Jak to się dzieje, że się dzieje? Dni mijają tak szybko, pory roku zmieniają się jak w kalejdoskopie. Czasem dobrze zatrzymać się miejscu i podsumować, żeby w pełni zobaczyć gdzie się jest. 



Przecież dopiero była zima. Wyglądaliśmy ciepła jak kania dżdżu. Odliczaliśmy dni do wiosny, tropiliśmy znaki. Niczym pies z nosem przy ziemi, obwąchiwaliśmy rzeczywistość, czy aby idzie tam gdzie trzeba. A potem buchnęło kwietniem i majem, stało się samo, nie wiadomo kiedy. 


Zimą było tutaj trochę bardziej nostalgicznie, a to chociażby za sprawą wspomnień. 
Aby przeczytać o moich, kliknijcie TUTAJ. 

Kiedy pogoda nie rozpieszcza, dobrze pomyśleć o dopalaczach. 
Moim są również kwiaty. A do tego ruch, dużo ruchu. Więcej TUTAJ. 

Czas mija wszystkim nam tak samo. 
Ale z dojrzałości też można się cieszyć. Naprawdę :) KLIK. 

5 rzeczy, które możesz zrobić, nie tylko w marcu, aby przestać marudzić.
 Na początek, kup sobie kwiaty:)

Marzec i kwiecień, to na Manufakturze rekordy frekwencji. Wiele osób wpadło przypadkiem, za sprawą pewnego hitowego postu, ale większość została na dłużej. 

Pamiętajcie, że to Wy także tworzycie to miejsce i że bez waszego zaangażowania, komentarzy, polubień, udostępnień, sama niewiele mogę. Za każdą łapkę do góry, za każde życzliwe słowo, jestem Wam zawsze nieskończenie wdzięczna! Bloger bez publiczności, jak bez ręki, mówię Wam :) 



Moja córka jest moją cudowną nauczycielką codzienności. 
Od dzieci możemy wziąć co najmniej tyle ile sami im dajemy. 
Jeśli oczywiście mamy otwartą głowę. 

W tym roku skończyłam 34 lata. I wiecie co? 
Całe szczęście, że nie 18!  :) SERIO!


Nawet w niesprzyjających warunkach można wybierać. Bohater, czy ofiara? 

Bez książek, bez czytania, nie byłoby Manufaktury.
 O książkach, które czytam i polecam, przeczytacie TUTAJ. 
Bo pełnia życia i szczęście, 
to raczej cieszyć się bardziej:) 

Na przykład tym, co teraz na straganie :) Uwielbiam!
Tak samo jak morze :)  

Dajcie sobie dużo dobrego czasu w te wakacje. Naprawdę dużo :) 
 Podróżując, kochając i po prostu ciesząc się tym co jest :) 

Dużo uśmiechu na co dzień :) 


Ps. Wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego Instagramu :) Żeby zobaczyć więcej i być na bieżąco z tym, co się u nas dzieje kliknij i dodaj: TUTAJ. 


Żeby oddać sprawiedliwość, żyją nie tylko w Polsce, nie tylko w Warszawie i są w każdym wieku. Dzieli ich często ocean różnic, a łączy tylko jedna rzecz: WSZYSTKO im nie pasuje, a im bardziej uprzykrzą bliźniemu życie, tym bardziej czują się usatysfakcjonowani. Czy naprawdę chcesz im dawać satysfakcję?


Ostatnio dziennikarka, Beata Sadowska, opisała na swoim Fb następującą sytuację: 

Sobota. Sopot. Tytus szalał na plaży przez 4h. Wracamy spacerem do domu. Malec jest zmęczony, więc przysiadamy na schodach sklepu i gapimy się na ulicę. Po chwili ze sklepu wypada sprzedawczyni...

- Czy mogłaby pani nie siedzieć na schodach?!

Ja: Boże, czy naprawdę tak to pani przeszkadza? Dziecko chciało odpocząć, zaraz wstajemy.

Ona (tonem nie znoszącym sprzeciwu): Ale ja naprawdę bardzo proszę (z prośbą to nie miało nic wspólnego) wstać. Klienci będą chcieli wejść.
Pomijam, że nawet gdyby szli szpalerem, spokojnie by się zmieścili. Ale nie szedł nawet pies z kulawą nogą. Próbowałam przekonać, że przepuścimy gości, ale nic z tego.
Ja: Dobrze, jak tak bardzo pani na tym zależy, wstajemy.
Ona: Można milej?!


Wiecznie niezadowoleni, z wieczną pretensją na wykrzywionym licu. Tak, są wśród nas. Nie miałam ochoty o nich pisać, ale poczułam się sprowokowana. To ważny społeczny temat, a ja chcę mówić o rzeczach ważnych. I tak, ja też ich spotykam. 


Żyjesz w innym świecie...

Czasem piszecie do mnie i stwierdzacie, że ja chyba żyję w innym świecie. Takim, w którym ludzie są wyłącznie mili, uprzejmi, uśmiechają się do siebie i z przyjemnością pomagają, jeśli tylko mogą. 

Tak, takich ludzi przede wszystkim chcę wokół siebie widzieć i to im daję swoją uwagę i czas. 

Ale spotykam też innych: właśnie tych, którzy o WSZYSTKO mają pretensje. 

