz robić nic więcej. 

Chciałabym, aby bez względu na to gdzie jesteś i czego potrzebujesz, to był ten moment, w którym bierzesz SIEBIE pod uwagę. 

Może to nic nie zmieni. Może. 

A może właśnie ZMIENI WSZYSTKO. 

Odejmiesz, dodasz, opróżnisz, czy podrapiesz?! 

To jest ten moment, gdy życie prosi Cię o uwagę. 




Miej cel bo inaczej nigdzie nie dojdziesz -  mówi popularne powiedzenie. Wielu ludzi od motywacji zjadło zęby na tym, aby wpoić innym, że PLANOWAĆ muszą, bo bez planu jak bez ręki. Plan czasem jest dobry, czasem zły, a czasem może nas doprowadzić na skraj przepaści. Czemu nie warto traktować życia jak biznesplanu i czemu cele nie powinny być wymurowane w betonie? 


Z planami i celami mam na pieńku od zawsze. Nie lubiłam takiego podejścia i mierziło mnie od zawsze, chociaż nie bardzo wiedziałam czemu. Lubiłam wyznaczać kierunki, patrzeć przed siebie, ale planowanie krok po kroku, rozpisywanie każdego ruchu i momentów zwrotnych, określanie gdzie będę za 5 lat i czemu, nigdy nie było moją mocną stroną. 

Z perspektywy czasu myślę, że dobrze. Uniknęłam w ten sposób wielu problemów i oszczędziłam sobie niepotrzebnego wysiłku. 

Bo chociaż plan sam w sobie nie jest niczym złym, to życie bywa tak nieprzewidywalne, że z planów zostają zgliszcza  -  bo jest albo lepiej niż miało być, albo gorzej, a najczęściej PO PROSTU INACZEJ. 


Jak to z planem bywa?!

Jak sami wiecie -  różnie.  Skrzętne życiowe planowanie nie ma sensu. Bo plany trzeba będzie weryfikować. Bo czasem płyniemy z prądem życia i chociaż z całej siły machamy łapkami to przecież tego prądu nie da się oszukać. Nieważne co piszą w poradnikach: to nie jest kwestia umiejętności pływania, co najwyżej utrzymywania się na powierzchni i wychodzenia z tego bez większego szwanku. 

Na wakacje planowałam relaks i pisanie kolejnej książki, a jak mogliście przeczytać w tym wpisie -  przyszło mi zająć się czym innym. 

Czy mogłam to przewidzieć? No cóż: nie da się żyć tak aby przekalkulować wszystko. 

Jeśli ktoś  traktuje życie jak biznesplan to zwykle możliwe są dwie wersje: albo będzie spektakularny sukces bo wszystko się idealnie ułoży, albo spektakularna klapa, bo już od początku będzie widać, że ideały ideałami, a życie życiem. 

Nie wiem jak Wy, ale ja nie znam nikogo, kogo na jakimś etapie życie by nie zaskoczyło. 


3 powody by uważać z planowaniem życia

1. Zbyt skrupulatnie określany i przestrzegany plan odkleja nas od życia

Trzymamy się go tak mocno, że nie widzimy co wokół się dzieje. Jedni powiedzą, że to dobrze, bo koncentrujemy się na celu, ale ja z mojej perspektywy uważam, że jednak nie. 

Taki rodzaj odklejenia od rzeczywistości sprawia, że wcale nie idziemy szybciej -  przestajemy widzieć znaki, drogowskazy i podpowiedzi. 

Cokolwiek Wam mówią, metoda na "konia w kieracie" wcale nie jest najskuteczniejszym sposobem na sięganie gwiazd. 

2. Plan zabrania zerwać z planem

I znów: jedni powiedzą -  po co zrywać?! Trzeba się trzymać rękami i nogami! Tylko konsekwencja! A ja Wam powiem, że iść z konsekwencją godną lepszej sprawy w złym kierunku to jest słabe bohaterstwo. 

Nie zawsze to wiemy od początku, a bywa że źle pojmowana lojalność wobec zaciągniętych zobowiązań prowadzi nas zamiast do celu, gdzieś na skraj katastrofy. 

