Jeśli cisza jest tym co Cię przeraża i wywołuje niepokój, to oznacza, że tym bardziej jej potrzebujesz. Nie zasłaniaj się dźwiękiem, nie zagłuszaj jej szumem telewizji. Nie słuchaj nawet muzyki. Pobądź w niej. Tylko tam możesz naprawdę usłyszeć siebie. 

Zawsze lubiłam ciszę. Zawszę. Kiedy pracuję, pracuję w ciszy. Kiedy wracam do domu, nigdy nie włączam urządzeń emitujących hałas. Nie mam radia, nie potrzebuję towarzystwa telewizji. "Być może dlatego tak dobrze idzie Ci praca" - powiedziała ostatnio moja koleżanka. 

Badania dowodzą, że hałas podnosi nasz poziom agresji, zmniejsza odczuwanie empatii, wpływa na poziom hormonów stresu, przyczynia się do powstawania poważnych chorób. 

Tak, ten zwykły, na pozór wcale nie intensywny hałas codzienny który nas otacza i do którego dodajemy grające radio, dźwięki powiadomień w komórce, krzyk, który nie raz i nie dwa gości w naszym domu. 


Uzależnieni od hałasu


Znam ludzi, którzy w ciszy nie mogą wytrzymać pięciu minut. Patrząc z boku można powiedzieć, że to nic groźnego, ale to uzależnienie od wypełniaczy, od aktywności, od dźwięków, które odwracają uwagę jest naprawdę niebezpieczne. 

W hałasie nie słychać siebie. 

Nie ma kontaktu, nie ma prawdziwej relacji. Rozproszony umysł ciągle gdzieś ucieka, ciało jest jak lewitujący w przestrzeni przedmiot, na którym nikt nie ma kontroli. 

Wychodzenie z hałasu w stronę ciszy może być trudnym zadaniem, zwłaszcza jeśli towarzyszy nam właściwie bez przerwy, jest tłem na którym funkcjonujemy ... od zawsze. 

W pierwszej chwili może się pojawić niepokój, smutek, rozdrażnienie, potrzeba natychmiastowej aktywności zrobienia "czegoś", byle tylko ta cisza przestała dzwonić w uszach. 

Ale to da się przetrwać, da się przeżyć. 


O ciszy także w moim felietonie w "Sielskie Życie". Do znalezienia w kioskach! 


Wakacje od dźwięków? 

Może uda się je zorganizować, nawet jeśli jedziesz w miejsce które z ciszą niekoniecznie się kojarzy. Spróbuj posiedzieć na plaży, wieczorem, kiedy nie ma prawie nikogo. Położyć się w wodzie, iść do lasu. Nie bierz ze sobą telefonu, jeśli idziesz z kimś, umówcie się, że pomilczycie oboje przynajmniej chwilę. 

Popatrz w chmury, spróbuj się wyciszyć, zminimalizować ilość dźwięków, które do Ciebie dochodzą. Może będzie to tylko chwila, a może ten czas przedłuży się i wejdzie Ci w krew? 

Cisza bywa oszałamiająca tak jak zimna woda: w pierwszym momencie. Potem jest tylko lepiej. 

Zyski? Zysków jest mnóstwo. Skorzystasz zwłaszcza wtedy jeśli czujesz się zagubiony, zagubiona, albo masz wrażenie że świat wchodzi Ci na głowę. 

Z wakacji, w których znajdziesz czas na to aby siebie usłyszeć możesz wrócić naprawdę innym człowiekiem. I nie są to puste słowa, które brzmią w ciszy. 




Jestem złą matką. Przynajmniej w oczach tych wszystkich, którzy patrzą na nas przez pryzmat butów czy raczej ich braku. Gołe stopy, tak jak goła głowa budzą jakiegoś dorosłego demona. Wywołują przestrach. A może po prostu boimy się tego, co nasze dzieci poczują kiedy poluźnimy postronki naszej permanentnej kontroli? 


Od późnej wiosny do jesieni, moje dziecko chadza na zewnątrz boso. Na placach zabaw, na podwórku, w piaskownicy, po łące, po ziemi, po kamieniach. Kiedy tylko może pyta: "Mamo, mogę zdjąć buty?". W domu też chodzi boso, a skarpety zdejmuje razem z butami. 

