Ach jak ten czas leci! Jeszcze chwilę temu śnieg leżał na ziemi, a ja przyszywałam górny guzik u płaszcza bo wiało, a dziś zakładam baleriny na gołe nogi i z wdzięcznością myślę o promieniach słońca i sezonie na "bez-skarpetek". Wszystko się zmienia, zmieni się także manufaktura! Co mnie i Was czeka? 


Jeśli czytasz mnie regularnie, na pewno zauważyłaś, że wpisy ostatnio pojawiały się rzadziej i mniej regularnie. Trochę też zniknęłam z FB, trochę mnie mniej w sieci. Wszystko ma swoje przypływy i odpływy, czas gorący od słów i czas kiedy się raczej milczy. 

Manufaktura Radości powstała uwaga, prawie 9 lat temu i jakiś czas temu poczułam, że potrzebuje zmian. O powodach, przyczynach i kierunku napiszę Ci w pierwszym poście w nowym miejscu. Manufaktura dalej będzie manufakturą, ale odrobinę odmienioną bo i ja sama przeszłam przez te wszystkie lata odmianę i nie mówię wcale o rozmiarze ubrań czy numerze buta. 

Czas mija, idziemy dalej. Jeśli się nie rozwijamy, to się zwijamy - dlatego trzeba mi tutaj małego remontu, odświeżenia i zmiany kierunku. 

Nie będzie ogromnych rewolucji, ale z pewnością kiedy pierwszy raz tu zajrzysz, będziesz trochę zaskoczona i mam nadzieję, że powiesz WOW. 

Zmiany na Manufakturze Radości -  Twoje sugestie?!

Ja mam swoje wizje, ale nie byłoby Manufaktury bez Ciebie, bez Was - moich czytelników. Dlatego to jest idealny moment na to, aby napisać czego chcielibyście więcej w tym miejscu, jakiej formy oczekujecie i wreszcie gdzie najczęściej zaglądacie. Jakie tematy warto waszym zdaniem poruszać? Czego nie lubicie? Co Was najbardziej interesuje? 

Zostało jeszcze trochę czasu -  nowa manufaktura ujrzy światło dzienne w maju, więc jest akurat chwila aby podzielić się potrzebami i chęciami. 

Niniejszym otwieram koszyczek na prośby, sugestie i życzenia :). 

Stęsknionym przypominam, że książka z tekstami z bloga czeka na Was w sklepie -  KLIK. Warto zapakować ją w rowerowy koszyk, wiosenną torbę i ruszać korzystać z życia :) 


Manufaktura Radości -  Sprawdź teraz! 


Trzymajcie kciuki! Do zobaczenia wkrótce! 





"Jeśli myślisz, że wszystko jest cudzą winą, będziesz bardzo cierpiał"- powiedział podobno Dalajlama i w jednym zdaniu zamknął to, co normalnie niczym w kuli na zdjęciu, potrzebuje ogromnej przestrzeni i wielu słów. Masa z nas żyje nieświadomie życiem ofiary i to właśnie generuje olbrzymie cierpienie. 


Życie nie jest sprawiedliwe, ani łatwe i nigdy nie będzie. To jest punkt z którego wszyscy musimy wyjść, zgodzić się z nim i zaakceptować bo inaczej stracimy lata na niepotrzebny, głupi bunt, na łzy, które i tak niczego nie zmienią i na zawracanie kijem jednej lub drugiej Wisły. 

Jeśli chcesz myśleć inaczej, myśl, ale to trochę tak jak buntować się przeciwko temu, że słońce raz świeci raz nie, że pory roku się zmieniają i że czasem zwyczajnie wdepniemy w gówno. 

Możesz robić co chcesz, ale w ten sposób niczego nie zmienisz, stracisz za to czas i energię.

W poszukiwaniu winnych

Podobnie jest z szukaniem winnych - czyli tych którzy wezmą odpowiedzialność. 

Wielu ludzi to robi i ze smutkiem stwierdza, że to niczego nie zmienia, nie zdejmuje z nich ciężaru, ani nie pomaga prowadzić szczęśliwego i spełnionego życia.  A jednak zostają w tym miejscu i obwiniają dalej. 

Bo niczego innego nie nauczyli się robić. 

Kto naprawdę jest ofiarą?

Jedno z moich największych życiowych odkryć, związanych z rozwojem i z dorastaniem dotyczy prawdy, którą bardzo trudno na pewnym etapie zaakceptować. 

Prawda to mówi, że ofiara jest także katem, a kat ofiarą i że te role zmieniają się w życiu i zawsze, praktycznie zawsze ten kto wchodzi w jedną rolę jest także w drugiej. 

Nie lubimy patrzeć w tą stronę i z całej siły odwracamy wzrok, ale ofiara zawsze ma pewien interes w byciu ofiarą, w zrzucaniu odpowiedzialności. 