3. Plan nigdy nie uwzględnia wszystkich zmiennych

A więc dywagowanie gdzie będę za 5 lat, gdy ze 100 % prawdopodobieństwem nie mogę powiedzieć, gdzie będę za miesiąc, wydaje się być nieporozumieniem. 
Może trafię, może nie. Czy nie lepiej skupić się na tym co TERAZ mogę zrobić aby być bliżej miejsca, do którego chcę dojść? 


To co, nie planować?!

Ależ tak, byle z głową! Planujcie, miejcie cele, ale także rozglądajcie się wokół siebie. Dokładnie badajcie co stoi za planem i celem i skąd się wzięło "chcę", "muszę". 

Niech plan zawsze będzie szkicem, a nie skończonym obrazem, który trzeba idealnie odtworzyć. 

Cokolwiek byśmy sobie wyobrażali, jak byśmy nie planowali, to zwykle pod koniec okazuje się, że i tak jest zupełnie inaczej niż nam się wydawało. 

PS. Jak plany na ten rok? Zrealizowane, czy lepiej nie pytać?! 




To co warto zaplanować, to wieczór z książką i ciepłą herbatą!
Moją książkę znajdziesz TUTAJ. 



- "Skąd wiedziałaś, że dziś właśnie potrzebuję takich słów, to przyszło w idealnym momencie, zobaczyłem ten tekst dokładanie wtedy kiedy miałem go zobaczyć, to jest jak pisane dla mnie"- to mój ulubiony rodzaj komentarzy, który powtarza się na blogu i moim fb właściwie codziennie. Czy przypadki istnieją i dlaczego wszystko przychodzi dokładnie wtedy kiedy ma przyjść? 

Dawno, dawno temu, kiedy jak większość z nas czytałam Paulo Coelho, z którego dzisiaj wszyscy się śmieją, przeczytałam zdanie o znakach i drogowskazach, które zapadło  we mnie głęboko i siedzi tam do dzisiaj. 

Później, gdy czas mijał, a ja doświadczyłam, że życie nie zawsze jest takie linearnie proste, a drogowskazy, tak jak znaki drogowe też trzeba umieć czytać, zauważyłam, nie od razu, nie bez ociągania, że to czego potrzebuję, wskazówki, których wyglądam, inspiracje, które nakierowują mnie na właściwe tory, przychodzą zawsze wtedy, KIEDY POWINNY PRZYJŚĆ. 

A może raczej nie przychodzą, ale ja PRZECHODZĘ OBOK nich. 

Jeśli mam w sobie otwartość i uważność: zobaczę. 

Jeśli mi jej brak, albo wolę nie widzieć, wtedy znikają i nie narzucają się. 

Życie toczy się swoim rytmem i tylko czasem wpycha nam pewne prawdy prosto w ręce. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie chcemy ich oglądać. Ale generalnie nie narzuca się. To tak jakby powiedzieć: To twój wybór. 

Tylko jak te "przypadki" uzasadnić? 


Dziwne życie (nie) przypadków

Czy przypadki w ogóle istnieją? Spierają się o to filozofowie i matematycy, więc ja nie wiem, ale conajmniej kilku z tych ostatnich podkreśla, że w matematyce, naprawdę trudno mówić o prawdziwym zdarzeniu losowym. 

No bo czym jest prawdziwy przypadek? Czy nie ciągiem pewnych zdarzeń, które w pewnych okolicznościach jednak można wytłumaczyć? Czy przypadkiem byłam tam albo tu, czy nie stały za tym moje wcześniejsze wybory, które przyprowadziły mnie w to miejsce? 

Jest w tym, jakby nie patrzeć, jakaś metafizyka. Coś niepokojącego, dla niektórych trudnego do zaakceptowania. 

Może dlatego wolimy myśleć: to tylko przypadek?! 



Co ma mózg do przypadków-  czyli weźmy to na rozum!


Jung, już dość dawno temu, wspominał o efekcie synchroniczności. 


O ile on skupiał się na podświadomości i tym czego dzięki niej doświadczamy, to współczesne badania dowodzą, że nasz świadomy mózg także ma tutaj wiele do powiedzenia. 

Mózg korzysta ze zdolności wychwytywania schematów z ogromu napływających do nas bodźców. Szereguje je i zbiera, bo w końcu cel jest prosty: służyć właścicielowi i zbierać to co może mu się w życiu przydać, oraz chronić przed tym co może być zagrożeniem. 

