czwartek, 31 lipca 2014

Zdrowe życie? Proste.


Foto: Nicholas_T

 Przez ostatnie lata przeczytałam i przewertowałam dziesiątki książek i artykułów o zdrowym życiu i odżywianiu. Fakty są nieubłagane: chorujemy. Społeczeństwo w teorii, żyje coraz dłużej, ale jakość naszego życia pozostawia wiele do życzenia. Kiedy widzę 50 latka, który codziennie łyka garść medykamentów i ledwo wchodzi po schodach na drugie piętro, to myślę, że w ludzkiej historii postępu, naprawdę nie o to chodziło. Dziś, w USA, mówi się głośno o tym, że pokolenie dzisiejszych nastolatków, będzie prawdopodobnie pierwszym, które nie tylko nie pobije kolejnego rekordu długości życia, ale będzie żyło krócej niż ich rodzice. Sama medycyna, chociaż nieraz zbawienna, nie zapewni nam zdrowia.

Trudno jest wieść fajne, radosne życie, gdy ciało niedomaga.  Oczywiście, są sytuacje, gdy robi się to mimo wszystko -  ale rzecz jasna, wszyscy wolelibyśmy pozostać w dobrym zdrowiu i dobrej kondycji na długie lata. I w większości może tak być. Mamy wpływ na znacznie więcej, niż nam się wydaje.

Christopher McDougall, dziennikarz i biegacz, w książce "Urodzeni biegacze", cytuje rozmowy z naukowcami i badaczami tematu ludzkiej wytrzymałości i zdolności do fizycznego wysiłku. Wynika z nich niezbicie, że w dyscyplinach takich jak bieganie, rosną one mniej więcej od 19 aż do 27 roku życia, kiedy to osiągają swój szczyt. Potem spadają, taka jest nasza biologia. 

Badacze jednak zaskoczyli samych siebie, bo wbrew temu, co się potocznie uważa, po 30 roku życia, biologicznie, w kontekście możliwości i predyspozycji, wcale nie zmierzamy ku nagłemu zniedołężnieniu. Przeciwnie. Wiecie kiedy dochodzimy znów do prędkości, a więc potencjalnie także formy, którą osiągaliśmy jako 19 -latkowie?  Logika kazałaby powiedzieć, ze już nigdy. Ale badania pokazują coś zgoła innego. Z analiz wynika, że aktywni biegacze, osiągają tę samą prędkość co nastolatkowie jeszcze w wieku.... 64 lat. 

Konkluzja?  "Człowiek nie przestaje biegać, dlatego, ze się starzeje. Człowiek starzeje się dlatego, że przestaje biegać." ( D. Demon) 

Nie wszyscy musimy biegać, nie każdy musi od jutra ruszać na wielokilometrowe ścieżki, jest masa możliwości i dyscyplin sportu, wśród których można wybierać. Nikt też nie wymaga od nas, abyśmy od razu byli maratończykami. Powiecie być może, że te bajki o biegających 70 -latkach to tylko wyjątki, specjalnie predestynowane przez naturę, z zestawem genów, które są jak wygrana w lotto. To nieprawda.  

Parafrazując powyższy cytat:  Człowiek nie przestaje się ruszać, dlatego, że się starzeje, ale starzeje się, ponieważ przestaje się ruszać. 


Gdy rozglądam się wokół,  widzę ludzi w kwiecie wieku, którzy mają problem z przejściem na własnych nogach 3 kilometrów, nie mówiąc już o jakimkolwiek bieganiu. Ludzi chorych od młodości. Właściwie całe życie. W pewnym sensie niedołężnych, tak to trzeba nazwać, bo niezdolnych do funkcjonowania bez auta, komunikacji miejskiej itp. 

Czy perspektywa bycia długo zdrowym i aktywnym, nie jest kusząca? Czy nie warto zastanowić się już dziś jak to osiągnąć? 

Przeglądając literaturę i setki badań, można dostać mętliku i doświadczyć pomieszania pojęć. Jedni piszą o glutenie, inni o nabiale, diety skaczą od paleo (mięso), do vege raw ( surowe warzywa, owoce). "Zły" jest wszędzie. 

Wiem, niestety po sobie, jakie to skomplikowane. Ale z tego ogromu informacji, które do nas docierają, można wysupłać 3- punktowe remedium, pod którym podpisaliby się prawie wszyscy. I jeśli tylko wcielicie je w życie, z pewnością znacznie poprawicie jego jakość i dodatnio wpłyniecie na swoje zdrowie. Gotowi? Zaczynamy!