Inne Mamy, które krzyczą na mnie w piaskownicy, bo pozwalam mojemu dziecku zdjąć buty, więc ich też będzie chciało i daję mu zły przykład. Oburzone panie emerytki, pomstujące że maluch depcze trawkę w parku, gdy obok ich piesek robi kupę na chodnik. Panów w komunikacji miejskiej, którzy informują mnie, że bezczelnie wymuszam miejsce siedzące "na dziecko". Kierowców, którzy dojeżdżają ostentacyjnie do krawężnika, żebym nie mogła ich minąć rowerem, a kiedy grzecznie zwracam uwagę, krzyczą: "gdzie się pani wpierdala z tym gówniarzem". Rowerzystów - faszystów, którzy prawie doprowadzają do wypadku informując mnie, że jestem idiotką bo jeżdżę bez kasku. Panie po 50 na poczcie, czy w kolejce do laboratorium, które nie przepuszczają spoconej ciężarnej, bo im się śpieszy i mają tylko jeden list, wynik do odbioru, a zresztą jak one chodziły w ciąży czy z  małymi dziećmi to też musiały czekać, a poza tym to "mogła męża wysłać, a nie sama chodzić jak tak jej ciężko". Kobietę, która kopie moje prawidłowo zaparkowane auto, bo nie podoba jej się, że wszyscy parkują na tej ulicy, a kiedyś tu był spokój. Internetowych pitbuli, którym dzień nieudany, jeśli nie wytkną czegoś bliźniemu.  

I tak dalej, i tak dalej. 
Temat nie dotyczy tylko spraw "dzieciowych", rowerowych czy samochodowych, ale każdych innych. Antagonizmy można mnożyć bez opamiętania.

Mogłabym tak dłużej, ale przecież wystarczy. Wiecie o czym mówię. 


Jak radzić sobie z ludźmi, którym NIC nie pasuje?

Najgorsze co możesz zrobić, to dać im swoją uwagę. Zaangażować się w te wyimaginowane spory. Podarować im swoją energię. Kłócić się z nimi i tłumaczyć, a potem w myślach przeżywać tą sytuację przez wiele godzin albo dni. Dać się wciągnąć w ten wyścig pretensji.

Im tylko o to chodzi! O uwagę, której nie mają gdzie indziej. O poczucie, że uczestniczą, że mają znaczenie. Im bardziej popsują Twój humor, tym większą będą mieli satysfakcję! "Powiedziałem tej małpie, aż jej w pięty poszło", "popamięta mnie", "ma za swoje". 

A figę!

Kiedyś też się angażowałam w takie jałowy spory. Dawałam wciągnąć do cudzego teatru, w którym główną rolę gra poczucie skrzywdzenia i pretensji. Aż do dnia, w którym przestałam to brać do siebie. Przestałam odpowiadać na absurdalne zaczepki. Czasem, gdy sprawa tego wymaga, jestem stanowcza i wyrażam tylko jednym zdaniem swój sprzeciw. Czasem tylko się ironicznie uśmiecham i odchodzę. Rzucam przez ramię ironiczny żart i nie czekam na więcej. Czasem pozwalam, żeby sytuacja zadziała się sama i wtedy, najczęściej, pretensja wraca rykoszetem do osoby, którą ją miała. Tłum patrzy na nieszczęśnika, faluje, zaczyna wyrażać zbiorowy sprzeciw.  A on gotuje się ze złości. Kisi we własnym sosie. Już sam nie wie co ma począć. 

Nie, nie jestem złośliwa. Ale nie jestem też dziewczynką do bicia, na którą można ot tak, dla rozładowania własnej frustracji wylać wiaderko pomyj. Sorry, nie pozwalam. 


Życzliwość jest niesłychanie ważna. Ale małe złośliwości i czepialstwo, mają podobną siłę. Problem w tym, że nie działają pozytywnie, ale negatywnie. 


Co zrobić, żeby zatrzymać falę pretensji? 

Ludzi trudno zmienić, trudno wychować. Ale im mniej dajemy się wciągać w podobne spory, im mniej tolerujemy czepialstwo i wieczny zły humor, im mniej paradoksalnie, jesteśmy obojętni na to, że ktoś się kogoś czepia, tym bardziej dajemy wiecznie niezadowolonym pretekst do tego, aby się nad sobą zastanowić. 

Dlatego nie dyskutuj bez potrzeby, nie dawaj się sprowokować, ale gdy widzisz, że komuś dzieje się krzywda, ktoś się kogoś czepia w sprawie nie wartej złamanego funta, reaguj! 

Wszyscy musimy uczyć się cywilnej odwagi stawania w obronie słabszych. 

Ja sama przeważnie tego nie potrzebuję, świetnie daję sobie radę. Ale znam i spotykam dziesiątki wrażliwych kobiet i mężczyzn, którzy nie potrafią sobie radzić z agresją werbalną, czy tą wyrażaną pięścią. Tygodniami przeżywają i rozkładają na czynniki pierwsze czyjeś zwykłe chamstwo, a winy dopatrują się głównie w sobie. Jeśli nikt nie reaguje, tracą zupełnie wiarę w społeczną sprawiedliwość i jeszcze bardziej zamykają się w sobie. 

Jeśli milcząco znosisz chamstwo i czepialstwo to znaczy, że się z nim zgadzasz. Reaguj. Nie bądź paprotką w społecznym ogródku! 

Jeśli tobie samemu zdarza się czepiać i pomstować, przyglądaj się sobie. Nie potrzeba wiele, aby zmienić swoje nastawienie do świata i ludzi: zwykle wystarcza odrobina życzliwości (takiej bez oceniania) i świadomość, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku: wszyscy jesteśmy sobie potrzebni i lepiej mieć świat za przyjaciela niż za wroga. 


Każdy ma prawo mieć zły dzień

Ale nikt nie ma prawa oczekiwać od świata, że ten często permanentny zły dzień, będzie znosił ze stoickim spokojem i godną świętych cierpliwością. 