Wiele zjawisk i zdarzeń, które przeżywamy i których doświadczamy, jest silnie związane z przeżywanymi przez nas emocjami lub z naszymi myślami. To one znajdują potem odzwierciedlenie w naszym życiu i naprawdę trudno tu mówić o prawdziwym przypadku.

Jeśli szukamy odpowiedzi, mózg nastawia radar i kieruje nas we właściwą stronę. To dlatego idziemy właśnie tą ulicą, albo otwieramy FB, bloga na myśli, słowie, które akurat jest nam potrzebne. 

Nie zawsze trafi, ale podsuwa co znajdzie, a że żyjemy w przestrzeni wspólnych przeżyć i myśli to zawsze coś się nam dopasuje. 


Może zupełnym przypadkiem ciągle trafiasz na tą książkę.. Już kilka razy zastanawiałaś się czy jest Ci potrzebna... Jeśli to zdarza się znowu, nie trać czasu i KUP TERAZ.
:) 

Jeśli myśl to energia... 

A wiele na to wskazuje, to to co do nas przychodzi jest również pewną energetyczną odpowiedzią. Jak w orkiestrze: słychać dzwonek, odpowiadają mu skrzypce, gra waltornia, za nią pojawia się flet. 

Trudno to wytłumaczyć, ale większość z nas podskórnie to przeczuwa: świat gra z nami, a my gramy ze światem. Kluczem do udanej kompozycji jest uważność i ta wola, aby na to co świat niesie, jednak całkiem nie zamykać uszu. 

Jedni uzasadniają to Bogiem, inni metafizyką, a cała reszta wierzy w przypadki. 


A Ty? Z której Ty jesteś parafii?! 



Od kiedy poszliśmy do szkoły, wiemy doskonale, że błędy zaznacza się na czerwono. Chmury podkreśleń, wykrzykniki i uwagi miały uczynić nas lepszymi. Tylko czy tak rzeczywiście się dzieje?! Metoda zielonego długopisu mówi, że można inaczej. 


Żyjemy w kulturze wytykania błędów. Tak funkcjonuje szkoła. Czerwony ślad znaczy: NIE TAK, ROBISZ to ŹLE. 

Szkoda, że z równym pietyzmem nikt nie szuka w nas dobrych stron i jeszcze większa szkoda, że nauczeni przykładem, sami tego nie robimy. 


Strach przed czerwonym długopisem

Strach przed błędem, przed tym, że nam ktoś coś wytknie, może być jak tama, która blokuje całą chęć do działania. W życiu co prawda nie ma zeszytów, nikt nie pisze nam markerem po ścianach, ale i tak wielu z nas strasznie boi się się próbować, bo może się nie udać. 

Czerwony długopis ma uczyć, a chyba głównie stresuje. Koncentruje naszą uwagę na tym co złe i niedoskonałe, jakby reszta nie istniała. 

Nie wierzysz? Przypomnij sobie kartkę z dyktandem, na którym ktoś zaznaczył Twoje błędy. Nawet jeśli 100 słów napisałeś poprawie, to te 5, które zostało podkreślone, skupia całą uwagę i sprawia, że czujemy, że nic nie wiemy. 

To przecież wspaniałe umieć napisać dobrze 100 słów! A przecież nikt nigdy tak na to, na nas, nie patrzył!

I co z tego? Niestety bardzo wiele. To programuje nas na określony sposób myślenia. Nikt nie stał się lepszy, od mówienia mu, że jest zły. 


Metoda zielonego długopisu

Można jednak inaczej: a gdyby tak podkreślać najdoskonalsze elementy -  zaznaczać je nie na czerwono, ale na zielono? 

Większość z nas bez trudu wyciągnie wnioski. Naprawdę, wbrew temu co wydaje się skostniałym belfrom i życiowym korektorom, którzy niczym Małgorzata Rozenek szukają pyłku na białej rękawiczce, potrafimy dodać dwa do dwóch. 

Świadomie czy nie, dziecko, dorosły na pewno powtórzy to, co zrobiło dobrze (i co zostało zauważone oraz docenione). -  pisze Monika Marciniak, na swoim blogu MAMY RADĘ.  Mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną motywacją wewnętrzną: dziecko nie będzie koncentrowało się na niepopełnieniu błędów lecz na włożeniu wysiłku w powtórzenie sukcesu.