Gdyby było inaczej, wyszłaby z tej roli i po traumie, niczym pewna malarka, o której pisała Clarissa Pincola Estes, żyłaby tym co wybrała, a nie tym co jej się przydarzyło. 


Gra, w której nie da się wygrać

Na takim tragicznym "łączeniu" trwają prawie wszystkie toksyczne związki, w których, co tu dużo gadać, obie strony są nieszczęśliwe, ale żadne nie podejmie ważnej decyzji, żadne nie zrobi kroku, aby ruszyć z miejsca, bo każda z tych osób ma pretensje i oczekiwania, oraz winą obarcza drugą osobę. 

"Ona zmarnowała mi życie, bo złapała mnie na dziecko, on mnie oszukał, bo nie był taki jak sobie wyobrażałam, całe życie mnie tłamsił, wyśmiewał i nie dawał wsparcia." 

Co Ci ludzie robią ze sobą? Grają w grę o to, kto jest bardziej winny, karzą się nawzajem, ale niestety nie wiedzą, że w tej grze nie ma wygranych. 

Wszyscy przegrywają z kretesem. 

Jeśli myślisz, że wszystko jest cudzą winą...

Są krzywdy niezawinione, to jasne. Są w życiu takie sytuacje, w których cierpimy z powodu czyjejś głupoty, nieprzygotowania, złych decyzji, czy sytuacji w której rodzicami zostają np. ludzie, którzy kompletnie nie potrafią żyć. 

To jasne, że są ludzie, których bez problemu możemy obarczyć winą, ale to jest takie miejsce w życiu, w którym nie można się zatrzymać. 

Jeśli myślisz, że wszystko jest cudzą winą, będziesz bardzo cierpiał. 

Jeśli będziesz czekał, aż ktoś kto wobec Ciebie zawinił winę przyjmie, zadośćuczyni jej i zrobi wszystko, abyś o niej zapomniał, z dużym prawdopodobieństwem efekt będzie dokładnie taki sam. 

Cierpienie, jeszcze więcej cierpienia. 

Co możesz zrobić zamiast? Uznać, to co było, zaakceptować, że się przydarzyło, nie szukając przyczyny, powodu, nie zrywając podszewki, żeby dowiedzieć się dlaczego, ... i iść dalej. 

Przeszłości nie jesteś w stanie zmienić nawet w 1 %. To co zrobisz ze swoim dziś lub jutrem, to co będziesz dziś o sobie i życiu myślał, jest jednak w całości TWOJĄ ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ, a nie niczyją winą. 

Ulga, którą poczujesz kiedy odpuścisz szukanie winnych, naprawdę nie da się z niczym porównać. 

Spróbuj, a przekonasz się. Obiecuję. 




Kiedy jestem w emocjonalnej rozsypce, albo zwyczajnie zmęczona i rozedrgana, to wracam do muzyki. Podobno tylko on jest w stanie zaangażować wszystkie nasze zmysły. Posłucham, pośpiewam pod nosem, popłaczę, a potem, potem już jest nowy dzień i wszystko wygląda lepiej! Działa odkąd miałam 14 lat! Jakich piosenek na pocieszenie słuchać? Przy czym sobie popłakać? Co wesprze i pocieszy? Oto moja lista z ostatnich kilku miesięcy :) 


Żeby nie być gołosłowną, garść badań: chociaż nie wszyscy z nas są wrażliwi na muzykę w równym stopniu, to większość jednak jest. Jeśli dodać do tego słowa, np. piosenek, to mamy koktajl prawie idealny: poruszający i pozwalający uporać się z emocjami. Jak to działa? 

Muzyka jest dla mózgu niczym masaż i sport dla ciała, a do tego, jak dowiedli naukowcy z Montrealu uruchamia obszary mózgu związane z ośrodkiem nagrody. Pobudza do wrażeń fizycznych, pomagając w ten sposób rozładować zgromadzone w ciele emocje. Obniża poziom stresu, może tez wpływać na osiągnięcie swoistego katharsis, przez innych zwanego "efektem wow". 

Jakkolwiek by to działało -  warto słuchać i warto wspierać się muzyką w trudnych i przełomowych momentach życia. W innych też warto się nią otaczać: choćby dla przyjemności! 

Czego posłuchać? Oto moja dzisiejsza poruszająca playlista :) 


1. MILCK - BLACK SHEEP

Weź te kije i kamienie
I stwórz własny dom
Każdy wojownik wyrasta ze swoich bitew i blizn
Tak, wiesz, że kocham cię taką, jaką jesteś

Droga czarna owco...



2. Sara McLachlan - Angel

Nie wiem co takiego jest w tej piosence, ale porusza mnie niezmiennie od lat :) 

3. Pentatonix- Hallelujah

Znane, ale to wykonanie daje po emocjach ;). Przynajmniej moich! 