Dla mnie to nigdy nie był problem, bo sama też lubię mieć  gołe stopy, ale odkąd bywamy w miejscach gdzie przebywają inne dzieci czuję, słyszę i śmieję się trochę w duchu z tych pełnych trwogi, pretensji i wyrzutu słów i spojrzeń. "Jeśli mama pozwala dziewczynce zdjąć buciki, to jej sprawa, ja SIĘ o CIEBIE MARTWIĘ". Nie wolno, ja nie pozwalam! Czemu Pani pozwala dziecku chodzić boso, teraz WSZYSTKIE dzieci chcą!?". 

Oczywiście nie wszędzie i nie zawsze się da, ale mój sprzeciw budzi sytuacja w której właściwie NIGDY dzieciom nie wolno zdjąć butów!

Tymczasem chodzenie boso to ważna, bardzo istotna lekcja uważności i pro zdrowotny zabieg, który fundujemy sobie całkiem za darmo!

Żyjemy dziś w permanentnym strachu i przenosimy go na własne dzieci. Efekt jest taki, że nie mają one kontaktu ze swoim ciałem, a od ciała do emocji, kontroli i psyche, bardzo blisko. 

O co właściwie chodzi z tymi stopami?


Stopy - fundament - czucie

Stopy jako takie są naszą podstawą: dosłownie i w przenośni. Odcięcie od stóp sprawia, że tracimy ugruntowanie, nie czujemy się dość dobrze w swoim ciele. To na nich znajdują się setki zakończeń nerwowych, a ich masaż jest częścią najstarszych praktyk medycznych świata. Skutecznych w leczeniu wielu chorób i bez dwóch zdań odbijających się na naszym życiu psychicznym. 

Wojciech Eichelberger w "Ciałko" i w tym artykule pisze o ważności stóp. 

"Słyszeliśmy nieraz, że należy „stać pewnie na nogach”. Ale zapominamy, że aby pewnie stać na nogach, trzeba przede wszystkim je czuć, być świadomym ich istnienia. A wiele od tego zależy, bo gdy ktoś mocno stoi na nogach, to jest spokojny, ma poczucie wewnętrznego oparcia i pewności siebie. (...) Dobrze, gdy dziecko ma jak najczęściej gołe stopy. (...) W ten sposób nie tylko je poznają, ale także poprzez refleksologiczną tablicę rozdzielczą będą stymulować cały organizm. Pozwólmy dziecku mieć bose nóżki, gdy zaczyna chodzić, żeby mogło poznawać różne faktury i temperatury, odkrywało bogactwo świata doświadczanego stopami. To stymuluje i rozwija. Raz stoi na śliskim, raz na chropowatym. Raz podłoże jest ciepłe, innym razem zimne. Raz chwiejne, raz stabilne itd. Inaczej chodzi się po piasku, inaczej po trawie, po szyszkach, po żwirku. Chodzenie na bosaka kształtuje uważność. Ciało zachowuje się inaczej, gdy stoimy na czymś ostrym, a inaczej, gdy na miękkim. Jeżeli chodzimy stale w grubych butach, to jesteśmy odizolowani od ziemi i tracimy wrażliwość. Wtedy łatwiej może się nam zdarzyć wejść komuś w życie z butami." 



Pozwólcie dzieciom chodzić boso. Buty przydadzą się też do innych rzeczy ;)
Więcej na moim instagramie :)  


Odcięcie od emocji

Przez odcięcie od stóp, od głowy, na której zawsze, nawet latem czapka, przez mówienie dzieciom kiedy jest im zimno, ciepło, kiedy są głodne, kiedy boli, a kiedy nie, uczymy je odcinania się od siebie i tego  co czują. Jakim cudem potem naprawdę mają się tego nauczyć? 

Niebezpieczne nie jest ewentualne zranienie w stopę (które nigdy nam się nie zdarzyło!), ale to, że stajemy się pomału ludźmi bez czucia! 

Zamiast naszego zaufania dajemy dzieciom swój strach i własną niepewność ciała. 

Bo coś Ci wejdzie w stopę, bo zmarzniesz i się przeziębisz, bo brud i bakterie. 

Sterylny świat, w którym chcemy wychowywać nasze dzieci pomału wchodzi także do ich głów i czyni je miejscami równie jałowymi. Bez kontaktu z ciałem nie ma kreatywności, nie ma radości i codziennego szczęścia. 

Bez emocji, bez czucia, bez kontaktu ze sobą i światem nie ma mowy o rozwoju i prawdziwie autentycznym życiu. 


