Hygge, czyli recepta na duńskie szczęście w codzienności zrobiło zawrotną karierę. Czy warto zawracać sobie nim głowę i czy można to przełożyć z duńskiego również na nasze? Zobaczcie! 


Dużo czasu minęło zanim wzięłam się za hygge. Oprócz fanów, dawno są w obozie i Ci zupełnie anty, którzy twierdzą, że hygge to tylko marketing, dogadzanie sobie i wymówka do bycia jeszcze bardziej... rozlazłym. 

Hygge pochodzi z Danii, a ta nie od wczoraj uchodzi za kraj gdzie żyje się najszczęśliwiej. Może więc warto zamiast negować przyjrzeć się temu o co chodzi? 

O tym właśnie w ostatnim filmie! 


Film możesz zobaczyć na You Tube - kliknij TUTAJ


Co jest hygge? 

Jest kilka takich rzeczy, które z pewnością są hygge i nawet jeśli wszystkim modom i trendom mówimy nie, to im warto powiedzieć TAK. Co to? Oto moja subiektywna hygge lista! 


1. Kawa


Hygge to małe przyjemności: dla mnie kawa, nawet bez ciastka :) 


2. Książki i małe lenistwo


Czytanie, bycie, przeciąganie się, delektowanie codziennością. Również mocno hygge! 

3. Świece


Świece są hygge - zwłaszcza gdy pięknie pachną !

4. Bycie razem i blisko


Z dziećmi, z tą osobą którą kochamy: nie tylko pod ciepłym kocem. 

5. Przyroda


I naprawdę nie trzeba jechać na koniec świata aby w niej pobyć. 

Wszystko to możemy spokojnie zafundować sobie w ten długi weekend! Co jeszcze planujecie? Co jest dla Was hygge? Nie zapomnijcie o filmie! KLIK

Dobrego hyggowania! 

Czy naprawdę kreujemy swoje życie? Czy w ogóle mamy na coś wpływ? A może to całe gadanie to tylko coachingowe bzdury, które ktoś wymyślił po to by zbijać kasę na motywacji, prywatnych sesjach i wzniecaniu nadziei nieszczęśników, którzy są na tyle głupi by w to wierzyć? 

Pesymistyczne spojrzenie? Bardzo. Mam dziś dla Was osobistą historię, która udowadnia, że jest jednak inaczej. Posłuchajcie!


Jest noc, jakieś 12 czy 13 lat temu. Dobrze po północy, chociaż do rana jeszcze daleko. Pracuję w miejscu, które funkcjonuje 24 godziny na dobę -  jest to biuro magazynu dużej firmy logistycznej. Jestem nowa, a więc często dostaję "nocki". 

Niedawno przyjechałam do Warszawy i ciągle szukam innej pracy, więc w sumie ten tryb mi odpowiada. Kiedy zdarzy się jakaś rozmowa kwalifikacyjna, mogę się umówić na 12 czy 14 i spokojnie pójść. Zarabiam marnie: ledwo starcza na mały pokój i utrzymanie się w stolicy, ale pracować muszę, nie stać mnie na utrzymanie się tutaj.  Do tego te nocki mają zasadniczą wadę i nie jest nią brak snu. Często kończymy pracę wcześniej niż o 6 rano i możemy wtedy iść do domu. Gasną światła, nikt poza portierem nie zostaje. Niby super... ale ja nie mam jak wracać do domu!

Mimo, że mieszkam niedaleko pracy, jakieś 3 km, jazda taksówką nie wchodzi w grę. Wydałabym połowę tego co zarabiam, a na to mnie absolutnie nie stać. Znasz takie sytuacje, w której kupno małego słoiczka miodu czy nowych butów wydaje się totalnym luksusem? To jest właśnie taka sytuacja. Do tego magazyn jest na totalnym zadupiu. Nie jeździ tu nocny autobus, spacer przez fabryczną dzielnicę o 3 w nocy wydaje mi się szalonym pomysłem. Umarłabym ze strachu. Czasem ktoś się nade mną zlituje i podrzuci do przystanku, czasem jakiś kierowca podwiezie do domu. Chętnie korzystam aż do czasu gdy jeden z nich, chyba totalnie pozbawiony wyobraźni, wysadza mnie na środku obwodnicy i muszę w nocy zejść z wiaduktu i dalej przejść jakieś pół kilometra ciemną, najgorszą częścią Pragi. Mało nie umieram ze strachu i biegnę tak, że na miejscu, w domu, czuję jak z napięcia bolą mnie wszystkie mięśnie: od głowy po czubki palców. Może to tylko histeria, a może po prostu mam dużo szczęścia. Do dziś nie lubię kusić losu. 