4. Diana Krall i Bryan Adams- Feels like home 

Stare, ale jakie piękne :) 

5. Extra -  Wilcza pieśń

Piosenka, przy której mam zawsze ciarki i do dziś do końca nie wiem dlaczego. :) 

6. MILCK - Ooh child 

Och dziecko, pewnego dnia wszystko będzie łatwiejsze :). 

7. Louis Armstrong -  What a wonderful life! 


Nie trzeba komentarza :). KOCHAM :) 

Wszystkie piosenki dodałam do tej playlisty: KLIK. 

Dodajcie swoje tytuły -  nigdy nie wiadomo, kto jeszcze potrzebuje popłakać :). 

Miłego słuchania! Cokolwiek Cię męczy, pamiętaj: Jutro będzie lepiej :) 



Dziś krótko i treściwie: o kompleksach i o kochaniu siebie. Co nam stoi na drodze i jak przeszkadzaczom powiedzieć NIE?!

Na początku kilka słów wyjaśnienia bo czuję się w obowiązku przynajmniej wytłumaczyć, czemu mnie tutaj mało. 

To intensywny czas w moim życiu, dużo rzeczy się dzieje, trochę pędzę, trochę piszę, dużo myślę, ale czuję też że tak jest dobrze, dlatego z dobrodziejstwem inwentarza przyjmuję tą zmianę. Cieszy mnie i popycha dalej. Dzieją się istotne rzeczy. 

Przede wszystkim wierzę, że do wakacji będę mogła Wam zaprezentować nową książkę, która w przeciwieństwie do poprzednich, nie będzie miała bezpośredniego połączenia z blogiem (wszystkie teksty będą nowe i nigdzie nie publikowane)  i na którą, myślę, warto czekać. 

Liczę na to, że po jej przeczytaniu poczujecie się tak, jakbyście założyły czerwoną bluzę ze zdjęcia, albo sukienkę z dekoltem. Kobieco, mocno i że to będzie taki moment, w którym wiele drzwi stanie otworem. 

Jeśli jeszcze nie macie poprzedniej, poprzednich, to jest na to dobry moment. Wszystkie zamówienia powyżej 50 zł złożone i opłacone w tym tygodniu wyślemy gratis. Klikacie TUTAJ :). 


Kto nam mówi, że jest źle?!

Ale zanim nowa książka, zanim przyjdzie wiosna i wszystko nam w głowie poodmienia ( albo nie...) , o ważnej rzeczy -  o miłości do siebie. Miałam o tym napisać przy okazji Walentynek, ale może nawet dobrze się stało, że nie zdążyłam. Bo miłość własna, troska o siebie, nie jest nam wcale potrzebna raz do roku. Kochać siebie raz w roku to w ogóle nie kochać.

Tylko jak się kochać, jeśli większość z nas to nawet siebie nie lubi?!!

Daleka jestem od wygłaszania prawd absolutnych, ale tej jednej jestem pewna. Jeśli tam w środku siebie nie pokochasz, nie polubisz tak naprawdę, to nic w życiu nie da Ci satysfakcji i nie sprawi że będziesz cieszyć się tym co jest. 

To właśnie z braku miłości własnej wynika większość naszych problemów!

 -  Wpadamy w nałogi bo chcemy być inni niż jesteśmy, zaczarować rzeczywistość

 -  Wchodzimy w niewłaściwe związki, bo coś komuś lub sobie chcemy udowodnić

-  Rozpaczliwie szukamy miłości, bo jak ktoś, on, ona mnie pokocha, to dopiero będę coś warta

 -  Brniemy w pracę, karierę, poszukiwanie osiągnięć -  bo jak zdobędę, jak się wykażę to wtedy może wreszcie zobaczą, jaki świetny jestem

-  Godzimy się na byle co: w związku, w życiu, w robocie -  no bo skoro jestem taka beznadziejna, to czego ja się do cholery mogę spodziewać? 

Czekamy, czekamy nieraz całe życie, aż ktoś nas doceni, a na nas spłynie niby łaska z nieba promień miłości własnej. A potem będzie jak w Kopciuszku: wiecie, iskry, karoca, z kocmołucha królewna. 

Porzućmy te mrzonki i zejdźmy na ziemię. 

Problem w tym, że to jest wszystko od DUPY STRONY. 

Najpierw trzeba siebie lubić, a cała reszta może być potem. 



Widać. Nie wierzysz to sprawdź. 


Co zrobić z brakiem miłości własnej? 

Pisałam już wielokrotnie o tym, skąd te braki się biorą i coraz częściej myślę, że nie za bardzo jest sens się tym zajmować. Bo zrozumienie daje ulgę i świadomość ale raczej nie dokłada nam tej miłości własnej, ani nie zapełnia tej dziury, którą nosimy w środku. 

Zamiast więc analizować, zgłębiać i szukać, zajmij się sobą. Dawaj sobie to czego nie dostałaś, nie dostałeś, dosypuj tam tej miłości, choćby to miało być po ziarenku. Zobacz swoje zalety i dobre strony i doceniaj je, choćby to miało być na początku trochę nieszczerze. 