Brudne stopy to naprawdę nie jest koniec świata.
Jeśli nie możesz tego znieść, zastanów się właściwie dlaczego?
Zdjęcie od Natalii z youchustki


Prawdziwa edukacja

"Każde dziecko powinno mieć ciasta z błota, koniki polne, (...) kijanki, żaby, żółwie błotne, bez, poziomki, żołędzie, kasztany, drzewa do wspinania, strumyki doi brodzenia, lilie wodne, świstaki, nietoperze, pszczoły, motyle, różne zwierzęta do głaskania, pola z sianem, szyszki sosen, kamienie do toczenia, piasek, węże, borówki i szerszenie: a każde dziecko, które zostało tego pozbawione, zostało pozbawione najlepszej części swojej edukacji." - tu Luther Burbank. 

Ja dodałabym tylko, że jeśli nie jesteś w stanie dać mu nawet połowy z tych rzeczy, to pomyśl co straci jeśli odbierzesz mu jeszcze szansę czucia i dotykania ziemi i ten ostatni bastion, który łączy nas z miejscem, które tak czy inaczej jest naszym domem. 

Nie zabierajcie dzieciom ich stóp i dajcie im poczuć, że żyją! Przynajmniej latem! 



Koncepcja wewnętrznego dziecka i dorosłego nie jest niczym nowym, ale wielu z nas pewnie nie spotkało się z tym terminem na gruncie osobistego doświadczenia. O co chodzi i czemu warto? 

Pojęcie wewnętrznego dziecka pochodzi między innymi z pracy Erica Berna, mówił o nim także Jung. Każdy z nas nosi je w sobie, bez znaczenia czy ma 12 czy 80 lat. Wewnętrzne dziecko uosabia to wszystko co związane z energią, witalnością, radością życia, spełnieniem i spontanicznością. Jeśli czujesz, że masz tu braki, ciągle coś Ci nie wychodzi, twój kurek z energią, kreatywnością, mocą i siłą jest zakręcony, to prawdopodobnie Twoje wewnętrzne dziecko siedzi w piwnicy i płacze. 

To od jego kondycji, od tego czy zdołamy się nim w sobie zaopiekować zależy poziom naszej satysfakcji z życia. 

Praca z wewnętrznym dzieckiem może być kluczem, brakującym ogniwem, które pomoże wreszcie ruszyć z miejsca. Wymaga to odwagi i hartu ducha. 

Wejście do piwnicy, której nikt nie otwierał od 20 czy 40 lat może być w pierwszym odruchu zadaniem ponad siły. Tłumaczy to czemu wielu z nas tego nigdy nie robi. 


Skąd się biorą problemy z wewnętrznym dzieckiem? 

"Zwykle przychodzimy na świat z wielkim apetytem i wielką ciekawością, pulsującą, żywiołową energią - pisze Tanna Jakubowicz-Mount. Jest to dar, którym przynosimy naszym rodzicom. Ale oni na ogół tego nie chcą albo nie potrafią przyjąć. Chcą mieć miłą córkę i dobrego syna, którzy pomogą im lepiej poczuć się na świecie."  

Tu zróbmy mały STOP i wytłumaczmy coś moim zdaniem bardzo istotnego, co często się pomija.  Nasi rodzice, a wcześniej ich rodzice też byli dziećmi. Często takimi, których ktoś nie dokochał, bo nie umiał, nie potrafił, albo nie dał rady bo okoliczności historyczne sprawiły, że poszedł na wojnę, zginął, umarł, albo doznał poważnych ran na ciele czy psychice. To smutne, ale ta pokoleniowa sztafeta idzie tak od wieków i jeśli nie masz czegoś w sobie (miłości, ciepła, dobroci, uwagi), to po prostu nie dasz tego innym. Z próżnego i Salomon nie naleje. Można się tu zatrzymać na pretensji, ale to nie bardzo ma sens. Musiałaby sięgać dziesiątki, setki lat do tyłu, a i tak NICZEGO by nie zmieniła. 

Dobra wiadomość jest jednak taka, że możemy tą pokoleniową sztafetę smutku i niespełnienia zatrzymać. Tu, właśnie teraz, tak jak stoimy. Jak? Zajmując się swoim wewnętrznym dzieckiem i docierając do tego co ma nam do powiedzenia. 

Jako maluchy jesteśmy otwarci na świat, spontaniczni, wyrażamy swoje uczucia: radość, miłość, smutek, żal, zazdrość, nienawiść, rozczarowanie i ekscytację.   

Bywa że spotyka nas za to kara. Nie wolno płakać, nie wolno krzyczeć, nie wolno się złościć. Rozczarowane? Nie przesadzaj! Zbite kolano? Mówiłam Ci, żebyś nie biegał, teraz mam z Tobą same kłopoty! Smutek? Nie ma się co smucić, trzeba się śmiać! Masz być dzielny! Grzeczny! Pomyśl najpierw o siostrze, a nie o sobie! Poświęcaj się! Nie ważne, że Ci niewygodnie, nie siedź tak! 