Problem z ludźmi wiecznie niezadowolonymi jest taki, że choćbyście im nieba przychylili, to oni i tak, w tym czy innym momencie spluną jadem. Choćby z przyzwyczajenia. 

Kiedy przestajemy zajmować się ich złym humorem, mają wreszcie okazję do tego, żeby zweryfikować swój stan ducha i zastanowić nad tym, czy im się naprawdę opłaca. 

Bo powody do niezadowolenia mamy wszyscy - ale do czepialstwa, obiektywnie, naprawdę rzadko. 

Wiele życzliwości dla nas wszystkich na te wakacje!! 





Nie wszyscy musimy pracować z pasją, ale dobrze, kiedy praca nie jest tylko rodzajem niewolnictwa, w którym chodzi wyłącznie o to, żeby zacisnąć zęby i wytrzymać. Takie życie rzadko daje satysfakcję, a "wytrzymać", okazuje się być po niewczasie ciężarem ponad miarę. 


Moja koleżanka blogerka, Malwina z Dzieciowo mi, napisała jakiś czas temu ważne zdanie: życie pasją, a życie z pasji, to są dwie różne sprawy. I chociaż o pasji można by peany, to nie można w tym wszystkim zapominać o prozie życia. A proza to taka, że rachunki same się nie zapłacą, trudno odziać się w poezję, a czas który potrzebny jest na to, aby przekształcić swoje marzenia w zawodową, lukratywną rzeczywistość, czasami dłuży się niemiłosiernie i wymaga wielu poświęceń. 

Jeśli wasze życiowe wybory zawodowe, zaprowadziły Was w miejsce, w którym codziennie rano pytacie siebie - Ale co ja tu u diabła robię?! - dobrze zastanawiać się nad alternatywą, nad opcją, nad swoimi mocnymi stronami. Niekoniecznie rzucać wszystko z dnia na dzień ( nie zawsze się da, nie zawsze to rozsądne), ale pozostawiać w głowie furtkę na to, żeby zaprosić do siebie coś nowego. Otworzyć się na możliwości, zmianę zawodu, miejsca, a czasem i kraju. 

Tak, to wymaga odwagi, ale najważniejsze jest to, że na byle jakie życie, naprawdę szkoda czasu. 


Dziewczyny z pasją - od hobby do pracy

W pierwszym odcinku cyklu o pracy i inspirujących kobietach, które zmieniły, zdefiniowały na nowo swoją zawodową drogę, pisałam:


Pasja jest istotna. Jacek Walkiewicz mówi, że to ona rodzi profesjonalizm i jakość, a to wszystko to luksus. Luksus wyborów, które są z nami zgodne, wynikają z naszych potrzeb i pragnień, nie wymagają obcinania pięty, żeby wpasować się w cudze pantofelki. 

Pasja obrosła w wiele mitów. Boimy się jej, boimy się wybierać z pasją, bo wydaje nam się, że jest dostępna tylko dla wybranych. Można kochać sztukę, ale nie każdy będzie od razu Picassem. Nie każdy pasjonat musi dążyć do tego, żeby go wpisać do Wikipedii. Zwykłe życie też może być jej pełne!
więcej TU 

Przedstawiłam Wam wtedy Emilkę i Patrycję. Dziś czas na kolejne dziewczyny: Magdę i Joannę, które opowiedzą Wam jak doszły do miejsca, w którym dziś są. Jestem pewna, że Was zainspirują! 



Nie każdy z lustrzanką, to fotograf

Przez te wiele lat pracowałam w różnych zawodach, ale nigdzie zbyt długo. Nie ze względu na brak umiejętności, bo uczę się wszystkiego i bardzo szybko (pracowałam jako sekretarka, kierownik wydawniczy czy kosztorysantka, a z wykształcenia jestem inżynierem), ale ze względu na swoją osobowość i to, że nie mogłam do końca działać tak jak chciałam. Brakowało mi wolności. Wiedziałam, że muszę pracować na tzw. “swoim”, ale nie do końca wiedziałam czym w przyszłości się zajmę. Przejście z etatu na działalność to nierzadko trudna decyzja.

We wszystkim co związane z moim życiem, pomógł mi mój blog. To tam najpierw publikowałam swoje zdjęcia. Dziś każdy z lustrzanką to fotograf. Ja nie śmiałam się nim nazwać długo, przez wiele lat uczyłam się tego zawodu nie marząc nawet o tym, że kiedyś będzie przynosił mi pieniądze. Jednym słowem była to pasja i tylko pasja. Pasja w którą wkładałam czas, serce i pieniądze. Wyjmowałam zaś satysfakcję. 


Magdalena Książek, blogerka i fotografka 


Moi koledzy fotografowie widzieli we mnie ten potencjał, mówiąc, że mam oko i "to" wyczucie. Nakłaniali mnie, abym próbowała swoich sił w zawodzie, a ja ciągle i uparcie twierdziłam, że nie jestem dość dobra, że jeszcze nie czas, że nie mogę wziąć jeszcze pieniędzy za zdjęcia. Byłam pokorna.

Rozwijałam się, poznawałam nowe osoby, stawałam się kobietą coraz bardziej pewną siebie i robiąc zdjęcia do bloga, pracowałam nad swoim warsztatem. Gdy dziś na nie patrzę, to wiem, że miałam rację, potrzebowałam czasu, bo fotograf uczy się przez ilość naciśnięć spustu migawki. To jest coś co przychodzi z czasem. W fotografii potrzeba dojrzeć, zupełnie tak jak w życiu. Z czasem widzimy swoje błędy na zdjęciach, którymi byliśmy wówczas zachwyceni. Idealnie pasuje tu stwierdzenie, że pasja rodzi jakość, ale tylko wtedy gdy się jej poświęcimy nie oczekując nic w zamian. Gdy na końcu drogi widzimy tylko pieniądze to ta pasja nie przyniesie nam szczęścia.