Za każdym razem kiedy chcesz siebie skrytykować, albo powiedzieć o sobie coś złego, złap się za słowo, za rękę i wybacz sobie że nie zawsze jesteś idealny. 


Idzie wiosna, kiedy umyjesz okna przez które na siebie patrzysz?! 

A co z innymi?

Czy inni zaczną mnie kochać jeśli pokocham siebie? Mam dla Ciebie dobrą i złą wiadomość. Zawsze będą tacy, którzy Cię docenią i pokochają, ale i tacy, co wręcz przeciwnie. Nie da się żyć tak, żeby dogodzić wszystkim, nie jesteś pomidorową żeby Cię wszyscy lubili. 

Dobra wiadomość jednak jest: jeśli TY siebie polubisz -  to fakt iż ktoś nie lubi Ciebie, przestanie mieć dla Ciebie znaczenie. 

Zakręcisz kiecką, marynarką i pójdziesz dalej. 

Bo w życiu moi mili nie chodzi o to, żeby zawsze było perfekcyjnie, ale o to byśmy sami dla siebie byli dobrym towarzystwem. Reszta podąży za tym.

Karocy, księcia i gwiazdek niczym z Kopciuszka obiecać Ci nie mogę, ale to, że dzięki miłości własnej będziesz szczęśliwsza, jest pewne jak dwa plus dwa. 

To nie jest wyższa matematyka ani psychologia. 

Działaj. Po prostu. 




Ps. Ku inspiracji:  #ukochojsie i pewien uroczy Pan. Tak przeklina, jak Ci to przeszkadza to nie klikaj:). KLIK 


Już dawno zauważyłam, że największe wymagania w życiu, mam sama do siebie. Wielu z nas tak ma. To droga ku doskonaleniu się, ale  ma też pułapki. Jeśli wierzymy, że ciągle robimy za mało, nie tak jak trzeba, to fundujemy sobie nie satysfakcję, a poczucie winy i wieczne "dojeżdżanie". Jak SIEBIE nie wykończyć i jak z takim podstępowaniem skończyć? 

Nie jestem perfekcjonistką, ale jestem ambitna i od dawna wiem, że nie doceniam siebie tak jak na to zasługuję. Piszę to nie po to, aby prowadzić tutaj pamiętniczek, w którym wyleję swoje smutki, ale po to, by pokazać Ci na przykładzie, że wiele osób tak ma. 

Wieczne wymagania. 
Wieczne poczucie niedosytu. 
Ciągłe kłucie w boku, że można było lepiej. 
Syndrom: "piątka, czemu nie szóstka"?!
Obwinianie się.
Myślenie, że gdyby tak jeszcze... 
Problem z odpuszczaniem. 
Dokładanie sobie zadań, bo przecież kto jak nie ja? 

Znacie to? 

Jeśli tak, to czytajcie dalej. 

Skąd się biorą ludzie z żelaza

To w jakie role wchodzimy w życiu i jak siebie traktujemy, zależy od wielu czynników. Nie ma sensu upraszczać, ale zasadniczo np. najstarsze dzieci w rodzinie bywają nadodpowiedzialne i często, nawet w familiach niekoniecznie problemowych, zaczynają brać na swoje barki więcej niż mogą unieść

Może nie połamią karku, ale TO MA SWOJĄ CENĘ

Uczą się także, że młodszym wybaczano więcej, a od nich wymaga się aby byli perfekcyjni: "Ustąp mu, bo jest młodszy, jesteś starszy, powinieneś dawać przykład". To retoryka, która zdaje się być wykuta wręcz w kamieniu i wielu dalej to powtarza, nawet jeśli "dzieci" maja po 30 lat. 

To zwykle początek historii, o której we wstępie. Nie pomaga też szkoła i system motywacji, w którym i na etapie ławki i pracy zawodowej, zwykle głównie WYTYKA się nam błędy, a nie podkreśla to co zrobiliśmy dobrze. 

W efekcie więc, nawet jeśli odnosimy sukcesy, to czujemy się nie usatysfakcjonowani i zaczynamy bagatelizować własne osiągnięcia. 

To droga donikąd, bo przecież ZAWSZE może być lepiej. Jest takie powiedzenie, że czegokolwiek być nie osiągnął, to gdzieś tam w świecie jest siedmioletni mały Chińczyk, który robi to od Ciebie lepiej. 

Droga przez wieczne niezadowolenie z siebie nie prowadzi do większych sukcesów, tylko do większej frustracji. 



Ciągle za mało

Tak, ja też to mam, chociaż gdy spadają zasłony i zaczynam obiektywnie myśleć o tym jak wygląda moje życie, to pukam się w głowę. 