"W ten sposób uczymy się ukrywania swoich przeżyć. W obliczu cierpienia - jak pisze dalej Tanna Jakubowicz - Mount - wobec niemożności jego tolerancji, aby ochronić siebie i przeżyć, dziecko musi zaprzeczyć swoim wewnętrznym stanom.

W ten sposób budujemy swoją sferę Cienia (...). Do naszej „ciemnicy” strącone zostało dziecko, które zgodnie ze swoją naturą chciało zachowywać się swobodnie i spontanicznie - tzn. sięgać po miłość i bliskość, odpychać osoby krępujące ruchy i uwodzące, dokonywać odważnej ekspansji otoczenia, wyrażać złość, rozpacz i lęki, bawić się własnym ciałem (...). Nasze wewnętrzne dziecko często czuje się bardzo osamotnione, bezradne i zrozpaczone, a czasem też wściekłe, pełne nienawiści i buntu, zdławione przez lęk przed karą."

Siedzi w tej piwnicy i wrzeszczy póki ma siły. Czasem tylko cichutko drapie w okno i kiedy siedzisz w ciszy to właśnie to słyszysz. Czasem jest tak ciche i zmęczone, że już nie ma siły prosić o uwagę, czas i straciło nadzieję, że ktoś się nim zajmie. Wtedy najczęściej pojawia się depresja, albo inne równie poważne stany. Beznadzieja, czarna dziura, uczucie, że wszystko się już skończyło, a nawet jeśli nie, to nic nowego się na pewno nie zacznie. 


Praca z wewnętrznym dzieckiem bywa jednym z najbardziej odkrywczych
i transformujących doświadczeń. 


Dlaczego warto zająć się wewnętrznym dzieckiem?

Ponieważ póki się tego zadania nie podejmiemy, dopóty nie dorośniemy. Ile można mieć nieszczęśliwe dzieciństwo? Ile można płakać na zewnątrz i w środku? Nosić maskę tego dzielnego chłopca, rycerzyka mamusi, czy odważnej lwicy, której nic nie złamie?  Tak długo jak dziecko siedzi w piwnicy. 

Znam wielu 40, 50, ba! Nawet 70 latków, którzy wciąż trzymają w lochu swoje wewnętrzne dziecko. Nigdy nie dorośli, nie zdołali, nie rozprawili się z przeszłością. Wy też znacie, może teraz kiedy to czytacie czujecie jak bardzo potrzebuje waszej uwagi. To wszystko ma swoje poważne konsekwencje: w wychowaniu kolejnego pokolenia dzieci ( co im dasz, jeśli SAM, SAMA, nie masz?), w miłości, związkach, w pracy. 

Kiedy urodziłam moją córkę, zauważyłam jak trudno jest nam dorosłym znosić płacz, złość, czy rozczarowanie dziecka. Najpierw u siebie, ale potem także z mocą u innych. Pamiętam taką sytuację, w której pewien dorosły mężczyzna musiał, po prostu musiał wyjść, odejść od płaczu i frustracji mojej córki, bo nie był tego w stanie wytrzymać. To napięcie na jego twarzy, właściwie w każdym nerwie, te rozbiegane oczy... To był dla niego stres z gatunku ekstremalnych, a sytuacja wcale nie była nadzwyczajna. Dziecko się rozzłościło, zaczęło płakać, nie udało mu się czegoś wyjaśnić, było zmęczone, wybuchło, po kilkunastu minutach się uspokoiło, fala emocji się przetoczyła, wszystko wróciło do normy. 

Dla tego człowieka było to nie do zniesienia, bo on sam tak głęboko w sobie schował swój smutek, swoją złość, może rozpacz, a może rozczarowanie, że patrzenie na to, jak ktoś inny bez skrępowania to wyraża było zadaniem ponad siły. 

Dopóki nasze dziecko nie wyjdzie z ukrycia, dopóki nie damy mu troski i miłości, której zabrakło, nie ma mowy o autentycznym, pełnym dobrej energii życiu. 



Jak pracować z wewnętrznym dzieckiem? Z miłością!
Masz teraz szansę dać sobie to, czego jako dziecko nie dostałeś, nie dostałaś!

Jak pracować z wewnętrznym dzieckiem? 