Kiedy poczułam, że fotografowanie to jest to co chcę robić w życiu? Gdy podczas pierwszych, bezpłatnych sesji wykonywanych znajomym, czułam się jak w transie. Czułam się poniesiona przez sytuację, mogłam kreować, dać upust swojej artystycznej duszy, a potem gdy oddawałam zdjęcia widząc radość osoby fotografowanej, wiedziałam, że chcę właśnie w ten sposób przydać się ludziom, tak ich uszczęśliwiać.

Kiedy nazwałam się fotografem? Gdy zaczęłam płacić ZUS :).  

Magda Książek - Moaa Fotografia 


Lek na całe zło

Przez ponad 8 lat pracowałam na stanowisku Przedstawiciela Medycznego. 
Odnosiłam sukcesy w sprzedaży, pięłam się po szczeblach hierarchii i wszystko wydawało się być idealnie. Wydawało się, bo naprawdę tak nie było. W środku czułam, że praca w korporacji kosztuje mnie zbyt wiele i negatywnie wpływa na moją rodzinę, a przede wszystkim na mnie samą i moje samopoczucie. Miesiące mijały, a ja nie potrafiłam już cieszyć się z dobrej pensji, auta firmowego, zagranicznych wyjazdów… Chciałam coś zmienić w swoim życiu zawodowym, miałam dość schematycznego działania, które zabijało moją prawdziwą osobowość. Nie miałam jednak odwagi i pomysłu na to, co innego mogłabym robić…

W tym czasie kupiliśmy z mężem działkę i postanowiliśmy wybudować tam mały domek letniskowy. Tak właśnie, przypadkowo, zaczęła się moja przygoda z wnętrzami. 

Działka okazała się świetną odskocznią, prawdziwym lekiem na  całe zawodowe zło, a urządzanie domku i szukanie inspiracji pochłonęło mój cały wolny czas. Pewnego dnia pomyślałam nieśmiało, że w sumie mogłabym zająć się urządzaniem wnętrz zawodowo, ale zaraz pojawiły się wątpliwości. Jak się przebranżowić? Przecież to nie takie proste! Magister biologii stylistą wnętrz??!  Z tyłu głowy słyszałam jednak głos moich znajomych, którzy zawsze powtarzali,  że mam dobry gust, a poza tym pomyślałam, że istnieją przecież szkoły i kursy, które pomogłyby mi w zdobyciu nowych umiejętności. 

Joanna Bojanowska, Hamptons Home & Living

Brakowało jednak odwagi, by porzucić „pewną, ustabilizowaną  pracę na etacie”.
I nagle, pewnego wrześniowego dnia wszystko odwróciło się do góry nogami. Pod wpływem impulsu (a dokładnie pod wpływem złości, po mało przyjemnej rozmowie z przełożonym)  podjęłam decyzję o odejściu z korporacji. Wówczas jednak nie miałam pewnej alternatywy, miałam za to kredyt na mieszkanie…

W krótkim czasie trafiłam na kurs projektowania wnętrz i home stagingu. Już wtedy miałam w zamyśle uruchomienie sklepu internetowego z artykułami dekoracyjnymi i wyposażenia wnętrz. Okazało się jednak, że aby zajmować się upiększaniem wnętrz potrzebne jest coś więcej niż szkoły i kursy… to wyczucie smaku, intuicja, wrodzone poczucie estetyki, których nie nauczy nas żadna szkoła,  bo to trzeba „czuć”. Na szczęście ja to czułam. Dodatkowo, całe moje życie zawodowe związana byłam ze sprzedażą, więc pomyślałam, że powinnam dać radę. 

Zapragnęłam sklepu z wyselekcjonowanymi  produktami. Szybko okazało się, że w rodzimym kraju nie mam co szukać dostawców. Musiałam więc nawiązać kontakty z kontrahentami zagranicznymi. Postawiłam na ponadczasową klasykę z elementami stylu angielskiego (New England) i rustykalnego. Inspirowałam się amerykańskimi wnętrzami, szczególnie wnętrzami domów usytuowanych w bogatych dzielnicach Nowego Yorku i rejonu The Hamptons. I tak oto wpadłam na pomysł, aby nazwać swój sklep hamptons.pl Prace nad sklepem trwały ponad pół roku. To był trudny czas, czas wielu ważnych strategicznie wyborów. 

Okazało się, że nie jest wcale łatwo stworzyć  logo firmowe czy stronę. Nigdy wcześniej nie miałam doświadczenia w kreowaniu marki, nagle stałam się odpowiedzialna za budowę i rozwój własnej. Dziś jestem dumna z siebie, że stworzyłam taki, a nie inny sklep. Obserwuję jak konkurencja co i rusz przechwyca w swoich kolekcjach nazwę „Hamptons”. To znak, że styl Hamptons, który wypromowaliśmy, przyjął się na dobre w Polsce.  Coraz częściej używa się nazwy tego stylu wśród projektantów wnętrz. To wszystko ogromnie cieszy. Gdy jeszcze dołożyć do tego pochlebne opinie klientów, mogę powiedzieć, że było warto! 

Nic jednak by się nie wydarzyło, gdyby nie spotkały się jednocześnie frustracja, marzenia i upór.  Co bym doradziła tym, którzy chcieliby rozpocząć nowe, satysfakcjonujące życie zawodowe? Najważniejsze to nie zwątpić w siebie i swój plan, kiedy wszyscy w koło rzucają nam kłody pod nogi. 