Pracuję tam 4 miesiące, potem udaje mi się zmienić pracę. Nie muszę już chodzić na nocki i wracam zwykłym autobusem. 

Czemu Wam to opowiadam? 

Przypomniałam sobie o tej sytuacji, zamieszczając dziś na FB ten post. Te kilka zdań przeniosło mnie dokładnie w to miejsce. To wtedy znalazłam je w nowym kalendarzu, podkreśliłam i siedząc przed komputerem o jakiejś chorej dla mnie godzinie pomyślałam, że muszę iść tą drogą. Pracować mądrzej, a nie ciężej. Nie poddawać się, nawet jeśli nie wychodzi. Pamiętać, że jedynym miejscem gdzie ludzie nie mają problemów jest cmentarz, a przecież tam mi nie po drodze. 

Od tamtych małych decyzji, od tamtych małych myśli, także zależało to, gdzie dziś będę i kim będę. 

Mogłam tam zostać i stwierdzić, że skoro jest jak jest to trzeba się przystosować. Znam wielu ludzi, którzy tak zrobili. Wy też znacie. Ale w tamtym miejscu, w tamtym czasie, stwierdziłam też, że skoro to mi nie odpowiada, to trzeba działać i robić to co w mojej mocy. Nawet jeśli idzie powoli, nawet jeśli efekty moich działań nie są spektakularne, a droga przed siebie naprawdę daleka. 





Czy naprawdę kreujemy swoje życie? 

Tak przyjacielu, przyjaciółko. Kreujemy każdego dnia tym co robimy, tym czego nie robimy, decyzjami, które podejmujemy i tymi, które odkładamy na potem. Związek przyczynowo - skutkowy jest oczywisty. To, że nie na wszystko mamy wpływ, nie oznacza, że nie mamy wpływu na nic. 

Najczęściej poddajemy się dlatego, że nasze oczekiwania są nierzeczywiste: chcielibyśmy zmiany w pół minuty, a to się tak nie da. 

Jacek Stryczek, ze Stowarzyszenia Wiosna, napisał jakiś czas temu o pewnej pani, która podbiegła do niego w sprawie syna, który ma ponad 30 lat, nic nie robi, na niczym mu nie zależy, no i nadaje się mówiąc kolokwialnie "do naprawy". Oczekiwała, że ktoś go weźmie i podłączy do kroplówki z jakimś życiowym prądem. No w sumie nie wiadomo jak: tak żeby zrozumiał i żeby się zmienił. 

Stryczek napisał o tym tak: 

Powiedziałbym, że ci wszyscy, którzy biegają za tym jednym strzałem, za tym dobrym losem w Toto-lotka i za tą jedną, udaną chwilą, która zmienia życie, najczęściej źle kończą. Tak samo jak ci, którzy biorą narkotyki. Ten jeden łut szczęścia, ta jedna udana chwila stają się złudzeniem, a nie fundamentem, na którym można budować życie.

Po latach studiowania Ewangelii odkryłem jej prawdziwą moc. Mieści się ona w tym, kiedy Jezus mówi: „Trzeba wam się powtórnie narodzić”, a więc przez swoje decyzje niejako stajemy się rodzicami samych siebie. To kim jesteśmy, w jakim miejscu się urodziliśmy i w jakich okolicznościach jest tylko początkiem. Później sami możemy z tym coś zrobić, stworzyć siebie przez własne decyzje. (więcej tu)





Zrób coś z tym! 

Zamiast pesymistycznie zakładać, że nie masz na nic wpływu, zajmij się tym, na co masz. Nie czekaj, aż spadnie z nieba. Nie skupiaj się na pretensjach, że inni mają. Nie mów, że świat jest niesprawiedliwy. No i co z tego, że jest? Będzie lepszy od twojego narzekania? 

Jeśli dziś, teraz, jesteś w miejscu, które Ci nie odpowiada, zrób coś z tym! Tak jak ja te 13 lat temu. 

Kto wie gdzie będziesz za te x lat? Kto wie, czy nie przypomnisz sobie tego wpisu, tej manufaktury i nie powiesz -  tak -  to był ten kamyczek, który popchnął mnie trochę we właściwą stronę. Gdybym nie poszedł, nie poszła, to dalej bym tam siedział. 

Warto działać i warto kreować swoje życie. W końcu po to dostaliśmy je we własne ręce. 

A czas? Czas i tak minie. 


Podobało się? Podaj dalej! 