- Podziwiam Cię - napisała mi kiedyś koleżanka, która uważa mnie za tytana pracy, a ja w tej samej chwili miałam ochotę napisać: - Daj spokój, mam wrażenie, że za mało pracuję, że powinnam więcej, że za wolno piszę książkę, że niepotrzebnie zmarnowałam cały weekend na czytanie, zamiast napisać coś na bloga, że... 

Ta litania nigdy nie ma końca, chyba że sami znajdziemy odwagę i siły by ją zakończyć. 

Jesteś dobra taka jaka jesteś -  ćwicz!

Jestem ok. i Ty jesteś ok. a reszta to tylko krnąbrna wyobraźnia. Robimy tyle ile jesteśmy w stanie robić i angażujemy się na tyle na ile nas stać w danym momencie. Moje "na maxa" może się zmieniać, tak jak zmieniają się okoliczności, a spadająca wydajność, to zwykle ważny sygnał o tym, że wcale nie trzeba starać się mocniej i bardziej, ale ODPOCZĄĆ. 

Zawsze mogło być lepiej, ale też gorzej, a poczucie niedosytu, niezadowolenia, zawodzenia siebie i innych, wcale nie dodaje sił, ani nie wydłuża doby. 

Dla wiecznie niezadowolonych z siebie mam dwa ćwiczenia. 



SŁOIK

Do wykonania zadania potrzebny jest tylko spory słoik, kartki i długopis. Do słoika codziennie, choćby dzień był najgorszy na świecie, wrzucamy kartę na której zapisujemy mały lub duży sukces tego dnia. Nawet jeśli będzie nim "tylko" zrobienie jajecznicy, niech się tam znajdzie. 

Po miesiącu, dwóch, trzech, albo zawsze wtedy, kiedy poczujesz, że jesteś totalnie beznadziejna i nic w życiu nie osiągnęłaś, wyjmij kartki i czytaj, aż poprawią Ci humor. 

Kilkadziesiąt sukcesów nie może kłamać! Dzięki temu ćwiczeniu, nie zostaną zapomniane.





LISTA

Dla wiecznie niedoceniających siebie i swojego zaangażowania w życie: Kup sobie ładny notes i przez minimum tydzień uczciwie i skrupulatnie zapisuj co robisz od wstania z łóżka, do pójścia spać, godzina po godzinie. 

6:35 -  poranna toaleta
6:45 - pierwsza kawa, spienione mleko
6:50 -  wyjęcie naczyń ze zmywarki, załadowanie brudnych
7:00 -  ubranie się, przygotowanie śniadania i ubrań dla dziecka
7:15 - wyniesienie śmieci
8:00 - odstawienie dziecka do szkoły
8:00 - 8:40 -droga do pracy, zakupy w piekarni, umówienie wizyty u lekarza, sprawdzenie poczty, odpowiedzenie na komentarz na blogu. 
9-12 -  dwa spotkania, zredagowanie artykułu, zaplanowanie 2 postów w SM, ustalenie planu na kolejny dzień, wyrzucenie śmieci z biurka, odpowiedzenie na komentarze itp. 

I tak dalej, w ten deseń. 

Po kilku dniach takich obserwacji i zapisaniu kilkadziesięciu tasków dziennie, naprawdę przestaniesz wierzyć w to, że NIC, albo mało co robisz. 

To zadanie pomaga też optymalizować czas i analizować to, jak go wykorzystujemy. 

Przyglądając się takiemu rozkładowi twoich dni, zobaczysz gdzie uczciwie możesz coś dodać, albo odjąć. Może dojdziesz do wniosku, że cudem jest że to wszystko mieścisz i jeszcze nie oszalałaś. 

To pomaga spojrzeć na planowanie i oczekiwania wobec siebie twardo i sensownie i porzucić poczucie winy, że robię, robisz nie tyle ile trzeba. 

Gotowa na zmiany? 

Do dzieła! 



Nie tylko dla perfekcjonistek :).
Znajdziesz ją TUTAJ. 



Kiedy piszę te słowa, za oknem pada śnieg. Jasność przebija przez ciemność i świat, który jeszcze 2 godziny temu wyglądał jak żywcem wyjęty z filmu przykrytego szarym filtrem, teraz nabiera kontrastów i blasku. W świetle latarni lśni biały dywan, miękkość spowija noc, a wszystko to za sprawą odrobiny białego puchu. Tak to działa. I w przyrodzie i w życiu, jutro, a nawet popołudnie czy wieczór może być lepsze. 


Będąc młodą blogerką, całkiem jak w starym słuchowisku o lekarce, byłam idealistką. Idealizm przytrafił mi się wcale nie jako choroba wieku młodzieńczego, ale przyszedł niespodziewanie, wtedy kiedy większość ludzi opuszczają złudzenia. 

Może dlatego, że szybko przestałam być dzieckiem i z idealizmem dziecięcym pożegnałam się grubo przed 10 rokiem życia. Przyszedł i odszedł -  dziś myślę, że całe szczęście -  bo tak już chyba musi być. 