Można to robić z terapeutą, można samemu. Ograniczenia  i trudności wynikają przede wszystkim z tego, że sami rzadko, prawie nigdy nie mamy odwagi zaglądać do tej piwnicy o której mowa. Praca z wewnętrznym dzieckiem, to dotykanie w pierwszej kolejności tego co boli i porusza. Jeśli pracujemy sami, bardzo często w tym miejscu robimy w tył zwrot. Uciekamy, oddalamy się od źródła bólu. To normalne, nasz mózg próbuje nas chronić przed konfrontacją. Bez niej jednak nie będzie procesu zdrowienia i świadomości. 

Trzeba ten moment wytrzymać, spojrzeć swojemu dziecku w oczy, ustać tam nawet na trzęsących się nogach. Jeśli nie dasz rady sam, sama, nie warto tego robić na siłę, dobrze poprosić o pomoc. Często to jedno, dwa spotkania, które wszystko zmieniają. Dziecko potrzebuje dorosłego. Bez niego nie urośnie. 

Jeśli pracujesz sam, sama, zatrzymaj się tam gdzie odczuwasz dyskomfort. Przyjrzyj się temu, dopytaj, zobacz, obejrzyj ze wszystkich stron. Ile lat ma Twoje dziecko? Jak wygląda, gdzie siedzi, co robi, jak się zachowuje? Co Ci przychodzi do głowy kiedy się z nim spotykasz? Co chciałabyś mu powiedzieć? 
Czy możesz je przytulić, czy chcesz? 

Kiedy Twoje wewnętrzne dziecko, w procesie wizualizacji, w pracy ze świadomością dostanie od Ciebie wsparcie, zrozumienie i uwagę, może wreszcie zacząć rosnąć i rozwijać się. 

To stan, którego trzeba doświadczyć, bo nie da się go opisać. 

Jedni mówią o uwolnieniu, o fizycznym uczuciu rozwiązania, o kamieniu, który spada z serca, większość doświadcza ogromnej ulgi. 

Co jest w tym procesie zaskakujące? Że dziecko rośnie!! Naprawdę. I dzięki temu, że ono może, Ty wreszcie też zaczynasz. 

To niezwykły i piękny proces. Bardzo Wam go życzę! 


6 miesięcy nowego roku znów za nami. Zróbcie sobie kawkę albo lemoniadę i chodźcie na 7 najważniejszych tekstów, które pojawiły się tu w tym roku. 


Jeśli szukacie odpowiedzi na ważne pytanie, zamknijcie oczy wybierzcie na chybił trafił liczbę, a potem przeczytajcie. Odpowiedź może być bliżej niż się Wam wydaje! 

Dajcie mi znać, który z tych tekstów jest dla Was ważny. I co Wam wyszło z tego niespodziewanego losowania. Czasami odpowiedzi na trudne pytania przychodzą do nas przypadkiem, okrężną drogą. 

A może właśnie tak miało być? 


1. O czym marzą ludzie i jak spełniać, żeby spełnić? 


O czym marzą ludzie? Zwykle o tym samym. Mamy więcej wspólnego, niż nam się wydaje.
Sprawdźcie TUTAJ.

2. Jak chcieć mniej i cieszyć się tym co się ma? 


Jak chcieć mniej? Czy w ogóle warto? A może nienasycenie nam służy?
Przeczytajcie TUTAJ


3. Nawyki, które unieszczęśliwiają


To nie są wielkie sprawy, ale robią nam dużą krzywdę. Czy to także Twoje nawyki?
Więcej TUTAJ.
4. Życie jest krótkie. Nie żałuj, żyj! 


Życie jest krótkie i wartościowe. Naprawdę. Mimo wszystko. To ważny tekst.
Przeczytaj go jeśli jest Ci trudno. KLIK

5. Jak odzyskać siły? 


No właśnie, jak? Jak odzyskać siły, których tak potrzeba? Jest kilka sprawdzonych i skutecznych sposobów.
Więcej TUTAJ

6. O równowadze


I o tym, że jeśli w naszym życiu brak równowagi pomiędzy pracą, duchowością, aktywnością
i tym wszystkim co nas porywa... łatwo stracić to co sprawia, że chce nam się żyć.
Więcej TUTAJ

7. Nikt z własnej woli nie idzie na dno


Ważny tekst. Jeśli brakło Wam ostatnio odwagi by go przeczytać, to warto.
Uważam, że bardzo warto. KLIK

Czekam na wasze komentarze i przemyślenia! Dajcie znać co do Was szczególnie trafiło!
Dziękuję!




Chcemy być tacy jak wszyscy. Nie odstawać, bo to boli. Jeśli nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam. Czy jednak to, że odstaję i nie jestem taki jak wszyscy nie może być powodem do dumy? 