Nie mówi nikomu, co się dzieje w domu -  to hasło równie stare i równie szkodliwe jak to o tym, że domowe brudy pierzemy za zamkniętymi drzwiami. Przemoc jest ciągle obecna i jej ofiarami pada licząc bardzo zachowawczo nawet około pół miliona osób* rocznie. W jakie MITY obrosła przemoc i czemu są one szkodliwe, a nawet zabójcze? 

W poświątecznym internecie huczy od informacji o pewnym radnym z Bydgoszczy, który znęcał się nad żoną. Podobno w imię "chrześcijańskich" wartości. Mam nadzieję, że tego człowieka spotka zasłużona kara i społeczny oraz polityczny ostracyzm, na jaki zasługuje, oraz że kiedyś zrozumie ogrom krzywd, których się dopuścił. Nie chcę się jednak na ten temat rozpisywać, bo temat pali mnie żywym ogniem i wiem, jak wielu osób dotyczy. 

O sprawie radnego szybko zapomnimy, a prawda jest taka, że codziennie, w różnych zakątkach Polski ofiarami przemocy stają się setki, jeśli nie tysiące osób. Zastraszone, stłamszone, często samotne w swoim cierpieniu, nie przebiją się do mediów, ani nawet nie zrobią mega newsa na FB. Kogo interesuje cierpienie pani Krysi, którą mąż bije od 20 lat na podwarszawskim osiedlu, a potem prowadzi za rękę na proszoną kolację? Albo złamany bark pani Ani, która kiedy partner wraca pijany rygluje się z dziećmi na strychu, bo już tyle razy słyszała, że ją zabije, że przestało to na niej robić wrażenie, a nie ma gdzie pójść? 

Takich bezimiennych, samotnych ofiar są tysiące. A my, zamiast pomagać, często zasłaniamy się poprawnością polityczną, umywamy ręce, albo opowiadamy kolejne bzdury na temat przemocy. 

Właśnie tym bzdurom i mitom chcę poświęcić ten test. Może kiedy się z nimi rozprawimy, łatwiej nam będzie reagować i przerywać zaklęty krąg przemocy? 


1. Przemoc to sprawa patologii

Przemoc jest zjawiskiem patologicznym, ale absolutnie nie jest prawdą, że zdarza się tylko w środowiskach, które uznajemy za takie. Jak czytamy w informacjach na stronie Niebieskiej Linii "ludzie doznają przemocy, niezależnie od statusu społecznego, wykształcenia, posiadanych pieniędzy, majątku." Pokazuje to zresztą dobitnie powyższa historia. 

To ważne abyśmy to sobie uświadomili i wspierali ofiary przemocy, bez względu na to, z jakiego środowiska się wywodzą. 


2. Bite kobiety same są sobie winne

Taki komentarz przeczytałam pod jednym z tekstów w powyższej sprawie. Komentujący dodał jeszcze, żeby nie pisać głupot o syndromie ofiary, bo on pojawia się według niego po wielu pobiciach, a nie po jednym, a kobieta, która doświadczyła przemocy powinna odejść już przy pierwszej okazji. 

Och, gdyby rzeczywistość była równie prosta jak komentowanie w internecie! 

Tak, moim zdaniem i będę to powtarzać zawsze, tego nauczę swoją córkę i opowiem o tym wszystkim jej koleżankom, jeśli tego będą chciały słuchać, mężczyzna, partner, czy ktokolwiek kto podnosi rękę na drugą osobę ( bo działa to w dwie strony, kobiety też biją), jest zdyskwalifikowany i to już w pierwszej rundzie. Choćby przynosił kwiaty, czekoladki, diamenty i leżał plackiem w pokucie, jeśli bije, to z dużym prawdopodobieństwem bić będzie. 

ALE! Żyjemy w środowisku, które nie zawsze wspiera taką postawę, a nasza tolerancja dla przemocy jest ogromna. Czy waszym zdaniem popchnięcie to już przemoc? A szturchanie, a nazwanie głupią krową? Zapewniam Was, że rzadko zaczyna się od połamanych żeber, czy siniaków na twarzy. 

Nikt nie jest sam sobie winien, nawet jeśli pozostaje w przemocowym związku przez wiele lat. Winny jest zawsze sprawca, a nie ofiara. 



3. Sprawcy przemocy są bezkarni, nie ma ucieczki

To kolejny, niebezpieczny mit, który utwierdza wielu sprawców w przekonaniu, że nawet jakby, to nic mi nie grozi, z żony (męża), zrobi się wariatkę/wariata - wynajmie dobrego prawnika, albo nastraszy delikwentkę i będzie ok. 