Z dorosłymi działa to dokładnie tak samo. 

Stara pedagogika mówi, że jeśli się nam nie wytknie błędów i wypaczeń to w życiu się niczego nie nauczymy. Ale dzisiejsza wiedza o tym jak przyswajamy, jak się uczymy, dorastamy i doskonalimy się, mówi zupełnie co innego. 

Motywacja, ta trwała i wartościowa, nie bierze się wcale z potrzeby udowadniania komuś czegoś, czy doskonalenia się w imię niepopełniania błędów. 






Od poczucia niedoskonałości do "mogę"

Nawet jeśli we wspomnianym dyktandzie, proporcja byłyby odwrotne, to 5 dobrze napisanych słów, świadczy o tym, że mogę się nauczyć pisać pozostałe - potrzebuję tylko trochę czasu. 

Nikt nie jest doskonały, ani nikt nie jest do niczego. Jesteśmy ludźmi, którzy albo nad sobą pracują, albo nie. 

Zwracanie uwagi wyłącznie na błędy to prosta droga do kompleksów i poczucia, że jestem niewiele wart. A to przecież nieprawda. 

Zmiana optyki przyda się nie tylko dzieciom, ale i dorosłym. 

Może zamiast wytykania sobie niepowodzeń, skupimy się na tym co nam wyszło, co potrafimy, a do reszty podejdziemy z otwartością i wiarą, że skoro mogę coś innego, to mogę i to? 


A więc? Co Tobie się dziś wspaniale udało? 



Myślenie pozytywne jest zdrowe i sensowne, ale tylko do momentu, w którym staje się niebezpieczne i szkodliwe. "Uśmiechaj się i jakoś to będzie" - to nie zawsze jest sensowna rada. 


Optymizm wszedł mi w krew i zgodnie z tym o czym pisałam Wam w tym tekście o martwieniu się, niespecjalnie widzę sens w rozmyślaniu i rozkładaniu na czynniki pierwsze wszystkich trudnych sytuacji. 

Jest jednak sporo takich okazji i zdarzeń, w których pozytywne myślenie to trochę za mało. Zwłaszcza jeśli traktujemy je stereotypowo i wiecznie liczymy na to, że "samo się ułoży". 

Dziś o takich sytuacjach. 


Pozytywne myślenie wszystko załatwia...

Chcesz mieć dobre życie, po prostu myśl pozytywnie! Twoje życie zależy od Twojego nastawienia!  - znacie? Na pewno! Jest w tym wiele dobrych intencji, tylko że dobrymi intencjami piekło wybrukowane...

To co myślisz, jest szalenie ważne, ale nie załatwia niczego. Myśl musi stać się ciałem, żeby zmieniła życie. Samo myślenie nie zmienia, może także być pułapką. 

Osoby zwiedzione hasłem "myśl pozytywnie" przestają postępować racjonalnie i kiedy pojawiają się wątpliwości albo przeciwności losu, nie potrafią sobie z nimi skutecznie radzić. 

Myśl pozytywnie, ale nie poprzestawaj na samym myśleniu i obserwuj, co się wokół Ciebie dzieje. Bierz też pod uwagę, że jest cały katalog sytuacji, w których pozytywne myślenie w karykaturalnej formie, raczej szkodzi niż pomaga. 



Kiedy pozytywne myślenie nie działa?!



Kiedy pozytywne myślenie szkodzi?


Pozytywne myślenie przy przeciążonej psychice odkłada tyko na termin późniejszy cały syf do przerobienia - napisała jedna z czytelniczek na FB

Jak w domu jest syf i lepi się podłoga, to trzeba posprzątać a nie psiukać odświerzaczem i udawać, że problemu nie ma - dodaje kolejna. Przecież bałagan jak był tak jest, a pozytywne nastawienie też się kiedyś skończy i co dalej?

W tym kontekście pozytywne myślenie jest przereklamowane i wręcz szkodzi. Wiele osób słysząc takie teksty myśli: Staram się myśleć pozytywnie, ale nic z tego nie wychodzi. Co jest ze mną nie tak?

Dlatego samo myślenie to za mało. Czasem jest ono po prostu ucieczką od problemów, udawaniem, że jak te swoje myśli i rzeczywistość w głowie ukwiecę i zabarwię na różowo, to problemy przestaną istnieć. A przecież to tak nie działa. 