1 ) Dupa musi być w ruchu


 Łukasz Łuczaj, " Dzika Kuchnia"

Ten cytat, zamieszczony przez mnie na FB, zrobił furorę. Zawiera kwintesencję tego, co wiemy od wieków. Człowiek musi się ruszać. Tak, kiedyś nie było sportu. Tak, wysiłek fizyczny w kontekście dyscyplin to dość "nowy" wynalazek. Ale kiedyś, nie było także siedzenia po 12 godzin na pupie, pracy wymagającej wyłącznie poruszania głową i palcami, czy wielogodzinnego trwania w jednej pozycji. Jeśli się nie ruszasz, twoje ciało się degeneruje. Nie ma cudów. Chcesz być sprawny? Musisz się ruszać. Używać tego co masz. Nie ma innej opcji. 

2 ) Jedz prosto

Foto: by mike65444
Dziś, wydaje się nam, że dieta, to coś potwornie skomplikowanego. Że powinniśmy jeść setki różnorodnych produktów, obliczać, ważyć, mierzyć, wszystko co bierzemy do ust, inaczej niedobory gotowe. Tymczasem jak świat światem, dieta nigdy nie była szczególnie różnorodna. Jadło się to co aktualnie było dostępne. Co innego latem, co innego zimą. Mówią o tym wszyscy żyjący 100 -latkowie. Nie wybrzydzam. Jem proste produkty. Nieskomplikowane  dania. Gotowane w domu. Z produktów, które rosną w sąsiedztwie. 

Jeśli chcesz, aby twoja dieta była zdrowa, nie bierz do ust niczego, czego twoja praprababcia nie uznałaby za jedzenie. Unikaj jak ognia, produktów mocno przetworzonych. Im dłuższa lista składników tym gorzej. Jeśli nie możesz wymówić nazwy składnika, który znajduje się w produkcie, nie wkładaj go do ust, ani koszyka. Dziś mamy olbrzymi wybór -  a i tak wybieramy słabo. 

Półki uginają się pod ciężarem gotowych dań, z datą przydatności do spożycia wynoszącą 3 lata. Pomyśl. Jak to może być zdrowe? Jak coś, co leży na półce, nawet bez lodówki, może być lepsze, niż świeże, dopiero co przyrządzone jedzenie? Dobry , domowy posiłek, można przygotować w 15 minut. Nie mów, że nie masz czasu. 

3) Jedz mało

Na początku był głód. Taka jest prawda o ludzkości, którą szybko zapomnieliśmy. W czasach nadmiaru, to głównie on, jest obwiniany za powstawanie większości chorób cywilizacyjnych. Cukrzyca, miażdżyca jest chorobą pełnego talerza. To co nas spotyka, to jak pisze Łukasz Łuczaj, "cena za frytki, lemoniadę i ptasie mleczko, za samochód, kanapę i telewizor." 

We wszystkich tradycjach leczniczych, filozoficznych, religijnych, pojawia się pojęcie postu. Niekoniecznie w sensie rezygnacji z jedzenia w ogóle, ale w sensie ograniczania ilości i rodzaju spożywanych produktów. Wszyscy nie mogą się mylić. Jeśli nie stać nas na dalej idące wyrzeczenia, dobrze jest chociaż 2-3 razy w roku, zrobić sobie kilkudniowy detoks: od cukru, przetworzonych produktów, mięsa, zupek w proszku i kanapek. 

by Ed Yourdon
"Chcesz być zdrowy, sprawny? Jedz jak biedak" - powtarza jeden z największych trenerów lekkoatletycznych w historii sportu-  Joe Vigil. 

Badania to potwierdzają. Jest ich mnóstwo. Z opublikowanego w 2007 r. raportu The Journal of the American Medical Association, wynika, że ryzyko ponownego wystąpienia nowotworów u osób stosujących typowo zachodnią dietę jest aż o trzysta procent większe, niż w przypadku pacjentów jedzących głównie owoce i warzywa. Czemu? Ponieważ wszystko wskazuje na to, że białko zwierzęce stymuluje rozrost wszelkich komórek nowotworowych. 

J. Vigil dodaje także, że jeśli będziesz jadał jak biedak (nie za dużo, skromnie, proste, niekonserwowane dania) , swojego lekarza będziesz widywał wyłącznie na polu golfowym. 


Proste? Proste. Nie wierzysz? Spróbuj. Przez miesiąc. Lato jest cudownym czasem na to, aby zmieniać swoje przyzwyczajenia. Dobre życie, jest tego warte. 



środa, 30 lipca 2014

Urodziny


Kiedy cztery lata temu, noc pomału ustępowała promieniem słońca, jechaliśmy przez pustą Warszawę do szpitala. Potem mąż usnął na moim szpitalnym łóżku. Takie nudy;) Ja nie mogłam już spać, chodziłam po pokoju, około 9 trafiłam na salę porodową. Chwilę po 10:30 urodziła się Śliwka. Pamiętam, że położna powiedziała, że nie będzie musiała się farbować. 

Byłam rozczochrana jak nieboskie stworzenie. I szczęśliwa, chyba najbardziej, że już po. Miłość przyszła potem, bo na początku była niepewność i strach. 