W 2015 roku spośród prawie 12 tysięcy osób skazanych za przemoc domową, wobec 77 proc. z nich (9 217 osób) kary więzienia zostały warunkowo zawieszone, 14 proc. (1 656 osób) usłyszało wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności, wobec 7 proc. wymierzono kary ograniczenia wolności, zaś wobec 2 proc. kary grzywny. 

Za znęcanie grozi od 3 miesięcy do 5 lat więzienia, ale sądy rzadko sięgają po wyższy wymiar kary. 

To prawda, że mamy w temacie karania i udowadniania przemocy wiele do zrobienia, ale to nie znaczy, że sądy i policja nic nie robią i że nie warto dochodzić swoich praw w ten sposób. 



Przemoc nie ma nic wspólnego z miłością.
Galeria Plakatu AMS : Przemoc. Twoja sprawa. / Violence. It's your business.
Adam Chwesiuk



4. Przemoc to tylko bicie. Jeśli nic nie widać, nie ma przemocy.

Przemoc to nie tylko bicie, ale także przemoc psychiczna, ekonomiczna, która nie pozostawia śladów. Strach bywa gorszy niż połamane kości i pozostawia blizny na wiele, wiele lat. 

Przemoc ekonomiczna obezwładnia. Jeśli nie masz pieniędzy na PKS do większej miejscowości, to jak możesz marzyć o spokojnym życiu i o odejściu od oprawcy? Za co utrzymać dzieci? Siebie? Gdzie znaleźć pracę, jeśli pod opieką jest np. trójka maluchów? 


5. Kościół katolicki aprobuje przemoc

Nad tym punktem myślałam najdłużej i chociaż mam wiele do zarzucenia kościołowi katolickiemu w tej sprawie (między innymi blokowanie konwencji anty przemocowej)  -  to uczciwie jest stwierdzić, że bicie, łamanie komuś kości, lżenie, czy grożenie śmiercią NIJAK nie da się pogodzić z dekalogiem. 

Jeśli ktoś Wam mówi -  w kościele, czy poza nim -  że to nic takiego, i że dla dobra rodziny TRZEBA to wytrzymać i ratować małżeństwo, wyślijcie go proszę do stu diabłów, albo do mnie - sama to zrobię. 


6. Przemoc to sprawa prywatna, nic nam do tego

Gdybyśmy nie myśleli w ten sposób, uniknęlibyśmy jako społeczeństwo wielu tragedii. Nie można milczeć w sprawie przemocy!! 

Jeśli nie masz cywilnej odwagi, aby sprzeciwić się sprawcy przemocy, albo zapytać o nią ofiarę, możesz zawsze zgłosić ten fakt anonimowo na policji. 

Warto widzieć i słyszeć, bo kiedyś sami możemy potrzebować pomocy. Brak społecznej solidarności z ofiarami, to jedna z przyczyn, dla których o przemocy musimy mówić od tylu lat i przykładanie ręki do ciemiężenia innej osoby. Nie pozwalajmy na to! 


Rozprawiajmy się z mitami na temat przemocy, mówmy jej STOP -  niech to się wreszcie skończy! 


* o statystykach więcej TU





Zapędzeni, zagonieni, stajemy na te 3 dni trochę tak, jakby ktoś zaciągnął nam ręczny. Tymczasem Wielkanoc, oprócz tego, że przypomina o historii sprzed wieków, może być świętem radości i nowego początku. Nie tylko dla Katolików. Nie tylko dla tych, którzy wierzą, że naprawdę można zmartwychwstać. Jak przetrwać święta, odpocząć i nie dać się zjeść ... łyżeczką?


Jak co roku, trochę przekornie, a trochę z głębokiego, wewnętrznego przekonania namawiam do świętowania... po swojemu. Do tego, aby bez względu na to, czy historia, która stoi za Wielkanocą do Was przemawia, czy nie, wziąć sobie z niej to co nam niezbędne i zrobić sobie mały stop na autostradzie życia po której pędzimy. 

Co jest do tego niezbędne? Z pewnością odrobina wglądu w siebie i branie pod uwagę nie tylko tradycji, obostrzeń i obowiązków, ale również własnych potrzeb. 

Nie, to nie jest egoizm. 


Dlaczego święta nam nie wychodzą? TRZY wina!

Nie, nie będzie o piciu ;) Święta nie zawsze wypadają dobrze. Czemu? Z kilku powodów, które kumulują się i napędzają machinę niezadowolenia. 

Po pierwsze (pierwsze WINO ;)) -  Za dużo MUSIMY -  sprzątać, gotować, bywać, obiecywać, pozwalać na niechciane przytyki. 

Po drugie (drugie WINO) -  Za mało wiemy CZEGO nam TRZEBA. 