Równie ważna jest miłość do tego, co się robi. Dla mnie nawet „zwykłe” pakowanie produktu jest rytuałem, w który wkładam swoje serce. Miło jest potem usłyszeć  od klientów, że jeszcze nigdy dotąd nie otrzymali tak pięknie zapakowanej przesyłki. Po prostu pasja jest gwarancją jakości.

Joanna Bojanowska, Hamptons Home & Living



Zainspirowani? Odwiedźcie dziewczyny na ich stronach i podajcie ten wpis dalej :)  Zawsze też czekam na wasze komentarze! Dziękuję:)




Ludzie, którzy nigdy nie biegali, albo biegali ostatni raz na lekcji wf przymusowe trzy kółka wokół boiska uważają, że rytmiczne poruszanie nogami działa głównie na mięśnie. To nieprawda. Bieganie działa przede wszystkim na mózg. Przekonasz się o tym, kiedy sam zaczniesz biegać. 


W ciągu ostatnich kilku lat, bieganie stało się prawie sportem narodowym. Biega nas coraz więcej. To aktywność dostępna prawie dla każdego, niewymagająca wielkich środków finansowych, specjalistycznego sprzętu, czy nadzwyczajnych warunków. Wychodzisz i zaczynasz. Najpierw bardzo wolno, tak że wyprzedzi Cię nawet pan z pieskiem, a potem - potem już idzie samo. Wystarczy trochę samodyscypliny. Co dało mi bieganie? 


1. Bieganie wyzwala z myślenia w kategorii ograniczeń

Każdy, absolutnie każdy kto zaczyna biegać, patrzy na własne możliwości z dużym dystansem, a nawet jeśli nie, to szybko zacznie. Wychodzisz z domu i czujesz się bogiem bieżni. A po chwili... 5 km? Bez przerwy? W życiu! 10 km? O czym ty mówisz! Nie dam rady! Moje płuca krzyczą, a nogi wołają o natychmiastowy stop!

Czas mija i okazuje się, że to wszystko jest jednak możliwe i robi się .. prawie samo. Ty sam, ten sam, który musiał przystawać co 100 metrów ledwo zipiąc, biegniesz i biegniesz. Pokonujesz kolejne stopnie wtajemniczenia. Dajesz radę! Organizm przyzwyczaja się do wysiłku, rośnie wydolność, granice tego co możliwe i nie, przesuwają się nieustannie. 

To cudowna lekcja na całe życie. 

Nie raz przyjdzie nam zaczynać od nowa, wydłużać dystans, stawać przed wyzwaniami. Wtedy można sobie przypomnieć pierwsze biegowe trudy i pierwsze sukcesy. To, jak niemożliwe stawało się możliwe dzięki naszej pracy. I to dodaje skrzydeł. 


2. Bieganie pomaga pokonywać własne słabości

Te wszystkie "boli mnie paluszek, dziś nie dam rady", "może jutro, szef był dziś nie do zniesienia". Często w życiu bardzo łatwo się poddajemy. Coś uszczypnie, coś draśnie, poczujemy się niekomfortowo i już, koniec, dziękuję, pozamiatane. 

W bieganiu bardzo często doświadczamy sytuacji niekomfortowych, ale biegając regularnie uczymy się jak sobie z nimi radzić. Doświadczamy satysfakcji z tego, że nie poddaliśmy się mimo przeciwności, że przełamaliśmy pierwszy strach, że nie stanęliśmy tak jak stoimy, tylko powiedzieliśmy sobie "no, dasz radę, już blisko, zaraz będzie z górki". 

I okazuje się, że tak właśnie bardzo często jest.  Słabość mija, dostajemy skrzydeł. Tak w bieganiu jak i w życiu. 


3. Bieganie uczy, że praca popłaca

Własna, nie cudza. I że rzadko coś spada z nieba. Pisałam ostatnio o tym, że sukces z dnia na dzień wymaga dziesięciu lat przygotowań i podobnie jest z bieganiem. 

Treningi pozwalają iść do przodu, tak jak praca: nad projektem, nad marzeniami, nad swoją sytuacją życiową pozwala nam osiągać kolejne poziomy wtajemniczenia. 

To niezwykle przydatna lekcja, szczególnie dla tych, którzy czekają, że się zdarzy. SAMO. 


Bieganie i czytanie. Coś w tym jest :)


4. Bieganie uczy słuchać swojego ciała

Chociaż trzeba przyznać, że nie wszyscy słuchają. Moda na bieganie sprawiła, że wiele osób skupia się wyłącznie na osiągnięciach, chce szybciej, mocniej i najlepiej od razu. 

Pamiętajcie, że ciało bywa tematem zastępczym, a takie, którego się nie słucha, nadwyręża i bagatelizuje jego prośby o chwilę wytchnienia zmusi nas do słuchania i tak. 

Lepiej usłyszeć je wcześniej niż później, bo później boli - i to bywa, że bardzo. 

Biegając dobrze obserwować to jak ciało się zmienia, dawać mu czas na regenerację, a przede wszystkim szanować jego wysiłek. Nie jesteśmy z żelaza i nie warto udawać, że jest inaczej. 


Jak zacząć biegać? 

Po prostu zacząć. Nie szukać wymówek, nie przygotowywać się do tego tygodniami (chyba, że ze względów zdrowotnych). Któregoś dnia musi być ten pierwszy raz i dobrze się nim nie zniechęcać. 

Satysfakcja z biegania, tak jak z każdej wartościowej sprawy w życiu, przychodzi z czasem. 