Co warto wziąć sobie z pozytywnego myślenia przy życiowym "syfie"? Samo przeświadczenie, że sobie poradzę, że mogę przez to przejść i dam sobie radę. Bo w sumie czemu miałoby być inaczej?! 

To może kosztować: czas, pieniądze, wysiłek, czasem pozbycie się złudzeń, ale przynajmniej daje efekt w postaci załatwionej sprawy. I nowego doświadczenia. Samo myślenie zwykle NIC nie daje - bywa też że przeciąga sprawę i pogłębia nasze problemy. 


Kiedy pozytywne myślenie nie pomoże? 

Nowomodni "coachowie", którzy nie bardzo rozumieją istotę ludzkich problemów i na wszystko mają łatwe rozwiązania, być może się ze mną nie zgodzą, ale zasadniczo, pozytywne myślenie nie pomoże:

1. W przypadku depresji: kiedy jest się w ciemnym tunelu myśli i smutków. W takim wypadku trzeba poszukać wsparcia, żeby stamtąd wyjść. Tego nie da się załatwić zwykłym "keep smile". 

2. W razie poważnych kłopotów, żałoby, trudności. To są sytuacje, które wszystkich nas w życiu dopadną. Nie ma od nich ucieczki, nie warto zresztą uciekać. TRZEBA TO PRZEŻYĆ. Bez udawania i przebierania się w maski z napisem: "Nic się nie stało". 

3. Wtedy kiedy trzeba bardzo racjonalnie i pragmatycznie podchodzić do tematów. Optymizm się przydaje, ale WARTO z nim uważać w przypadku finansów, prawa, dzieci i małżeństw. Bardzo często bywamy z jego powodu po prostu naiwni. A to się potem mści. I drogo kosztuje. 

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że można inaczej. Że on pozytywnie myślał i wszystko się samo ułożyło. Każdy ma swoją prawdę i prawo do własnego zdania. ALE, jest jedno ALE. I jedna moja rada, z której weźmiesz sobie co chcesz, albo zupełnie NIC:

Jeśli w kółko wracasz do punktu wyjścia, dobrze uznać, że pozytywne myślenie może być jedną z części Twojego oręża. Ale z pewnością nie powinno być jedną. 

***


Manufaktura Radości na jesienne wieczory i nie tylko! 

W książce znajdziesz: 
  • Odpowiedź na pytania o toksycznych ludzi i sposoby na to jak sobie z nimi radzić
  • Instrukcję dotyczącą tego, jak mieć fajniejsze życie, która działa!
  • Mapy, które sprawdzą się w drodze do sukcesu - jakkolwiek go pojmujesz! 
  • Sprawdzone sposoby na smutek, nostalgię, oraz inspirujące porady jak sobie z nimi radzić
  • Dużą dawkę wiedzy na tematy psychologiczne: piszę o rozliczeniach z przeszłością, wybaczeniu, rozstaniach, miłości i relacjach rodzinnych
  • Inspiracje, które popychają do działania i otwierają głowę na NOWE
  • Masę motywacji, dzięki której ruszysz z mielizny jeśli tkwisz na niej już tak długo, że szkoda gadać
  • Zasady, których dobrze się trzymać i rozliczenie z tymi, które dobrze porzucić raz na zawsze
  • Sposoby na budowanie poczucia własnej wartości i rozliczenie się z wewnętrznym, albo zewnętrznym krytykiem
  • Dużo uśmiechu i pogody ducha! 
A także... wiele, wiele więcej! 

Mówię NIE: 
  • Nadęciu i mądrzeniu się
  • Irytującym "jedynie słusznym" radom z amerykańskich poradników
  • Książkom, które trzeba czytać ze słownikiem wyrazów obcych
  • Rozprawom, które przypominają bardziej pracę magisterską, niż inspirację. Każdy temat w książce przeczytasz w mniej niż 10 minut! 
Książkę kupisz TUTAJ


PODAJ DALEJ! 


W internecie od kilku dni głośno o akcji #metoo. Nie mogę już patrzeć na te historie, tak wielkim smutkiem mnie napełniają, ale im bardziej nie chcę, tym bardziej do mnie przychodzi pytanie: KTO ZA TO POWINIEN SIĘ WSTYDZIĆ?! 