Po trzecie (trzecie WINO) -  Brakuje nam umiaru

Każda z tych części składowych sprawia, że święta jawią nam się mówiąc kolokwialnie jako czas zapieprzania (okna, kuchnia, zakupy, tłumy w sklepie i wkurw przed kasą), bólu brzucha i krzywych min kiedy w tym stanie ducha siadamy za stołem i wszyscy mamy ochotę na coś zupełnie innego. Na przykład na czwarte WINO -  żeby jakoś lżej przejść przez ten "trudny" czas. 

Jeśli podchodzimy do tego czasu bezrefleksyjnie (zawsze tak robiliśmy, zawsze jest podobnie), to naprawdę trudno się dziwić, że w kółko nam nie wychodzi.

Jak zrobić to inaczej? 


Nowy film - o tym jak przetrwać święta już na YouTube!
Zobaczcie! Mam królika! ;)
Klik! 



Dobre święta? Home made! 

O dobrych świętach, o sensie świętowania i o tym co istotne, mówię w najnowszym filmie, który znajdziecie TUTAJ

Warto zajrzeć, także dla małego, białego królika. O co chodzi? Musicie kliknąć, żeby się przekonać! 

Nawet jeśli czytacie czy oglądacie ten materiał przed samymi świętami i niektórych rzeczy nie da się już odwołać - warto wziąć pod uwagę czego Wam naprawdę potrzeba. Póki te święta nie minęły, nie są jeszcze zmarnowane.



Bajki polecają się również na święta :) Nie masz jeszcze swojego egzemplarza?
To już ostatnia partia :) KLIK 


Czego życzyć na święta?

Tego co niezbędne. Oprócz tego co zewnętrzne, niech będzie trochę sacrum - jakkolwiek je pojmujecie. To możliwe, nawet bez religijnych uniesień. Ostatnio ktoś mądry powiedział mi, że można całe życie chodzić do kościoła i nigdy nie spotkać Boga i ja się z tym głęboko zgadzam. Ze świętością możemy mieć kontakt na różnych poziomach i wiele tych najdelikatniejszych, najbardziej odmieniających przeżyć dzieje się po prostu w przestrzeni naszego serca. 

Nie trzeba nigdzie iść, wystarczy być i widzieć. To może zdarzyć się zawsze, nie tylko w święta, ale skoro teraz mamy ten moment, w którym udaje nam się zatrzymać, wykorzystajmy go. 

Niech ten czas nie będzie tylko momentem roku, w którym ktoś zaciągnął nam ręczny i uderzamy głowę o szybę. Niech będzie w tym lekkość i miłość. Do innych, do świata, ale i do siebie. 

Skoro wszystko wokół się odradza po długiej zimie, to my też możemy. I ja Tobie tego bardzo życzę. 


Wesołych Świąt!

Ps. Podaj dalej! Nie tylko Tobie potrzeba dobrych świąt :) Dziękuję!

Przegapiłam w swoim życiu wiele rzeczy. Niewiele brakowało, a przegapiłabym jeszcze więcej. A Ty, co już zdążyłeś bezpowrotnie przegapić? 

Człowiek to dziwna istota. Jak ktoś dawno przede mną zauważył, martwi się przeszłością, przyszłością i przez to żyje, tak naprawdę NIGDZIE. Bo że nie ma go w TERAZ, to widać na pierwszy rzut oka. 

Takich sytuacji do przegapienia jest w życiu mnóstwo. Problem w tym, że rzadko jesteśmy tam gdzie się dzieją. Zwykle pędzimy o krok do przodu. Zimą czekamy na wiosnę, a wiosną na lato. Kiedy dzieci są małe, czekamy aż dorosną. Kiedy miłość nas ogarnia, myślimy o tym co będzie potem. 

Wymieniać można długo, tak samo jak tracić czas na życie gdzie indziej. Czemu nie warto?

Co jest wokół?

W poniedziałek wieczór poszłam na spacer i  z zaskoczeniem zobaczyłam, że wiosna zrobiła wielki krok wprzód, zaledwie w ciągu 2 dni. Forsycja stała się żółta, a przecież w piątek na pewno jej nie było. Bratki na sąsiedzkiej grządce nabrały wigoru, nieśmiałe pąki rozkwitły liśćmi i w sumie - ta szarość tak szybko ustąpiła kolorom, że można by nakręcić film -  bez wielkiego przyśpieszenia - efekt byłby piorunujący. 

Miałam w swoim życiu takie momenty przytępionej uważności i do dziś mi się zdarzają. Ile można przegapić w ciągu takiego tygodnia? A miesiąca? A roku? 