Co jest potrzebne? Dobry humor, spokojne miejsce, najlepiej las lub park z naturalną nawierzchnią i dobre buty.  Klikając w link znajdziesz kod rabatowy, dostępny także w  tej aplikacji mobilnej

Czemu akurat buty? Ponieważ dobrze amortyzują stopę i kolana, które w bieganiu wykonują ogromną pracę. Jeśli zaczniesz biegać w tenisówkach, szybko zobaczysz różnicę. 

Nie musisz mieć specjalnego stroju, opaski na nadgarstek, pulsometru i stosu innych gadżetów. Na początek im mniej, tym lepiej. Początkujacy biegacze gubią się w ferworze przygotowań, a potem często ten cały zgromadzony sprzęt ląduje na dnie szafy jak wyrzut sumienia.... bo wcale nie zaczęli biegać. Para poszła w gwizdek. 

Więc... po prostu zacznij!

Powodzenia!



A Ty, biegasz? Masz własne doświadczenia z bieganiem? 
Co Tobie dało? Napisz koniecznie w komentarzu! Dziękuję :) 





Oddawałam po kawałku, od dziecka. Poczucie ważności, moc stanowienia, własne zdanie, pragnienia, marzenia, ochoty i ochotki, małe uśmiechy i znużenia. Oddawałam wszystko, rok za rokiem; brali jak swoje, aż zostały tylko okruszyny. Byłam pusta. Pusta w środku. 


Wtedy poczułam, po raz  pierwszy, że jestem przezroczysta. Patrzyli przez mnie jak przez sklepową szybę; nie było nic do wzięcia. 

Stałam oniemiała po środku życia i patrzyłam jak ptaki zlatują z nieba i dziobią to co zostało. Stałam tak, aż obudził się we mnie krzyk; aż powstała w środku awantura co szarpnęła mną całą. Jak wicher rozniosła się po domu; zataczała kręgi i porywała sprzęty. Zmiatała wszystko na swojej drodze, dzika i nieokiełznana niczym ulewa, co przyszła za późno.

Zaczęłam odbierać. Kawałek, po kawałku. Poczucie ważności, moc stanowienia, własne zdanie, pragnienia, marzenia, ochoty i ochotki. Wydzierałam przemocą, zabierałam siłą,  jeśli nie chcieli oddać po dobroci.

Ile było złorzeczenia! Ile oskarżeń o egoizm, o brak litości, o znieczulicę, brak sumienia.  Ilu odwróciło się na pięcie i odeszło na zawsze? Nie zliczę, braknie mi palców.

A ja zbierałam kawałek po kawałku, jak puzzle z tysiąca elementów. To co moje oddzielałam od tego co cudze. Ziarno osobno, plewy z boku. 

Aż zostały tylko okruszyny. Rzuciłam ptakom, patrzyłam jak jedzą. Odwróciłam się i poszłam swoją drogą.  

Kiedy mijałam witrynę -  zobaczyłam cień. Nie, nie byłam już przezroczysta. 



Bajka pochodzi z mojej książki "Bajki o życiu". Do kupienia przed wakacjami TUTAJ. 







Kiedy wyruszasz w podróż i nagle wypadasz z torów, po których na co dzień jedzie twój pociąg, dowiadujesz się o sobie nowych rzeczy. Na przykład takich, że strach wcale nie jest taki straszny, a mierzenie się z nim może być nawet zabawne. 


Ludzie szukają w życiu adrenaliny, bo chcą mocniej poczuć, że naprawdę żyją. To może uzależniać, bo potrzebujesz coraz silniejszych wrażeń. 

Ja nie szukam. Ja czuję to każdego dnia. Moja adrenalina to moja zwyczajność, moje dziecko, moja praca i zachwyt nad tym, że życie codziennie może być piękne. Bo czy pada, czy świeci słońce, kolejny dzień może być przygodą. To wszystko zależy tylko od nastawienia i wcale nie trzeba do tego żadnych sztucznych dopalaczy. 


Dlaczego warto w życiu próbować nowych rzeczy? 


Ponieważ codzienność, nawet ta zachwycająca, usypia w nas czujność i robi z nas, metaforycznie rzecz ujmując, ludzi w rozdeptanych kapciach, szurających po podłodze między salonem, a kuchnią. 

Nowe rzeczy, nowe doświadczenia, stymulują nasz mózg, sprawiają, że nabieramy całkiem nowego oglądu i rozwijamy się. "Stojąca woda jest bezużyteczna" - mówią mędrcy. A specjaliści od rozwoju osobistego doradzają, aby codziennie, bez względu na okoliczności, robić coś małego, po raz pierwszy w życiu. To pozwala nam pozostać młodymi duchem, reagować pozytywnie na życiowe zmiany i wyzwania, nie bać się tego co nieoswojone i śmiało mierzyć z wątpliwościami. 

Sopockie molo - tak puste to chyba tylko przed sezonem :) 

Sopot jest piękny!


A chyba najbardziej przed sezonem. Przypomina mi francuskie morskie kurorty, takie jak te w okolicach Saint Malo, o którym dawno temu pisałam. Gdańsk, Gdynia, są piękne i urzekające, ale to ogromne miasta. Sopot uwodzi swoją kameralnością i spokojem. Chociaż są i tacy, którzy doceniają głównie jego rozedrgane od wrażeń nocne życie.





Klimatyczny Sopot. Lubię!

Ja latam! Parasailing nad morzem i w morzu;) 


Do Sopotu pojechałam na zaproszenie Acer Polska i szczerze mówiąc nie spodziewałam się takich "gorących" atrakcji. Bałtyk jest chłodnym morzem -  a Bałtyk w czerwcu, przy temperaturze powietrza około 15 stopni Celsjusza, jest morzem zimnym, bez silenia się na kolokwializmy. 