Dziś już wiem, że rzadko w życiu bywa idealnie. Ludzie chorują, czasem umierają. Dzieci są cudowne, ale nie tak jak w reklamie, a macierzyństwo i rodzicielstwo potrafi czasem boleć jak kopnięcie butem w samą piszczel. Nie ma nic w 100 % przewidywalnego. Ani biznes nie daje gwarancji, ani związki, ani praca, ani nawet pogody nie można zupełnie przewidzieć. 

To w co wierzyłam jeszcze 10 lat temu, dziś jest dla mnie zupełną abstrakcją, a przecież to tylko dekada, a nie wiek. 

Dlatego jeśli dziś jesteś w miejscu, w którym czujesz, że niespecjalnie warto to wszystko ciągnąć, że życie jest bez sensu, albo zwyczajnie miałkie, to nie poddawaj się temu uczuciu. 

Dziś, jutro, tak jak za oknem, może spaść śnieg i wszystko, naprawdę wszystko się zmieni. 

"Kiedy pierdolnąłem o ziemię..."

"Kiedy mocno pierdolnąłem o ziemię, zauważyłem, że jednak można się podnieść - pisze internetowy poeta R. Damian Castor. Wystarczy tylko zacząć wykreślać wszystko to, co zabija. Ludzi, którzy potrafią zrobić taki rozpierdol w głowie, że człowiek ląduje albo u psychologa, albo szuka mostu. Można jeszcze inaczej przerwać cierpienie, ale trzeba żyć. Jutro może okazać się lepsze."

I nawet jeśli nie zawsze w to wierzysz, to zwykle tak właśnie jest.


Wszystko mija

Razu pewnego, w krainie dalekiej chociaż w gruncie rzeczy bliskiej, w czasach wcale nie odległych i wcale nie tak różnych od dzisiejszych, żył pewien król, który widząc, że śmierć zbliża się do niego powoli acz nieuchronnie, wezwał swojego jedynego syna i przekazał mu swój największy skarb: sygnet, w którym można było ukryć coś specjalnego: pukiel włosów ukochanej, lub truciznę dla wroga. Nie miał żadnych życzeń poza jednym: prosił syna, aby ten otworzył sygnet tylko w największym kryzysie, w sytuacji, kiedy nie będzie widział żadnego innego wyjścia, kiedy poczuje, że jest on jedyną deską ratunku. Młody książę obiecał dotrzymać słowa i rzewnie płacząc żegnał swojego odchodzącego ojca. 

Minęło kilka lat, młody król rządził mądrze i rozsądnie, a królestwo opływało w łaski. Lada dzień miał mu narodzić się syn -  następca tronu, który jak wierzył, po latach będzie mógł przejąć to, co on sam i jego poprzednicy zbudowali. Los bywa jednak przewrotny i tym razem też pokazał swój czarci pazur. Królowa powiła syna, ale że poród był ciężki i trudny, sama zmarła nazajutrz po nim.

Król zamknął się w swoich komnatach i pogrążył w bezmiernym smutku. Nic nie było w stanie ukoić jego bólu. Niemowlęcy płacz, ani śpiew ptaków, ani nawet najwymyślniejsze sztuczki pałacowych kuglarzy. Czarne chmury wisiały nad królestwem, a doradcy cierpliwie acz zasadniczo poganiali króla, aby ten zajął się sprawami wagi państwowej, a nie wyłącznie swoim bólem. Władcę kusiło, aby sięgnąć po pierścień. W końcu miał on być remedium na cierpienie i strach, w końcu miał przynieść rozwiązanie. Pamiętał jednak słowa swojego ojca, o tym, aby użyć go tylko w ostateczności i czując głęboko w środku, że poradzi sobie z tym kryzysem, pozostawiał klejnot nienaruszony. Czas nie wyleczył ran, ale je zabliźnił. Król nie był już ten sam, ale pomału odzyskał chęć do życia i zajął się na nowo królestwem. 

Nieszczęścia chodzą parami

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami, a szczęście bywa samotne. Tak było i tym razem. Po kilku latach, królewski syn, duma i pociecha ojca, zapadł na tajemnicza chorobę. Chłopiec marniał w oczach. Medycy robili co mogli, ale byli bezradni. Dziecko zmarło. Król rwał włosy z głowy, ciskał przedmiotami po pałacowych salach, wygrażał niebu i ziemi, targował się z Bogiem i Diabłem, byłby sprzedał własne życie, gdyby miało to wskrzesić chłopca. Ale nic nie odmieniło przeznaczenia. Dziecko odeszło i życie królewskie wraz z nim. 

Wszystko straciło sens. Dzień był jak noc, a noc czarna jak otchłań. Król podupadł na zdrowiu, a jak wiadomo na choroby, które rodzą się z ducha, nie ma lekarstwa. Uzdrowienie przychodzi z wnętrza, albo nie przychodzi nigdy. Król przypomniał sobie o pierścieniu i już, już miał go otworzyć, kiedy w głowie zabrzmiał mu głos ojca: "Obiecaj, że użyjesz go tylko wtedy kiedy poczujesz, że nie ma dla Ciebie żadnej nadziei. Obiecaj!"  Serce krwawiło, ale dni mijały. Król wyszedł i z tego. 