Ile osób żyje na takim automatycznym pilocie latami? 
Ile w ogóle widzi co dzieje się wokół? 
Ile jest tak skupionych na swoim wewnętrznym śnieniu, na własnych bolączkach, smutkach, małych i dużych problemach, że w ogóle nie rejestruje tego co jest wokół? 
Ilu lepiej wie co dzieje się u bohaterki "M jak miłość" niż we własnym życiu?
Czy jesteś wśród nich też Ty? 




Idź swoją własną drogą i bądź... Tu i teraz. 

Nie przegap

Sztuka bycia w Tu i Teraz jest trudna i łatwa jednocześnie. Jeśli nie masz wprawy, musisz ćwiczyć, aż wejdzie Ci w krew. Kiedy to się stanie zaczniesz dostrzegać to co Cię otacza. Przestaniesz tak drobiazgowo analizować przeszłość i z taką zapalczywością patrzeć do przodu. Zajmą Cię wreszcie świeże pąki i powietrze, które pachnie inaczej o każdej porze dnia. Głupie? Dziecinne?

Z tego są same pożytki! 

Nie przegap rzeczy, które są małe, ale ważne, albo duże i jeszcze ważniejsze. Bądź naprawdę: wtedy kiedy Twoje dzieci są małe i kiedy rosną. Wtedy gdy kwitną krzewy, kwiaty i młoda miłość. Nie biegnij jak szaleniec wiecznie zaglądając co będzie za kolejnym zakrętem. 

Co będzie to będzie. Niewiele da, że tam dzisiaj zajrzysz. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż nasze myślenie o niej.  I tak nic  tam nie zobaczysz. 


Jedyne co mamy to TERAZ

I w tym TERAZ możemy być spełnieni, zadowoleni i szczęśliwi. Świadome TERAZ do najlepsza inwestycja w JUTRO. Dzięki niemu niczego naprawdę NIE PRZEGAPISZ. 

Czemu przegapić szkoda? Bo te chwile naprawdę nie wrócą. 

Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak samo jak większości spraw nie da się powtórzyć. Nie ma w tym pretensji, jest czysta prawda. Takie jest życie.

Chcesz być na 100%? Chcesz doświadczyć jak najwięcej? Wycisnąć życie jak cytrynę? To bądź. Nie jutro, nie pojutrze, nie jak Ci się spełni. Teraz. Od teraz. 

Ćwicz, a wejdzie Ci w krew. 



***** 

Dla tych co nie chcą przegapić również "Bajek.." - jedna z ostatnich okazji aby się zaopatrzyć w drukowaną wersję! Zostało już niewiele! KLIK







Znacie takie sytuacje, w których po prostu czujecie, że gdyby tak mieć obok siebie granat, broń, cokolwiek, to byłoby nieszczęście? Nie znosicie się kłócić, albo przeciwnie, konflikt to terytorium Wam dobrze znane i w sumie... oswojone? Jak się kłócić, żeby się nie pozabijać? 

Czy kłótnia ma w ogóle sens? Czy da się oswoić tego dzikusa, który w nas siedzi i nawet w sytuacji niezgody porozumiewać się rozważnie i bez emocji? 

Cóż, to że udało nam się odrobinę utemperować tego "wewnętrznego jaskiniowca" i nie lejemy się już raczej w złości maczetami po głowach, nie oznacza, że nie będziemy się kłócić i zawsze zdołamy powściągnąć emocje. 

To mrzonki. Tak jak życie bez kłótni.


Kłóć się na zdrowie! 

Pewnie niektórzy z Was powiedzą: dziewczyno, co za pomysły! Chora jestem od tych kłótni! Ale to nie do końca tak. Nie chorujemy przez konflikty, ale przez ich niewyrażanie, albo wyrażanie w sposób destrukcyjny. 

Kłótnia, konfrontacja, bywa jak zdjęcie pokrywki z garnka w którym kipi zupa. Oczywiście ten akt sam w sobie nie załatwi sprawy, nie sprawi, że się ona rozwiąże. Trzeba jeszcze poszukać rozwiązań i przeprowadzić ten proces konstruktywnie. Iść w kierunku możliwości, a nie tylko w tym, który sprzyja rozładowaniu kipiącej wściekłości.

Unikanie kłótni za wszelką cenę może być gorsze niż naprawdę siermiężna awantura. W zbytniej ugodowości przodują kobiety: kiwają głową tak długo, aż mają ochotę urwać ją temu komuś po drugiej stronie stołu. 