Kiedy zobaczyłam te piękne spadochrony, pomyślałam że warto byłoby spróbować - ale wizja kąpieli w morzu na koniec lotu nieco studziła mój zapał. 

Spróbowałam i było warto. Polecam serdecznie. Wrażenia niezapomniane. 

Będziemy leciały. Z Kasią - Pikoliną, autorką zdjęć na blogu Żudit.pl 
foto: Acer Polska

Najpierw się biegnie, a potem się leci :)  
foto: Acer Polska #aceratsea


Nie widać tego na zdjęciu, ale jakieś 3 sekundy później, 
dostarczyłyśmy emocji temu panu w białej koszulce. 
Mina bezcenna :) Wiatr jest nieobliczalny:)

No to fruuuuuu :) Parasailing nad morzem :) 

Czapka przyda się bardziej za parę miesięcy, ale tego dnia też wiało :


Zadania na plaży.  Nie tylko sportowe. Było kreatywnie:)
 #aceratsea

Lądowanie w wodzie? W tej wodzie????? ;) 
#aceratsea



Serdecznie pozdrawiam wszystkich, których przy tej okazji poznałam i dziękuję firmie Acer i Węc PR za zaproszenie. 
Było warto :) 



Jakie własne ograniczenia udało się Wam w ostatnim czasie przełamać? Lubicie Bałtyk, Sopot? Napiszcie koniecznie w komentarzu :) 

Dziękuję :) 





Żeby wygrać, trzeba grać. I to nie tylko w lotto, ale i w życiu. Czy tu także obowiązują pewne zasady? Tak. Jeśli ich nie znasz, nie zdajesz sobie z nich sprawy, działasz po omacku. 


Życie to nie zabawa dla widzów  - mówi J. Robinson. Jeśli chcesz je spędzić na trybunach, patrząc jak żyją inni to doprowadzasz do najgorszej sytuacji: tracisz swój cenny czas. Stajesz się kimś, kto idzie tam, gdzie niesie go tłum i często nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Do kogo mieć potem pretensje, że nie doszło się tam gdzie się chciało? Do tłumu? Do rządu, do rodziny, do przyjaciół? A kto Cię zmuszał, żeby z nimi iść? Wybór, lub brak wyboru, to zawsze nasza sprawa. Czy nam się to podoba czy nie. 


Jeśli liczysz na cuda, to muszę Cię rozczarować. Poniższe reguły nie zmienią Twojego życia, ale jeśli je przemyślisz, świadomie odpowiesz sobie na pytania, które się pojawią, możesz zacząć szukać własnej ścieżki, albo utwierdzić się na tej, na której już jesteś. A to może być początek wspaniałej gry, albo jak wolisz, świadomego życia. 


Reguła 1: Jeśli nie znasz celu, nigdzie nie dojdziesz

Tak jak w grze: jeśli nie wiesz o co grasz, to jak możesz wygrać? Ludzie lubią wierzyć w sukces, który przychodzi sam, ale on nie istnieje. Sukces przez przypadek, może być tylko chwilowym sukcesem. 

Eksperci dodają także, że "sukces z dnia na dzień wymaga 10 lat przygotowań". 

W grze zwanej życiem musisz wiedzieć o co grasz. Jeśli nie wiesz, skąd weźmiesz mapę, jak możesz planować kolejne przystanki, jak się wzmacniać, skąd wiedzieć, czy idzie się w odpowiednim kierunku?  Cel to podstawa.


Reguła 2: Jeśli celów jest za dużo, dalej nie wiadomo o co grać

Zwłaszcza jeśli cele są w konflikcie, a często są. Dużo pieniędzy i dużo czasu dla rodziny, perfekcyjny dom i sportowe auto, bliskie relacje z ludźmi i szczyty korporacji? Czy to się da połączyć? 

Zbyt wiele celów, oznacza potężne rozproszenie i wewnętrzne rozdarcie: nie wiadomo co robić. Nie od dziś wiadomo, że jeśli się trzyma za ogon dziesięć srok, to można zostać z pustymi rękami. 


Reguła 3: Nie idź za tłumem

W tłumie nic nie słychać, a najmniej słychać samego siebie. Nawet jeśli chcesz zmienić kierunek, może to być niemożliwe, bo tłum porwie Cię tam gdzie sam idzie. Poniesie, może nawet stratuje. 

Tłum nie pyta o intencje, potrzeby, cele, tłum swoje wie. Jeśli idziesz z tłumem, zapomnij o realizacji indywidualnych celów. Zapomnij o sobie. Dusza tłumu, wchłonie twoją własną. Tłum daje złudne poczucie bezpieczeństwa, ale tak naprawdę niczego nie gwarantuje, raczej odbiera wolną wolę i możliwość samostanowienia. 


Reguła 4: Graj, żeby wygrać

Co wcale nie oznacza, że zawsze Ci się uda. Marta Waszczuk, w "Mamy wracamy", pisze o tym, że aby odnieść sukces, trzeba zwiększyć ilość porażek. Porażki świadczą o tym, że próbujesz. Dowodzą, że grasz. Jeśli nie grasz, to nie wygrasz, jeśli nie podejmujesz kolejnych prób, nie dajesz życiu szansy na to, żeby wreszcie powiedziało "TAK". 

Myśl o wygranej najbardziej wtedy, kiedy Ci nie wyszło. To da Ci siłę, żeby spróbować jeszcze raz. I jeszcze jeden, jeśli trzeba. 




Reguła 5: Graj fair

Okazuje się, że nawet z punktu widzenia ekonomii, etyka się opłaca. Zgodnie  z badaniami Instytutu Gallupa firmy, które postępują w sposób etyczny, są fair w stosunku do klientów i pracowników, odnoszą trwały sukces rynkowy. 