Naturalny -  w końcu wszystko było nowe. 


Dziś, gdy minęły cztery lata, mogę powiedzieć z pełną stanowczością, że córka zmieniła wszystko i nie ma w tym za grosz przesady. Zmiany przyszły krok po kroku i także ja, już nie jestem tą rozczochraną dziewczyną, która tamtego lipcowego poranka powiła pierwsze dziecię. 

Co by nie napisać, wszystko będzie sentymentalne. 

Amelka jest wspaniała. Tyle szczęścia, w małej dziewczynce. 

Sto lat córeczko! :) 



poniedziałek, 28 lipca 2014

Może nad morze?



Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam nad morze, nie wiedziałam co powiedzieć. Miałam już dwadzieścia kilka lat i nie był to Bałtyk, nawet nie morze, ale właściwie ocean. Zamurowało mnie. Poczułam się jakbym wróciła do domu. Nawet powietrze pachniało znajomo. Coś w środku kwiliło i rwało się, serce przepełniała wdzięczność i tęsknota. 

Kolejne bytności nad morzami, wywoływały zawsze ten sam efekt. Rodzimy Bałtyk, traktowałam po macoszemu. Dałam się zwieść stereotypom, że brudny, zimny i zatłoczony. 

Wszystko to nieprawda, albo nie do końca prawda. Nawet w środku lata.

Kiedy patrzę po statusach na Facebooku, to okazuje się, że prawie cała Polska pojechała nad morze. A jednak udało się nam znaleźć miejsca, gdzie wcale nie trzeba było walczyć o skrawek wolnej przestrzeni, stać godzinę w kolejce do toalety, czy deptać po cudzych piętach. 

Trójmiasto jest spore. Całe wybrzeże ma ponad 500 km. Tak naprawdę zatłoczone są tylko największe kurorty i jeśli ma się ochotę na odrobinę spokoju, to dobrze ich po prostu unikać. 

Czy warto jechać latem do Gdańska? Warto! Przepłyńcie się tramwajem wodnym, zajrzyjcie na kawę i ciasto gryczane do RETRO, a przede wszystkim idźcie nad morze!!!

Zabrałam je do domu w oczach, myślach i sercu. I na pewno tam wrócę. Nie tylko we wspomnieniach.






















Nad morze, ale nie tylko, można zabrać także moją książkę. Przez najbliższe dni, w bardzo specjalnej cenie i z przesyłką ekonomiczną za darmo. Jest też opcja wysyłki do Paczkomatu! Śpieszcie się, bo liczba sztuk jest ograniczona:) 




piątek, 25 lipca 2014

Dasz sobie radę

Wstaje rano i zaczyna zabawę. Zwierzęta ustawia w rzędach, opowiada historie, śpiewa wymyślone piosenki. Scenariusze rodem z filmów sensacyjnych, chociaż w życiu żadnego nie widziała.

Kiedy Misiek skacze z kartonowego wieżowca, by ratować uwięzioną owcę, skanduje na cały regulator: DASZ SOBIE RADĘ, DASZ SOBIE RADĘ!

Zatrzymuję się oniemiała w pół zdania i łzy stają mi w oczach. 

Zajęło mi jakieś 25 lat, zanim dowiedziałam się tego, co ona już wie. 

Siedzę i płaczę. 

Ze szczęścia.


środa, 23 lipca 2014

Oddajcie mi skrzydła

FOTO by: Sixtwelfe
  
Zaufać, zawierzyć, wszystko stracić. To jedna wersja skryptu. Zaufać, zawierzyć, wszystko stracić, wszystko zyskać - druga. Życie, tak jak ludzie, rzadko bywa jednowymiarowe. Nawet jeśli bardzo chcemy ich takimi widzieć. 

Klasycznie, nie znaczy dobrze

Opowieść, którą wszyscy znamy brzmi tak: jest mała słodka księżniczka, jest zła, obrażona wróżka, której nie zaproszono na chrzciny, jest klątwa i wrzeciono, długi sen, twardy jak śmierć i książe, który przybywa, aby pocałunkiem pokonać każdą magię. 

Jest też zgrzyt. I pytania, pytania zasadnicze, których nikt nigdy nie zadał. 

Od podszewki

Była sobie mała wróżka, Diabolina, która mieszkała w krainie jak z baśni. Miała skrzydła, miała dobre, sprawiedliwe serce. Pewnego razu poznała człowieka. Tak samo małego jak ona, tak samo potrzebującego zabawy i towarzystwa. 

Rośli oboje, pokochali się, obdarzyli tkliwością i zaufaniem. 