Do tego, że nie kojarzę celebrytów, gwiazd seriali i popularnych historii porywających miliony już przywykłam. Że odcinam politykę i jałowe spory nie bardzo już wiem kto, co i o co też. Ale że w internecie, w którym w końcu w dużej mierze żyję nie kojarzę zjawisk, które zebrały publiczność rzędu 10 czy 40 milionów ludzi, to mnie zdziwiło. Naprawdę. 

Zawsze miałam poczucie pewnej odrębności od tłumu i nigdy za tłumem nie szłam, ale nie zawsze się z tym dobrze czułam. 

Pamiętacie bajkę o "Brzydkim Kaczątku"? Wyrzutku, który nie pasował nigdzie, wyruszył w drogę bo coś go gnało? 

Wiele osób się tak czuje. Jakby wylądowało na planecie Ziemia, wśród swojej rodziny, znajomych, ale na litość boską! To nie ta stacja! To nie to miejsce! O co w tym do cholery chodzi?! 


Czy naprawdę musimy PASOWAĆ?

Ten mit, że trzeba pasować, nie odstawać od reszty wziął się trochę z natury, a bardziej z potrzeby kontrolowania naszej aktywności i zachowań. Ludźmi, którzy boją się wykluczenia, tego że stado ich odrzuci i zostawi znacznie łatwiej jest sterować. 

W czasach plemiennych, w starożytności, jedną z największych kar było wykluczenie i wygnanie. I my się tego nadal boimy, nawet jeśli dzisiejszą formą ostracyzmu jest tylko usunięcie ze znajomych na fejsie. 

Jakie to ma konsekwencje? Ludzie potrafią przeżyć całe życie nie w swojej skorupie, w jakimś ciasnym ubranku, które ktoś im założył. 

Tak właśnie działają te wszystkie "trzeba", "musisz", "nie ma innego wyjścia", "wszyscy tak robią".  

A przecież tak naprawdę nie ma opcji, żebyśmy wszyscy byli identyczni i żeby każdy z nas potrzebował tego samego. 


Nie każde miejsce do którego pasujesz, jest tym do którego przynależysz. 


Tłum jest głupi

Rzuć kamieniem w tłum, a zawsze trafisz w głupca - mówił Mark Twain, a Waldemar Łysiak dodawał, że tłum jest tylko chwilami niebezpieczny,  bo głupi to jest zawsze. 

Osądy tłumu, opinia gawiedzi, to zawsze przeciwne bieguny. Jedni mówią, że super, a inni że tragedia. Jeśli się tego słucha, można dostać rozdwojenia jaźni. 

Tłum składa się z jednostek, ale jednostka przestaje istnieć w tłumie. Dla jednych to straszne, a dla drugich wygodne. Zdejmuje odpowiedzialność, zwalnia od myślenia, daje poczucie przynależności i wspólnoty. Ale także zniewala. I odbiera prawo do decydowania o swoim życiu i przeżywania go w sposób dobry dla nas i dla świata. 


Czy naprawdę trzeba się bać tego, że się odstaje od innych? 

Nie, to jest wymyślony strach, coś co zostało nam zaszczepione, a więc także coś czego można się oduczyć. 

Kiedy jesteśmy dziećmi nie przejmujemy się tym co inni o nas pomyślą. Przynajmniej do pewnego czasu. Potrzeba przynależności pojawia się zwykle na początku szkoły podstawowej i faktycznie bywa bardzo intensywna. Im mniejsza pewność siebie i poczucie własnej wartości tym silniejsza. 

Być sobą, dawać z siebie to co najlepsze, a nie to czego może akurat ktoś oczekuje i wymaga, to jest i tak najpiękniejsza forma daru. Nic lepszego nie mamy. 

Udawanie że jest się kimś innym niż się jest, to koszmarna strata potencjału i energii. Czegoś unikalnego co każdy z nas ma. 

Zawsze lepiej być oryginałem niż kopią, prawda? 


A jak nie odstaję, idę za tłumem i ciągle nie wiem kim jestem? 

Szukaj. 

Clarissa Pinkola Estes, która porusza temat „wyrzutków” w „Biegnącej z wilkami”, pisze: „Jeśli próbowałaś się wtłoczyć w jakiś szablon, ale ci się to nie udało, to masz prawdopodobnie duże szczęście. Może i jesteś wyrzutkiem, ale ocaliłaś duszę. (…) Bez porównania gorzej jest tkwić tam, gdzie nie mamy czego szukać, niż tułać się przez jakiś czas w poszukiwaniu psychicznego kontaktu jakiego nam trzeba. Szukanie swojego miejsca nigdy nie jest pomyłką. Nigdy”

Ja też uważam, że nigdy. 