W skrócie: akcja #metoo ma uświadomić, jak wiele kobiet pada ofiarą nadużyć seksualnych. Nadużycie to nie tylko gwałt czy próba gwałtu. To nie wyłącznie coś co się robi ręką czy narządem płciowym, ale też słowem, gestem czy spojrzeniem. 

Wszystkie to znamy, naprawdę wszystkie. 

Nie opowiem Wam mojej historii, bo pewnie same macie własne i możemy się w tych opowieściach przeglądać jak w lustrze. Są tak bliźniaczo podobne, niektóre kończą się dobrze, inne źle, ale we wszystkich pojawia się wstyd. 

Wstyd kobiet, dziewczynek, nastolatek, które poczuły się poniżone, nadużyte. Wcale nie wstyd tych, którzy z rubasznym śmiechem opowiadali o cyckach i dupach czy nadużyć się dopuszczali. Oni się nie wstydzili i w tym względzie niewiele się zmieniło przez ostatnie lata. 


Ofiara ma gorzej od sprawcy

I jest to straszna, straszna prawda. Póki nie zmienimy myślenia, nic w kwestii nadużyć się nie zmieni. 

- "Wolisz to zrobić ze mną czy z moim psem" -  usłyszała A. od 2 -lata starszego sąsiada, gdy sama miała 11 lat. Pamiętam to tak mocno, bo naprawdę byłyśmy wtedy dziećmi. Nie oglądałyśmy porno, nie wiedziałyśmy nawet dobrze jak "to" się robi. Chłopak nie chciał wypuścić jej z domu, ciągnął za rękę ze swojego pokoju do sypialni rodziców, dopiero kiedy zaczęła płakać i wrzeszczeć, wystraszył się i powiedział, że żartował. 

A. opowiedziała o wszystkim mamie i usłyszała: "Po coś tam poszła idiotko"! Dostała karę i zakaz wychodzenia po lekcjach. To z niej śmiała się potem cała ulica, a chłopak naopowiadał w szkole, że sama za nim chodziła i jej nie chciał, więc naopowiadała matce głupot, żeby się na nim zemścić. 

Do dziś pamiętam jej wstyd. I triumfującą minę tego chłopaka. Nie miał potem problemów z umawianiem się z innymi dziewczynami, nikt go za to nie napiętnował.

Pamiętam też bagatelizowanie setek innych sytuacji, które pojawiały się w życiu. "Nie przesadzaj" - mówili ludzie. "Przecież to nic takiego" - dodawali inni. "Takie żarty, pewnie mu się podobasz". 

Pamiętam wstyd swój i innych dziewczyn, kobiet. 

I to, że do cholery, zawsze wstydziłyśmy się my, a nie ci, którzy naprawdę wstydzić się powinni. 


Jak nie wychować syna na gwałciciela? 

Albo kogoś kto z rubasznym uśmiechem molestuje koleżanki? Kogoś, kto wykorzystuje okazje, naiwność czy zwyczajny brak doświadczenia młodych kobiet do tego aby potem grać na ich wstydzie i namawiać je do tego na co ma ochotę? 

Nie da się bez edukacji. 

Przeczytajcie koniecznie ten tekst, a jeśli jesteście rodzicami dorastających chłopców, zadbajcie o to, aby mieli świadomość tego o czym w tekście pisze autorka. Nie czekajcie aż zrobi to za Was szkoła, czy ktoś inny. Nie zrobi. 

To także lektura dla młodych dziewczyn. I tych starszych też. Dla ich mam i cioć, dla babć, dla wszystkich kobiet, które spychają odpowiedzialność za cudze czyny na kobiety "bo same chciały". 

NIC się nie zmieni w tym świecie, póki dalej za przemoc seksualną będą wstydzić się tylko ofiary. 


Wierzę, że słowa, które padają teraz w przestrzeni internetu, pomogą przełamać ten wstyd. I oddać go tym, którzy NAPRAWDĘ powinni go nieść. 

A co Wy o tym myślicie? Jakie emocje porusza w Was ta akcja? 





Historie sukcesów, które zaczynały się od „czułam się nikim i nic nie warta, a teraz jestem wielka” robią furorę. Dobrze wyglądają w gazetach. Dobrze się to czyta. Każdy z nas pewnie kiedyś był w takim momencie w życiu, w którym czuł się bezwartościowy i pomyślał, że jeszcze temu światu pokaże. Problem w tym, że mozolne wspinanie się na szczyt, żeby powiedzieć OTO JESTEM ZAJEBISTA to jest podejście „od dupy strony”. Bo jaki naprawdę jest problem?