Z dorosłością przyszły dorosłe żądze: władzy, bogactwa, wpływów i zaszczytów. Przynajmniej po stronie mężczyzny. Diabolina, to ta zła wróżka, którą znamy z pierwszej wersji bajki.  Wyrosła na mocną i silną kobietę, obrończynię swojego królestwa. Jej głos, jej spojrzenie, gdy staje sama przed armią króla, aby bronić swojego lasu, ciągle są ze mną. Powstańcie na moje wezwanie! - krzyczy. Zbudźcie się i stańcie u mojego boku! - woła. Jest w tym wielka, nieprawdopodobna pewność siebie, wiara, której nic i nikt nie jet w stanie nadwątlić. 

Foto: F. Connor, materiały prasowe
Diabolina zwycięża, ale jak to bywa w życiu, każde zwycięstwo ma swoją cenę. Towarzysz jej dziecięcych zabaw, ten samotny mężczyzna - Stefan, który w młodości skradł jej serce, teraz wraca po to, aby to serce złamać. Także po to, by zabrać coś, co ma najcenniejszego. Jej skrzydła. Zdrada, najgorsza zdrada. 
To boli, niewyrażalnie boli. 
Tak, nawet czarownice. 

Co zostaje, gdy krwawi serce, i nie ma się już tego co w nas najcenniejsze? Ruina. 

W ruinie można zamieszkać. Ale ruinę, można też odbudować. Nawet jeśli po drodze, zrobiło się parę zupełnie bezsensownych rzeczy.


Życie bez skrzydeł

Jak to bywa w opowieściach, wszystko to, to tylko pewien symbol, metafora. A najbardziej metaforyczne są skrzydła. Czarownica - Diabolina, mówi o nich, że były silne i niezawodne. Nigdy się nie zachwiały. Mogła na nich polegać, były istotą jej samej. Określały ją. Bez skrzydeł jest kimś innym. Pozbawić ją skrzydeł, to tak jakby pozbawić ją serca. 

Dobrze wiemy, albo przynajmniej przeczuwamy, czym są dla nas skrzydła. Wiarą w siebie? Zaufaniem do życia? Wolą przetrwania mimo wszystko? Pasją, która nas określa? Skrzydła, to coś, co dodaje nam mocy. Wprawia w ruch powietrze wokół. Coś, dzięki czemu możemy poczuć, że latamy centymetry nad ziemią. Każdy ma coś takiego. Każdy. 

Ból po stracie jest wielki. I zmienia świat. Nie mówiąc już nawet o tym, że zmienia także nas. 


Życie z bólem

Baśnie, także ta, pokazują pewne niezbędne etapy radzenia sobie z kryzysem, z żałobą. Tu nie ma miejsca na skróty. Nie ma łatwych formułek. Trzeba od nowa nauczyć się chodzić, nauczyć się żyć. To się robi stopa za stopą, krok po kroku. Ten ból trzeba przyjąć, trzeba oswoić. Trzeba go pokochać, przywitać jak brata. Tylko wtedy, któregoś dnia odejdzie. 

Historia, która jest kanwą tych rozważań, historia Diaboliny, pokazuje, że w bólu czai się pułapka. Gdy przyjrzeć się historii świata, kolejom losów naszych rodzin, widać jak wielu w nią wpada. Z bólu, ze strachu, z żądzy zemsty, wyrównania swojego skrzywdzenia, robi się często głupie rzeczy. Rzeczy, których nie da się odwrócić. Albo inaczej: które da się odwrócić TYLKO MIŁOŚCIĄ. 

Książe nie pomoże

Tę wiarę, w cudowna receptę, w przychodzący z niebios ratunek, wysysamy z mlekiem matki, czerpiemy z baśni, z klasycznych opowieści, w których bezwolne królewny, czekają w wieży, aż ktoś, wreszcie wybawi je od złego smoka, potwora, ich samych. A potem czekamy, że to samo nam spadnie z nieba. Że się wydarzy, zadzieje. 

Otóż, moi drodzy, nic się nie wydarzy. Nie bez Was. Nie bez waszego udziału. 

Młodą królewnę ratuje miłość. I widać tak miało się stać. Ale ta miłość, to nie frywolna wstążeczka, ani młody książę, który widział ją raz w życiu. Miłość to coś znacznie bardziej skomplikowanego, głębokiego i ważnego. I taka miłość, ratuje życie, ratuje zrujnowane serce. 

Wybaczyć i iść dalej

Nienawiść zmienia świat, podobnie jak miłość, z tym, że w całkiem odwrotnym kierunku. Dlatego zasklepianie się w bólu, podążanie za żądzą zemsty, to droga donikąd. Stefan -  król, oszalał z powodu swoich pragnień i chorych ambicji. Diabolina - odzyskała to co straciła. Ale dopiero wtedy, gdy poradziła sobie ze swoim bólem, i nauczyła się na nowo kochać. W tym tkwi cała tajemnica. Tak kończy się ta opowieść. 