I chociaż długo szukałam drogi do siebie i do pozbycia się wstydu, że nie jestem taka jak wszyscy to dziś mogę z mocą powiedzieć, że było warto. 

I że to bardzo dobre uczucie. Którego wszystkim życzę. Bo wtedy już nic się naprawdę nie musi. Reszta jest wyborem. 



Życie jest piękne. Tak. Jest. Nie bywa, nie czasami, nie od święta. Jest. Bo życie to święto. Jeśli nie wierzycie, spytajcie tych, których już nie ma, albo tych, którzy się z nim żegnają, którym zostało niewiele. 


Jeśli tego Wam mało, popatrzcie na dzieci, na ich radość życia, na ich pasję, na ich wiarę w to, że jeszcze wszystko jest możliwe. I nie marudźcie, nie traćcie czasu na dywagacje, na opowiadanie o tym, że wczoraj to może i było pięknie, ale dziś to już sam ugór i szarówka. 

Bo piękno świata i życia nie leży w samym życiu, ale w oczach patrzącego. Jeśli nie ma go w Tobie, niczego nie zobaczysz. Zawsze będziesz ślepy. 


***


Coraz częściej myślę o wakacjach. Przeglądam zdjęcia, śledzę mapę. I bardzo tęsknię za słońcem, za piaskiem pod stopami, za wodą, która unosi i za solą, która zostaje na wysuszonych klapkach.. 

Chciałabym Wam pokazać dziś zdjęcie, które nie jest ani piękne, ani dobrze zrobione. Nie ma w nim niczego szczególnego, ale jednak, jest wyjątkowe. Bo tam się wszystko zaczęło. Tam wymyśliłam Manufakturę i tam pomyślałam sobie, że jeśli zacząć to tak, po prostu, od początku. Bo inaczej się nie zaczyna. Nigdy. 





***


Wszystko to co nas czeka, wszystkie te rzeczy które musicie zrobić, pieśni, które musicie wyśpiewać, podróże, w które trzeba się wybrać i sprawy, których nie można odkładać, zawsze gdzieś mają swój początek. Niech będzie jak to zdjęcie. Wcale nie spektakularne. Wcale nie nadzwyczajne. Ale niech będzie. Niech się stanie. To może być dzisiaj albo jutro. Kluczem jest Twoja decyzja, wytrwałość. 


Zwykle zaczyna się od smutku i tęsknoty. I to jest świetne miejsce żeby zacząć. 


***


Dobrych wakacji.


Życie nie składa się z codziennych fajerwerków i emocji rodem z telenoweli. To co tak naprawdę się liczy to zwyczajne radości, małe przyjemności, to wszystko co złożone kawałek do kawałka sprawia, że budzimy się z radością i zasypiamy pełni życiowej sytości. 

Kiedy nieraz pytacie mnie o to, jak to jest, że jestem zadowolona, pełna energii i mimo zmęczenia, czy przeciążenia, które ostatnio mi się zdarza mój bilans jest zdecydowanie na plus, czasem nie wiem co powiedzieć. 

Myślę sobie wtedy, że oczekujecie tajemnej recepty, jakiegoś składnika, który cudem odmienia życie. Przyprawy, która dodana szczyptą do garnka może sprawić, że potrawa całkiem zmieni smak. Czegoś absolutnie nadzwyczajnego, efektu WOW. 

I co ja mam Wam wtedy powiedzieć? O miodzie? O tym, że lubię moje życie, bo nikt w nim na mnie nie krzyczy, bo kawa rano smakuje wybornie?  Że mimo bałaganu, którego nie ma kiedy brać w karby dobrze czuję się w swoim domu? Że lubię sobie robić maseczkę i kupować kwiaty i że to takie super uczucie usiąść z miską czereśni na balkonie i czuć jak słońce łaskocze w kolana? 

Nie ma magicznego składnika. To jest ta zła wiadomość. 

Ale są inne, które mogą sprawić dokładnie to samo. 

Jeśli naszej zwyczajność nie będziemy potrafili docenić, to całe lata przejdą nam na oczekiwaniu na coś co i tak nie przyjdzie. 

Bo w tym co zwykłe, ale zauważone i przeżyte ze świadomością jest właśnie magia. 


Co mnie zachwyciło w czerwcu? Oto moja złota siódemka małych radości i przyjemności. 


1. Kwiaty

Pisałam już o nich, więc nie będę się powtarzać. Zresztą kwiaty są od patrzenia i wąchania, a nie mówienia o nich. 