„Całe życie mi wmawiano, że jestem nikim. Chciałam udowodnić, że to nieprawda” – mówi bohaterka wywiadu w WO, która w 3 miesiące po 3 cesarce przebiegła ultramaraton na dystansie 240 km. „Kobiety latami czekają aż ktoś doceni je w pracy”-  czytam w kolejnym materiale

I abstrahując od przekazu i motywującej wartości tych tekstów myślę sobie, że idziemy do siebie i do poczucia własnej wartości drogą totalnie naokoło. 

I to jest znacznie dalej niż te 240 km.


Dlaczego udowadnianie innym czegoś jest drogą naokoło?

Bo chociaż chcemy wierzyć, że jest inaczej, to punkt wyjścia i punkt powrotu jest zawsze taki sam. Wychodzimy i wracamy do siebie.

Tak, droga nas zmienia. Tak, po drodze możemy się nauczyć bardzo wiele i sprawdzić się w milionie różnych wyzwań i sytuacji. 

Ale to nie osiągnięcia są dowodem naszej wartości. 

Jesteśmy wartościowi i bez nich - dlatego że jesteśmy, dlatego, że się urodziliśmy i jesteśmy ludźmi.


Ludzie bez osiągnięć są nic nie warci?

Nie zgadzasz się z tym? W takim razie twierdzisz, że dzieci są bezwartościowe? Że aby coś znaczyć trzeba mieć na koncie milion, w dorobku szanowany tytuł, osiągnięcia sportowe albo przynajmniej gromadkę dobrze wychowanych dzieci? Gdyby tak było, większość z nas miałoby poczucie własnej wartości wielkości główki od szpilki. A przecież tak nie jest.

To wcale nie osiągnięcia nas definiują -  to nie one są przepustką do świata, w którym mogę powiedzieć o sobie: „Nie jestem idealna, ale do cholery nikt nie ma prawa mi mówić, że jestem nikim!”.

Jest tym coś zupełnie innego. 


Książka na jesienne wieczory -  znajdziesz ją tutaj


Pułapka osiągnięć

A może nie ma w tym nic złego? Komu to przeszkadza, że ktoś chce iść naokoło i doświadczyć wielkości, żeby potem w siebie uwierzyć i mieć poczucie sprawczości i mocy! Niby nikomu.

Ale wielu w tej drodze się zgubi. Wielu dostanie po tyłku tak mocno, że się nie podniesie, albo zapłaci za to wysoką cenę. 

Wielu wpadnie w nałóg udowadniania sobie i innym, że są wiele warci tylko wtedy kiedy im się coś udaje. Kiedy walczą i się nie poddają. Kiedy osiągają. Kiedy są lepsi niż inni.

Dla tych mam złą wiadomość: Nie ma czegoś takiego jak wieczna życiowa hossa. 

To jest niebezpieczna droga. 


Czemu się czepiasz?!

Tak, trochę się czepiam, ale mam ku temu ważne powody. 

Za dużo widziałam dziewczynek, które twierdziły, że nie są dość dobre, żeby ktoś je pokochał. Pracowały więc nad sobą do anoreksji i zaburzeń osobowości bo chciały być idealne.

Za dużo znam facetów, którzy przeszli zawał, bo bardzo chcieli pokazać tacie, żonie i sąsiadowi, że są lepsi od nich.

Za dużo kobiet, które nie mogą pogodzić się z tym, że czas mija.

Za dużo ludzi, którzy z całej siły pragną aby KTOŚ wreszcie ich docenił, bo nie doceniają siebie.

Dlatego jeśli czujesz, że na wiele jeszcze musisz zapacować, wiele jeszcze osiągnąć by powiedzieć o sobie „JESTEM OK” – to rób co chcesz. 

Ale zanim wyruszysz w tą drogę, zanim się rozpędzisz i poczujesz krew na języku, pot na karku, zanim zaciśniesz pięści, zrób dla mnie i dla siebie jedną rzecz: zastanów się proszę. 

Czy aby nie idziesz do siebie „od dupy strony”?



×