Co do Ciebie mówi ta bajka? Gdzie są twoje skrzydła, twoje wrzeciono, twój książę lub księżniczka? Co zrobisz, ze swoimi zawiedzionymi nadziejami, z marzeniami? Jak zbudzisz się ze snu, mocnego jak śmierć?

A nade wszystko, gdzie się podziała Twoja miłość? 





Historię Diaboliny, można obejrzeć w filmie "Czarownica" 

piątek, 18 lipca 2014

Comfort food summer

Za: kaboompics.com

Terminem comfort food, określa się jedzenie, które poprawia nastrój. Wywołuje błogość, rozkoszne wspomnienia dzieciństwa, otula lekkością i dodaje energii. Nie znajdziecie tego w Wikipedii, ale ja dodałabym od siebie, że prawdziwe comfort food powinno być jeszcze zdrowe i  jak najlepiej służyć naszemu ogólnemu samopoczuciu. Bo co to za komfort, który trwa tylko chwilę, a po nim boli brzuch, kiszki skręcają się z niesmakiem, a ciało zdaje się być obarczone ciężarem ponad siły? 

Nie wszystko co dobre, tak samo dobrze nam służy. 

Letnie jedzenie, jest inne niż to zimowe i jesienne. I jest w tym wielka mądrość. Jak świat światem, ludzie odżywiali się zgodnie z tym, co dawała aktualnie natura. Zimą nie jedli truskawek, ani pomidorów. Latem gotowali mniej, korzystali z tego co rosło na grządce, zbierali witaminowe plony, które miały starczyć na gorsze miesiące. 



Prosto, prościej, najprościej 

Letnie gotowanie, letnie "comfort", opiera się na tym, czego o tej porze roku najwięcej. Smakując pierwsze jabłka, brudząc sobie palce jagodami, mamy szansę doświadczyć najpełniej słodkiej, orzeźwiającej przyjemności. Sięgając po sezonowe warzywa, doświadczyć prawdziwego katharsis. Nie tylko w głowie, ale i w środku.

Foto: Kaboompics.com

Rozczulają mnie te stragany, uginające się  od dobroci. Proste, szybkie dania, często złożone w istocie z jednego, czy dwóch składników. Usiąść na ganku, albo w balkonowym fotelu i niespiesznie skubać żółtą fasolkę lub bób. Delektować się duszonymi na łyżce oliwy warzywami, które chwilę wcześniej posypaliśmy pokrojonymi grubo ziołami z własnej grządki. Wgryźć się w brzoskwinię, i oblizać palce, gdy sok kapie po rękach i brodzie.

Oto chodzi w letnim comfort. O przyjemność, która jest na wyciągnięcie ręki. Tylko brać, a z pewnością będzie pod dostatkiem.

To co u Was dziś na kolację? Jakie jest wasze letnie jedzenie?


Foto: Kaboompics.com

 


środa, 16 lipca 2014

Jak supeł


Ono zna odpowiedź. Pamięta i nosi w sobie wspomnienia przeżytych chwil. Jak kalka odbija myśli i emocje, gromadzi je niczym w archiwum, analizuje, próbuje znaleźć ich ujście. Ciało ma pamięć. Jest jak mapa podróży, która za nami. 

Nie trzeba zagłębiać się w naukowe dowody, aby wiedzieć, że każde trudne lub przyjemne zdarzenie, odbija się w naszych rękach, nogach, karku, naszym fizycznym samopoczuciu. Jeśli jesteśmy świadomi własnej fizyczności, wiemy gdzie kumuluje się stres, jak odczuwamy napięcia, co oznacza ból skroni, drętwienie rąk, czy głowa, która zdaje się ważyć tonę. Nie zawsze jest to wiedza oczywista, ale warto ją zdobywać i uczyć się z siebie, jak z książki. 

Ciało jako lustro naszej psychiki, odbija zepchnięte i niewyrażone uczucia i  potrzeby, naszą historię i przebyte traumy. W napięciach mięśni, w płytkim, rwanym  oddechu czy usztywnionych, "twardych" partiach ciała można wyczytać stłumione emocje i zahamowania. 

Złe samopoczucie rzadko jest wyłącznie sprawą ciała lub umysłu. Przeważnie wszystko się łączy, jedno wpływa na drugie. Pracując z psychiką, rozluźniamy ciało, pracując z ciałem, uwalniamy umysł. Nie bez powodu mówi się, że "spadł nam kamień z serca", gdy pozbędziemy się jakiegoś kłopotu, lub czujemy się jakby urosły nam skrzydła, gdy rozwiążemy trapiące nas sprawy. 

Porządkując własne życie, dobrze pracować nie tylko z głową, ale i z tym co mamy poza nią. 