Lubię. Mam na balkonie, upycham w wazony. Gadam do nich tak jak moje dziecko, które przemawia czasem do doniczki tak jak ja mówię do niej. 

I to jest piękne, bo ten czuły głos, który słyszę jest przecież moim głosem, która ona słyszy i bierze sobie na życie. I wiem, że robię to dobrze. 


Kwiaty, truskawki i czereśnie. Taaaaak!



2. Miód gryczany

To nie żadna nowa miłość, ale ze względów zdrowotnych (nie służą mi cukry...) omijałam miód w mojej diecie od dobrych kilku miesięcy. Ostatnio spotkałam na targu pana Andrzeja, od którego miód kupuję od kilku lat i wzięłam jeden słoiczek gryczanego, który u nas w domu jem tylko ja. 

Miód gryczany ma specyficzny, lekko goryczkowaty smak i piękny, karmelowo -bursztynowy kolor. Wystarczy nałożyć go na czubek łyżeczki i posmakować. Dla mnie? Niebo! 


Miód gryczany


3. Pielęgnacja: Hydrolat różany

Z pielęgnacją mam tak, że zawsze chciałam, ale jakoś mi się nie chciało ;). To się na szczęście zmienia, głównie dzięki temu, że zaczęło sprawiać mi przyjemność. Dzięki Gosi ze Zdrowa Kuchnia Sowy, odkryłam naturalne składniki kosmetyków i produkty - półprodukty, które cudownie sprawdzają się w pielęgnacji. 

Tak trafiło do mojej łazienki błoto z Morza Martwego, którym się regularnie okładam, a ostatnio hydrolat różany, czyli różany tonik, którym przemywam twarz. Pachnie jak prawdziwe letnie róże rozgrzane na słońcu, a twarz po jego zastosowaniu jest miękka i aksamitna jak płatki kwiatów. Bardzo fajne zmysłowe doświadczenie! 

Minusy? Ponieważ to produkt naturalny i bez konserwantów trzeba przechowywać  go w lodówce i dość szybko zużyć. 



Hydrolat różany można używać jako samodzielny produkt,
można też komponować z nim różne kosmetyki.
Na zdjęciu także perfumy, które mam dopiero od wczoraj,
ale które fajnie pasują na lato. Pachną świeżymi malinami i kobiecością. 


4. Rower


To jest never ending story, miłość która trwa i rozkwita zawsze między marcem a październikiem. Zimą nie jeżdżę, bo nie sprawia mi to specjalnej przyjemności. 

Ale latem.. latem to jest inna bajka.


Mój rower. Jeździmy ciągle z A. stąd fotelik z tyłu. 

5. Kawa

O kawie już było wiele razy, więc tylko w paru słowach. Poranny rytuał parzenia, mielenia ziaren, spieniania odrobiny mleka, które jak poduszka przykryje czarną kawę to dla mnie ciągle i nieustannie wielka frajda i przyjemność. 

Kto zna ten zrozumie. To nie nałóg, to miłość. 



Kawa, kawusia, bardzo lubię :) 

6. Prasa


Mam słabość. Może to pozostałość z czasów kiedy to wszystko co kolorowe i piękne było słabo dostępne, drogie? Wspominam przyniesione przez kogoś archiwalne numery "Twojego Stylu", które przeglądałam z mieszaniną fascynacji i zachwytu. To mogło być w 1995 roku, może chwilę wcześniej? To był dla mnie taki mały skarb, jakkolwiek absurdalnie to dziś brzmi...

Do niedawna gazety zbierałam i tylko zdrowy rozsądek sprawia, że już tego nie robię. Ale czytam. Pasjami. Potem na warsztatach dziewczyny wydzierają z nich swoje kolaże, a ja wcześniej zbieram myśli i inspiracje. Tak to się wszystko łączy. Od niedawna piszę felietony do Sielskiego Życia. Jeśli nie czytaliście to polecam serdecznie. 


Prasówka na balkonie? Taaaaak! 


7. Praca z wewnętrznym dzieckiem

Bardzo poruszająca i działająca na niesamowicie głębokich obszarach. Świat po, nie jest już taki sam. 

Ale o tym napiszę Wam innym razem. Już jest TUTAJ. 


Dajcie znać, czy ten cykl się Wam podoba. Jeśli tak, będę go kontynuować w kolejnych miesiącach :) Jeśli nie... no cóż, mam o czym opowiadać. Zawsze też możecie mi napisać, o czym Wy chcielibyście przeczytać :). Serdeczności!



×