Kiedy był już stary i wydawało się czara nieszczęść przelała się dawno temu, doszło do rewolucji. Strącono go z tronu, umieszczono w więzieniu, śmierć była blisko. W ciemnościach ujrzał błysk swojego pierścienia. Zrozumiał, że to ten czas. Zrozumiał, że teraz może go otworzyć. Delikatnie ujął go w dłonie i uchylił lekko niebieskie wieczko. W środku nie było nic. Tylko napis. Kilka słów: "Nie martw się. Wszystko minie. To też. " 

Cokolwiek Cię dziś spotyka, czegokolwiek się boisz, z czegokolwiek cieszysz, kimkolwiek jesteś: TO TEŻ minie. Ciesz się tą chwilą, bo drugi raz jej nie dostaniesz. Nie trać czasu na zmartwienia, bo być może jutro przyniesie rozwiązanie. Cokolwiek byś nie przedsięwziął: TO I TAK MINIE. 

Cokolwiek się dzieje, pamiętaj, jutro może być lepsze. 


Kup moją książkę.
KLIK. 





Higiena psychiczna jest tak samo ważna jak ta fizyczna -  a niestety nikt jej nas nie uczy. O ile każdy dzieciak wie, że nie powinno się iść spać bez mycia zębów, o tyle "czyszczenie głowy" wydaje się mało ważne, a zasadniczo wpływa na jakość naszego życia. Jak więc żyć higienicznie i nie zwariować?

Pomysł na ten tekst przyszedł do mnie rankiem, dzień po tym jak postąpiłam wbrew swoim "higiecznicznym zasadom". Obudziłam się wtedy 4:40 bo zmartwienia (bezsensowne) nie dały mi spać. Cały następny dzień musiałam funkcjonować na wysokich obrotach, a tymczasem dzień wcześniej zabrałam komputer do łóżka, nieopatrznie i bezmyślnie kliknęłam w jakąś aktualizację, efekt był taki, że zamiast iść spać gasiłam pożar uczyniony tym nieopatrznym kliknięciem, a zamiast spokojnie odpocząć, śniłam o tym, co będzie jeśli coś stanie się z moimi danymi i jak to ewentualnie naprawić. 

Człowiek uczy się na błędach, a Ty dziś możesz nauczyć się na moich! 

Moje zasady higieniczne, dotyczące funkcjonowania na co dzień, wypracowałam sobie przez kilka lat i dziś wiem, czego nie powinnam robić, jeśli chcę funkcjonować zdrowo i nie zaśmiecać głowy niepotrzebnymi myślami. 

Oczywiście to się nie zawsze udaje, ale zasadniczo: 

  • nie używam komputera, ani social mediów po 21-22
  • wyłączam powiadomienia i nie odpowiadam na wiadomości po tej godzinie
  • nie jem po 20
  • wypisałam się z wszelkich forów i grup dyskusyjnych, przeważnie nie czytam komentarzy na innych stronach i nie wdaję się w żadne ewangelizujące dyskusje
  • jeśli czuję się bardzo napięta i poddenerwowana dążę do szybkiego rozładowania tej energii, staram się nie kłaść w tym stanie spać -  idę na spacer, biegam, albo przynajmniej robię kilka assan jogi
  • prawie nie oglądam telewizji, nie znam żadnego z modnych seriali, nie używam programów do ich oglądania itp. 
  • staram się każdego dnia znaleźć chwilę, aby usiąść i pooddychać. Nawet jeśli jest to tylko minuta, albo dwie, to pomaga mi na chwilę odpiąć szelki od kołowrotka
  • śpię minimum 7 godzin na dobę, zwykle 8
  • problemy rozwiązuję o tyle o ile to możliwe na bieżąco
  • staram się kończyć dzień bez poczucia winy -  czasem z winem ;) 
  • unikam produktów spożywczych, które działają na mnie otępiająco i obniżają mój poziom energii
  • nie angażuję się w działania, które mnie mocno osłabiają, jeśli nie muszę
  • unikam literatury, wiadomości, filmów, które niewiele wnoszą do mojego życia za to np. podnoszą poziom lęku czy grają na mojej wrażliwości -  przeżywanie cudzych dramatów nie czyni mnie niestety silniejszą, a nikomu przecież w ten sposób nie pomogę
  • unikam toksycznych znajomości -  jeśli ktoś lub coś permanentnie mnie obciąża - szukam rozwiązań, nie zamiatam problemu pod dywan

To tylko kilka reguł które u mnie działają -  ale z pewnością można by je zebrać  w 3 generalne zasady dotyczące higieny psychicznej. 