Co mówi do Ciebie Twoje ciało? Gdzie są Twoje największe napięcia? Jak możesz sobie z nimi poradzić? 




niedziela, 13 lipca 2014

Kością w bikini


Zaczęło się od błahej wymiany zdań. O bikini. Wynikało z niej, że od pewnego rozmiaru nie przystoi. Nie, nie od 50. Granica rozpościerała się znaczenie wcześniej, gdzieś w okolicach swojskiej 40-tki, ciągle nieosiągalnej dla wielu, wcale niekoniecznie tych, co to wyłącznie bułka i ciastko. Z wymiany wynikało niezbicie, że owy strzęp materiału, ochrzczony tak od atolu, na którym ( o przewrotny losie! ) testowano niegdyś broń jądrową, nie należy się też tym starym, tym z cellulitem, a już na pewno tym, którzy w kanony współczesnego piękna mogą wpisywać się wyłącznie po zmroku. I to koniecznie po lampce alkoholu. A lepiej dwóch. Taki dowcip. Dla niektórych śmieszny. 

Bo plaża w  końcu obnaża. Nie tylko ciało. Także - jak pisze Zyta Rudzka, w "Pani", deficyty miłości własnej. To, że nie kochamy siebie to jedno. Jeszcze więcej deficytów mamy w miłości bliźniego. A już tego, który o zgrozo, nie jest piękny lecz brzydki, nie kochamy wcale. 

Nieestetyczne, niesmaczne, ohydne. To najdelikatniejsze słowa w tym słowniku. Gdy cenzura idzie do kąta, robi się tylko gorzej. Tacy się zrobiliśmy wrażliwi. Tacy się zrobiliśmy chorzy. 

Jak świat światem, byli piękni i brzydcy. Chudzi i ci, którzy mieli więcej ciała. Ci z uszami blisko głowy i ci, z nosami jak klamka od zakrystii. Taki świat. Taka uroda. Dziś kanon się zawęził, a świat złapał za skalpel. Bo najważniejsze, to się podobać. 

Merlin pod kreską 

Boska Merlin nosiła okrągłe 42, lub 44.  Dziś, pewnie byłaby pospolitą grubaską, a plotkarskie portale fotografowałyby ją z ukrycia, porównując z koleżankami o biodrach jak brzoza. Hit czy Kit -  brzmiałoby pytanie, a pod spodem, znalazłaby się litania komentarzy. O tym, że fu, o tym, że ble, o grubych lochach, które powinny zakryć swoje wdzięki, żeby nie oburzać estetycznych gustów wysublimowanej gawiedzi. Może jakiś spec od odchudzania pomógłby jej zrzucić te 15 kg. Pewnie dałaby się skusić. Wtedy te same plotkarskie portale zaprezentowałyby zdjęcia z entuzjastyczną adnotacją: "zobaczcie, jak ona schudła!". 

Świat wreszcie miałby uciechę. Może pozwoliłby jej ubrać bikini. W końcu chudym wolno. 




Nie, nie noszę bikini. Nie lubię. Nie potrzebuję, nie mam z tym problemu.  W gruncie rzeczy, nie chodzi wcale o bikini. Nie chodzi o to, co komu wolno, albo nie. Rzecz w tym, że mam dosyć, serdecznie dosyć, stosunku do kobiecego ciała, ocen, którym się je poddaje i społecznego ostracyzmu dla tych, którym kawałek do modelki z okładki. Przelało mi się. Basta. 

Porobiły nam się z głową straszne rzeczy. Jeśli już małe dziewczynki wiedzą, że żeby być piękną, trzeba być bardzo chudą, to świat zbacza na niebezpieczne tory. Liczba diagnozowanych zaburzeń odżywiania ciągle rośnie. Ponad 80% kobiet nie jest zadowolona ze swojego wyglądu. Prawie tyle samo uważa, że jest za gruba, podczas gdy w rzeczywistości ledwo jedna czwarta ma nadwagę. Świat oszalał. A my razem z nim. 

Pod linijką

Sophie Dahl, była pierwszą, szeroko prezentowaną na wybiegach modelką, o rozmiarze dalekim od 36. A potem schudła. Nie dlatego, że zapragnęła dorównać szczupłym koleżankom. Tak wyszło. Z różnych względów. Pozostała seksowna, pozostała kobieca, chociaż znacznie szczuplejsza. Kluczem do zmiany, była transformacja w myśleniu o pożywieniu, w troszczeniu się o siebie. Sophie nie przestała jeść. Zaczęła jeść inaczej. 

"Głodowanie nie jest seksowne. - pisze Dahl. To krwawiące dziąsła, nieprzyjemny oddech, kruche kości, osteoporoza, bezpłodność i powikłania. Utrata i zanik. Seksowne jest za to zdrowe zamiłowanie do jedzenia, seksowne jest mieć dość energii, żeby baraszkować z ukochanym, wziąć dziecko na ręce, ugotować obiad dla przyjaciół, pobiegać, albo po prostu przejść się powoli na targ. Seksowne jest poczucie spełnienia, poczucie, że ma się możliwości, że się żyje". 
"Apetyczna panna Dahl" 

Czy widzicie tu gdzieś informację o rozmiarze? Czy zamierzacie dalej poddawać się tej dyktaturze? Dawać się obrażać? Prześlizgiwać się po plaży jak po polu minowym, unikać wzroku, spuszczać głowę, nosić swoje ciało za karę? 