Często kłócić się to przede wszystkim stawać po swojej stronie, bronić własnych granic. To ważne i nie można z tego zrezygnować z powodu źle pojętej troski o dobrą atmosferę. 




Nowy film w tym temacie już na YOU TUBE
Kliknij TERAZ. 

Jak się kłócić, żeby się nie pozabijać?

Skoro już ustaliliśmy, że czasem po prostu trzeba się pokłócić, to dobrze zastanowić się jak to robić, aby obyło się bez ofiar i aby z tej kłótni miało szansę wyniknąć coś sensownego -  poza rozładowaniem emocji, które też jest ważne. 
Sporo podpowiedzi znajdziecie w filmie. KLIK

Podstawowa kwestia dotyczy tematu kłótni - i nie jest to żart. Bardzo często kłócimy się nie o to co trzeba, albo wybuchamy z powodów ... zastępczych. Czy awantury o rozrzucone skarpetki, niesprzątnięte talerze, czy niewyniesione śmieci tak naprawdę dotyczą właśnie tego tematu? Bardzo często kryje się za nimi coś o wiele więcej - i to o to więcej chodzi. Jeśli nie dogrzebiemy się do prawdziwego powodu irytacji to możemy się tak kłócić całe wieki. Problem nie zostanie rozwiązany. 

Kolejna istotna sprawa to emocje, które w kłótni odgrywają zasadniczą rolę. Jeśli jesteś typem choleryka, żeby dobrze się pokłócić - musisz je trochę wyciszyć. Tak, oczywiście, że to tylko łatwo powiedzieć. Kiedy się naprawdę wkurzymy chcemy krwi! I to świeżej! Nie chcemy na nic czekać! Problem w tym, że to do niczego nie prowadzi. Wybuch pełen emocji wygląda zwykle jak eksplozja granatu. Ktoś nad tym panuje? Nie! To jest wojna! Z wojny wszyscy wychodzimy poranienie, dlatego zanim zaczniemy się zabijać, lepiej wyciszyć zew zemsty, pragnienie rewanżu i choćby wyjść na 5 minut pooddychać na balkon. 

W tym procesie nie mniej ważne od tego żeby się pokłócić, jest znalezienie takich sytuacji, w których jednak... nie warto. Wszyscy znamy ludzi, którzy z dążenia do konfrontacji zrobili sobie cel życia. Wygrażających pięściami kierowców, puszczających gromkie przekleństwa awanturników w sprawach wszelkich. Nie zawsze warto z nimi zaczynać. Nie dlatego, że przegramy, ale dlatego, że po prostu... nie warto. Kłótnia zawsze nas coś kosztuje. Czasem lepiej sobie to odpuścić i odejść kiwając głową i wzruszając ramionami. 

Ci pieklący się wiecznie nieszczęśnicy często są mocno poranieni i niepewni siebie. Im głośniej krzyczą, tym bardziej. 



Życzliwość i szacunek przydają się także kiedy się kłócimy


Korepetycje z kłótni

Kiedy są potrzebne? Kiedy warto poszukać pomocy? W dwóch wypadkach. Kiedy totalnie nie potrafimy wejść w konfrontacje, każda sytuacja konfliktowa nas przeraża, onieśmiela i powoduje odruch schowania się do mysiej dziury, oraz kiedy jest przeciwnie - nasza złość i konfrontacyjna postawa przeszkadza w pracy, życiu, związkach, rani dzieci. 

Czy tego naprawdę można się nauczyć? Tak, można. Agresja nie jest wrodzona, ale wyuczona. Skoro się jej kiedyś nauczyliśmy, możemy się oduczyć. 

Możemy także nauczyć się stawiać granice i bronić siebie - z szacunkiem do obu stron potencjalnego konfliktu. 

Kłótnia, sama w sobie, może być odświeżająca jak burza. Ważne tylko abyśmy umieli ją tak prowadzić, aby nie obracała wszystkiego w ruinę. 


Ps. Pamiętajcie o filmie! KLIK 


Dziś, wraz z nowiem księżyca, coś się skończyło i coś się zaczęło. Planety definitywnie zamykają poprzedni cykl astrologiczny i wkraczają w nowy. My też możemy. Jak to wykorzystać? 


Być może pamiętacie tekst, w którym pisałam, że pod wieloma względami początek roku -  1 stycznia jest stanowczo przereklamowany

Wielu z nas w tym czasie planuje życiowe rewolucje, czyni postanowienia i pisze scenariusze, z których... nic nie wychodzi. 