Oto one: 

Pierwsza zasada higieny psychicznej: dawkuj bodźce!

Dziś jesteśmy permanentnie przebodźcowani i nie dotyczy to tylko małych dzieci. Ktoś napisał niedawno, że w dzisiejszych czasach dociera do nas każdego dnia tyle informacji ile nasi przodkowie otrzymywali przez całe życie. Nie jest to z pewnością wielka przesada. 

Jeśli narzekasz na poziom swojej energii, potrzebujesz mocnych "dopalaczy", aby funkcjonować, a poziom adrenaliny w kółko trzyma Cię w gotowości, to przede wszystkim zredukuj liczbę bodźców. 

Może cierpisz na FOMO, albo którąś z jej odmian? Zacznij od wyłączenia powiadomień i ograniczenia sieci. Najlepiej nie tykaj urządzeń elektronicznych po 20. Postaraj się nie brać telefonu do łóżka, nie śpij w pomieszczeniu w którym gra telewizor, nie zasypiaj przed ekranem. 



3 zasady higieny psychicznej. Łatwo zapamiętać prawda? 

Druga zasada higieny psychicznej: odpoczywaj! 

Bez tego naprawdę nie da się mówić o żadnej psychicznej higienie. Jakiś czas temu u Iwony Wierzbickiej (AJWEN) przeczytałam o zasadzie TRZECH ÓSEMEK, czyli wzorcowym rozkładzie na życie. Zawiera on 8 godzin pracy, 8 godzin odpoczynku (także aktywnego) i 8 godzin snu. Powiecie, że to nierealne? Ok -  nie musimy żyć zawsze idealnie, ale jest to jakiś punkt odniesienia. 

Jeśli u Ciebie ta proporcja wygląda tak, że pracujesz 10 godzin, 2 godziny spędzasz w korku przeklinając innych użytkowników drogi, potem 2 godziny oglądasz telewizję, na spacer chodzisz raz w tygodniu, śpisz 6 godzin na dobę, to nie ma tutaj mowy o higienicznym trybie życia. 

Błędne koło w które wpadamy zaczyna się zwykle od rezygnacji ze snu. Chcemy być efektywniejsi i zmieścić w życiu więcej życia, więc kładziemy się spać później. Problem w tym, że przy długotrwałej rezygnacji ze snu, znacznie spada nasza efektywność. Jeśli pośpię za mało 3 razy w miesiącu, nic się nie stanie. Jeśli jednak tak się dzieje co drugi dzień, wpływa to choćby na naszą gospodarkę hormonalną i samopoczucie. Zmienia się nasz stan psychiczny. 

Bez odpoczynku (w odpowiedniej dawce), nie ma mowy o tym aby funkcjonować prawidłowo. 


Trzecia zasada higieny psychicznej: wyrzucaj śmieci (z głowy) 

Tu, trochę dowcipkując zastanawiam się czasem jak to jest: ludzie wyrzucają codziennie śmieci z kosza w kuchni, dwa razy w tygodniu zamiatają podłogę, wycierają kurze, trzy razy w roku myją okna, a nieczystości z głowy, nie wyrzucają czasem dwadzieścia lat. 

Mówiąc już zupełnie serio: tak jak zbiera nam się brud na umywalce, tak samo w głowie, też zostają nam mentalne nieczystości, resztki, emocje, które trzeba uporządkować, bo inaczej wejdą nam na głowę i do serca. 

Tak jak w sprzątaniu domu: najlepiej to robić na bieżąco. Łatwiej jest poświęcić codziennie 10 minut na uprzątnięcie mentalnego bagażu niż 2 razy w roku odgruzowywać coś co zarosło pajęczyną. Jeśli nie będziesz sprzątać kuchni przez miesiąc, z dużym prawdopodobieństwem dorobisz się przyjaciół w pancerzach biegających kiedy zapalasz światło. 

Nie chcę Cię martwić, ale z głową wcale nie jest lepiej. Tam też trzeba sprzątać. 



Nie gromadź tam śmieci -  a twoja jakość życia będzie duża lepsza,
a poziom energii wyższy. Sprawdzone! 

Jak wprowadzić zasady psychicznej higieny w życie? 

Tak jak w przypadku każdej zmiany: stopniowo, krok po kroku. Jeśli nie wiesz co najbardziej Cię obciąża, dobrze usiąść i spisać na kartce codzienne aktywności. Zobacz co Ci daje np. oglądanie seriali, a co odbiera. Co zyskujesz, a co tracisz? 

Z czego możesz zrezygnować, a co warto by dołożyć? 

O psychiczną higienę WARTO zadbać, bo dzięki zdrowym nawykom w tej materii, jesteśmy w stanie zapobiegać poważnym problemom, albo w porę na nie reagować. Naprawdę znacznie prościej jest wyjść z drobnych problemów z nastrojem i niską energią, niż z pełnoobjawowej depresji. 


To od czego zaczniesz?! 


×