Czy mamy żyć wyłącznie w takt tego co wypada? Czy to właśnie nie jest czyste szaleństwo? 

Odpuścić

Nie mamy wpływu na to co myślą o nas inni. To prawda. Świata nie zmieni się, tylko dlatego, że złość na jego kiepskie wybory, kpiący ton, wyleje się z ciebie czy ze mnie. Ale świat zmieni się, dość szybko, jeśli więcej kobiet, takich jak ty i ja, pokocha wreszcie swoje ciało i wyrzuci ze słownika oceniające, raniące słowa, którymi obdarzamy ciała własne i koleżanek. 

Dzisiejsze kanony piękna, są dalekie od natury. Barbie nie jest prawdziwą kobietą. Nie dopasujemy się do niej. Nie jesteśmy z plastiku. 

Wymagania zmieniają się szybko. My też mamy moc, aby na nie wpływać. Nie musimy się im bezwolnie poddawać. Możemy wybierać inaczej: dbając o siebie, kochając swoje ręce i nogi, pielęgnując piersi, troszcząc się o sprawność fizyczną i zdrowie, a nie wyłącznie o rozmiar.  Przede wszystkim szanując to kim jesteśmy. 

Ciało, dobre ciało, odwzajemnia się za miłość własną. Emanuje energią, zachwyca, nawet jeśli jest stare i pomarszczone. 

Apeluję do Was, Kobiety. Kochajmy siebie. Zwyczajnie. Po prostu. To mało, a tak dużo. I to naprawdę wystarczy. Także do tego, żeby zmienić współczesne kanony piękna. Reszta, tak jak bikini, to tylko szczegół. 


Post scriptum

Tekst ten, poza Manufakturą, wywołał wielką dyskusję. Pewna część czytelniczek, uznała go za pochwałę i promocję otyłości, lenistwa i wymówkę, dla nie dbania o swoje ciało. Moim zdaniem jest to zarzut zupełnie bezsensowny, ale czuje się w obowiązku napisać, raz jeszcze, że bardzo zachęcam do tego aby zmieniać to co zmienić możemy, także w kwestii swojej wagi, figury, odżywiania. Warto jednak robić to w imię zdrowia, sprawności i miłości własnej, a nie dyktowanych przez ogół wymogów, które nieraz nijak nie przystają do tego kim jesteśmy i jakie jesteśmy. 

Mierząca 155 centymetrów kobietka, nie stanie się Claudią Schiffer, ile by nie pracowała. To nie chodzi o to, aby się bardziej postarać. Nikt nie będzie wiecznie młody i jędrny. Jako sześćdziesięcioletnia kobieta, także chcę wyjść na plażę i nie zgadzam się na społeczny ostracyzm, który mówi, że jest to nieestetyczne. Jeśli się nie da inaczej, będę szczęśliwą, zdrową, grubą babą. I to moja sprawa. Niczyja więcej. Moja piękna, ruda córka, nigdy nie będzie jak Naomi Cambell, ani Jeniffer Lopez. Będzie sobą. I mam nadzieję, że tą swoją inność pokocha- pracując nad tym, co może i chce zmienić i z miłością godząc się z tym, na co nie ma wpływu. 

I nie mowa tu tylko o kilogramach. Mowa o całym obrazie kobiecego ciała, który jest poddawany wiecznej wiwisekcji i ocenie. 

W temacie kilogramów serdecznie polecam ten tekst. 

A temacie prawdziwego kobiecego piękna, teledysk Colbie Caillat. 



Ilustracje do tekstu są dziełem Matki po Godzinach, do której Was serdecznie zapraszam!

poniedziałek, 7 lipca 2014

Kłopot i nieporozumienie



W ubiegłym tygodniu, opisałam na Facebooku, krótką wymianę zdań, pomiędzy mną, Amelką, a sąsiadką, która w dobrej wierze, chciała nagradzać ją brawami, za to, że jest duża i już nie płacze. Moja elokwentna córka, po chwili namysłu, powiedziała, że gdyby była smutna, albo zezłoszczona i nie płakała.. to byłby to kłopot i nieporozumienie. 

W rzeczywistości jest dokładnie tak. Nie bierzemy jednak tego pod uwagę. 

Udawaj, na zdrowie?