Czemu? Właśnie wtedy jesteśmy tak naprawdę nie na początku, ale pod koniec cyklu. Nie chodzi tylko o astrologię, ale choćby o przyrodę. Jeśli uznać, że wiosna jest momentem dla nas otwierającym, takim w którym budzi się życie i my się budzimy, to zima jest końcem-  takim czasem kiedy energii jest mało - w wielu obszarach jedziemy na przysłowiowym debecie. Zaczynanie wtedy spraw, które wymagają sił, mocy, kopa, iskry- nazwijcie to jak chcecie nie wychodzi, a często nas po prostu osłabia.

Zamiast sukcesów, mamy psychicznego kaca: znów planowałem, znów chciałam, znów byłoby super, miałam być już daleko stąd, a dalej stoję w miejscu. Jak się z tym czujesz? Do dupy. Cóż -  tak bywa.

Zamiast jednak nurzać się w poczuciu winy, lepiej przemyśl swoje cele teraz. 

To ten moment z iskrą, dobry czas na planowanie i wcielanie w życie. Czuje to instynktownie wielu z nas. 


Nowy cykl astrologiczny - o co chodzi?

"Nów w Baranie (noc z poniedziałku na wtorek - 28 marca 2017) jest czasem wyróżnionym, szczególnym świętem kiedy żegnamy cykl roczny, który rozpoczął się rok temu i otwieramy się na nowy. Dla jednych Nowy Rok Astrologiczny zaczyna się wraz z Równonocą, dla innych wraz z tym właśnie nowiem, który definitywnie zamyka poprzedni cykl i uruchamia nowe twórcze energie. Znak Barana, w którym spotykają się Słońce i Księżyc działa jak iskra zapalająca nowe ognisko i uwalnia impuls do inicjowania nowych działań." - więcej u Marii - na jej blogu Moonset Story

W nowym cyklu -  tak jak zawsze bazujemy na tym co było, bo przecież życie nie znosi późni i nie zaczyna się w niej, ale możemy też postawić wyraźną cezurę między tym co było, a tym co będzie. 

Nowe może nas zachwycić, dać nam zapał i siły, żeby przejść wreszcie nad starym i zrobić sobie z niego trampolinę.  Zwłaszcza takie NOWE, które wypływa gdzieś z naszego serca. 


Wiosna to idealny czas na NOWY START

Jak planować nowy rok? 

Są różne szkoły, a ja mogę Wam mówić tylko o sobie. Dla mnie planowanie sztywne jak tabelka w Excelu nie ma sensu. Tak, podobno niektórym się sprawdza, ale powiem Wam szczerze, że ja nie wiem gdzie będę za 5 lat. Czy gdybym 5 lat temu zaplanowała miejsce w którym chcę być to bym tam doszła? Może tak, może nie. 

Zbyt skrupulatne planowanie zamyka na intuicję (a ta przecież czasem każe zawrócić, albo iść inną drogą), pozbawia możliwości manewrów, czy wprowadza niepotrzebne napięcie przy ich realizowaniu. Mnie stresuje. A przecież stresu w życiu mamy dosyć. 

Z planowaniem jest trochę jak z bieganiem albo innym treningiem. Możesz sobie wszystko rozpisać. Dziś 5 km, jutro 7, potem przerwa, potem tempo 4,0, a potem rozciąganie, ale jeśli nie oglądasz się w ogóle na okoliczności, nie słuchasz ciała, lekceważysz wszelkie znaki na niebie i na ziemi, to możesz skończyć albo na mecie, albo z problemami z łękotką. 

Planujcie więc po swojemu: rozsądnie. Biorąc SIEBIE pod uwagę. Bez Was to się nie uda, naprawdę. 


Co jest dla Ciebie ważne na tym nowym starcie? Co chcesz zostawić za sobą? 


Jak najlepiej wykorzystać ten moment roku?  

Tu inspiracją niech będzie przyroda. Popatrz na drzewa w lesie. Spójrz na trawę, która zaczyna się zielenić, na rośliny, które są takie małe, jak okruszek, a z których wyrosną potężne drzewa, krzewy, czy choćby krzak pomidorów. To wszystko potrzebuje uwagi, słońca, wody, ochrony i miłości. Tak samo jak Ty i twoje projekty. 

Podlewaj je, pielęgnuj, codziennie doglądaj, każdego dnia rób coś, żeby rosły. To bez znaczenia, że dziś wydaje Ci się, że one są takie małe, że to potrwa wieki. 

Ten czas i tak minie. Ani się obejrzysz i odejdzie w niebyt kolejny dzień. Jeśli każdego dnia dasz coś od siebie, zobaczysz efekty. Nie ma innego wyjścia! 


Niech to dla Was, dla CIEBIE będzie owocny rok! 

Podaj dalej! 


×