Gra wbrew zasadom, ponad cienką granicą sumienia i reguł, jest potwornie energochłonna. Zamiast wykorzystywać własne zasoby energetyczne na rzeczy naprawdę ważne, marnujemy je na strach, zabezpieczenia i udawanie, że wszystko jest tak, jak powinno być. Nawet jeśli chwilowo wyjdzie na nasze, to upadek może być bardzo bolesny. To się nie opłaca. 


Reguła 6: Nie daj się zabić

Życie to nie gra komputerowa. Nie masz trzech żyć, kiedy coś Ci nie wyjdzie, możesz nie mieć możliwości wciśnięcia "jeszcze raz". Nie żyj tak, jakbyś miał nigdy nie umrzeć.

Pamiętaj, że co Cię nie zabije, to nie zawsze wzmocni. Często naznaczy piętnem na resztę życia. Miej świadomość konsekwencji i zawsze pytaj sam siebie, czy aby na pewno sprawa, która tak Cie przytłacza to coś czym warto zawracać sobie głowę?  

Nie daj się niszczyć i nadużywać, nie jesteś Iron Manem. Szanuj siebie, swoje zasoby, swoje ciało. Drugiego nie będzie. 


Reguła 7:  Kochaj życie

Bo tak w życiu jak i w grze, najlepiej jest kochać to co się robi.  Jeśli je polubisz, dostrzeżesz codzienne cuda, docenisz jak wiele masz, to ciekawość i uśmiech nie dadzą Ci się zestarzeć. 

Bez względu na wynik, będziesz się cieszył, tym co Cię spotyka. Raz będzie lepiej, raz gorzej, ale przecież najważniejsze to, że póki piłka w grze, póty jeszcze wszystko jest możliwe. 





Podobało się? Podziel się tym tekstem z innymi :) Dziękuję:)








Drzewo, które rosło obok płotu wszyscy nazywali małą sosna. Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia spostrzegłam, że sięga co najmniej 3 metry ponad wysokość ogrodzenia i że ani ono ani ja, nie jesteśmy już dawno dziećmi. Czas mija tak szybko.

I ma to masę konsekwencji. 

Dawno temu, kiedy byłam studentką, jeden z profesorów, tak zaczął swój wykład. Proszę Państwa - mówił z pełną powagą - jeśli jeszcze tego nie czujecie, to najwyższy czas zacząć  - Moja babcia, kiedy miała 70 lat powiedziała mi najważniejszą rzecz, jaką wiem o sobie i o życiu -  czas nie pędzi, czas zapierdala. Nie ma chwili do stracenia. Nie ma na co czekać. Czas i tak minie. 


W poszukiwaniu straconego czasu

Upływ czasu dostrzegamy zwykle dopiero po fakcie, na co dzień mija niepostrzeżenie. Dlatego marnujemy dni i godziny, nie mówimy bliskim tego, co powinno być powiedziane, trwamy w urazach, nie jesteśmy zdolni do refleksji, żyjemy z dnia na dzień.

Bagatelizujemy fakt, że nie jesteśmy wieczni. Nikt nie jest. Tymczasem świadomość własnej śmiertelności nie powinna nas specjalnie zasmucać (nie mamy na to wpływu), ale raczej mobilizować do tego, aby jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał. Nie masz wieczności, ale masz x dni, które możesz przeżyć dobrze, źle, albo tak sobie. Czy to mało, czy dużo? Bez znaczenia, bo to wszystko co masz. 


Problemy rosną w czasie

Całkiem jak ta mała sosna. I bardzo często dzieje się to równie niepostrzeżenie. 

Lubimy wierzyć, że coś stało się nagle, jakoś tak, z dnia na dzień, ale tak naprawdę rzadko tak się dzieje, a zdarzenia, które w ten sposób postrzegamy są zwykle konsekwencją wieloletnich zaniedbań, działania, albo zaniechania działania i można je było z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć. 

Pod warunkiem, że bylibyśmy ich świadomi. Często jednak nie jesteśmy. 


Zaradź złemu póki czas 


„Zaszyj dziurkę, póki mała — Mama Zosię przestrzegała. Ale Zosia, niezbyt skora, odwlekała do wieczora. Z dziurki dziura się zrobiła. A choć Zosia i zaszyła, popsuła się suknia cała." -  ten wierszyk znamy od dziecka. 

I w życiu jak w wierszyku, dobrze cerować problemy i szukać rozwiązań wtedy kiedy dopiero raczkują i ledwo odrastają od ziemi, a nie wtedy, kiedy sięgają trzy metry ponad płot i czujemy się mali i nic nieznaczący w ich cieniu. 


Gdybym nie miał żadnej nadziei na lepsze, zmieniłbym całe życie

Napisał kiedyś w komentarzu do postu Tomek Tomczyk. Można go lubić, albo nie, nie ma to większego znaczenia, ale to zdanie pokazuje świetnie różnicę między osobą, która aktywnie działa w obszarze swojego wpływu, a kimś, kto wchodzi w rolę ofiary ( więcej TUTAJ).  

Pamiętaj, że oprócz ograniczeń masz też możliwości. I nigdy nie wiesz do końca jak wykorzystanie jednej z nich odmieni twój punkt widzenia i twoje życie. 

Czas nie pędzi, czas zapierdala. Zaraz będzie jutro, a potem za miesiąc. Nie czekaj. Nie ma na co. Wszystko co masz, to ten czas. Jeśli nic nie zrobisz, stracisz go. Nie dostaniesz z powrotem ani minuty. 





Podobało się? Podaj dalej! Dziękuję :) 


×