Wszystkim byłoby wygodniej, gdyby świat nie manifestował trudnych zachowań i emocji. Tak przynajmniej może się wydawać. Wielu z nas ma problem z tym, że żona płacze ( jak ją uspokoić, po co te łzy?), mąż jest smutny (  ale o co, czemu on nie umie rozmawiać?), ktoś wyraża swoje zdenerwowanie, złość, jest zbyt podekscytowany itp. Bywa, że irytuje nas ponad miarę dziecięca ekspresja i wydaje nam się, że naszym obowiązkiem, jako rodziców, jest to poskromić, utemperować, sprawić, że mały człowiek będzie się zachowywał spokojnie,  z godnością, i na miarę tego jak my sami postrzegamy sytuacje, w których się znajduje. 

Latami uczymy się udawać. Tak udawać. Że nic się nie stało. Że nie ma o czym mówić. Że to nic wielkiego. Tracimy w pewnym momencie rozeznanie, czy tak w istocie jest, czy nasza reakcja jest zasłoną dymną, rozwieszoną po to, by się nie wygłupić, nie zbłaźnić, nie wyjść na sentymentalnego durnia, który ( o zgrozo!!) nad sobą nie panuje. 


Chłopaki nie płaczą

Dzieci, od niemowlęctwa znają komunikat: "ależ nic się nie stało". Nie boli cię, nie płacz, to nic wielkiego, uspokój się. W dobrej wierze zaprzeczamy temu, co naprawdę czują i uczymy je tego samego. Nie płacz -  duże dziewczynki nie płaczą. Nie mazgaj się - jesteś mężczyzną mamusi, no już, pani będzie się z ciebie śmiać. Znacie? Jestem pewna, że tak. To tak powszechne jak dzień dobry. 

Dając dziecku tego typu komunikaty, uczymy je że nie warto manifestować swoich uczuć: a już na pewno nie tych, z którymi otoczeniu nie po drodze. Boli? Zaciśnij zęby. Jest ci smutno, źle, jesteś rozczarowany? Przyzwyczajaj się! Życie jest ciężkie, nikt cię nie będzie głaskał po główce. 

W ten sposób hodujemy kolejne pokolenia ludzi, którzy nie potrafią mówić o tym co czują, nie znają siebie, nie ufają swojemu ciału, nie wiedzą, kiedy ich boli, a kiedy nie i jak to wyrazić. 


Poprawność szkodzi

Afiliacja - czyli przystosowanie do warunków panujących w środowisku,  jest konieczna. Nie powinna ona jednak nigdy oznaczać zaprzeczenia sobie, wyparcia się wszystkiego co nasze, w imię tego, co dla kogoś wygodne. Dziś, często, dorośli starają się być tak poprawni jak to tylko możliwe. Zbierają niewyrażone emocje, razem z kapitałem lat. Kiedy patrzę na takich z pozoru uporządkowanych, wzorowych obywateli, zastanawiam się, kiedy to w końcu w nich wybuchnie. I w jaki sposób. 

Niewyrażona złość, gniew -  często manifestuje się w różnych, psychosomatycznych schorzeniach, bywa, że kończy się nawet rakiem, zawałem, poważnymi chorobami serca.  Czasem ktoś dostanie zwykłej furii, ale to najoptymistyczniejsza wersja zdarzeń. Furia mija szybko. Choroby leczy się latami. 


Ma być lepiej

Jeśli wyrazimy nasze emocje, one znikają, ewaluują, przechodzą do innego stadium. Zaprzeczanie temu, to kłopot i nieporozumienie. Zupełnie jak odkładanie w kółko pracy, którą kiedyś i tak należy będzie wykonać. 

Czasem trzeba się zezłościć, czasem trzeba się popłakać. Mamy prawo bywać rozczarowani, wkurzeni, rozgniewani, mamy prawo czasem źle się czuć. Nie ma co udawać. Nie rzucamy się na podłogę i nie bijemy pięściami o podłogę. Nasze dzieci też z tego wyrosną. Nie mówmy im tylko, że złość, płacz, smutek, to rzeczy wstydliwe, których nie wolno odczuwać. 

Zrobimy tym niedźwiedzią przysługę. I im i sobie. 

piątek, 4 lipca 2014

Radości codzienności: lato!

Za: kaboompics.com/

Kwiaty kwitną, słońce świeci, ptaki wstają przed świtem, świat przygląda się światu i nie może wyjść ze zdumienia. 

Wyświechtane "pięknie" pasuje jak ulał.

A teraz jeszcze weekend. 

Wycisnąć sok z limonki, zerwać ciepłe od dnia liście mięty, usiąść w cieniu i patrzeć, jak brązowieją nogi. 

Szukać w zagonkach ostatnich truskawek. 
Miarowo huśtać się w hamaku, słysząc jak wokół gada ziemia. 

Zbierać myśli, rozpuszczać z wiatrem. 
Celebrować. To słowo pasuje do lata. Jak ulał. 

Nie dbajcie o banały. Cieszcie się. Po Prostu. 

Dobrego weekendu. 
W lecie jest moc. 





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...